Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świat Książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świat Książki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 31 stycznia 2016

Moje córki krowy - Kinga Dębska

Jestem w rozpaczy, że nie mieszkam w kraju czy chociażby nie wizytuję Polski akurat teraz, kiedy na ekrany kin wszedł film 'Moje córki krowy'. Wyraziłam to na fejsie i jakież było moje zdziwienie, kiedy do domu zawitał listonosz z książką o tym samym tytule wysłaną przez Świat Książki.

Podczas pobytu w Warszawie w grudniu (o Bogu, nie napisałam Wam o koncercie Anny Marii Jopek i Marsalisa! - nadrobię, obiecuję) miałam nadzieję, że mi się uda go obejrzeć, ale okazało się, że przed świętami temat chyba za ciężki, więc królowały Listy do M 2. Polazłam i powiem tylko tyle - na drugi dzień Kalina przyjaciółka moja (jej blog tu http://kaliningrad.blox.pl/html) rzekła - różne głupoty w życiu robiłam, ale aż takich to nie :-) Tłumaczy mnie tylko fakt, że pierwsze listy były w porządku.
A tak naprawdę to nic mnie nie tłumaczy, paszteciara jestem i lubię filmy o świętach, ale nawet takiego nieuleczalnego zachwycielca christmesowego ten film nie oszukał, słaby jak herbata babci klozetowej.

No to sobie jęczę na fejsie, że nie obejrzę, a wszyscy właśnie byli, albo zaraz będą... A tu książka, całkiem jak w Listach do M - z nieba spadła.
Od razu zaczęłam czytać, a na drugi dzień to sobie nawet specjalnie zasiadłam w Costa na sesję kawa plus książka, pampering taki.


Tym razem intuicja mnie nie zawiodła. Tank-ju, tank-ju, tank-ju, bo drugiego zawodu bym nie zniesła :-)
Kinga Dębska najpierw wymyśliła, choć jak wynika z wywiadów, część tej historii to też fabularyzowana adaptacja jej własnych doświadczeń, a potem to całkiem udanie napisała. I to jest pierwsze zaskoczenie, bo jeszcze nigdy nie udało mi się przeczytać czegoś równie dobrego jak film, jeśli powstało równocześnie z filmem albo nawet po. Czyli taka książka co ma trochę z ludzi jeszcze kasy wyciągnąć, bo jedzie na powodzeniu filmu. Jedyny przypadek, jaki przychodzi mi do głowy, że nie był porażką, to chyba tylko Aleksandra Minkowskiego Układ zamknięty. Ale to inne czasy były, nie można było sobie filmu nagrać, ani go na YT obejrzeć po jakimś czasie, więc ludzie z tęsknoty za serialem, kupowali książkę.

Trudny temat - odchodzenie rodziców, relacje z siostrą, z córką, z mężczyznami - wydaje się za dużo, za ryzykownie, szczególnie, że to nie jest saga w trzech tomach. Ale tu widać rękę filmowca i scenarzystki, pięknie to jest zebrane w stopklatki myślowe, takie zawieszanie się na kolejnych etapach problemu, począwszy od nie zapowiadającej nic złego wizyty w szpitalu, po kolejne stopnie w tej drabinie rodzinnej tragedii. Bo to jest tragedia, znam to najlepiej, doświadczyłam nagłego udaru mojej mamy i wiem, że tak właśnie to się odbywa, najpierw jest amok, nie wiadomo, co robić, wtedy ktoś musi przejąć stery, chce czy nie, ma być silniejszy, bo taką dostał rolę. I nie chce jej. I wkurza go to. A najbardziej inni, którzy na nim polegają. A ci inni nie widzą, żebyś robił coś nadzwyczajnego.
Podoba mi się, że sprawa jest przestawiona z punktu widzenia obu sióstr, lubię ten rodzaj narracji, sama go zastosowałam w swojej powieści (jakie piękne lokowanie produktu :-))

Oczywiście każdy ma szansę i skwapliwie z niej korzysta, bo czytelnik to jednak w jakimś sensie sędzia, opowiedzieć się za którąś ze stron. I ja sobie ulubiłam starszą siostrę Martę. Wszystko mi się w niej podoba i gdybym miała być jakąś postacią z książki, ona przyszłaby mi chyba w pierwszej piątce do głowy. Kasia nie jest zła, po prostu zupełnie inna i obca mi mentalnie, poza tym nie bardzo wiem, jaka kobieta mogłaby z Grzegorzem wytrzymać bez wyłysienia totalnego, nawet dobry seks tego chyba nie tłumaczy.
Wszystkie elementy tej układanki, kolejne zdarzenia, wszystkie osoby dramatu, tło czyli uwagi o pracy, ludziach ich otaczających, pracownikach szpitala, hotelu, takie celne, akurat złośliwe, ale nie ze znamionami zemsty czy zgorzknienia, raczej dobrego oka do szczegółów, umiejętnej obserwacji - fenomenalnie to wszystko ze sobą współgra.
Wydaje się to niemożliwe napisać o tak trudnych sprawach w sposób, żeby czytelnik płakał, a zaraz potem się śmiał czy wściekał wraz z bohaterami.  Śmiać w obliczu śmierci? Zakochać się, kiedy umiera matka? Tak, to wszystko jest możliwe i bardzo ludzkie, bardzo mi imponuje, że tak właśnie opisane. A nie 'po bożemu', na kolanach, z zapaloną gromnicą od pierwsze strony.
Strasznie się cieszę, że są tacy twórcy jak Kinga Dębska. Będę z radością czytać wszystko, co napisze, bo język ma świetny, żywy, aż sobie wzdychałam z zazdrości. Jeszcze radośniej pogalopuję na każdy film, jaki zrobi, bo jestem przekonana, że nic marnego spod jej ręki nigdy nie wyjdzie, to po prostu widać i czuć. Bardzo polecam!




sobota, 27 lipca 2013

Nie jestem cwaniarą czyli o tym, czego się dowiecie, chociaż nie zawsze byście chcieli

Wiedziałam, że jeśli jej nie przeczytam uszami, to nie przeczytam wcale, gdyż ta powieść reprezentuje sobą wszystko to, czego nie lubię, a raczej nie chcę wiedzieć, że istnieje.
Drugą rzeczą, która mnie od tej książki odstręczała to autorka. Nie znam, nic do niej nie mam, ale się boję tej babki. Zawsze jak występuje w telewizji, czy to w Hali Odlotów, czy innych programach, niepokoi mnie jej spojrzenie, różowa grzywka i jakiś taki diaboliczny wzrok. Poza tym jest napastliwa, jeśli jej się interlokutor niekompatybilny okazuje.
Tak jak bym nie chciała nigdy wejść w dyskusję z panią Chutnik (chociaż jest błyskotliwa i niewątpliwie inteligentna) , tak jej bohaterek nigdy nie chciałabym w tramwaju spotkać. Ani nigdzie. Czytam czyli słucham i nabywam przy okazji przeświadczenia, że ze mnie jest straszna gułowata pierdoła, co ani nożem, ani kopem, ani pieścią, ani w ogóle niczym nikogo nie załatwi (uwielbiam zasadę wielokrotnego zaprzeczenia w języku polskim, czyż to nie dodaje mocy stwierdzeniu?).
Ani palca w oczodół bym nikomu nie włożyła, ani noża pod żebra, ani delikwenta do bagażnika bym nie zapakowała w celu zmiękczenia, ani nie podpaliła hochsztaplera, ani nie zemściła na kolesiu, który za mną gwizdnął na ulicy, taka beznadziejna jestem.
A bohaterki 'Cwaniar' wszystko to potrafią, a nawet więcej.
To wrażenie pierwsze.
Ale jak się tak człowiek zasłucha, to przecież widzi, że pod tym bandyckim płaszczem, jest wrażliwość taka, jak każdej kobiety, która chce być kochana, ceniona, jest czuła, umie być przyjaciółką na śmierć i życie, dobrą córką, matką, rozpacza po śmierci partnera. Tylko chamstwa  zdzierżyć nie może. I niesprawiedliwości, jej serce po stronie uciskanych. A środki do minimalizowania czy karania tychże ma takie jakie ma. Bo sprawiedliwości musi być, bo porządek musi być, a że przy tym logika lekko pokrętna, to już mój problem, nie ich.
Oprócz dziewczyn z miasta, samo miasto jest też bohaterem. I tu widać, że Sylwia Chutnik kocha to miejsce na mapie, ale czasem go nie lubi, bo ono trudne jest, wymagające
Audiobooka czyta Maria Seweryn. Jest rewelacyjna. Nie tylko świetnie radzi sobie z tekstem, ale jest wartością dodaną książki, ona jest Cwaniarą, to wszystko wychodzi u niej z trzewi, z serca, nie ogranicza się do bycia ustami druku jedynie. Myślę, że zasługę, że mimo wszystkich przeciwności pokochałam tę książkę i to bardzo, można przypisać na równi lektorce, co pisarce.
Sylwia Chutnik ma świetne pióro, bardzo czułe na melodię języka, na rytm, ani na chwilę nie gubi stylu cwaniary, a ponadto pięknie wplotła w słowa bicie serca Warszawy. Polecam, chociaż momentami łatwo nie będzie, za to bywa śmiesznie i wzruszajaco. Zakończenie rewelacyjne.
No i czyż okładka nie jest równie udana?

poniedziałek, 1 lipca 2013

Trudne powroty, ale w walizce jak zwykle słodki ciężar

Niestety już tak jest, że moje wyjazdy i powroty są trudne. Ciągnąć tego wątku nie będę, jest tak i już. Tym razem wyjechana byłam jedynie z bagażem podręcznym, więc od razu wiedziałam, że marne szanse na jakiekolwiek zakupy. Zresztą nie miałam też i nastroju na buszowanie po regałach. No, ale nastrój to jedno, a druga natura człowieka to co innego. Oczywiście weszłam do kilku księgarń, żeby się trochę uspokoić, myśli zebrać, w okładkach ukojenia szukać.
Byłam w empiku, dwóch Matrasach i jednej takiej małej księgarence, o której napiszę oddzielnie.
Empik jak to Empik, chociaż ten inny jakiś, bo mały. W centrum Koszalina, niedaleko Domku Kata, na skraju zieloności parkowej miasta, można by sobie od razu na ławeczce z książką przysiąść, jeśli taka wola i czas pozwala. I menele, bo jak ci się w jakimś kątku zadomowią, to już po ptakach. Nie wiem, czy ja tego wcześniej nie widziałam, czy faktycznie jest ich więcej, ale wydawało mi się, że opanowali miasto. W upał ubrani w wełniane czapki lub takie z daszkiem jakieś zeszmelcowane, w kurtkach, z reklamówkami, wszędzie gdzie okiem nie rzucić. Więc lepiej nie rzucać :-)
Wracając do Empiku - obsługa młoda, przemiła i do tego niezwykle dowcipny chłopak, który mnie wkręcił, że za reklamówkę muszę zapłacić 7 zł. Na czole mam chyba wypisane, że naiwniak spoza Polski. Wzięłam to na poważnie i aż mi szczęka opadła, ale zaraz zaczął się śmiać, więc się zorientowałam. Tym razem nie było pana z ochrony, który z oddechem na karku podąża za kupującymi. Czy to za wcześnie, czy nie było potrzeby?
Zaraz obok mieści się księgarnia Matras. Nie wiem, co tam jest nie tak, ale mieści się w miejscu, gdzie odkąd pamiętam były książki sprzedawane i wtedy lubiłam to miejsce, a teraz wchodzi się tam i jakieś napięcie dziwne. Niby niczego konkretnie złego nie można się doszukać, ale jakaś taka niechęć do asortymentu tam panuje. Panie stoją za ladą, jak coś zapytać, to ugrzecznione, ale serca to one do tego fachu księgarskiego nie mają. Równie dobrze mogłyby tam być buty czy krawaty, może nawet by wolały. A może jakieś kłopoty firma przechodzi, dostały złą wiadomość, obcięli pensje? Nie wiem, ale byłam tam rok temu, dwa lata temu i też tak sztywno i jakoś niezręcznie było.
Za to w Matrasie w centrum handlowym Atrium wręcz przeciwnie - babki świetne. Bystre oko mola zaraz wyczuło 'swojego'. Od razu poczułam się 'jak w domu', nie było nikogo innego, można było pogawędzić o książkach. Gdyby nie moje ograniczenie bagażowe, pewnie bym tam dużo pieniędzy zostawiła. Wrócę na pewno. O trzeciej napiszę oddzielnie, bo to dłuższa opowieść o jednej z ostatnich, wprawdzie w sieci, ale jakby niezależnych księgarni.
Zakupów miało nie być, ale właśnie w tej ostatniej się nie oparłam tej oto książce


Jakże bym mogła? Przeczytałam kilka pierwszych zdań i nie było takiej siły, żebym jej ze sobą do domu nie zabrała.
Wiedziałam, że na wsi u rodziny męża czekają na mnie dwie książki, szykowałam na nie miejsce


Kochana Paula odsprzedała mi pierwszy tom Mojego życia z książką Rabskiej. Tak trudno mi było dokupić początek do drugiego, który już od prawie dwóch lat stoi na półce. Wreszcie mam.
A do tego wydawnictwo Bukowy Las wysłało dla mnie swoją nowość wydawniczą - książkę o Przybyszewskiej. Na FB poprosiłam i jest :-) Już podczytałam w autobusie, wygląda na to, że hit!


I to miał być już koniec. Przecież miejsca nie miałam. Ale przyjaciel jak zwykle obdarował mnie dwoma książkami. Marku wybacz, ale Katarzynę Wielką już posiadam, więc mi wymieniono na Kobiet Władzy PRL. Towarzyszka panienka to było moje marzenie, odłożyłam, bo wiadomo.  Ale i tak mnie znalazła :-) Już przeczytana, niedługo o niej napiszę.


U mamy podczas porządków znalazłam dwie książki ukochanej przeze mnie i mamę Stefanii Grodzieńskiej. Kupiłam je kiedyś na urodziny mamie, ale ona już nie poczyta, bo straciła zdolność do tego (to musi być straszne), nie miałaby też cierpliwości, żeby słuchać czytanej książki, więc je zabrałam ze sobą. Jakby co (nadzieja zawsze umiera ostatnia) zawiozę z powrotem


Już w tym momencie nie wiedziałam zupełnie, jak ja się spakuję? Tym bardziej, że miałam już kupioną 'Panią', gdzie był wywiad z Janem Jakubem Kolskim, 'Twój Styl', bo widziałam, że tam wiele ciekawych artykułów i wywiad z Pilchem, do tego 'Wysokie Obcasy Extra', bo cały ciekawy numer (felieton prof.Mikołejki i o Dorocie Wellman) i nie mogłam po prostu przejść obojętnie. Zawsze sobie obiecuję, a potem jak jakaś przemytniczka mięsa z okupowanej Warszawy, jadę wyładowana książkami w kieszeniach kurtki. Niosę ją pod pacha i palę głupa jak mój pies Franek, że to nie ja.
Przed samym wyjazdem pobiegłam jeszcze do kiosku po Wyborczą z Dużym Formatem i co widzę od wejścia?


Zacukałam się, bo nie znam tej powieści Fleszarowej-Muskat. Zrobiłam dzióbka i uruchomiłam proces myślowy, jak to możliwe, przecież mam wszystkie... i nagle mnie olśniło - niżej w tym różowym kółku przecież napisane, że to Biografia pisarki. Odwaliłam indiański taniec w tym kioseczku, napchanym rajstopami, pieluchami, gazetami, proszkami do prania, kołami dmuchanymi i czym tam jeszcze, sami sobie dopowiedzcie. Oczywiście zanabyłam drogą kupna i taka byłam rozemocjonowana, że dopiero w domu, za późno, zorientowałam się, że nie kupiłam Wyborczej z upragnionym DF. Ale skucha. 
Spakowałam to wszystko i tylko się zastanawiałam, jak sobie poradzę, kiedy zważą ten bagaż? Jechałam dwie godziny na lotnisko i zaklinałam rzeczywistość. 
Mole czasem mają szczęście, przeszłam, ale tyle nerwów mnie to kosztowało, że cały lot przespałam. W Dublinie czekały na mnie jeszcze dwie książeczki, daaaawno kupione na Allegro, przywiezione przez przyjaciółkę córki, dwie z czterech w serii (ukochane klimaty)


A w domu czekała przesłana przez autorkę dla polskiej biblioteki powieść - dziękujemy


 Najpierw musiałam odreagować pobyt, stres, trochę wylizać rany, ale po dwóch dniach rozłożyłam się ze stosikiem na łóżku i z godzinę przeglądałam, podczytywałam, cieszyłam się po prostu. Tak oto postanowienia nie kupowania wyglądają w praktyce. Wprawdzie kupiona jedna, ale przytargane kilka.


A że nie samym i książkami człowiek żyje, przywiozłam też film, przyjaciele mi sprezentowali, bo jęczałam, że nie widziałam. Teraz leży obok telewizora, a ja się boję go obejrzeć. Zawsze tak mam ze Smarzowskim, trudna miłość :-)


To by było na tyle. Mam dużo książek do opisania, postaram się nie opuszczać w blogowaniu. Miałam blokadę po wyjeździe, nie miałam w sobie słów, a tam nic nie czytałam, nie mogłam jakoś. Starałam się być na bieżąco z prasą. Zazdroszczę Polakom dzienników, prasy w ogóle. Wyborcza niezwykle ciekawa, a już sobotnia z Wysokimi Obcasami szczególnie. Czwartkowego wydania nie udało mi się kupić, raz za późno poszłam do sklepu, a drugi czwartek opisałam wyżej. Jeden miałam tylko problem, nie wzięłam okularów i pierwszy raz w życiu miałam problem (do tej pory mogłam i bez tego od biedy), litery malutkie, szare, a w magazynach takich jak np. Papermint czy WO Extra druk na obrazkach, częściowo 'zaburzony' jakimiś cudami na kiju, do tego szary, czcionka zmieniana, raz pochyła, raz inna, nie dało rady. Pierwszy raz mi przyszło do głowy, że przyjdzie mi się przeprosić z wersjami na Kindla i będę musiała z czasem kupować takie. Żal, bo lubię papier, zapach druku i nie będzie już to samo, jakkolwiek by mi ktoś nie imputował, że chodzi głównie o treść. Może teraz młodzi tak na to patrzą, ale ja mam jeszcze nawyki - kawa, rogalik, i gazeta w rękach, a nie tablet, nie Kindle. Ech, westchnęła i oddaliła się w stronę zachodzącego słońca...