Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 czerwca 2017

Dzienniki T.1 - Krystyna Janda

Cały dzień w biegu. Wróciłam do domu podekscytowana perspektywą pisania. Nażłopałam się energizera i takie efekty. Na stole czekała na mnie misa czereśni. I jakoś tak, nie wiem, dlaczego akurat one to spowodowały, zatęskniłam za babskim spotkaniem, takim z mądrymi rozmowami o życiu, o polityce, o naszych sprawach, o facetach, może też trochę śmiechu z głupotek, a do tego wino i sushi. Taka mnie żałość wzięła, że nie mam jak, nie mam z kim, że aż twarz w dłonie schowałam, nawet sobie nie wyobrażacie, jak ja potrafię żałować  Potrzeba mi było czymś tę żałość ugasić, postanowiłam poczytać chwilę Dziennik Krystyny Jandy, który zawsze na stole leży, gotowy do rozmowy. Tak właśnie - rozmowy. Przydał się teraz jak nigdy. Siedzę, pojadam czereśnie i słucham zwierzeń, opowieści, anegdot, zachwytów nad lekturą tego i owego, Czasem autorka zadaje pytanie, no to ja odpowiadam oczywiście. Uśmiecham się, kiedy pisze o tym, że jest zbyt emocjonalna, że coś zgubiła (rozumiem, jak nikt, kiedy przychodzi do kluczy), utyskuje nad swoją nad-ekspresywnością (a mogłaby być inna ta 'nasza' Janda?), rozczula mnie jej uwaga dla rodziny, miłość do męża. Czasem się spieram, bywa, że odsuwam od siebie książkę zniecierpliwiona z myślą - no teraz Kryśka to przegięła. Ale rzadko, częściej czuję się, jakbym spędzała wieczór czy lunch z zagonioną i bardzo zajętą koleżanką. Dlatego nie czytam tego ciągiem, a leży na podorędziu i czeka na moment, że i ja mam czas i ochotę na rozmowę z mądrą kobietą.
Nie ma takiego drugiego Dziennika na rynku wydawniczym, tyle tu szczerości, a nie ma wyprzedawania siebie do cna, tyle życia, a zaraz obok refleksja głęboka, nie na pokaz. Bywa, że ta rozmowa ma takie natężenie, jak wtedy, kiedy ludzie siedzą latem po zmroku w ogrodzie, nie widzą siebie, jedynie słyszą. Wtedy rozmowy są najszczersze, najgłębsze. Bardzo się cieszę, że chociaż Krystynę mam dziś obok.
{jakie to fajne, że ta książka rozkłada się na stole i nie zamyka, a strony nie przewracają same, nie zniosłabym walki wręcz z grubą książką w trakcie czytania}




niedziela, 31 stycznia 2016

Moje córki krowy - Kinga Dębska

Jestem w rozpaczy, że nie mieszkam w kraju czy chociażby nie wizytuję Polski akurat teraz, kiedy na ekrany kin wszedł film 'Moje córki krowy'. Wyraziłam to na fejsie i jakież było moje zdziwienie, kiedy do domu zawitał listonosz z książką o tym samym tytule wysłaną przez Świat Książki.

Podczas pobytu w Warszawie w grudniu (o Bogu, nie napisałam Wam o koncercie Anny Marii Jopek i Marsalisa! - nadrobię, obiecuję) miałam nadzieję, że mi się uda go obejrzeć, ale okazało się, że przed świętami temat chyba za ciężki, więc królowały Listy do M 2. Polazłam i powiem tylko tyle - na drugi dzień Kalina przyjaciółka moja (jej blog tu http://kaliningrad.blox.pl/html) rzekła - różne głupoty w życiu robiłam, ale aż takich to nie :-) Tłumaczy mnie tylko fakt, że pierwsze listy były w porządku.
A tak naprawdę to nic mnie nie tłumaczy, paszteciara jestem i lubię filmy o świętach, ale nawet takiego nieuleczalnego zachwycielca christmesowego ten film nie oszukał, słaby jak herbata babci klozetowej.

No to sobie jęczę na fejsie, że nie obejrzę, a wszyscy właśnie byli, albo zaraz będą... A tu książka, całkiem jak w Listach do M - z nieba spadła.
Od razu zaczęłam czytać, a na drugi dzień to sobie nawet specjalnie zasiadłam w Costa na sesję kawa plus książka, pampering taki.


Tym razem intuicja mnie nie zawiodła. Tank-ju, tank-ju, tank-ju, bo drugiego zawodu bym nie zniesła :-)
Kinga Dębska najpierw wymyśliła, choć jak wynika z wywiadów, część tej historii to też fabularyzowana adaptacja jej własnych doświadczeń, a potem to całkiem udanie napisała. I to jest pierwsze zaskoczenie, bo jeszcze nigdy nie udało mi się przeczytać czegoś równie dobrego jak film, jeśli powstało równocześnie z filmem albo nawet po. Czyli taka książka co ma trochę z ludzi jeszcze kasy wyciągnąć, bo jedzie na powodzeniu filmu. Jedyny przypadek, jaki przychodzi mi do głowy, że nie był porażką, to chyba tylko Aleksandra Minkowskiego Układ zamknięty. Ale to inne czasy były, nie można było sobie filmu nagrać, ani go na YT obejrzeć po jakimś czasie, więc ludzie z tęsknoty za serialem, kupowali książkę.

Trudny temat - odchodzenie rodziców, relacje z siostrą, z córką, z mężczyznami - wydaje się za dużo, za ryzykownie, szczególnie, że to nie jest saga w trzech tomach. Ale tu widać rękę filmowca i scenarzystki, pięknie to jest zebrane w stopklatki myślowe, takie zawieszanie się na kolejnych etapach problemu, począwszy od nie zapowiadającej nic złego wizyty w szpitalu, po kolejne stopnie w tej drabinie rodzinnej tragedii. Bo to jest tragedia, znam to najlepiej, doświadczyłam nagłego udaru mojej mamy i wiem, że tak właśnie to się odbywa, najpierw jest amok, nie wiadomo, co robić, wtedy ktoś musi przejąć stery, chce czy nie, ma być silniejszy, bo taką dostał rolę. I nie chce jej. I wkurza go to. A najbardziej inni, którzy na nim polegają. A ci inni nie widzą, żebyś robił coś nadzwyczajnego.
Podoba mi się, że sprawa jest przestawiona z punktu widzenia obu sióstr, lubię ten rodzaj narracji, sama go zastosowałam w swojej powieści (jakie piękne lokowanie produktu :-))

Oczywiście każdy ma szansę i skwapliwie z niej korzysta, bo czytelnik to jednak w jakimś sensie sędzia, opowiedzieć się za którąś ze stron. I ja sobie ulubiłam starszą siostrę Martę. Wszystko mi się w niej podoba i gdybym miała być jakąś postacią z książki, ona przyszłaby mi chyba w pierwszej piątce do głowy. Kasia nie jest zła, po prostu zupełnie inna i obca mi mentalnie, poza tym nie bardzo wiem, jaka kobieta mogłaby z Grzegorzem wytrzymać bez wyłysienia totalnego, nawet dobry seks tego chyba nie tłumaczy.
Wszystkie elementy tej układanki, kolejne zdarzenia, wszystkie osoby dramatu, tło czyli uwagi o pracy, ludziach ich otaczających, pracownikach szpitala, hotelu, takie celne, akurat złośliwe, ale nie ze znamionami zemsty czy zgorzknienia, raczej dobrego oka do szczegółów, umiejętnej obserwacji - fenomenalnie to wszystko ze sobą współgra.
Wydaje się to niemożliwe napisać o tak trudnych sprawach w sposób, żeby czytelnik płakał, a zaraz potem się śmiał czy wściekał wraz z bohaterami.  Śmiać w obliczu śmierci? Zakochać się, kiedy umiera matka? Tak, to wszystko jest możliwe i bardzo ludzkie, bardzo mi imponuje, że tak właśnie opisane. A nie 'po bożemu', na kolanach, z zapaloną gromnicą od pierwsze strony.
Strasznie się cieszę, że są tacy twórcy jak Kinga Dębska. Będę z radością czytać wszystko, co napisze, bo język ma świetny, żywy, aż sobie wzdychałam z zazdrości. Jeszcze radośniej pogalopuję na każdy film, jaki zrobi, bo jestem przekonana, że nic marnego spod jej ręki nigdy nie wyjdzie, to po prostu widać i czuć. Bardzo polecam!




poniedziałek, 11 stycznia 2016

Umierasz i cię nie ma - Mariusz Ziomecki.

Zanim o książce Mariusza Ziomeckiego, kilka słów wyjaśnienia, dlaczego mnie tu nie było.
Rok temu był wpis i zniknęłam jak sen jaki złoty. Dostawałam od Was maile i wiadomości na fejsie, odpisywałam na wszystkie, ale tu też należy się wyjaśnienie.
Otóż okazało się, że doba zrobiła się za krótka na wszystkie projekty, które sobie założyłam do realizacji. Pisałam powieść, to jest jednak czasochłonne, szczególnie, kiedy równocześnie się pracuje na wielu frontach. Wiem, teraz wielu z Was wsadziło dwa palce i zwymiotowało, kolejna blogerka pisze, czepiło się gówno statku i mówi płyniemy. No cóż, dajcie mi szansę, będziecie mogli mnie zjechać spektakularnie, kiedy książka się już ukaże i zdecydujecie się ją przeczytać. Nie będę strzelać fochów, można walić prawdę między klawisze. Sroce spod ogona nie wypadłam, blogowanie to nie była moja jedyna pisarska działalność, a można powiedzieć, że ostatnia w łańcuchu pokarmowym moich palców na klawiaturze. W każdym razie słowo stało się ciałem, napisałam, będzie wydana w tym roku w kwietniu przez Prószyńskiego i S-kę, tytuł -  'Poza czasem szukaj'. To tyle w tym temacie.
Dodam tylko, że rok przerwy dał mi też czas na przemyślenia o blogowaniu i stwierdziłam, że ten oddech mi był potrzebny. Nie będę już sprawdzać statystyk, nie będę walić głową w mur, że czegoś tam za mało lub za dużo, będę się tym cieszyć, czytać co chcę, pisać, o czym chcę, niezależna, wolna, szczęśliwa jak gwizdek. Lubię to, że pojadę fejsem :-)

A teraz przechodzę do pana Ziomeckiego i jego nowej powieści. Tym razem kryminał.



"Umierasz i cię nie ma". Pierwsza z cyklu czterech. Witaj majowa jutrzenko - zanuciła Kasia z moherowym zacięciem i poleciała po beret do szafy. Przecież wiecie, że mam nabożny stosunek do Herr Ziomeckiego od czasu jego poprzedniej - "Mr Pebble i Gruda". Aż mi głupio, ale co poradzę, że sobie tę powieść zaanektowałam do serca na ament. Wprawdzie ołtarzyka jeszcze nie mam, ale nową książkę zakupiłam ręcami koleżanki, która przebywała akurat w Polsce i na kolanach odebrałam. 
Problem w tym, że jak dla mnie Mariusz Ziomecki za wolno pisze. Uparta i oporna bestia, niczym nie zmusisz do zwiększenia tempa - ani groźby, ani błagania, zastraszanie, podkówki, mina spaniela, na Jezusa frasobliwego - NIC. Niepotrzebnie mnie do znajomych na fejsie przyjął, bo teraz się ze mną ma, ciągle pytam, kiedy następna?

Nie będę streszczać. Oł noł, tego ode mnie nie oczekujcie. Jest zbrodnia. Trzeba ją rozwikłać. Padło na Romana Medynę, bo na kogoś musiało. 

Roman jest trochę jak jego imię - taki rOOOman - myślę, że gdybym go poznała, to tak właśnie bym wyglądała - z rozdziawioną gębą i oczami wielkim jak spodki. Przystojny, odpowiedzialny, mądry, porządny, trochę szalony, czuły, seksowny, dobry w te klocki, o bogu, aż mi się gorąco zrobiło i musiałam ten beret zdjąć.  Każda kobieta by takiego chciała i każdy facet taki chciałby być. 
Baśka niestety też fajna, chciałabym powiedzieć, że zdzira i oczywiście ja byłabym bardziej odpowiednia, ale niestety nie, fajna z niej babka i zamiast odbijać jej faceta (mission impossible poza tym) wolałabym mieć taka przyjaciółkę.

Miejsce akcji - Warszawa i okolice, głównie Zalew Zegrzyński. Autor pisze o miejscach, które zna, więc tu żadnej ściemy nie ma, za to jest dużo szczególików smakowitych i niesamowicie akuratne i zmysłowe wpasowanie osób dramatu w scenerię. Okolice Zalewu po sezonie są tak opisane, że czuć ostatnie ciepło powoli odchodzące w niebyt, dające pola chłodnym nocom późnej jesieni i zimy. 
Miejsca ludne na wiosnę i w lecie, są całkiem inne potem, jakieś takie biedne i zdekompletowane, tutaj to czuć. Zimna woda jest zimna nie dlatego, że tak nam autor powiedział, ale dlatego, że czujemy to zmysłem wzroku. Jazdy Romana motorem po szosach do stolicy są tak nakreślone słowami, że nie dość, że zagryzałam wargi ze strachu, że nie wyrobi na zakrętach, to czułam wiatr na ciele i dyskomfort długiego rajdu w niesprzyjających warunkach. Mariusz Ziomecki niby jest oszczędny w słowach w tych opisach, ale nie na tyle ascetyczny, żeby to wyglądało na pozę, silenie się na męską surowość. Narracja jest oczywiście męska, ale nie brak tu czułości - zawsze mnie to u Ziomeckiego zachwyca, że potrafi te sprawy połączyć - utrzymać maskulinowy charakter swojej prozy, ale z domieszką miękkości właściwej kobietom, a jednak u niego nigdy nie ma to cech babskiej ckliwości ani tym bardziej podlizywania się czytelniczkom. 
Momentami jest groźnie, momentami lekki oddech - śledzimy życie prywatne i problemy z budową pensjonatu, bywa zabawnie, czasem obrzydliwie, jak np sceny w burdelu. Bardzo to wszystko prawdziwe, nawet chwilami reporterskie bardziej niż powieściowe. To zaleta. 

Poza tym zawsze zachwycały mnie u niego dialogi, we wcześniejszych powieściach też. Gdzieś czytałam, na blogu którejś z was, że nie za bardzo tu udane, nie zgadzam się z tym - ma autor ucho, zmienia rytm i styl wypowiedzi w zależności od tego, kto mówi. Gdzie trzeba jest poprawny, gdzieś tam się zatnie, tam gdzie prawdziwiej zaklnie. Są nieprzegadane, żywe, wartkie jakby powiedział dziadek mojej przyjaciółki. 

Lubię, kiedy pisarz ma rozpoznawalny styl, nie interesują mnie ci, którzy 'z twarzy są podobni zupełnie do nikogo'. Dlatego zawsze będę słaniać się na nogach z radości na widok nowego Pilcha, rozpoznam Mellera, Talkę (Talko? jeśli się nie odmienia to przepraszam), Twardocha i jeszcze kilku innych, jak przychodzi do wymieniania, to zawsze ciemność widzę. Przypomni mi się zaraz po opublikowaniu, jak znam życie :-)

Pewnie, że to nie druga Gruda, i dobrze, nie ma tego nawet co porównywać. 
To jest kryminał par excellence, żadnej obsuwy, piękny przykład gatunku. A przecież o to chodzi, czytelnik kupuje i dostaje, co mu obiecano. 
Czekam na kolejne tomy serii... i tu następuje seria spanieli, podkówek i 'Jezusów frasobliwych' :-)


niedziela, 9 listopada 2014

Wybór Ireny - Remigiusz Grzela

Już dawno nie czekałam na żadną książkę tak jak na tę. Remigiusz Grzela umiejętnie budował napięcie postami na FB, trzymał nas w napięciu i oczekiwaniu na to wydawnictwo. A to zdjęcie pokazał, a to rzucił ciekawą anegdotę, a my jak te sieroty na powrót ojca z tułaczki czekające.
Byłam jedną z osób, która dostała egzemplarz przedpremierowy. Rzuciłam się na nią od razu, ale okazało się, że nie tak łatwo mi było się z nią zmierzyć. Z różnych powodów.


Pierwsze rozdziały to wojenna przeszłość Ireny, opisy jej brawurowych akcji jako łączniczki, bohaterska karta z czasów, kiedy była częścią Żydowskiej Organizacji Bojowej. Brała udział w dwóch warszawskich powstaniach, wyprowadzała ludzi z obozów, działała w konspiracji, co ja wam będę tłumaczyć, codziennie przecież narażała życie.

Moja ostatnia wizyta w Warszawie to w dużej mierze podążanie śladami nieistniejącej już kultury żydowskiej (a przynajmniej nieistniejącej już w takim wymiarze jak kiedyś), obecności tylu ludzi, tak ważniej części naszego polskiego społeczeństwa, którzy nagle, bo kilka lat naprzeciwko prawie dwóm tysiącom bytności Żydów w Polsce, to przecież nagle, zniknęli z naszego świata - albo ulotnili się w powietrze, albo zostali zagrzebani w gruzach, zamordowani albo wyjechali.
Wiem, że to się może wydać dziwne, przecież nie jestem pochodzenia żydowskiego, ale czasem czuję bóle fantomowe, dziwi mnie, że była ręka i jej nie ma. Stąd te moje poszukiwania, bardziej sensualne niż akademickie, chodzenie po ulicach, wyczuwanie tej energii, Słuchanie opowieści. O tak, bardzo lubię słuchać ludzi, bardziej chyba niż czytać ich wspomnienia.
Ale nie zawsze się da. Lubię zatem 'słuchać' Remigiusza Grzeli, bo on tak pięknie umie pisać, jakby siedział i opowiadał obok. A ponieważ cechuje go wielka dbałość o fakty, szczegóły, detale, to jakbym widziała jego skupioną twarz, lekkie przygarbienie sylwetki, marszczenie brwi, kiedy próbuje sobie coś dokładnie przypomnieć.
Często odkładałam tę książkę, żeby pomyśleć, pogrzebać w książkach o Kaziku i Edelmanie (a te mam tylko w bibliotece, więc musiałam czekać na niedziele). Mąż budził mnie w nocy, bo śniłam powstanie w getcie, mówiłam przez sen, skarżyłam się na odgłos wystrzałów (a to burza była), czułam swąd spalenizny. Faktycznie śniłam treść tej książki. W moim egzemplarzu przedpremierowym niestety nie było zdjęć (podobno są w tych przeznaczonych do sprzedaży), tak więc Irenę musiałam sobie wyobrazić, przypomnieć trochę z tego, co widziałam wcześniej w zapowiedziach, zanim jeszcze zobaczyłam w telewizji zdjęcia. I wiecie co, nawet mi się udało ją całkiem dobrze wizualnie wyczuć.

Potem to już była część o zapominaniu siebie, o zaprzeczeniu swoim korzeniom, o samo-unicestwianiu siebie, wymyślaniu na nowo i autodestrukcji kolejnej. Właściwie mam wrażenie, że ona niszczyła nie tylko siebie, ale i ludzi, którzy ją kochali. Jakby była ćmą i lampą wabiącą ćmy jednocześnie. Ale umiała też zjednać sobie ludzi obcych, żeby potem oni uważali się za jej przyjaciół. Ale czy ona była im przyjacielem? Takie relacje też potrafią być tylko jednostronne, wiem coś o tym i wiem, jak to boli.
Dlatego bolała mnie ta część opowieści.
Inna strona historii, chociaż ta akurat najmniej wyeksponowana (rozumiem), to relacje z córką. O ludzie, tu to ja w ogóle wysiadłam, bo bardzo mi to przypominało moje z mamą. Aż się trochę z tego pochorowałam. Znowu przychodziło mi odkładać książkę, nosiłam w sobie te toksyny, które jakoś i tam wyczuwałam.
Irena i mężczyźni - tu znowu ten syndrom ćmy i lampy. Kiedy przeczytałam list Romka do Ireny z 3 lutego 1947 roku, tak się spłakałam, że na kilka dni znowu strzeliłam focha. Tak się na nią zdenerwowałam. Nie, że nie kochała wystarczająco, nie, że nie chciała z nim być, czy jakiekolwiek tam były powody, ale, że on tak skamlał, że prosił, nawet jeśli udawał, ze nie, a ona widocznie musiała mu dawać jakieś sprzeczne sygnały, że czuł, że jest nadzieja. List Kazika z końca książki w podobnym stylu i znowu te prośby, a jej chłód, obojętność na nie. Moje wnioski tylko z domysłów, bo nie ma jej listów w odpowiedzi na te wysłane (czy niewysłane, bo Romka chyba ostatecznie nie został). W wielu z tych pism przebija właśnie prośba o odpisanie, odezwanie się, co mnie doprowadzało do rozpaczy, bo nie ma nic gorszego jak pisanie do kogoś dla nas ważnego i wiedza granicząca z pewnością, ze ta osoba nie odpisze. To jest straszny kamień w sercu i ja to czułam za nich, wraz z nimi, kurczę, i złość na tę kobietę, ze ona tak ludzi traktowała, tych dla niej najmilszych, najbardziej uważnych na jej nastroje i to, co się z nią dzieje.

Ale z drugiej strony miałam do siebie pretensje - kim ty jesteś, żeby ją oceniać, nie przeszłaś drogi w jej butach, nie wiesz, jak naznaczyła ją wojna, jej działalność, jakie blizny ta podziwiana u niej brawura, zostawiła. Z drugiej strony wielu, a nawet większość potrafiła się podźwignąć po wojnie, prowadzić normalne życie. Inna rzecz, co my tam wiemy, jakie ono było, czy normalne, czy tylko na wierzchu takie, a pod skórą ból i niekończąca się trauma?

I tak to się plecie podczas lektury tej książki - wzruszenia, podziw, złość, łzy, ciekawość, fascynacja, ale i niesmak czasem. Na pewno nikt nie pozostanie obojętny na tę historię. Każdy pewnie znajdzie coś dla siebie. Ja, jak widzicie z tej notki, bardzo przeżyłam jej czytanie. Czego i wam życzę.

sobota, 17 maja 2014

Magnolia - niby drzewo jak to drzewo, a jednak nie. Festiwalowe czytanie.

Będę szczera jak pole - zobaczyłam opis, że ucieczka, że w głuszę, że pensjonat, tyle, że facet, a nie babka i mnie zemdliło?
Znowu?
Ileż można domków, hoteli, ucieczek, tajemnic, jeszcze kufer z listami znajdzie i w ogóle się pochoruję.
Skąd u nas taka mała fantazja, że jak jedna się rozwodzi i ucieka, to zaraz cały tabun za nią? Już innych tematów nie ma?
Jakoś nie zaobserwowałam tego na Zachodzie, żeby wszyscy o tym samym pisali.
Tak sobie utyskiwałam pod nosem.
No, ale panie u mnie w bibliotece zachwycone autorką, wszystkie jej książki mamy i są rozchwytywane. Kupuję, bo mają wzięcie, ale nigdy żadnej tej autorki nie czytałam.
Dzięki festiwalowemu zadaniu, okazało się, że książka może i opis ma taki, jak inne, ale jednak udało się autorce przedstawić temat w sposób nietuzinkowy.
I to nawet nie chodzi o to, że jakoś tak specjalnie inaczej, ale po jej przeczytaniu, wrażenie cuzamen do kupy jest takie, że warto było, ba, ten świat mi pasuje, chciałabym tam wrócić, dlatego zasadzam się na drugą część, która wychodzi na dniach.

W pierwszym tomie Magnolii historia opowiada o facecie, któremu się świat wali, nie dość, że zdrowie mu szwankuje, co go dyskwalifikuje z zawodu pilota,  to i żona odchodzi i do tego chyba ma rację. Nic nie jest tak, jak powinno. Tu dla mnie trochę nierealne, ale może faktycznie ludzie tak robią, że koleś sprzedaje wszystko i jedzie przed siebie, wybierając drogę losowo. A jak już trafia w Bieszczady na pewną stację, okazuje się, że jest do kupienia pensjonat Magnolia.
I tu już miałam gorzko w gardle, myślałam, nie dam rady.
Ale w tym momencie dopiero się zaczęło dziać, i do dobrze dziać. W sensie ciekawie i już się oderwać nie mogłam.
W Magnolii bowiem spotkałam świetne babki, Czesię, zarządzającą kucharkę uwielbiającą szybką jazdę jeepem, Małgorzatę, która przychodzi na kawę dwa razy dziennie i czyta gazety przeterminowane o tydzień lub dwa (całkiem tak ja jak i jak ja podnieca się starymi aferami :-)
Dojeżdża do nich Doris, bardzo barwna postać, rowerem przybywają jeszcze dwie postacie - nastoletnia maniaczka książek i młoda żona starszego, na dodatek sparaliżowanego męża, bywa też pewien mecenas i absztyfikant Doris. Ale to nie wszystko, bo i o wsi i jej mieszkańcach co nie co się dowiadujemy.
Nie będę więcej streszczać, bo sama tego nie lubię u innych, nie po to są te zapiski, żebym Wam tu zdradzała koleje losu bohaterów.
Nic nowego, ktoś powie o treści, ale tu się nie zgodzę, albowiem Grażyna Jeromin-Gałuszka okazała się utalentowaną konstruktorką i postaci, i fabuły. Zaskoczyła mnie pozytywnie,  wciągnęła mnie w stworzony przez siebie swiat do tego stopnia, że traktuję to jakbym tam była na wakacjach i cieszę się, że jestem umówiona na kolejny pobyt w lecie.
Nawet nie potrafię powiedzieć, co mi się tam konkretnie podobało.
I to jest dla mnie wyznacznik dobrej książki, bo jak dobra kiecka, ma zachwycać i świetnie leżeć, nie trzeba nam wiedzieć, którędy wiodą szwy.
Drugi tom przeczytam na pewno. Poprzednie książki tej autorki sukcesywnie też, podoba mi się jej styl i jeśli tylko będę miała ochotę na ten rodzaj literatury, najpierw sprawdzę co też nowego wydała właśnie Grażyna Jeromin-Gałuszka.

poniedziałek, 5 maja 2014

Przekleństwo ostatniego tomu

Nie jestem dobra w czytaniu wielotomowych serii. Na pewno nie umiem ich czytać jednym ciągiem. No, ale są takie, które lepiej by było zaliczyć à la longue, szczególnie sagi rodzinne, bo człowiek jednak zapomina co i jak, kto z kim i dlaczego jeden z drugim nie rozmawia.
Cukiernia pod Amorem Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk bardzo mi się podobała, w swoim gatunku świetna. Nie podobna było ominąć spin off tej sagi, przeczytałam już tom pierwszy Podróży do miasta świateł, pora była na tom drugi


A że lato raczej sprzyja przebywaniu na zewnątrz, ostatnio też dużo przemieszczam się samochodem, egzemplarz papierowy jest rozchwytywany w bibliotece (właściwie na półce nie stoi), postanowiłam zaopatrzyć się w audiobook.
Pewnie już zauważyliście, że uwielbiam czytać uszami. Zawsze mam jedną książkę na tapecie do pochłonięcia właśnie tak. 
Obiecałam sobie, że jeśli kiedykolwiek trafi mi się książka audio czytana przez panią Annę Dereszowską, albo zrezygnuję, albo zaopatrzę się w Persen forte. 
Niestety czyta ona z nieznośną dla mnie manierą, staromodną emfazą, jęczy, głos modeluje jak gwiazda kina przedwojennego, dla mnie jest to nie do zniesienia. Przeszkadza bardzo. Już miałam to przy Carycy i tomie pierwszym Róży z Wolskich, teraz tylko się upewniłam, że nam z panią Anną nie po drodze w tej kwestii. 
Miałam momenty, że prosiłam - Boże, niech ona trochę popuści, bo ciekawa jestem co dalej, ale chyba to w diabły wyłączę. Paradoksalnie najlepiej się słuchało, kiedy pani Dereszowska była podziębiona i miała lekko przytkany nos, nie mogła tak szarżować i wtedy to było znośnie. 

Jeśli idzie o samą powieść, pani Gutowska Adamczyk przyzwyczaiła nas do tego, że jest po prostu dobra. Nikt się nie zawiedzie. Poznajemy dalsze losy Rose czy Róży, co się działo po śmierci jej ukochanego, nie chcę zdradzać, bo streszczenie odebrałoby Wam całą przyjemność śledzenia jej losów. 
Nadal są dwa plany czasowe, czyli Francja przełomu XIX i XX wieku, oraz Polska i Francja współcześnie. Po zakończeniu tej dwutomowej opowieści dochodzę do wniosku, że ten drugi plan i historia Niny, nie miała żadnego znaczenia, nie była tak ciekawa jak się na początku spodziewałam i w sumie mogłoby jej nie być. Natomiast część z przeszłości bardzo mi się podobała i najchętniej wracałam właśnie do niej. Jak to u tej pisarki dużo ciekawych i poznawczych szczególików i faktów dotyczących obyczajów, samej Francji, strojów i tym podobnych rzeczy, czyli współpraca z Martą Orzeszyną, z którą autorka konsultowała te sprawy, przyniosła fantastyczny efekt. 
Trochę mnie męczyły drobiazgowo opisywane nazwy ulic, gdzie co się znajduje i którędy tam dojść. Nie znam języka i nawarstwienie tego w tekście powodowało, że albo się gubiłam, albo niecierpliwiłam, nigdy nie byłam zwolenniczką powieści 'kartograficznych', nie miałam ambicji podążać śladami bohaterki, kiedy w Paryżu, może to stąd. Pewnie są tacy, którzy to niezwykle cenią w powieściach.
A może problem tkwi w tym, że z ostatnim tomem u mnie jest tak, że wiem, że to się coś kończy (wreszcie, bo jak pisałam nie lubię jednak historii wychodzących poza 3 tomy maks), więc pojawia się u mnie niecierpliwość, byle do końca, byle się dowiedzieć. A to znowu szkodzi czytaniu uważnemu.

Podsumowując cieszę się, że przeczytałam, że znam koniec tej dawnej historii. Czekam na kolejną powieść Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk, bo jest to jedna z tych autorek, których czytam wszystko, co napiszą. Jeśli się nawet czegoś tam czepiłam, to i tak po prostu wiadomo, że to solidnie napisana powieść i nikogo nie pozostawi z niedosytem. 

niedziela, 20 kwietnia 2014

Bezcenny mógłby być jednak bardziej wartościowy.

Miłoszewskiego lubię za jego Szackiego. Bez kwękania sięgnęłam po powieść spoza tej serii, przecież wiadomo, że pisarz nie będzie cały czas tańczył, jak mu czytelnicy grają. Nawet jeśli chcielibyśmy czytać w kółko o prokuratorze, interesuje nas przecież równie bardzo warsztat i fakt, że Miłoszewski sprawnym pisarzem jest.
'Bezcenny' to potwierdza.
Chociaż ja jednak zostanę przy Szackim, jeśli idzie o preferencje.
Nie jestem fanką, ani tym bardziej znawczynią malarstwa. Z obrazami u mnie jest tak - patrzę i albo się zachwycam, albo wzruszam, są emocje, albo nie. Nie mam potrzeby dochodzić, skąd to i dlaczego. Wiem coś tam, niezbędne minimum, żeby nie być ignorantem, style, nazwiska, kto czym się wsławił, kto uciął sobie ucho, a kto zmarł z głodu zanim stał się sławny i kupowany. O kradzieżach nazistów też słyszałam i czytałam, ale żaden ze mnie Wołoszański.
Pomyślałam, że mam w ręku dwa w jednym, coś się więcej dowiem i zaliczę coś awanturniczego.
I w sumie, jeśli to kryterium brać pod uwagę, nie powinnam być zawiedziona. A jednak trochę jestem. Dostałam powieść sprawną warsztatowo, dużo się dzieje, ale od Miłoszewskiego spodziewałam się czegoś więcej.
Po pierwszym zachwycie, czyli czasy wojny i Zakopane, hotel zacisznie schowany w górach, klimaciki, szczególiki, wpadłam w terroryzm, zamach, pościgi, walki wywiadów. Do tego mnożą się postaci, nazwiska, zaczęłam się gubić. Nie lubię tego. Starłam się wszystko zapamiętać, słusznie spodziewając się, że to potem gdzieś wyjdzie, będzie potrzebne.
Poznawanie głównych postaci dramatu przywróciło spokój, ale nie mogę powiedzieć, że byłam jakoś szczególnie zadowolona. Lisa, skandynawska złodziejka podobała mi się bardzo, szczególnie jej wersja języka polskiego. Ale Poznański (Boznański? słuchałam, stąd moje wahanie), doktor Zofia Lorenz i emerytowany oficer służb specjalnych to już naprawdę nic nowego, bardzo schematyczne postacie. Ich rajd po świecie też niestety kalka z innych powieści, które może kiedyś mnie i zachwycały, ale już z nich wyrosłam.
Początek powieści zapowiadał dobrą zabawę, potem zaczęłam się niestety nudzić, pod koniec było przez chwilę lepiej, ale tak czy siak czekałam końca jak kania dżdżu.
Momentami było zabawnie, przeważnie kiedy mowa była o wspomnianej Lisie, najbarwniejszej postaci. A już jak mowa była o Martinie Mellerze, bezwzględnym terroryście, byłym kochanku Lisy, nie mogłam nie śmiać się w głos. Panowie muszą się bardzo lubić, skoro Miłoszewski wplątał Mellera w akcję swojej książki, chociaż tak.
Jak dla mnie jest to najgorsza dotąd powieść Miłoszewskiego. Przepraszam tych, których namówiłam do czytania swoimi entuzjastycznymi wpisami na FB, niestety potem już nie byłam tak zachwycona, ale mi głupio było się do tego przyznać.
Pewnie złe wrażenie spotęgował lektor, Andrzej Chyra. Najpierw mnie zachwycił głosem, ale potem było dużo błędów, na przykład czytał zdanie tak, jakby tam był przecinek, orientował się, że nie ma i czytał dalej przyspieszając, znowu przecinek i człowiek już nie wiedział, o co chodzi. Albo dzielił dziwnie wyrazy, a najlepsze było czytanie zdanie twierdzącego ze znakiem zapytania - "Standard kolekcjonerski - skomentowała Zofia? (to sobie zapisałam wyrywając koleżance pół koperty z ręki)
Albo Chyra czyta zdanie, orientuje się, że strzelił babola i zaczyna czytać to samo jeszcze raz.
Gdzie był realizator nagrania albo jakiś reżyser czy kto tam teraz jest, kiedy nagrywają audiobooki? Wygląda jakby kolega z wojska, popijając drinki, nagrał to na kaseciaku.
Pod koniec nagle inny głos zaczyna czytać, co wprowadza zamieszanie, nie wiedziałam, czy to po prostu zastępstwo, czy niby jest to komunikat radiowy i dlatego inny głos?
Audiobooków słucham przeważnie w takich okolicznościach jak sprzątanie, prace w ogrodzie, jazda samochodem, nie mam jak zanotować błędów, ale gdybym tylko mogła, podałabym więcej przykładów kwiatków lektorskich, moglibyśmy się chociaż pośmiać.
Jeśli lubicie powieści awanturnicze, z odrobiną wiedzy, która poszerzy Wasze horyzonty, to książka dla Was. Ja oczekiwałam czegoś więcej, nie wiem, skąd to przekonanie, ale myślałam, że temu autorowi uda się sprawę ująć jednak bardziej nowatorsko.
Czekam na trzecią część kryminału o Szackim. Na pewno się nie zawiodę.

sobota, 12 kwietnia 2014

Złodzieje koni zawiedli mnie na pastwiska zielone

Tak powiedziałam, autorowi, że mnie tam swoją powieścią zabrał. Do czytelniczego raju, gdzie nie trzeba się spieszyć, nie trzeba 'z kocyka wstawać', można zapomnieć o bożym świecie, bo ma się w ręku historię ciekawą, przejmującą.
Żałuję, że nie mam zwyczaju podczas lektury robić notatek. Gdyby to była książka papierowa, od razu wiedziałabym, że zostaje na mojej półce, mogłabym sobie ołówkiem pisać w niej do woli. Ale to był przedpremierowy ebook i do notatek potrzebny by mi był notesik, cokolwiek. A ja, jak już zasiadłam do czytania, minuty mi każdej było żal, nie polazłam po ten długopis, po ten brulion i mam za swoje.
Miałam kilka błyskotliwych :-) myśli, że Wam to tak przedstawię, tak opowiem, że Wam gacie opadną i ustawicie się w kolejce do księgarń 24 kwietnia. Miałam wtedy przebłysk rozsądku - idę zapisać, bo zapomnę, ale potem zaraz - eee tam, tego nie zapomnę, to jest takie superowe, że na pewno będę pamiętać.
Ale rankiem to było, do pracy spieszyłam, w biegu zbierałam klamoty, bo się oczywiście zaczytałam i co? Wyparowało ze łba jak sen jaki złoty.
Remigiusz Grzela uwiódł mnie swoimi rozmowami. Po tym jak przeczytałam Było, więc minęło , obiecałam sobie nadrobić wszystkie grzelowe zaległości i od razu zakupiłam dwa ebooki - Wolne i Hotel Europa, tyle udało mi się tylko zdobyć. Obiecałam sobie mieć oczy otwarte na resztę.
Aż tu pewnego dnia trafiła się okazja przeczytać przedpremierowo Złodziei koni.
Zasiadłam z czytnikiem, oklepałam naokoło kocyk, kawę przysunęłam bliżej, okulary na nos, reszta spraw w nosie i zapadłam w świat stworzony przez pisarza.
O-lu-dzie! Cóż to za wspaniała powieść. Cóż za język, styl! Widziałam jak się te literki i zdania ładnie układają w treść, czułam jak te naoliwione tryby wsuwają elementy machiny na swoje miejsca, jak to wszystko pięknie gra. Konstrukcja misterna, niejeden by poległ, gdzieś się obsunął w przepaść chaosu, ale nie ON, nie Grzela.
Nasunęło mi się porównanie do koronek klockowych. Widzieliście kiedyś, jak to się robi? Tutaj krótki filmik, obejrzyjcie proszę, minutę zaledwie, a będziecie wiedzieli, o co mi chodzi.
Wątki opowieści jak te nitki, cieniutkie, ale dużo, Grzela sprawnie klockami operuje, zawija, krzyżuje, cofa, podnosi, prostuje, już widzisz wzór, ale on się jeszcze bardziej komplikuje i dowiadujesz się, że to, co Ci się wydawało clue, jest zaledwie elementem czegoś większego, bardziej skomplikowanego.
A co może być bardziej skomplikowane i złożone od ludzkich losów, rodzinnych historii, szczególnie kiedy przypadają one na czasy powojenne - Stanisław, czasy wczesnokomunistyczne aż do przełomu współcześnie - Jerzy, aż do przedstawiciela obecnego pokolenia, nieświadomego przeszłości, nie mającego wystarczającej wyobraźni, żeby zrozumieć, wejść w skórę ludzi, którzy swoją księgę zaczęli zapisywać przed nim - Kamil.
Trzech mężczyzn, dwóch ojców, dwóch synów i dziadek. Z czego dziadek nie zna wnuka, ba, nawet nie zna syna. Ojciec zna syna, ale go nie zna. Syn zna ojca, ale go nie rozumie. Siostra odkrywa, że ma brata. Dziadek nagle ma możliwość przejścia przez życie swojej niedoszłej żony.
Trzech mężczyzn, różne czasy, wojna, która nie dla wszystkich skończyła się w '45, trudne decyzje, postawy, które dla jednych są oczywiście wspaniałe, dla innych całkiem na odwrót. Geny. Jaka siła w nich tkwi. Nie da się ich oszukać, ale można wytworzyć w sobie mechanizmy, które pozwolą uniknąć błędów poprzedników w rodzinie. Trzeba zrozumieć, może wybaczyć? Da się w ogóle?
W tym wszystkim kobiety, matki, żony, córka. Naturalnie towarzyszą mężczyznom, nikt przecież nie chce być sam, każdy szuka miłości, towarzysza na życie. Nie zawsze to jest oczywiste, kto z kim i dlaczego tak to się potoczyło.
W tej powieści najpierw te nitki się plączą, ale wraz z końcową stroną powieści, chociaż w przypadku czytnika to był po prostu biały ekran - dostajemy kompletny, zachwycający wzór. Wpatrywałam się w tę nicość na ekranie i nie potrafiłam się rozstać z tą powieścią. Wracałam do pojedynczych scen, do smaczków, które jeszcze nie zostały zapomniane przez kubki smakowe w mojej głowie. Tęsknię do niej. Nie potrafiłam sięgnąć po nic innego, od kilku dni czytam prasę, blogi, odmawiam rozstania się z nią na dobre.
To jest jedna z tych powieści, która pozostaje z człowiekiem na dobre. Myślałam, że teraz już nikt tak nie pisze. Że literatura idzie w stronę ozdobników językowych, które biorą górę nad treścią. Albo ucieka w trywializm. Albo zabiera ludzi do wyidealizowanego świata, którego nie ma. Albo odwrotnie, do bagna, gdzie brud, smród i jeden kolorowy motyl siedzi.
A tu mięsista historia par excellence. Język w zależności od potrzeby subtelny, ale chuje też latają. Bez ściemniania. Uwielbiam. Ledwo skończyłam, a już stała się jedną z moich ulubionych powieści ever.
Mam nadzieję, że ktoś zdecyduje się ją kiedyś nakręcić.
Czy muszę dodawać, że polecam?

wtorek, 4 marca 2014

Azali powiadam wam - warto

Będę szczera jak pole - nigdy w życiu bym po tę powieść nie sięgnęła gdyby nie - że polecę Żuławskim tym od nocnika -
a) fakt, że książka jest zgłoszona do Festiwalu Literatury Kobiecej w Siedlcach, gdzie oceniam książki jako blogerka zagraniczna
b) moje zeszłoroczne spotkanie z autorką i to, że szalenie mi przypadło do gustu jej żywe i bardzo wprost postrzeganie rzeczywistości oraz sposób wyrażania myśli. 
Pomyślałam, że nie ma możliwości, żeby taka babka jak Katarzyna Bulicz-Kasprzak napisała babola literackiego. 
No, ale ta okładka - jak dla mnie odstraszająca, co będę udawać. Wiem, że taka moda itd, niech sobie będzie, ale mnie by było wstyd z tym po ulicy chodzić. Nie, że taka okropna, ale strasznie romansowa, a ja wyglądałabym z taką 'tematyką' jak dzidzia piernik. 


[o cholerka, zapomniałam zdjąć obrus, na którym wyleguje się Franek,kiedy nas nie ma w domu (tam zawsze świeci słońce w dzień)]

Wydawcy książek są czasem sami sobie winni, bo zawężają okładką grono odbiorców, nie sądzicie? Czy nie mogłaby ona być troszkę bardziej uniwersalna? 

Niestety kierowana przekazem z obrazka na obwolucie, sięgnęłam po tę powieść lekko zniechęcona. Wielka ambiwalencja uczuć mi w każdym razie towarzyszyła. Gotowa byłam ją odrzucić jak tylko okaże się coś nie tak, przyznam, że trochę czekałam w blokach na znak sygnał, wystrzał pistoletu startowego. Niech no tylko jakiś fałsz, za słodko, szczebiotliwie i już by była wspomnieniem. Niedokończona.

Od pierwszej strony zaskoczyło. Widziałam w tym tekście autorkę, jakby to ona mówiła, jakbym siedziała obok przy stoliku z kawą i ciastkiem. Kurczę, jakby tu była.
Trochę mi oko zbielało, kiedy pies, a w ślad za nim kot i mysz, zaczęli mówić i bohaterka to rozumiała. Zbielało z rozpaczy, bo myślałam, że nie zdzierżę. Nie chcecie wiedzieć, jakie wokół fotela słowa krążyły. Już myślałam, że trzeba będzie się pożegnać. Odłożyłam. Przeczytałam inną książkę 

Ale poczucie humoru, z jakim jest ta powieść napisana, jednak zwyciężyło. I ciekawość, co dalej, chciałam wiedzieć, czy ta książka ciąży w kierunku 'nic nowego', czy 'nic nowego, ale jak ujęte!'

Bohaterka pracuje w korporacji. Baba żyleta. Bezkompromisowa, dokładnie wie, z czym się je ten korporacyjny chleb, jak rozgrywać, blefować, kiedy iść va banque. I od tego się zaczyna, od biegania, mimo braku treningu i omdlenia, co było do przewidzenia. A potem diagnoza - glejak, rak mózgu, nic nie możemy dla pani zrobić. 
Załamała się? Położyła na miesiąc do łóżka? Zaczęła walczyć i mimo wszystko podjęła leczenie? Z ostatniej strony okładki wiemy, że pojechała do chaty na prowincji. I to jest właśnie nic nowego, ale tak opisane, tak ujęte, że nie mogłam tej powieści, mimo początkowych uprzedzeń, odłożyć. 

Niezwykle konsekwentnie napisane, i jeśli idzie o treść, i język, co miało się prawo rozejść jak oszukany sweter góralski, bo dialogi były ludzkie, psie, kocie, mysie i sąsiedzkie, każdy w innym stylu się wypowiadał. Fantastyczne one jednak były, nie każdy może powiedzieć, że umie tak pisać właśnie dialogi, a do tego przeplatane wewnętrznymi wtrąceniami. Wszystkie elementy tej opowieści, jakkolwiek by one były niedorzeczne czy, wydawałoby się, wtórne, są umiejętnie wykorzystane i nietuzinkowo potraktowane przez autorkę. 
Poczucie humoru Katarzyny Bulicz-Kasprzak jest przednie, uwielbiam takie, oparte na stylu, na wyrażeniach, które gdzie trzeba są dosadne, gdzie nie trzeba, normalne (miałam nawet wyrzuty sumienia, bo mowa była o strasznej chorobie, a ja chwilami rechotałam jak woźnica po setce, tak mnie bawiło autorki spojrzenie na sprawę). Nie ma szczebiotania i słodzenia, czego się obawiałam. Takie obyczajówki to ja mogę czytać. 
Już wiem, co polecać, kiedy ktoś mnie spyta - co przeczytać, żeby się wyciągnąć z doła?
Ale i bez doła można sięgnąć po tę powieść, niech Wam przypadkiem nie przyjdzie do głowy czekać na czarne dni. Oczywiście jeśli lubicie taki typ powieści, bo jak tylko biografie i historyczne, to nic was nie przekona. 

wtorek, 25 lutego 2014

Ostrzegali, ostrzegali, a ja i tak nochala w te rzygi wsadzilam

Będzie na spokojnie, wzięłam Persen forte i jestem w stanie zen, nie mylić ze skrótem od Zenek.
Aż mi żal, ze nie wzięłam tej tabletki wcześniej, podczas lektury 'Obywatela i Małgorzaty'.
Nie wiem, dlaczego sięgnęłam po tę pozycję? Nigdy nie byłam fanką Republiki czy Grzegorza Ciechowskiego solo. Nie jestem też fanką literatury a'la pudelek, kozaczek i inne '-ek'. Małgorzata Potocka, cokolwiek ona o sobie nie opowiada w tej książce, nie kojarzy mi się z jakimś wybitnym twórcą, aktorką totalną, na którą się idzie do kina. Ot fajna babka, nie przeszkadza w filmie czy serialu, ale poza rolami wczesnymi, niezbyt znacząca.
Kilka razy myślałam o kupnie tej książki. Ale ciągle coś było lepszego, a pieniędzy na wszystko brak. Potem Monika z Błękitnej biblioteczki skomentowała mój wpis o wspomnieniach Małgorzaty Tusk, że prawdziwy hardcore to jest książka Potockiej i już nie dało się zatrzymać lawiny ciekawości, tym bardziej, że mi tę książkę od ręki pożyczyła. Gdybym chociaż musiała tygodniami czekać na okazję przeczytania, pewnie by mi przeszło.



O Bogu, co to za książka. To się po prostu w pale nie mieści.
Małgorzata Potocka powinna się była kopnąć w potylicę i zapaść w śpiączkę na miesiąc, a potem nie pamiętać co to ona miała do powiedzenia. Wszyscy by jej żałowali i nie stworzyłaby tego obrazu siebie samej i Obywatela GC, jaki teraz mam w głowie. A tak, mam niesmak, jakbym się jej wymiocinami wysmarowała. Napisała, że ta rozmowa była po to, żeby Grzegorz nie wszystek umarł, żeby ludzie wiedzieli jaki był, żeby o nim pamiętali, że jest mu to winna. Łatwo się mówi, jak facet leży sześć stóp pod ziemią i już jej przywalić z bejsbola nie może za to, co ona o nim napisała.

Ta książka to jest wielki pean na to, jaką wspaniałą osobą i artystką jest Potocka, jak to ona Ciechowskiego stworzyła, jak to ona go wyrwała z okowów nieśmiałości, mieszczaństwa, obudziła w nim jeszcze większego artystę niż był. A tak naprawdę wychodzi na to, że ta książka jest świadectwem, że pani obywatelowa MP jest nikim bez obywatela GC, że jak sobie poszedł, to najpierw trzeba było jęczeć jakie to straszne, że własna służąca odebrała jej męża, taka żmija na łonie wychowana od wczesnych lat nastoletnich, a jak umarł trzeba było po latach przypomnieć się ludziom wspomnieniami o nim czyli o niej.

Kiedy Małgorzata porzucała męża, tak się biedna tłukła z myślami, że o mało ducha nie wyzionęła. Grzegorz też po prostu zatruł swą duszę zamartwianiem się, co też on czyni swojej pierwszej żonie. Tak się zamartwiali do imentu, że musieli się pocieszać, tak się pocieszali, że aż musiało to być w łóżku i domu pierwszej żony, że aż musiała ich nakryć i przeżyć to upokorzenie. Po prostu nie można było w tym wszystkim mieć odrobiny przyzwoitości, bo już w tych zmartwieniach nie było na nią miejsca.
Dziecko przemieszczane po domach i ludziach jak lalka. A oni szał ciał i twórcza erupcja. No i bezustanna erekcja.
Zęby sobie starłam o połowę, tak zgrzytałam. Ale masochizm mnie jakiś napadł, nie mogłam się oderwać, bo wbrew wiedzy, którą miałam, nadzieja jakaś się tliła we mnie, że Potocka napisze coś, co mi tę gorycz czytelniczą zneutralizuje ( i zęby przywróci).

Aż nadeszła część opisująca przejście przez życie pary Gośka i Grzesiek (dalej zwanych GG) - fanfary - jak to Grzesiek nauczył się jeść prawidłowo przy stole u państwa ambasadorostwa w Paryżu, używać widelczyków i takich tam. Jak to pani G ubrała pana G, w najlepsze ciuchy (które po porzuceniu rozdała bezdomnym), jak to nie miała czasu na gotowanie i sprzątanie, ale nie było problemu, bo dali klucze fankom, a one były przeszczęśliwe, że mogły im gotować, układać, prać gacie i wąchać grześkowe koszule. Swoją drogą to baby mają czasami porąbane, żeby usługiwać muzykowi po to tylko, żeby być bliżej. Szał tworzenia, wszyscy do nich lgnęli, na dzieci jakoś mało czasu było, ale to szczegół. Kochali je przecież.

I to się po prostu musiało stać. Zatrudniona do dziecka opiekunka zbliżyła się do jego ojca. Ileż razy to już było? Nie lepiej było zatrudnić grubej baby w różowych galotach z PDT do kolan, bez dwóch zębów z przodu? Za to śpiewającej kołysanki ze wschodnim zaśpiewem, lepiącej najlepsze ruskie i z miękką, obszerną klatką piersiową do przytulania. Fanki do wszystkiego, no to dlaczego nie do łóżka? A jeśli Obywatel GC raz już bezwzględnie porzucił, dlaczego nie miałby tego zrobić po raz drugi?
Potocka mówi, że kiedy ona robiła wszystko dla niego, wisiała na drabinie i trzymała reflektor w trakcie koncertu, Ania w pierwszym rzędzie, w pożyczonej od niej sukience, wgapiała się w niego i to musiało się tak skończyć, bo to uwielbienie go po prostu przyciągało. Pożyczona sukienka - synonim dziewczęcia z Nowolipek, biednego i zahukanego.
A potem Potocka utyskiwała, że gdyby on ją chociaż z kimś ważnym zdradził, z Meryl Streep, ale ze służącą, z takim nikim?
I tu już po prostu pękła mi guma w dresach. Nie wytrzymałam. Kim jest Potocka, żeby mieszać z błotem, akurat w ten sposób, kobietę, która ją zastąpiła, po tym, jak ona sama odebrała go innej? Matką Zenusia w Barwach szczęścia. Ktoś ją kojarzy?
Nie ujmuję się za żadną ze stron. Cóż ja wiem o takich sprawach? Jestem żałosna, bo z tym samym mężem dwudziesty ósmy rok, bez skoków w bok, doprawdy nuda. Nie wiem, jak to jest się zakochać nagle w innym i dać się ponieść wodospadowi namiętności i nieuniknionemu. Nie wiem, jak to jest stracić ukochanego na rzecz innej kobiety, ale to wszystko właśnie chciałam zrozumieć. Oczekiwałam jednak klasy, dystansu po tych wszystkich latach, nie prania brudów i budowania pomników sobie i byłemu, kosztem tej drugiej. Ale jak cwanie, z pierwszą żoną się lubimy i ściskamy, kiedy się spotkamy, a z drugą żoną już nie (Potocka nigdy nie była zamężna z Ciechowskim), bo ta zdzira przecież ogłupiła Ciechosia i sobie poszedł. A tak Małgorzatę kochał do samej śmierci.
Czy naprawdę trzeba było to wszystko czytelnikom wyjawiać? Czy nie wystarczyło opowiedzieć o swoim życiu ze zdolnym muzykiem, o sobie w tym wszystkim, o ludziach, którzy byli dla nich ważni, czy to rodzinnie, czy innych twórcach i muzykach, o koncertach, o wyjazdach, tak jak pięknie zrobiła to Urszula Dudziak?
Gdybym nie czytała tych drugich wspomnień, o Urbaniaku (który ją przecież zostawił dla innej), o Kosińskim, który ją też zostawił popełniając samobójstwo, o dzieciach, o tworzeniu, może nie wiedziałabym, że można to zrobić pięknie i z klasą. A tak, no cóż, idę zeskrobać resztę tych rzygów z moich włosów. To było straszne doświadczenie czytelnicze. Nigdy więcej!

sobota, 8 lutego 2014

Między wariatami - czyli jak zrobić dziecko za pomocą worka z 20 kg truskawek i czy Patentex Oval mógł zmienić bieg historii ?

Z felietonami to jest tak, że czyta się jeden i od razu wiadomo, czy autor(ka) nam pasuje, czy nie. Nie chodzi tu o pióro czyli styl, ale bardziej o to samo, co się czuje, kiedy spotyka się kogoś po raz pierwszy i wiadomo, czy możemy się zaprzyjaźnić, czy nic z tego nie będzie.
Rodzaj chemii jaka ma miejsce między przyjaciółmi na życie.

Inna rzecz, że ja się na felietonach chowałam. Mama miała zbiór Słonimskiego i podczytywałam w ukryciu. Podłoga sypialni zasłana była często płachtami Polityki (kiedyś były wydawane jako wielka gazeta, a nie kolorowy tygodnik), a tam felietony KTT i Passenta, które namiętnie zaliczałam, chociaż teraz nie jestem pewna, co z tego rozumiałam. Zawsze miałam jakiegoś ulubionego felietonistę, a to Pilcha, a to Tyma, żadnego ich tekstu nie ominęłam, nie przegapiłam.
Kiedy przyjechałam na Zieloną Wyspę ulubiłam sobie Roisin Ingle i jej felietony w Magazynie The Irish Times. No i nie bez znaczenia pewnie jest, że sama przez wiele lat pisałam felietony, chociaż nie w tak prestiżowych tytułach, no i nie tak genialne, chociaż gdyby sądzić po ocenie czytelników, również nie bez znaczenia.
Z polskich tygodników czytam najchętniej Newsweeka, a tam od czasu pojawienia się Marcina Mellera, jego felietony. Wcześniej publikował je też gdzie indziej i ja tak za nim podążam, gdziekolwiek nie idzie. Mam nadzieję, że nie przejdzie do Wędkarza polskiego, bo ten chyba nie ma elektronicznej wersji, a papierowej tutaj nie kupię.

Ucieszyłam się, kiedy zobaczyłam, że wydał książkę. Nie stawiałam sobie pytania, czy ją kupić, bo to było jasne, ale problem był w wyborze nośnika - analog czyli papier, ebook czy audiobook? Okazało się, że lektorem wersji audio jest Wojciech Mecwaldowski, a wiadomo wszystkie Wojtki to fajne chłopaki, a Mecwaldowskiego lubię szczególnie, wybór więc padł na uszatą wersję.

Co ja Wam będę mówić, to było jak rozmowa z kumplem, którego dawno nie widziałam. On opowiada, ja piję i rechoczę jak żaba na wiosnę. Aż mi głupio czasem było, bo słuchawka dyskretnie w uchu, gdzieś w autobusie, a ja nagle zanoszę się śmiechem, jakbym rozum postradała. Jazda samochodem, normalnie uwielbiam słuchać książek przy tej okazji, okazała się niebezpieczna w takim towarzystwie. Sprzątanie, no cóż, można sobie narobić jeszcze więcej roboty, zasłuchałam się i wlazłam w wiadro, wylałam i musiałam ratować się przed tego skutkami.

Marcin Meller pisze na różne tematy. Też o trudnych podróżach w rejony ogarnięte wojną albo biedne. O tym wszystkim można pisać na kolanach, można poważnie uczulać czytelników na to, co tam się dzieje, ale można też napisać o tym w sposób lżejszy, jednocześnie nie ujmujący tematowi powagi.
No i bardziej osobisty, co mnie akurat odpowiada szczególnie, bo nie lubię, kiedy w treści nie widzę człowieka.

Poglądy - tak się składa, że mamy z autorem te same, czytam i co chwila mam ochotę 'stuknąć się z nim kielichem' (dziwne, że ja tak ciągle o tym piciu, nie pijąc alkoholu prawie wcale), pewnie nie bez znaczenia jest fakt, że jesteśmy to samo pokolenie, prawie ten sam rok urodzenia nawet, czyli te same filmy, te same książki na różnych etapach nam towarzyszyły. Podoba mi się to, że jest gdzieś ktoś, kto mówi również w moim imieniu.
Też lubię czytać przy jedzeniu, chociaż tego nie robię, bo musiałam nauczyć dzieci dobrego zachowania przy stole :-), ale w toalecie kto mi zabroni? Cieszę się, że nie ja jedna mam tam podręczną biblioteczkę.
Lubię to, że Marcin Meller nikogo i niczego w tych felietonach nie udaje. Szczerze pisze o tym, co go zachwyca czy wkurza. Czasem dosadnie. Też lubię czasem 'kurwą' zarzucić. Walczę z tym u siebie, ale niestety bezskutecznie, bywa, że inaczej się nie da,  dosadnie trzeba coś wyrazić.
Trochę mnie denerwowało, że  te teksty są zebrane tak chaotycznie, bez ładu bez składu czasem, po wariacku, ale tytuł w końcu zobowiązuje.




wtorek, 4 lutego 2014

Przewrotnie dobra

Zacznę od gawędy przy ognisku (u mnie kominek ogniem bucha, bo znowu wichura).
Na Festiwalu Literatury Kobiecej spotkałam wiele pisarek. Przebywanie wśród nich przypominało bycie wśród kilkudziesięciu matek rozkochanych w swoich dzieciach i bardzo z nich dumnych, a rozmowy o literaturze, czyli tych dzieciach właśnie, czasem było jak chodzenie po potłuczonym szkle, spadek koncentracji i już masz kilka dziur w stopach. I tak być powinno, twórca ma być dumny, a czytelnik uważny w ocenie. Ale szczery. Tak to widzę. Inaczej to wszystko, te całe blogi, nie mają sensu.
Najtrudniejsza sytuacja dla blogera książkowego jest wtedy, kiedy otrzymuje powieść od autora. Szczególnie, kiedy dzieje się to osobiście. Moment, kiedy moja ręka dotyka książki, a ręka autorki jeszcze jej nie puściła, przepływ energii, spojrzenie w oczy, a w tym wszystkim wymieszane uczucia obu osób - 'mam nadzieję, że ona ją doceni' - 'mam nadzieję, że książka będzie dobra, bo co napiszę jeśli nie nie?'
Tak właśnie było w przypadku 'Przewrotności dobra'. Jolanta Kwiatkowska wręczyła mi ją ze słowami - chcę żebyś mi szczerze powiedziała, co o niej myślisz.
Gdyby wzięła nóż w rękę i wbiła mi w czoło, byłoby to tożsame.
Co robić? Co robić? Patrzyłam na książkę z lękiem, bo autorkę zdążyłam już polubić i po prostu nie przeżyłabym zawodu i tego, że trzeba by o tym powiedzieć.
Jeśli nie wiesz, co robić, na razie nie rób nic. Tego uczy pobyt w Irlandii i mentalność wyspiarzy (mam jeszcze kilka innych rad w zanadrzu). Położyłam na oczach i postanowiłam poczekać.
Aż przyszedł dzień, że ta książka mnie zawołała. Poważnie. Leżała sobie w środku stosu i magnetycznie zaczęła na mnie oddziaływać, aż nadszedł taki moment, że nie mogłam się jej oprzeć i zaczęłam czytać, natychmiast. Czas niedobry, koncentracja nie ta, wszystko nie sprzyjało czytaniu, nie mogłam się na niczym skupić, a tu książka woła i nie chce przestać.

Wzięłam do ręki pod wieczór i przepadłam. Wciągnęło mnie, takim wirem jak z Gwiezdnych wrót, w świat Doroty Cichockiej. Rozpęd jest krótki, kilka stron zaledwie, jeszcze człowiek nie wie, czego się spodziewać i nagle wpada w obłędne koło zdarzeń, uczuć, myśli, czytelnik wrażliwy traci tożsamość, staje się Dorotą. Niesamowite, dawno mi się to nie przytrafiło.
Nazajutrz myślałam tylko o tym, żeby znowu zacząć czytać. Do pracy mało się nie spóźniłam, po południu, gdyby nie syn, zawaliłabym wizytę u lekarza, bo o niej zapomniałam. Czekałam niecierpliwie na wieczór, żeby tylko móc wrócić do lektury.
Czytam w każdej wolnej chwili, ale nie po nocach. Pewnie to 'starość', ale przychodzi północ i lektura zaczyna mnie usypiać. Na leżąco to już w ogóle. Wiedziałam o tym, więc usadziłam się w fotelu moim czerwoniastym, przykryłam kocem, zaopatrzyłam w talerz jabłek pokrojonych na cieniutkie plasterki, w kubek herbaty wielkości wiadra i mogłam nie wracać do świata realnego przez kilka godzin. Skończyło się na tym, że grubo po drugiej skończyłam, o trzeciej myłam łeb, żeby być gotową na rano do pracy. Nigdy tej nocy nie zapomnę i tej powieści też.

Już dawno nie miałam do czynienia z tak złożoną bohaterką, treścią, która razi jak piorun, a przy tym czyta się tak lekko, po prostu płynie ta opowieść jak Niagara i jak Niagara nie daje się zatrzymać.
Dorota - czy ona jest dobra, czy wręcz przeciwnie? Czy to ofiara czy jednak bardziej kat? Czy to, co ją spotkało, może tłumaczyć to, co spotykało innych od niej? Pytania się mnożą, ale odpowiedzi daremnie szukać, czytelnik musi je znaleźć w sobie, w swoim sumieniu, w swoim poczuciu moralności. O Dorocie rzecz ta jest, a jednak o każdym z nas też. I o dobru i złu braciach rodzonych. A może syjamskich nawet?
Przeszłość determinuje przyszłość, całe życie, można jednak się z tym zmierzyć, próbować przynajmniej. Można też przejąć kontrolę, stać się Królową Manipulacji, a jednocześnie pozostać małym dzieckiem zamkniętym w sobie jak w ciemnej szafie.
Trudno jest napisać o trudnych sprawach tak, żeby czytanie nie było traumą. Tutaj to się udało.
Co ja mówię udało, Jolanta Kwiatkowska to sprawiła i bardzo jej gratuluję tej książki.
Tak się cieszę, że miałam okazję ją przeczytać. I pomyśleć, że mogłam na tę powieść nigdy nie trafić.

'Przewrotność dobra' jest świetnym przykładem na literaturę środka.
Jest cholernie dobra, pozostawia ślad na zawsze, a jeśli nie, to na pewno na długo po zakończeniu lektury. Jestem przekonana, że gdyby Jolanta Kwiatkowska pisała w języku angielskim, gdyby trafiła na dobrego agenta, tą powieścią podbiłaby rynek i teraz tłumaczono by ją na sto języków, a w Polsce zachwycalibyśmy się złożonością postaci i oryginalnością pomysłu.
A tak kogo nie spytam, to jej nie zna.
Nie szkodzi, będę wszystkim o niej mówić, a jak nie przeczytacie, to nie gadam z wami. O!


wtorek, 31 grudnia 2013

Spięłam klamrą dwie daty w moim życiu, a wszystko dzięki dwóm książkom

Kiedy byłam dzieckiem, święta zawsze były dla nas czasem kupowania sobie książek, wiadomo było, że będzie więcej czasu na ich czytanie, wszak nie było internetu, tylu kanałów telewizyjnych, odtwarzaczy video, dvd, usb i tak dalej. W ten czas zawsze towarzyszyło mi radio, mój fotel i nowa powieść.
Teraz książka musi konkurować z tyloma nośnikami przyjemności, rozpraszaczami, że jak się nad tym bardziej zastanowić, aż dziw, że ludzie czytają.
Dlatego moje postanowienie na 2014 rok jest takie, żeby bardziej świadomie selekcjonować kanały nadające do mnie treści, żeby nie siedzieć w sieci niezliczone godziny bez poczucia upływającego czasu. W zamian nadrobić trochę książkowych i recenzyjnych zaległości.

Skąd te przemyślenia nagle tak? Nie podsumowuję roku, nie liczę, co i ile czytałam, nie lubię tego robić i wybaczcie, nie czytam też takich wpisów u innych. Przemyślenia wynikają z dzisiejszej notki, miało być o jednej książce, ale okazało się, że będzie o dwóch. I o tym, jak jedna opowieść prowadzi do drugiej i spina klamrą czyjeś życie, a rozpiętość tej klamry to 33 lata.

Kiedy wzięłam do ręki powieść Barbary Kosmowskiej 'Niebieski autobus', już po pierwszych stronicach zorientowałam się, że atmosfera tej powieści przypomina mi inną. Pamiętałam dokładnie okładkę, tytuł też, jednego nie wiedziałam - czy mam ją nadal na półce? Po gorączkowych poszukiwaniach okazało się, że tak.
Wróciłam spokojnie do lektury Niebieskiego autobusu, w duchu obiecując sobie, że koniecznie muszę wrócić do tej starszej, czyli do 'Córka tego, co tramwaje jego' Honoraty Chróścielewskiej.
Nie zrobiłam tego jeszcze, ale na pewno nadrobię niedługo.



Niebieski autobus to powrót do czasów PRL-u, dla niektórych bardzo biednych. Miśka dorasta w rodzinie, której daleko od pospolitej - ojciec ma 'swój rozum', a najbardziej dumy jest z głowy do 'interesów' i produkcji bimbru. Wuj, oprócz tego, że łamie serca kobiece, nader często łamie też prawo, co go wciąż wpędza w kłopoty. Matka marzy o nowoczesnej meblościance i pozbyciu się staroświeckiego kredensu, za którego niejeden teraz pewnie by fortunę zapłacił. Babka, niezwykle ceniona w dniu wypłaty emerytury, ma zawsze swoje trzy grosze to wtrącenia, ale słuchają jej tylko wtedy, kiedy jest przy kasie. Sąsiedzi, nauczyciele, przyjaciele rodziców, oni wszyscy wręcz żyją przed oczami w trakcie czytania.
Wspaniała galeria postaci, Barbara Kosmowska ma niezwykłą łatwość i dużą umiejętność przywoływania do życia ciekawych ludzi, takich, których chce się odwiedzać w kolejne wieczory.
Miśka to rezolutne dziewczę, opisuje świat swoimi oczami, a już do nas należy wyciąganie wniosków i zobaczenie tego, czego młody człowiek nie rozumie, ale naiwnie zauważa i opisuje.
I to właśnie łączy obie te powieści, 'Niebieski autobus' i 'Córka tego, co tramwaje jego' oraz pewnie wiele innych podobnych, że widzimy świat dorosłych jakby ostrzej i w krzywym zwierciadle.
Pamiętam, że to mnie właśnie urzekło w tej drugiej książce, dawno, ponad 33 lata temu, kiedy miałam zaledwie 13 lat i byłam niezwykle dumna, że dostałam do czytania 'dorosłą' książkę od mamy.
Inna rzecz, że Miśka, bohaterka Niebieskiego autobusu, to też imię mojej córki, dlatego tak blisko poczułam się związana z tą bohaterką.
Jej pragnienia, marzenia, dążenie do lepszego życia, do osiągnięcia czegoś, czasy PRL-u to też moje doświadczenia (o czerwonych i niebieskich 'okrąglutkich' autobusach nie wspominając), moje życie, tylko rodzina inna, a przez to może tak dla mnie to wszystko ciekawe.
O tej 'staruszce' Honoraty Chróścielewskiej nie napiszę dziś w szczegółach, zresztą nigdy tego nie robię, bo nie lubię streszczać książek, pamiętam z niej tylko to, że dzieje się wśród mieszkańców z łódzkiej czynszówki, a ich życie opisane jest oczami dziecka. Nie mam pamięci fabularnej, ale zbieram w sercu wrażenia i pojedyncze sceny, pamiętam niektóre rzeczy, jak na przykład to, że rozdziały mają fajne tytuły (O naszym dyngusie i pupie pani Olbińskiej np), pamiętam jej niezwykły język (jak na przykład - przez okiennice widać trochę widna). Na pewno do niej wrócę, często o niej myślałam przez te lata, wspominałam i jestem wdzięczna 'Niebieskiemu autobusowi' i autorce Barbarze Kosmowskiej za przypomnienie mi o niej jeszcze raz.

Ale nie myślcie, że jedna drugą naśladuje, jedynie zamysł jest podobny, Niebieski autobus ma swój rytm, urok i jest na pewno jedną z tych pozycji, które zawsze będę u mnie na półce, bo a nuż zechcę za lat kilkadziesiąt do niej wrócić?

niedziela, 22 grudnia 2013

Natalia Rolleczek - powrót do lat nieobecnych

Autorka wspaniałego bloga 'To przeczytałam'  pisze o Natalii Rolleczek w swojej ostatniej notce (tej podlinkowanej u mnie teraz), tak się przejęłam, że od razu postanowiłam napisać kartkę do autorki, ale zanim to zrobię, mam przecież do napisania o książce, której niestety nie miałam szans przeczytać w czasach młodzieńczych, właśnie autorstwa Natalii Rolleczek, dopiero teraz nadrabiam.
Dla młodszych czytelników tłumaczę, że kiedyś nie było tak dobrze, jak teraz i książki nie przewalały się z półek księgarni do bibliotek, a z obu tych przybytków do czytelników, trzeba je było zdobywać i nie zawsze niestety to się udawało. Tak właśnie było z tą serią, za żadne pieniądze nie było szans tego wytrzasnąć, przeczytałam o tej pozycji u Kasi Sawickiej na jej blogu (kolejne fantastyczne miejsce w sieci) i od razu zapałałam chęcią zapoznania się z treścią książki. Późno, ale co tam, powrót mentalny do czasów młodzieńczych zawsze dobrze mi robi.

Trylogia o rodzinie Jelonków zaczyna się tomem Kochana rodzinka i ja, za nim idzie Rodzina Szkaradków i ja, a na końcu, nie znane mi jeszcze, Rodzinne kłopoty i ja.


Główna bohaterka, szesnastoletnia Judyta Jelonek mieszka w niewielkim mieszkaniu z mamą i siostrą, ojciec jest mityczną postacią, wielkim nieobecnym, poległym pod Monte Cassino bohaterem. Judyta ma normalne problemy nastolatki, chociaż dla nas czytanie o życiu w połowie lat pięćdziesiątych w Krakowie, nie jest czytaniem o czymś, co dobrze znamy, ta lektura ma charakter równie poznawczy, co rozrywkowy.
Dla ludzi, którzy skarżą się na niedostatki, ciekawym pewnie będzie poznanie realiów tamtych lat, wyłowienie spomiędzy wierszy informacji, co się jadło, jak trudno było dostać pończochy i jak jedna para była ceniona i jak dbano o to, żeby starczyły na jak najdłużej. Pamiętam jeszcze punkty repasacji, więc dla mnie nie było to szokujące, ale dla niejednego pewnie takie będzie, a już na pewno niezrozumiałe momentami.
Siostra Judyty jest niewiele starsza, zaraz po maturze, ale już pracuje i prowadzi dorosłe życie. Matka elegancka i zadbana, oczywiście też pracuje, bo raz, że nie może być przy mężu, bo jest jedynym żywicielem rodziny, a dwa, że czasy były takie, że kobiety nie chciały już być w domu.
Jest też babcia, nadal czynna zawodowo, do tego bardzo autorytatywna i energiczna, co ma swoje skutki.
Judyta również ma niespożytą energię, do tego pomysły z piekła rodem, wyobraźnię jak każda nastolatka z tą różnicą, ze nie każda wprowadza je w życie, a Judyta tak.
Kto by pomyślał, że powieść dla młodzieży może być dla mnie taką przyjemnością w czytaniu, do tego dużo się dowiedziałam o tamtych czasach i nieźle ubawiłam.

Drugi tom, to Rodzina Szkaradków i ja


Tym razem Judyta jest w domu sama, rodzina wyjechana, ona też jedzie na obóz, ale zanim to nastąpi cieszy się swobodą w Krakowie. Dziwnym zbiegiem okoliczności, otwiera ona drzwi pewnej kobiecie i tak zaczyna się ich wspólna przygoda. Nie chcę wchodzić w szczegóły, może ktoś się skusi na przeczytanie tej serii, popsułoby to zabawę. Znowu się dzieje, równie interesująca i zabawna.
Przede mną słuchanie trzeciej części, już się na nią cieszę.

Myślę, że przeczytam więcej książek tej autorki, pisze ona tak, jak lubię dla młodzieży, niby o dzieciakach, ale tak naprawdę o całej rodzinie, o dorosłych też.

A o co chodzi z tym, że chcę napisać do autorki? Na blogu To przeczytałam przypomina się o akcji sprzed dwóch lat, wysyłce kartek do pani Natalii w lutym, w jej urodziny, żeby sędziwa pisarka wiedziała, jak ją cenimy, jeśli tak jest. Myślę, że to piękna akcja, bo trzeba mówić ludziom, że zrobili coś fajnego dla innych, a przecież tyle pokoleń dziewczyńskich się na niej wychowało, na pewno będzie zadowolona wiedząc, że zrobiła coś mającego znaczenie.

Poniżej wklejam to, co napisała autorka bloga To przeczytałam:



Znalazłam w internecie taki tekst:

"Zwracamy się do Państwa z apelem o udział w akcji "100 kartek dla Natalii".
W dniu 16 lutego popularna pisarka Natalia Rolleczek będzie obchodzić 92. urodziny. Ponieważ teraz przeżywa ciężkie chwile w swoim życiu, możemy Jej pomóc- wystarczy aby każdy z nas wysłał kartkę pocztową z życzeniami dla Niej, to tak niewiele a dla Niej będzie miłą niespodzianką!
Podaję adres:
Natalia Rolleczek
ul. Rzemieślnicza 28 "EDEN"
32-300 Olkusz
Z góry dziękuję Wszystkim, którzy wyślą Pani Natalii urodzinowe życzenia.
Jeżeli możesz przekaż tę informację dalej.


EDEN to prywatny dom opieki, co ustaliłam dzwoniąc do zwykłego DOS w Olkuszu.
Ta informacja jest sprzed dwóch lat. Ale skoro ustaliliśmy Jej adres, można do Niej napisać, nie czekając na kolejne, 95-te urodziny :)

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Obława - bezpieka wobec pisarzy

Dygresja tytułem wstępu.
W moim domu rodzinnym, za czasów PRL, w ogóle nie mówiło się o polityce, o działaniach bezpieki, o Katyniu, ale też nie sławiło się komuny. Po prostu życie toczyło się tak, jakbyśmy żyli w nicości politycznej. Oczywiście tylko dla mnie, bo jak się okazuje, co wychodzi teraz po latach, gdzieś za kulisami sceny, którą była moja młodość, była rozpacz i tęsknota za zabitym w Katyniu bratem i synem. Był wuj, który został odcięty w Londynie, była inwigilacja ojca (pewnie z powodu jednego brata zamordowanego, a drugiego 'na wolności' w UK), generalnie kicha, ale ja o tym nie wiedziałam nic.
Moja szkoła lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych to panie nauczycielki po linii partyjnej, harcerstwo (nieupolitycznione, ale też i nie opozycyjne), dużo sportu (pan od wu-ef łapiący za cycki, kiedy przeskakiwałyśmy przez kozła) i czytanie książek. Żyłam sobie jak pantofelek polityczny, nic a nic nie wiedziałam, co się dzieje, pełna naiwność i wiara, że  Telerankowa niewidzialna ręka odmieni świat.
Nie moja wina, chociaż teraz mi głupio, że jakoś wcześniej na oczy nie przejrzałam.

Kiedy dostałam od Kariny, fejsowej koleżanki, kod do Audioteki na książkę do posłuchania, nie miałam pojęcia, co sobie za niego sprawić. Osiołkowi w żłoby dano i te sprawy. To mniej więcej tak, jak z pytaniem o ulubioną książkę, normalnie mogłabym tygodniami rozmawiać o tym, ale jak pytają - ciemność widzę.
Aż tu nagle objawiła mi się audioksiążka - Obława Joanny Siedleckiej. Oczy mi się zaświeciły jak u królika Duracella i już wiedziałam, że nic innego mnie nie ucieszy bardziej.

Joanna Siedlecka napisała tę książkę w formie zbioru reportaży o kilkunastu pisarzach z tamtego okresu. Nie jestem polonistką, ale moja mama studiowała ten kierunek i wiele się za dziecka nasłuchałam o różnych pisarzach czy poetach. Dorastałam w gąszczu tych nazwisk i otoczona ich książkami. Mama miała pokaźną bibliotekę, dość dobrze wyposażoną i ja tam całymi godzinami siedziałam, grzebałam i podczytywałam. Co z tego rozumiałam, to już inna rzecz.

Podobała mi się ta książka. Dla osoby, która w ogóle nic nie wie o inwigilacji i prześladowaniach pisarzy w tamtym czasie, jest to ciekawy materiał. Czułam się 'jak w domu', kiedy słuchałam o Szaniawskim i jego kłopotach z podupadającym majątkiem, o Jasienicy i jego żonie donosicielce (ta historia była mi akurat znana wcześniej), o Iredyńskim i o tym jak go wrobili w gwałt i skandal obyczajowy tak skutecznie, że przesiedział 6 lat, o Kornackim, mężu Heleny Boguszewskiej, którego wielotomowe dzienniki, które nazwał Kamieniołomy (bo pisanie ich przypominało mu pracę w tychże) go zgubiły, o Wańkowiczu, Grzędzińskim, Bąku i harcmistrzu Łosiu, który okazał się lubić młodych chłopców, co go dodatkowo zgubiło.
Przewijają się wszyscy najważniejsi tamtego okresu, bo mowa przecież o całym środowisku, więc jest między innymi i o Iwaszkiewiczu, Putramencie, Andrzejewskim, Auderskiej, Kowalskiej, Hłasce, pośrednio o Mazowieckim, Michniku, Olszewskim, czyli ówczesnej opozycji.

Wiem, że badacze mogliby się czepić tego czy owego fragmentu, czy zdjęcie pochodzi z tego okresu, czy późniejszego, znawcy pewnie kręcili nosem na jedną czy drugą tezę, ale dla mnie ten temat jest całkiem nowy i materiał zawarty w tej książce otworzył oczy.
Zachęciło mnie to do grzebania dalej, do sięgnięcia do większej ilości źródeł i opracowań, przecież o to chodzi między innymi, kiedy wydaje się takie tytuły, żeby były one zawleczką do granatu poznania, zaczątkiem dalszego grzebania w innych materiałach.

Zawsze wydawało mi się, że pisarz to ma klawe życie, bo kto by go poważnie traktował za komuny. Okazuje się, że inwigilacja na wszelki wypadek rozgałęziała się na wszystkie środowiska, bo nigdy nie wiadomo, co gdzie i jakim kwiatem zakiełkuje.

Niedawno, dzięki wpisowi u Remigiusza Grzeli na blogu, dowiedziałam się o filmie nadawanym przez TVP Historia "Współpracowałem z TW Ewa-Max", zaledwie półgodzinny dokument, a tak mną wstrząsną, że do tej pory mi oko lata. Historia zakochanej kobiety, której nie przeszkadzało to donosić na męża, a wcześniej partnera (wierzę, że Nena kochała Jasienicę) jest poruszająca sama w sobie, ale zobaczyć emerytowanego esbeka, który przechadza się po mieście i wspomina, w domyśle, stare dobre czasy, jest w jakiś sposób skandalicznie "obsceniczna". Zagląda on do miejsc, gdzie przyjmował raporty, odwiedza córkę Jasienicy z siatą pełną słodkich upominków, bo tak został wychowany, że się do kogoś idzie z czekoladą Goplany cholera, zapalający znicz na grobie Jasienicy i Neny - to jak bieganie po mieście i rozchylanie płaszcza zboka przed niewinnymi pannicami. 
Facet aż podrygiwał z emocji, gwiazdorzył aż mdliło, kiedy chodził po Warszawie śladami dawnych lokali kontaktowych, miejsc spotkań, kiedy wspomina swoją pracę i życie zawodowe. Zadbany, z nienagannymi sztucznymi zębami, widać, że nadal ma dobrą opiekę i dobrą emeryturę, kto wie, może nawet leczy się tam, gdzie nasz prezydent i premier. Wygląda na to, ze w żaden sposób nie zapłacił za swoją wcześniejszą działalność, a teraz za cenę naszego poznania, dodatkowo czuje się odgrzebaną po latach gwiazdą. 
Te myśli przywołują u mnie mdłości, nie umiem się jakoś w tym odnaleźć. Za mało o tym wiedziałam wcześniej i to mnie teraz ze zdwojoną siłą uderza. 
Zajawkę tego dokumentu można zobaczyć na You Tube TU

czwartek, 21 listopada 2013

Coraz mniej olśnień - na szczęście nie tym razem

Czasami, kiedy nie jestem wystarczająco uważna w wyborze lektur, albo mam narzucone do czytania tytuły, wydaje mi się, że mógłby to być podtytuł mojego bloga. Świetny jest, czyż nie?
Na szczęście to uczucie nie towarzyszy mi zbyt często, jeśli chodzi o książki, więc kraść go nie będę, natomiast opowiem Wam o jednym z największych zdziwień ostatnich miesięcy, jeśli nie ostatniego roku.

Otóż dostałam książkę do biblioteki naszej polskiej, wysłała ją autorka, napisała nawet piękną dedykację. Mam zwyczaj czytać otrzymane tytuły, chyba, że wiem, że całkiem nie są w moim guście. Dodatkowo ta książka była nominowana przez wydawcę do Festiwalu Pióro i Pazur, a byłam jedną z blogerek oceniających książki, więc tym bardziej się za nią zabrałam.
Zobaczyłam okładkę i oczekiwałam czegoś zupełnie nie dla mnie, w stylu młoda, drapieżna, znalazła faceta i zasmakowała w rodzicielstwie; albo szuka, szuka, nieszczęśliwa, gdzie jest to upragnione wspaniałe życie; albo szczęście tak, ale na moich warunkach, praca i rodzina muszą być doskonale zbilansowane; albo dostała dom i jedzie uporządkować swoje życie...
Czyli należało zmówić modlitwę, żeby mnie szlag podczas czytania nie trafił, bo po prostu już nie zdzierżę więcej.
A tu taka niespodziewanka.
Trzy bohaterki, trzy historie, chwilami się przeplatające. To już było, szczególnie w literaturze anglosaskiej jest to niezwykle modna konstrukcja. Na szczęście tutaj nie wydaje się niczym tuzinkowym, wręcz przeciwnie, dzięki twistowi w akcji, zaczyna nas fascynować to połączenie trzech światów i koniecznie chcemy wiedzieć, po co to wszystko, co się stanie, jak w finale się to wszystko spotka i czy w ogóle tak będzie?

Na skrzydełku książki czytam, że są trzy bohaterki - Lena stylistka z magazynu 'stajlowego', Maria dziennikarka i Alina, kucharka w barze mlecznym. Ja dodałabym jeszcze jedną - Ślepellę - niewidomą poetkę po straszliwych przejściach, w których to własnie straciła wzrok.

Zaczyna się od Leny. Od razu zachwyciło mnie to, że język tej powieści nie jest szczebiotliwy, nie jest też 'pochylony z troską na losem kobiety', nie ma udawania. Jeśli słuchamy monologów wewnętrznych, to są one takie, jakby człowiek sam sobie szczerze coś powiedział - o sytuacji, o kimś innym, o tym, co obserwuje. Czasem złośliwe, czasem rażąco niepoprawne obyczajowo, politycznie itp, ale czy tak właśnie nie jest, czy nie myślimy - o Boże, jakie tamta babka ma straszne kudły na głowie, taka teraz moda?
Ałbena Grabowska-Grzyb potrafi poza tym pisać o seksie. Nie jest to łatwe, niejeden się na tym wyłożył. Albo wychodzi sztucznie, albo jak w pornolu klasy D, albo jak w rozprawce na temat życia w rodzinie. Tutaj po prostu jest, jak jest.
A scena gwałtu to po prostu majstersztyk. Czuć upodlenie kobiety, wiadomo, co się działo, aż mi dech zaparło, kiedy czytałam, co było z dziewczyną po, jak ona sobie z tym poradziła, ale nie ma epatowania traumą, nie ma przesady, jest wszystko poza histerią i głupim gadaniem w kółko jakie to straszne. Szacun.

Lena to mężczyzna w spódnicy, tak by można rzec. Ale znaczy to tylko tyle, że łamie stereotyp kobiety i zachowuje się dokładnie tak, jakby miała mózg i wolę faceta, robi co chce, używa swojego ciała do czego chce, nie znaczy to, ze jej z tym dobrze, ale z drugiej strony źle też nie. Nie roztkliwia się, nie rozdziela włosa na czworo, jest zadaniowa i wie do czego dąży. W miłości też, nie miękną jej nogi na widok pierwszych lepszych spodni. Ale serce ma.

Maria to inna para kaloszy. Kiedyś bardzo popularna dziennikarka, jeden błąd (czy to w ogóle był błąd, może głupie zrządzenie losu?) przekreśla jej karierę. Sypie się wszystko, odchodzi mąż, ginie w wypadku jej przyjaciółka. Chociaż Maria uważa, ze to niemożliwe, czepia się tej myśli i stara ustalić fakty. W końcu to umie robić najlepiej. Maria podobała mi się najmniej, ale to nie znaczy, że nie interesowało mnie to, co się z nią dzieje.

Alina - zaniedbana, przygarbiona, mistrzyni pasztetów i pierogów w barze mlecznym. Napisałam i sama się dziwię, jak mleczny to nie pasztety. A wydawało mi się cholerka, że mleczny. Samotna, małomówna, wiadomości o niej trzeba wyrywać z kartek na siłę, wydłubywać ze zdań pincetą, ale warto, bo co szczegół, to zaskoczenie.

Poetka to czwarta kobieta, o której właśnie nic na skrzydełku nie było, bonus czyli. Równie ciekawa, równie ważna w tej opowieści, z tajemnicą, ale nie w kufrze, nie na strychu i nie w zapomnianym kartonie na pawlaczu. Po prostu z tajemnicą i już. Nie chcę za wiele o nich pisać, zeby niczego nie zdradzić.

Podoba mi się, że nic w tej książce nie jest sztampowe, chociaż by się mogło takie wydawać, chociażby zasugerowane przez okładkę, która niestety nie oddaje ducha powieści.
Styl Ałbeny Grabowskiej-Grzyb jest świetny, babski w najlepszym tego słowa znaczeniu, babski babskością najlepszej jakości, gdzie trzeba dosadnie, gdzie trzeba delikatnie, gdzie należy niedopowiedziany, a gdzie się nie da inaczej - po męsku, kawa na ławę.

Czekam z niecierpliwością na kolejną powieść dla dorosłych (jest też seria dla dzieci tej autorki, również bajka terapeutyczna dla dzieci z epilepsją), już wiem, że będę czytać każda kolejną pozycję tej autorki. Takiego głosu w literaturze popularnej mi trzeba było. To jest dowód na to, że tzw. rozrywka w powieści nie musi być ani ckliwa, ani głupia, ani szczebiotliwa i nie trzeba od razu robić słoików i wyjeżdżać na wieś (nie ma nic do takich książek, ale co za dużo, to nie zdrowo), żeby było kobieco w dobrym stylu.
Poproszę o więcej.





wtorek, 1 października 2013

Telefony do przyjaciela, czyli podręczny wehikuł czasu

Lubię czasem przenieść się w czasie do lat młodzieńczych. Prawie fizycznie czuję, że nie jestem wcale tu i teraz, a siedzę w fotelu w czasie, który nazywa się 'kiedyś'. Nie wiem, dlaczego zawsze to jest zimowy czas około-stan-wojenny, albo plaża w Mielnie czy Łebie koniec lat osiemdziesiątych.
A dlaczego tak?
Dzieją się te cuda, kiedy decyduję się na przeczytanie książki młodzieżowej. Teraz rzadziej, ale kiedy córka była młodsza, czytałyśmy te same książki (no prawie, bo wampiry i fantasy o smokach mnie ominęły), siłą rzeczy częściej przenosiłam się w czasie.
Kiedyś czytanie było daleko ważniejszą czynnością dla nas, niż teraz dla młodych, nic dziwnego, bo komputer, internet, sto programów telewizyjnych, u nas dodatkowo wszystko podwojone, bo w dwóch językach oferta, to wszystko rozprasza, a czasu tyle samo.

Dostałam do biblioteki książkę Anny Łaciny 'Telefony do przyjaciela' i nie mogłam się jej oprzeć. Okładka mnie przyciągała, ma w sobie nowoczesność połączoną ze stylem vintage.

Nie wiedziałam, czego się spodziewać, gdyż nie czytałam wcześniej recenzji, ani nawet nie zerknęłam na notkę z tyłu. Dałam się więc zaskoczyć, że to jest historia rodzinna z niepełnosprawnością w tle. A raczej z wieloma rodzajami niepełnosprawności, bo czyż nie jest tak, ze ludzie z pozoru sprawni, nie wpędzają się w różne ograniczenia?
Główne bohaterki to Ania i Marzena. Ania mniej przebojowa, zapalona i dobra szachistka, zna się na komputerach, nie bardzo lubi ruch i duże wydatkowanie energii. Marzena odwrotnie, typ sportowy, uwielbia żeglować, energiczna, śmiała, ale też i starsza, przez to bardziej dojrzała, wie, co ważne.
Obie wpadają w zawirowania uczuciowe, najgorsze, że w tych meandrach miłości / lubienia / czy raczej kto-wie-co-się-z-tego-wykluje, z czasem okazuje się, że uczucie może dotyczyć tego samego chłopaka.
Nie, to nie jest spoiler, dzieje się tam o wiele więcej, nic nie jest takie oczywiste, a dochodzenie metodą prób i błędów do jako takiej pewności właściwie obranej drogi (czy kiedykolwiek można być tego naprawdę pewnym?) przedstawione jest ciekawie i emocjonująco.  Nic więcej nie powiem, tylko tyle, że niecierpliwie przewracałam kartki, w każdej wolnej chwili podczytywałam chociaż stroniczkę, żeby wiedzieć, co dalej? I te zwroty akcji!
No i znajome pierwiastki podkręciły jeszcze moje uwielbienie dla tej powieści, bo znam Smocze Pole, znam hodowlę wspaniałych piesków rasy Pomeranian, a jedna z postaci szczyciła się właśnie jednym z nich. Poza tym podobała mi się rodzina, dziadkowie konkretnie. Atmosfera tego domu, ich charaktery, cóż z tego, że nie zdarza się to zbyt często, w każdym razie nie było  moim udziałem, ale mam nadzieję stworzyć kiedyś taką babciowo-dziadkową przystań dla swoich wnuków. Uczę się z książek :-)
Polecam nie tylko młodzieży. Po prostu nie można się oderwać.

czwartek, 26 września 2013

Niech jaskółki krytykują spółki, ale czasem spróbować warto. Wszystko gra!

Ociągałam się trochę z czytaniem tej powieści, bo nie bardzo wierzę w spółki pisarskie. Każdy twórca to indywidualista, czy ktoś widział jeden obraz malowany przez dwóch malarzy? Albo utwór muzyczny, symfoniczny pisany przez dwóch kompozytorów? A książki jednak takie powstają i czasem są nierówne. Skłamałabym, że gołym okiem widzę wszystkie szwy, ale bywa, że coś zgrzyta i już.
Wolę nie ryzykować.
No, ale dla Manuli Kalickiej, nawet żeby pisała z zastępem harcerskim, wyjątek zrobię zawsze. 
I tak sięgnęłam po Tutto bene 


Zbigniew Zawadzki - co-autor książki - wprowadził zapewne pierwiastek męski do książki, bo też i narracja jest raz w rękach kobiet, raz mężczyzn, co dodaje dynamiki powieści. 
Wszystko zaczyna się, jak to w kryminale, od morderstwa i tajemnic, które w miarę rozgryzania tematu, wychodzą na światło dzienne, ale najpierw mnożą się niemożebnie. I to jest to, czego spodziewać się można po tym gatunku.
Natomiast, co dostaniemy wraz z tym 'ogryzkiem', czyli samym centrum powieści, to już inna sprawa. Jest i obraz miasta, trochę z życia różnych grup społecznych, również przybyszy zza wschodniej granicy, jest też historia powstania pewnej miłości. Smakowite kąski, chociaż ukraiński wątek trochę stereotypowy, ale co ja tam wiem, nie mieszkam w Warszawie i nie spotykam się z opisywanymi zjawiskami.
Akcja zmienia się jak w kalejdoskopie, mam wrażenie, że to raczej scenariusz filmowy, szczególnie od połowy książka jakby zmienia charakter, wprowadzane są kolejne postaci, nie bardzo wiemy, po co oni się tam znaleźli, to się okaże, ale kiedy? Ciągle coś nowego, sceny przybywają jedna po drugiej, dziewczyna jedzie samochodem-klik-ktoś puka do drzwi, otwiera...-klik policjant schyla się pod stół i widzi...- klik - zmyślam te sceny, ale tak to mniej więcej jest, szybko, ciekawie, ale przyznam też, że następuje w pewnej chwili zmęczenie materiału, już wcale człowiek nie ma ochoty tak pędzić.
Tylko, że w takiej historii nieważne, na co mamy ochotę, dzieje się i tyle.
Podobała mi się ta powieść, wręcz entuzjastycznie ją przyjęłam, aż się sama zdziwiłam, bo jednak wiele tam schematycznych bohaterów, jakoś niespecjalnie do zapamiętania nawet, dobry kucharz, zagubiona Zosia, ci Ukraińcy z szerokimi karkami, drugi kucharz pije, manager gogusiowaty, właścicielka się nie interesuje - nihil novi, bądźmy szczerzy. A jednak ręka mi szła do książki i cieszyłam się na każdą chwilę czytania.
Jest to raczej lekki kryminał, nie spodziewajcie się mrocznych podwórek i zapoconych, przepitych policjantów w depresji. Wręcz przeciwnie, komisarz Górzyański ma całkiem normalną rodzinę, jest poukładany, ma świetne dzieciaki, psa lekko zwichrowanego (jak mój Franciszek, więc czuję więź) - tutto bene.
Czyli co, dobra ona, czy niedobra? - pewnie spytacie, bo tu coś modzę, a to, że entuzjazm, ale jednak schemat i tak w koło Macieju.
Trudno mi określić, bo słowo dobra, to nie jest dobre słowo, ona może nie jest jakaś wyjątkowa, ale uwodzi czytelnika, przyciąga, jak się już zacznie, człowiek wręcz się cieszy na myśl, że ona tam gdzieś leży i czeka, żeby kontynuować czytanie. W dobrym stylu napisana, świetne połączenie kryminału z literaturą obyczajową, monstrualnie się nie zdziwicie, ale ubaw po pachy.

Film o powstaniu książki, rozmowa z autorami TU   Z jakiegoś powodu nie mogę go tu wkleić, nie znajduje mi się w wyszukiwarce YT do włączenia na stronę. 


wtorek, 27 sierpnia 2013

O kolekcjonerkach śrub lewoskrętnych, o Frycu, co mówi jak Bartoszewski, o sensie ścisłym i narratorze, który duchem się zdaje

Wiele demonów mną targało, ale takich dobrych demonów, zbuntowanych rzecz by można, mną targało. Słuchałam powieści Jerzego Pilcha i było to dla mnie takie przeżycie, że sama nie wiedziałam, co mam ze sobą począć w tych chwilach? Nieczęsto mnie takie uczucie ogarnia. To jest jak nieopisana euforia czytelnicza, która powoduje, że się człowiek na równe nogi zrywa i biega bez ładu i składu, a przynajmniej ma na to ochotę, żeby te emocje, które od środka rozpierają, jakoś zminimalizować, ułożyć w środku potrząsając, jak workiem z orzechami, które się ledwo mieszczą.

Wiem, że w polskim radio czyta tę powieść Maciej Stuhr, ale ja miałam wydanie z Jerzym Radziwiłowiczem i nie żałuję. Jeśli mi kiedyś wpadnie w ręce to drugie nagranie, posłucham jeszcze raz, bo książka jest znakomita.

W tej powieści Pilch wraca na Śląsk Cieszyński do Sigły. Uwielbiam powieści dziejące się w małych miastach. W dużych aglomeracjach powstają książki o tym, jak człowiek jest samotny i zagubiony w tłumie, w małych miastach mamy do czynienia z utworami o tym, jak nic się przed ludźmi ukryć nie udaje. Chociaż to jest złudne, bo już po kilku miesiącach mieszkania w Warszawie zorientowałam się, że jednak to nie jest taki tlum i ciągle spotyka się tych samych ludzi, a i oni wiedzą o nas więcej niż by się zdawało, ze to możliwe. Ciągle ktoś okazywał się znjaomym kogoś, kogo i my znamy i tworzyły się kręgi, a to sąsiedzkie, a to koleżeńskie, ktore się z czasem zacieśniały do obrazu wielu małych miast w dużym mieście.
Znowu w małym mieście potrafi wrzeć od skrywanych tajemnic i tylko mucha na ścianie, latająca z domu do domu, pod warunkiem, że jej nikt nie utłucze, może zebrać te wszystkie tajemnice i wieści do kupy.

W nowej powieści Pilcha mamy do czynienia ze wszechwiedzącym narratorem, który jak duch jakiś, przemieszcza się wśród ludzi, domów, zdarzeń, widzi wszystko, komentuje, ale nie zdradza za wiele przed czasem. To było jak powrót do czasów młodzieńczych, do prozy Marqueza, do włoskich czy francuskich filmów, do realizmu magicznego, a przede wszystkim do poczucia, że w sztuce wszystko jest możliwe, że wszelkie progi logiki, fizyki, 'zdrowego rozsądku', tego, co można, czego nie można, są przekraczalne i dowiadujemy się ciągle czegoś nowego, wciąż doświadczamy naiwnego zaskoczenia, że coś wydawało się inne niż w rzeczywistości.

Nad tym wszystkim unosił się przewspaniały, bogaty językowo, zaskakujący, chociaż przecież niezaskakująco wyczekiwany, styl Pilcha. Za każdym razem, kiedy słyszałam 'w sensie ścisłym' czy powiedzieć... to nic nie powiedzieć, uśmiechałam się szeroko, bo było tak, jakbym spotkała dawno nie widzianego przyjaciela, który ma tylko sobie właściwe kody językowe i za to przecież go kochamy, na to czekamy.

Opowieść ta jest po prostu cudna. Słów brak na to, jak bardzo. Zaczyna się od przyjazdu siostry Mrakówny do Sigły w towarzystwie, o zgrozo!, katolika. Czy ojciec, luterański pastor Mrak powinien, czy może, czy to wypada ją wpuścić? A może przegnać? Ale jak przegnać, skoro to jedyna córka, jaka mu została? Co robić?
No właśnie, jedyna córka, bo druga kilka lat temu zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach.
Wracamy do tamtych zdarzeń, zaraz przed i po zniknięciu. Tajemnicze osoby i wiadomości pojawiają się na scenie, dziwne zachowanie córki, która nie zniknęła. Trumna pana Wzmożka, która nie chce dać się wyprowadzić z domu, wizyta Gońca (przewspaniały opis tejże), tajemniczy mężczyzna w czarnym overolu, pusty dom doktora Nieobadanego, wszędzie nas tam narrator zabiera, zaglądamy do głów bohaterów, jesteśmy w środku wydarzeń, unosimy się nad Sigłą, nie ma dla nas granic poznania.

A do tego Jerzy Radziwiłowicz. Wiem, że wszyscy chwalą Stuhra, ale nie mam porównania i nawet nie chcę porównywać, pan Jerzy jest po prostu fantastyczny. Bardzo rozbawiło mnie to, że Fryc Moitschek jest czytany tak, jakby to mówił Władysław Bartoszewski, ze wszystkimi cechami jego wymowy, włącznie z nadprodukcją śliny. Myślę, że jest to przypadek, ale tak to słyszałam i dodatkowo mnie to w świetny humor wprawiło.

A tak już najsam koniec, pewnie dla wielu to nie ma znaczenia, ale dla mnie było dodatkowo przyjemne - nazwiska pilchowych bohaterów są po prostu nie do podrobienia, w sensie ścisłym.
Powiedzieć, że ta książka mi się podobała, to nic nie powiedzieć.
Kocham Pana panie Pilch (za de-florecistki też)