W niedzielę wieczorem, już po targowo-radiowych emocjach, przy sushi z Zielonki (kto by pomyślał jeszcze niedawno, że japońska kuchnia będzie na stole każdego, kto tego zechce), zeszło ze mnie całe napięcie ostatnich dni. Obie z Agą siedziałyśmy zwinięte trochę jak puste dętki, ona z powodu intensywnej pracy na targach, a ja z powodu intensywnego bywania na tychże, uwierzcie mi, też można się wykończyć.
Zakładałam, że w poniedziałek będzie luzik. Właściwie nic nie miałam w planach poza kilkoma spotkaniami (taki oksymoron sytuacyjny), ale nie miałam pojęcia, kto i kiedy, bo mi po prostu siadła zdolność organizacyjna. Miałam listę ludzi, z którymi chciałam się zobaczyć, ale zgrać to wszystko, nie tak łatwo. Jeden punkt programu był pewny - spotkanie we Wrzeniu Świata w związku z książką pt. 'Czterech' redaktora Grzegorza Chlasty. Aga z Czarnej Owcy nadała, że takowe się odbywa, w smartfona na listę wciągnęliśmy.
No, ale to dopiero o 19-tej. Kupa ciasa, jak mawiał ruski saper.
Rano z Agnieszką zjadłyśmy niespiesznie śniadanie. Kawa, rozmowa, ważne. Ale potem jednak musiałyśmy chybcikiem się zebrać, udawać, że się jest poza czasem, można tylko przez chwilę. Załadowałyśmy się do samochodu i w drogę do Warszawy. Nie wiem jak to wymyśliłam, nie potrafię tego teraz w czeluściach pamięci odgrzebać, że odwiedzę Tosię Kozłowską. Miałyśmy się spotkać w mieście, najlepiej w weekend, ale nie dałam rady, a w poniedziałek to była już operacja logistyczna, bo dzieci, bo szkoła, więc wpadło mi do łba, żeby pojechać do niej. Miałam nadzieję, że to na trasie do pracy Agnieszki. Wszystko wspaniale, z tym, że nie przyszło mi do głowy sprawdzić, która godzina. Najpierw miałyśmy jechać do Warszawy dopiero o 12, ale zmieniły nam się plany, o czym ja już zapomniałam.
I jak jakiś głupek niewychowany, dzwonię do Tosi i pytam, gdzież ona mieszka? Bo jadę :-)
Wytłumaczyła, okazało się, że to niedaleko punktu docelowego Agnieszki, taksówka zawiozła mnie za grosze na miejsce. Ufff. No, ale była 11. Zgroza mnie wzięła, ale już odwrotu nie było.
Antonina Kozłowska to jest absolutnie niezwykła osóbka, nasze rozmowy to była przyjemność w czystej postaci. Nasze spotkanie, jego jakość, to dowód na to, że ludzie nie mają racji, że znajomości fejsowe są gorsze lub wręcz nic nie warte. Myślę, że wszystko zależy od ludzi.
Oczywiście, jak tylko mogłam, podłączałam się komórką do sieci wifi i właśnie u Tosi połączyłam się z innymi osobami, które miałam na liście 'must see'. Nie miałam roamingu na internet, więc wiadomości odbierałam i nadawałam z doskoku, z centrów handlowych i kafejek na przykład. Wszystko wydawało się proste dopóki za oknem piękne słońce, ale kiedy wyszłam od niej, niebo zaciągnęło się chmurami. Wsiadłam do autobusu wiozącego mnie do centrum, im bliżej celu, tym ciemniej i większe chmury, aż gdy wysiadłam, weszłam wprost w rozszalałą burzę i ulewę. Wpadłam do banku, żeby przeczekać. Aż dziw, ze nie otworzyli do mnie ognia, myśląc, że to napad, bo moje wejście było z gatunku tych 'nagłych' delikatnie mówiąc. Z rozwianym włosem i wytrzeszczem oczu, założę się, bowiem strasznie boję się burzy, której na dodatek końca nie było widać.
Zadzwoniłam do Maniczytania czyli Magdy, że chyba nie uda nam się zobaczyć, bo ja się nigdzie nie mogę ruszyć. Dorota czekała na mnie pod Rotundą, ja pod Mariottem, co się wychylam, coraz gorzej leje. Byłam bez kurtki, bez parasola. Co robić? Jednakże Magda uzmysłowiła mi, że jak tylko uda mi się dopaść do podziemi, to tam znajdę przejście do tramwaju jadącego do Galerii Mokotów, ona tam dobije i wreszcie się zobaczymy.
I tak się stało, znalazłyśmy się z Dorotą, nawet nie musiałyśmy czekać na tramwaj, wyjście było trochę traumatyczne, bo wprost w ulewę, która w ogóle nie traciła na sile. Do Galerii wpadłam już jako miss mokrego podkoszulka.
Tam kolejne spotkanie z Magdą właścicielką bloga Maniaczytania. I znowu to samo, będę już nudna, mam szczęście do ludzi, do rozmów, do wymiany energii, dobrze, że się człowiek nie naładowuje prądem, bo w mokrej koszulinie to bym porażenia doznała. Taka sytuacja.
Tam też odebrałam wiadomość o możliwości jeszcze jednego spotkania, tym razem z pisarzem, z mojej listy pt. 'oszalałam, jak tylko przeczytałam' (wcale nie tak długiej, jeśli chodzi o Polaków). A mowa o autorze 'Mr.Pebble i Gruda' Mariuszu Ziomeckim (o książce piszę tu), który był tak łaskaw i się nad czytelniczką na skraju histerii pochylił.
Przeczytałam książkę już jakiś czas temu, a pamiętam, jakby wczoraj, co mi się wcale tak często nie zdarza. Czytam dużo, ale tylko nieliczne historie zostają ze mną na całe życie. Jest coś takiego, przyznajcie, że człowiek czyta i kurczę czuje każde słowo, każde zdanie, wie, co pisarz chciał powiedzieć. Percepcja wchodzi na zupełnie inny poziom, już nie oko-mózg-emocje, tylko oko-emocje-emocje-emocje-ewentualnie mózg, jeśli się w tę sferę przedrze, czyli przerabiasz to w duszy, w sercu, w każdej komórce zanim się zorientujesz, co się dzieje w ogóle. I tak było z tą opowieścią. Niech Was 900 stron nie przeraża, mogłoby ich być więcej. Po skończeniu książki, mam tak szalenie rzadko, powiedziałam na głos, excuse my French - o ja pierdolę! I zapadłam się w sobie na tydzień. Z żalu, że to już koniec.
A jak już ktoś taką książkę napisze, to ma mój nie-obiektywizm i czytelniczą miłość na zawsze. Dlatego też chciałam spotkać autora, udało nam się umówić po spotkaniu we Wrzeniu.
Zasiedziałyśmy się w Galerii Mokotów, wypadłyśmy jak opętane, wyszukałyśmy taksówkę, korki jak cholera, bo ta ulewa zablokowała miasto. Agnieszka napisała, że chyba nie dojedzie, bo gdzieś utknęła, a ja nie przyjmowałam w ogóle do wiadomości, że mogłabym na to spotkanie nie dojechać na czas. Całą drogę taksówkarz nas bawił opowieściami o misjach wojskowych, w których brał udział, o żonie, dzieciach, braterstwie krwi, ani rannych, ani martwych się nie zostawia. No i wykrakał, bo skręcił w małą uliczkę, że niby szybciej i JEB - przywalił w nas inny samochód. I to z mojej strony, byłoby w moje drzwi, ale pan przytomnie uciekł w bok tak jakoś dziwnie i dzięki temu uderzenie poszło na błotnik zaraz za linią drzwi. Byłam w szoku, pocieszona lekko, że jeśli jestem ranna to on mnie nie zostawi, ale Kalina przytomniejsza, wypadła z samochodu, podała facetowi numer telefonu, jakby trzeba było świadczyć, kto w kogo wjechał (to nie była jego wina) i w te pędy puściła się przed siebie, a my z Dorotą za nią. Dzięki temu dopadłyśmy do metra, potem tramwaju i resztę per pedes - spóźniłyśmy się tylko kilka minut. Przy czym, jak już tam wpadłyśmy, wyglądałyśmy jak ofiary gwałtu zbiorowego. Nie powiem, wejście miałyśmy wyśmienite, aż jednej babce spadł z kolan laptop.
Odrobina przesadyzacji nie zaszkodzi :-)
Książkę Grzegorza Chlasty dostałam z Czarnej Owcy dla biblioteki przed samym wyjazdem. Niezwykle ciekawy temat. Z opisu - "opowiada o dziewiczych latach powstawania służb specjalnych w nowej, demokratycznej Polsce. Jednymi z ich współtwórców byli czterej bohaterowie książki - ś.p. Konstanty Miodowicz, Bartłomiej Sienkiewicz, Wojciech Brochwicz oraz Piotr Niemczyk. Grzegorz Chlasta w wywiadach z bohaterami książki stara się dociec na czym polegał z ich strony ten skok na głęboką wodę - wejście w paszczę dotychczasowego lwa i próba uporządkowania rzeczywistości znanej tylko z twarzy opresyjnych funkcjonariuszy SB. Dotychczasowi anarchiści, pacyfiści, działacze opozycji postanowili uczestniczyć - pod okiem wielkich mistrzów - w tworzeniu struktur niezbędnych w każdym demokratycznym państwie. Dlaczego podjęli taką decyzję? Lektura książki to nie tylko zbiór anegdot. To także obraz epoki, w której większość poruszała się po omacku, a jednocześnie chciała popełnić jak najmniej błędów. Bez poznania atmosfery i wyborów tamtych czasów trudno jest zrozumieć aktualną rzeczywistość".
Nie zdążyłam jej jeszcze przeczytać, chociaż bardzo jestem jej ciekawa. Pana Grzegorza 'znam' z poranków RDC, których czasami słucham szykując się do pracy. Tym bardziej mus było zobaczyć to spotkanie i dowiedzieć się, 'co autor miał na myśli', zanim zacznę lekturę. Cieszę się, że tam dotarłam, bo było niezwykle ciekawie, emocjonująco, najbardziej dzięki dyskusji. Nie wiem, dlaczego prowadzący skończył spotkanie w umówionym czasie, bo było jeszcze kilka osób, które chciały coś powiedzieć. Czy to mus? Czy tylko tyle może ono trwać, ile umówione z gospodarzem, w tym wypadku Wrzeniem Świata? Nie wiem, ale pozostawiło mnie to z niedosytem.
Siedziałam bokiem na okiennym parapecie z poduszkami, widziałam salę doskonale, również słuchaczy. Jeden z nich był ubrany w czarny garnitur i wyglądał trochę, może to sugestia tematem, na kogoś ze służb specjalnych. Kiedy jedna z babeczek wstała i powiedziała, że była wzruszona lekturą, bo miała wrażenie, że byliśmy w dobrych rękach i to ją niezwykle właśnie poruszyło, ten człowiek, wyglądał na twardziela, służby czy nie, miał łzy w oczach. To z kolei mnie niezwykle wzruszyło. Kto wie, może to właśnie było jedyne podziękowanie, przecież oni niczego na świeczniku nie robią i nie mają okazji do braw i fanfar, jedynie uścisk dłoni szefa. No i maślane spojrzenie jego sekretarki.
Potem to spotkanie z Mariuszem Ziomeckim, czyli powtórzę - mam szczęście do ludzi i oczywiście było niezwykle interesująco, niby nic nowego, bo ciągle piszę, że z kimś się widziałam, ale jestem zawsze wdzięczna za takie chwile w życiu, niczego nie biorę za pewnik, że mi się należy, bo to, że ktoś poświęca swój czas nieznajomemu, albo znajomemu ledwo, bo z sieci, jest zawsze dla mnie wzruszające. Nic więcej nie powiem.
Jak u Hitchcocka, zaczęło się wcale nie tak spokojnie, a potem już było coraz bardziej emocjonująco. Ciekawa byłam, kiedy mi z tych wrażeń odbierze rozum po prostu.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o pisarzach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o pisarzach. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 9 czerwca 2014
poniedziałek, 21 października 2013
Na Kowno, tfu tfu, na 6. Piętro! Ale wcześniej na Zapiecek
Przeczytałam szybciutko tekst poprzedni, co by się nie powtarzać i wiedzieć, cóżem ja wymodziła nocą bladą, i tak sobie myślę, że jeszcze kilka słów o Wrzeniu świata będzie, bo jest duże zainteresowanie tym miejscem.
Nie wiem, jak Wy, ale ja nie lubię, kiedy obsługa, gdziekolwiek by to nie było, jest anonimowa i jak w dawnych czasach było z dziećmi - nie ma jej być widać, a słychać tylko wtedy, kiedy pytają. To się jeszcze spotęgowało odkąd mieszkam na mojej prowincji Europy, czyli w Donegalu. Tutaj wszyscy od razu są bliskimi przyjaciółmi z ekspedientką czy kelnerką, a z barmanem to już mus, żeby to był nawet pierwszy i ostatni pobyt w danej jednostce piwo-dajnej. Kilkanaście lat tu już mieszkam, całkiem naturalne jest dla mnie więc, swobodne rozmawianie z obsługą kawiarni, ale nie tylko, z ludźmi wokół też. Druga natura (nie)stety. Tym razem ofiarą padła Pani za ladą we 'Wrzeniu świata' właśnie, jak również przypadkowy biedak przy stoliku obok (nie Wojciech Tochman, mowa o stoliku po drugiej stronie mojego). Tam wygodnie rozłożył się z gazetą i kawą pewien - zakładam zawsze, że miły - pan.
Pisałam już wcześniej, że byłam w amoku, a wiadomo, że taki stan potęguje wrodzone gadulstwo, u mnie już i tak z cugli spuszczone przez irlandzkie zwyczaje. Kiedy się rozkładałyśmy przy stoliku, a to jednym, a to drugim, bo nie mogłam się zdecydować gdzie nam będzie wygodniej, zakładając, że Ania do nas dojdzie, tokowałam swobodnie do Pani przy ekspresie, do pana przy kawie, do półki z książkami (nie przeszkadzają mi nieożywieni słuchacze), jak również do drugiego pana za ladą. Pani okazała się nie tylko prześliczna, o zniewalającym uśmiechu, ale cierpliwa i jakby to ująć - interaktywna. Odpowiadała czyli na to, co ja tam zagajałam. Pan z kawą za to, nadal zakładam, że miły, był chyba głuchoniemy, bo nie mogłam z niego wymusić żadnej werbalnej interakcji. Nawet był moment, że poczyniłam uwagę, że chyba jednak usadzimy się oddalone nieco od tego pana, bo my będziemy rozmawiać, a on pewnie chce w spokoju gazetę poczytać. To taki można powiedzieć oksymoron życzeniowy, bo przy babie w amoku spokoju już nie ma, to chyba jasne. Już mógł coś powiedzieć wtedy, Irlandczyk dawno odpuścił by sobie tę gazetę, połączył stoliki i gadka byłaby w większym gronie. No, ale w Polsce byłam, nie wymagałam aż takiej odmiany mentalności, ale jakiś uśmiech jednak, mrugnięcie okiem, nóż w plecy, co-kol-wiek, by się przydały. NIC. To mnie trochę wytrąciło z równowagi, ale trzeba być twardym nie miętkim, Pani oraz dziewczyny musiały mi wystarczyć. Drugi Pan za ladą, który przygotowywał wielce intrygujące napoje (niech ktoś się tam uda i mi powie, co to było?), wlewając do szklanki miodu i coś tam jeszcze zielonego pływało, był wzruszająco, po hipstersku nabzdyczony. Taka pani z baru mlecznego z Misia, ale w wydaniu niezwykle przystojnie męskim, do tego świetnie ubranym. Miał mi ściągnąć książkę z wysokiej półki, co się przedtem nawzdychał to jego, niezwykle zajęty był przy tych napojach, poważnie, jak bum cyk cyk, więc mu kością, a raczej upierdliwym gościem w gardle stałam. Potem się z Dorotą bałyśmy tej książki nie kupić, bo wiecie, podał - proszszsz - a jak na darmo ten trud, to opieprz jak nic. Ryzyko było wielkie :-)
Jednak odłożyłam, bo ta 'Czerwona księżniczka' ciężka, a ja jednak tylko podręczny bagaż miałam.
Niech Was ten opis sytuacji nie zmyli (kurczę, słowa są czasem bezsilne, nie chcę, zeby mi ktoś zarzucił, ze krytykuję i odradzam), tam jest świetna atmosfera, a podobno częste wizyty panów właścicieli, to, że się tam kręcą i nadają energii, jest bonusem nie do przecenienia, czego i ja doświadczyłam. Nawet jest takie wrażenie, że jak oni się tam tak swobodnie czują, wchodzą za ladę, do stolika, witają kogoś, żegnają, telefony dzwonią, ktoś w szybę puka, cmok cmok, zajrzyj znowu, to jest wrażenie, jakby się człowiek jakimś cudem, przez przypadek, im do domu zaplątał i na chwilę został. Polecam.
No, ale miało być o dalszych losach Kasi na warszawskich dróżkach, a raczej trotuarach.
Podczas kupowania Gazety Wyborczej z Dużym Formatem, bo to czwartek był i cudem tylko nie zapomniałam o jej kupieniu (kto by myślał o tym, jaki dzień tygodnia, na urlopie), a przypomniało mi się tylko dlatego, że Mariusz Szczygieł wziął od kogoś DF na chwilę i na moich oczach rozłożył do czytania, czyli znowu Wrzenie (dlaczego tam nie można GW ani żadnej innej gazety kupić?), wpadłam na diabelski pomysł, że można by do jakiegoś teatru skoczyć. Diabelski, bo ja niesiona adrenaliną, ale Dorota pewnie była bliska zejścia z powodu moich pomysłów. Rzuciłam torby na jakieś krzesła stojące przed kawiarnią na chodniku i niecierpliwie zaczęłam szukać, co grają na deskach warszawskich. Z GW, a potem okazało się, że z innych też, mogłoby się wydawać, że nic nie grają, że stolica straciła wszystkie teatry, bo nic o nich i spektaklach w gazecie nie było. Pędem z powrotem do Empiku, tam przegląd prasy na stojąco, zmiotłam przy okazji jakieś gumy i inne żujki, nic nie ma, wymiotło, nieczynne? Pytam pani za ladą, ale tam taki mniej więcej poziom interakcji werbalnej jak u tego pana przy stoliku obok wcześniej, czyli zero. Dorota przejęta dzwoni do syna, niech nam w sieci sprawdzi, muzyka w tym Empiku gra, ochroniarz wydziera się do mikrofonu na cyckach, że jakaś czekolada rozdeptana leży na półpiętrze, czy ona kradziona i w części skonsumowana czy kupiona? - a my na środku tego - mnie się wydawało, pandemonium - zapytowywujemy o spektakl. Chciałam do Polonii, ale tam coś grali nie tak, więc jak tylko usłyszałam, że w PKiN grają 'Fredrę dla dorosłych - mężów i żon', zakrzyknęłam, niech się chłop więcej nie męczy (wiadomo, jak matka o coś prosi, to można sobie w łeb strzelić, taki to trud, mam w domu syna, to wiem), BINGO! No, ale my o suchym pysku od kilku godzin jesteśmy, więc kiedy po skomplikowanych obliczeniach, bo mi się pomerdało, czy ja mam czas polski, czy irlandzki i która właściwie jest godzina, wyszło, że możemy tylko gdzieś po drodze zasiąść na jedzenie, na jakieś kluczenie po mieście czasu nie ma. Padło na 'Zapiecek', bo jak zobaczyłam pierogi i barszcz, to się we mnie Polak mały, kto Ty jesteś, obudził.
Tam mi się znowu gaduła włączyła, ale lekko, bo jednak na swoich błędach się uczę. Panie przemiłe, młodziutkie (gdzie się ludzie 40+ w handlu i gastronomii podziali?), jedzenie pyszne (ruskie orkiszowe cudne), książki nam robiły za dekoracje, więc dalej w klimacie, ale miseczka barszczu z czterema uszkami mię trochę zeźliła. Ze 300 ml tam tej czerwonej wody, uszka 4, nie pamiętam ceny, ale bez przesady, za wodę dychę czy nawet więcej to jednak przegięcie. Zapytałam kelnerkę, czy to norma, czy coś uwagę, jakiś przebiegający szczur na przykład, kucharki odwróciło i dała tylko część uszek? Pani powiedziała, ze powinno być 6 i poszła. Oświadczam wcale nie uroczyście, ale stanowczo za to, są mi winni 2 uszka.
Na koniec zgrzyt, bo okazało się, że nie możemy zapłacić oddzielnie. Nie, bo nie. Trzeba by wołać managera, ale jest zbyt wielki ruch i nie. Wydaje mi się, że takie coś w centrum Warszawy, w Alejach Jerozolimskich, gdzie pełno obcokrajowców, nie powinno mieć miejsca. Zagranicą bardzo często chodzi się jadać dużą grupą, a płaci się oddzielnie.
Jak tylko wyszłyśmy, z siatami, z obłędem ponaglenia czasowego w oczach, pognałyśmy w kierunku autobusu w stronę teatru. Trzeba Wam wiedzieć, że moja durnota osiągnęła wyżyny w dzień wyjazdu do Polski, kiedy to z powodu mizerii mojej walizki, postanowiłam jechać w nowych butach i nie brać żadnych innych. Kilkanaście godzin dnia poprzedniego, potem cały kolejny dzień na nogach, zaowocowało pęcherzami, co spowodowało taki oto obrazek, że kiedy rzuciłam hasło - na Kowno! - tułów pognał do przodu, nogi zostały w tyle, bo jednak enough is enough, czyli będzie tego.
Musiałam jakoś dać radę, autobus pomógł, a potem to już zęby zacisnęłam i na to Kowno pognałam. Biletów nie miałyśmy. Wpadam Ci ja krakowianka jedna to kasy i dysząc oraz jęcząc, bo te buty..., proszę o 2 bilety na teraz. Pani w kasie odpowiada - u nas nie ma, ale zapraszamy do teatru. Zdębiałam. Jak to nie ma, o Boże, ja z tak daleka. Pani na to, że nic nie poradzi, nawet nie wie, czy jeszcze czynny, a one tutaj zapraszają do teatru. Po raz drugi zgłupiałam, jak to nie ma, nieczynny, ale zapraszają??? Okazało się, że panie myślały, że proszę o bilety na taras, a nie na teraz. Cud się stał pewnego dnia, dostałyśmy dwa bilety i dotarłyśmy na nasze miejsca na całe 5 minut przed czasem. Po czym czekaliśmy jeszcze na jakąś grupę ludzi, którzy się spóźniali.
Ku mojemu zaskoczeniu sala pełna. Tyle to już grają, czwartek, no no.
Sztuka świetna, zasłużenie tak chwalona i z dobrymi recenzjami. Zaskoczenie, bo tekst fredrowski, ale scenografia, kostiumy, zachowanie na wskroś współczesne. A tekst nadal aktualny, niebywałe.
Fraszyńska, Żebrowski, Darocha i Książkiewicz grali, dobrze, że zamiast tej ostatniej nie było Liszowskiej (grała chyba wcześniej ona), bo bym nie zdzierżyła, a tak nic mi nie przeszkadzało, a pan Darocha, którego w ogóle nie znam, miło zaskoczył.
Sztuka jest o związkach, tutaj oczywiście dużo zamieszania, mąż ma kochankę, żona ma kochanka, kochanek jest też kochankiem kochanki, wyszedł oknem, wrócił drzwiami, jak to w teatrze. Męża żona mierzi i w ogóle nie pociąga, nudzi poza tym, służka to co innego. Żona znajduje sobie inny obiekt westchnień, mąż jej do niczego niepotrzebny. Nic nie jest takie, jakim się zdaje, oczywiście w którymś momencie musi się wydać. Dużo śmiechu, farsa to przecież. I tak się wszyscy zaśmiewaliśmy, aż przychodzi ostatnia scena, mąż z żoną zostają sami, wszelkie gierki i mistyfikacje zakończone, on ogląda telewizję, ona coś tam w sieci szuka, on przełącza kanały, nie to, nie to, wyłącza odbiornik i zapodaje muzykę, a tam jak na złość Celine Dion o miłości śpiewa, jak tylko ona potrafi. Mąż podejmuje decyzję, podchodzi do żony i jakoś tak niezdarnie ją do tańca prosi. Potem jeszcze bardziej niezdarnie próbuje z nią tańczyć, nie potrafią być blisko. Śmieszne te ich próby, ale ja już się nie śmieję, bo widzę, jak im ciężko idzie to zbliżenie, muszą się siebie uczyć, bo człowiek przecież bez miłości żyć nie umie, a mają tylko siebie. Powoli, powoli udaje im się jakoś chwilę objąć, potem mocniej i ... koniec spektaklu. Wszyscy wokół się śmieją, a ja płaczę. Tak się wzruszyłam, bo to takie prawdziwe było. Ileż jest takich małżeństw dookoła. Na szczęście nie moje, pomyślałam w duchu. Zanim światło zapalili musiałam jakoś łzy z powrotem do oczu wcisnąć, bo głupio tak.
Ukłony, kosze kwiatów, okazało się, że to był 300. spektakl. Dodatkowo zapisze się w moje pamięci.
Co za noc, co za wspaniały dzień :-)
O Bogu, jaki długi wpis, ktoś tu dotarł?
Nie wiem, jak Wy, ale ja nie lubię, kiedy obsługa, gdziekolwiek by to nie było, jest anonimowa i jak w dawnych czasach było z dziećmi - nie ma jej być widać, a słychać tylko wtedy, kiedy pytają. To się jeszcze spotęgowało odkąd mieszkam na mojej prowincji Europy, czyli w Donegalu. Tutaj wszyscy od razu są bliskimi przyjaciółmi z ekspedientką czy kelnerką, a z barmanem to już mus, żeby to był nawet pierwszy i ostatni pobyt w danej jednostce piwo-dajnej. Kilkanaście lat tu już mieszkam, całkiem naturalne jest dla mnie więc, swobodne rozmawianie z obsługą kawiarni, ale nie tylko, z ludźmi wokół też. Druga natura (nie)stety. Tym razem ofiarą padła Pani za ladą we 'Wrzeniu świata' właśnie, jak również przypadkowy biedak przy stoliku obok (nie Wojciech Tochman, mowa o stoliku po drugiej stronie mojego). Tam wygodnie rozłożył się z gazetą i kawą pewien - zakładam zawsze, że miły - pan.
Pisałam już wcześniej, że byłam w amoku, a wiadomo, że taki stan potęguje wrodzone gadulstwo, u mnie już i tak z cugli spuszczone przez irlandzkie zwyczaje. Kiedy się rozkładałyśmy przy stoliku, a to jednym, a to drugim, bo nie mogłam się zdecydować gdzie nam będzie wygodniej, zakładając, że Ania do nas dojdzie, tokowałam swobodnie do Pani przy ekspresie, do pana przy kawie, do półki z książkami (nie przeszkadzają mi nieożywieni słuchacze), jak również do drugiego pana za ladą. Pani okazała się nie tylko prześliczna, o zniewalającym uśmiechu, ale cierpliwa i jakby to ująć - interaktywna. Odpowiadała czyli na to, co ja tam zagajałam. Pan z kawą za to, nadal zakładam, że miły, był chyba głuchoniemy, bo nie mogłam z niego wymusić żadnej werbalnej interakcji. Nawet był moment, że poczyniłam uwagę, że chyba jednak usadzimy się oddalone nieco od tego pana, bo my będziemy rozmawiać, a on pewnie chce w spokoju gazetę poczytać. To taki można powiedzieć oksymoron życzeniowy, bo przy babie w amoku spokoju już nie ma, to chyba jasne. Już mógł coś powiedzieć wtedy, Irlandczyk dawno odpuścił by sobie tę gazetę, połączył stoliki i gadka byłaby w większym gronie. No, ale w Polsce byłam, nie wymagałam aż takiej odmiany mentalności, ale jakiś uśmiech jednak, mrugnięcie okiem, nóż w plecy, co-kol-wiek, by się przydały. NIC. To mnie trochę wytrąciło z równowagi, ale trzeba być twardym nie miętkim, Pani oraz dziewczyny musiały mi wystarczyć. Drugi Pan za ladą, który przygotowywał wielce intrygujące napoje (niech ktoś się tam uda i mi powie, co to było?), wlewając do szklanki miodu i coś tam jeszcze zielonego pływało, był wzruszająco, po hipstersku nabzdyczony. Taka pani z baru mlecznego z Misia, ale w wydaniu niezwykle przystojnie męskim, do tego świetnie ubranym. Miał mi ściągnąć książkę z wysokiej półki, co się przedtem nawzdychał to jego, niezwykle zajęty był przy tych napojach, poważnie, jak bum cyk cyk, więc mu kością, a raczej upierdliwym gościem w gardle stałam. Potem się z Dorotą bałyśmy tej książki nie kupić, bo wiecie, podał - proszszsz - a jak na darmo ten trud, to opieprz jak nic. Ryzyko było wielkie :-)
Jednak odłożyłam, bo ta 'Czerwona księżniczka' ciężka, a ja jednak tylko podręczny bagaż miałam.
Niech Was ten opis sytuacji nie zmyli (kurczę, słowa są czasem bezsilne, nie chcę, zeby mi ktoś zarzucił, ze krytykuję i odradzam), tam jest świetna atmosfera, a podobno częste wizyty panów właścicieli, to, że się tam kręcą i nadają energii, jest bonusem nie do przecenienia, czego i ja doświadczyłam. Nawet jest takie wrażenie, że jak oni się tam tak swobodnie czują, wchodzą za ladę, do stolika, witają kogoś, żegnają, telefony dzwonią, ktoś w szybę puka, cmok cmok, zajrzyj znowu, to jest wrażenie, jakby się człowiek jakimś cudem, przez przypadek, im do domu zaplątał i na chwilę został. Polecam.
No, ale miało być o dalszych losach Kasi na warszawskich dróżkach, a raczej trotuarach.
Podczas kupowania Gazety Wyborczej z Dużym Formatem, bo to czwartek był i cudem tylko nie zapomniałam o jej kupieniu (kto by myślał o tym, jaki dzień tygodnia, na urlopie), a przypomniało mi się tylko dlatego, że Mariusz Szczygieł wziął od kogoś DF na chwilę i na moich oczach rozłożył do czytania, czyli znowu Wrzenie (dlaczego tam nie można GW ani żadnej innej gazety kupić?), wpadłam na diabelski pomysł, że można by do jakiegoś teatru skoczyć. Diabelski, bo ja niesiona adrenaliną, ale Dorota pewnie była bliska zejścia z powodu moich pomysłów. Rzuciłam torby na jakieś krzesła stojące przed kawiarnią na chodniku i niecierpliwie zaczęłam szukać, co grają na deskach warszawskich. Z GW, a potem okazało się, że z innych też, mogłoby się wydawać, że nic nie grają, że stolica straciła wszystkie teatry, bo nic o nich i spektaklach w gazecie nie było. Pędem z powrotem do Empiku, tam przegląd prasy na stojąco, zmiotłam przy okazji jakieś gumy i inne żujki, nic nie ma, wymiotło, nieczynne? Pytam pani za ladą, ale tam taki mniej więcej poziom interakcji werbalnej jak u tego pana przy stoliku obok wcześniej, czyli zero. Dorota przejęta dzwoni do syna, niech nam w sieci sprawdzi, muzyka w tym Empiku gra, ochroniarz wydziera się do mikrofonu na cyckach, że jakaś czekolada rozdeptana leży na półpiętrze, czy ona kradziona i w części skonsumowana czy kupiona? - a my na środku tego - mnie się wydawało, pandemonium - zapytowywujemy o spektakl. Chciałam do Polonii, ale tam coś grali nie tak, więc jak tylko usłyszałam, że w PKiN grają 'Fredrę dla dorosłych - mężów i żon', zakrzyknęłam, niech się chłop więcej nie męczy (wiadomo, jak matka o coś prosi, to można sobie w łeb strzelić, taki to trud, mam w domu syna, to wiem), BINGO! No, ale my o suchym pysku od kilku godzin jesteśmy, więc kiedy po skomplikowanych obliczeniach, bo mi się pomerdało, czy ja mam czas polski, czy irlandzki i która właściwie jest godzina, wyszło, że możemy tylko gdzieś po drodze zasiąść na jedzenie, na jakieś kluczenie po mieście czasu nie ma. Padło na 'Zapiecek', bo jak zobaczyłam pierogi i barszcz, to się we mnie Polak mały, kto Ty jesteś, obudził.
Tam mi się znowu gaduła włączyła, ale lekko, bo jednak na swoich błędach się uczę. Panie przemiłe, młodziutkie (gdzie się ludzie 40+ w handlu i gastronomii podziali?), jedzenie pyszne (ruskie orkiszowe cudne), książki nam robiły za dekoracje, więc dalej w klimacie, ale miseczka barszczu z czterema uszkami mię trochę zeźliła. Ze 300 ml tam tej czerwonej wody, uszka 4, nie pamiętam ceny, ale bez przesady, za wodę dychę czy nawet więcej to jednak przegięcie. Zapytałam kelnerkę, czy to norma, czy coś uwagę, jakiś przebiegający szczur na przykład, kucharki odwróciło i dała tylko część uszek? Pani powiedziała, ze powinno być 6 i poszła. Oświadczam wcale nie uroczyście, ale stanowczo za to, są mi winni 2 uszka.
Na koniec zgrzyt, bo okazało się, że nie możemy zapłacić oddzielnie. Nie, bo nie. Trzeba by wołać managera, ale jest zbyt wielki ruch i nie. Wydaje mi się, że takie coś w centrum Warszawy, w Alejach Jerozolimskich, gdzie pełno obcokrajowców, nie powinno mieć miejsca. Zagranicą bardzo często chodzi się jadać dużą grupą, a płaci się oddzielnie.
Jak tylko wyszłyśmy, z siatami, z obłędem ponaglenia czasowego w oczach, pognałyśmy w kierunku autobusu w stronę teatru. Trzeba Wam wiedzieć, że moja durnota osiągnęła wyżyny w dzień wyjazdu do Polski, kiedy to z powodu mizerii mojej walizki, postanowiłam jechać w nowych butach i nie brać żadnych innych. Kilkanaście godzin dnia poprzedniego, potem cały kolejny dzień na nogach, zaowocowało pęcherzami, co spowodowało taki oto obrazek, że kiedy rzuciłam hasło - na Kowno! - tułów pognał do przodu, nogi zostały w tyle, bo jednak enough is enough, czyli będzie tego.
Musiałam jakoś dać radę, autobus pomógł, a potem to już zęby zacisnęłam i na to Kowno pognałam. Biletów nie miałyśmy. Wpadam Ci ja krakowianka jedna to kasy i dysząc oraz jęcząc, bo te buty..., proszę o 2 bilety na teraz. Pani w kasie odpowiada - u nas nie ma, ale zapraszamy do teatru. Zdębiałam. Jak to nie ma, o Boże, ja z tak daleka. Pani na to, że nic nie poradzi, nawet nie wie, czy jeszcze czynny, a one tutaj zapraszają do teatru. Po raz drugi zgłupiałam, jak to nie ma, nieczynny, ale zapraszają??? Okazało się, że panie myślały, że proszę o bilety na taras, a nie na teraz. Cud się stał pewnego dnia, dostałyśmy dwa bilety i dotarłyśmy na nasze miejsca na całe 5 minut przed czasem. Po czym czekaliśmy jeszcze na jakąś grupę ludzi, którzy się spóźniali.
Ku mojemu zaskoczeniu sala pełna. Tyle to już grają, czwartek, no no.
Sztuka świetna, zasłużenie tak chwalona i z dobrymi recenzjami. Zaskoczenie, bo tekst fredrowski, ale scenografia, kostiumy, zachowanie na wskroś współczesne. A tekst nadal aktualny, niebywałe.
Fraszyńska, Żebrowski, Darocha i Książkiewicz grali, dobrze, że zamiast tej ostatniej nie było Liszowskiej (grała chyba wcześniej ona), bo bym nie zdzierżyła, a tak nic mi nie przeszkadzało, a pan Darocha, którego w ogóle nie znam, miło zaskoczył.
Sztuka jest o związkach, tutaj oczywiście dużo zamieszania, mąż ma kochankę, żona ma kochanka, kochanek jest też kochankiem kochanki, wyszedł oknem, wrócił drzwiami, jak to w teatrze. Męża żona mierzi i w ogóle nie pociąga, nudzi poza tym, służka to co innego. Żona znajduje sobie inny obiekt westchnień, mąż jej do niczego niepotrzebny. Nic nie jest takie, jakim się zdaje, oczywiście w którymś momencie musi się wydać. Dużo śmiechu, farsa to przecież. I tak się wszyscy zaśmiewaliśmy, aż przychodzi ostatnia scena, mąż z żoną zostają sami, wszelkie gierki i mistyfikacje zakończone, on ogląda telewizję, ona coś tam w sieci szuka, on przełącza kanały, nie to, nie to, wyłącza odbiornik i zapodaje muzykę, a tam jak na złość Celine Dion o miłości śpiewa, jak tylko ona potrafi. Mąż podejmuje decyzję, podchodzi do żony i jakoś tak niezdarnie ją do tańca prosi. Potem jeszcze bardziej niezdarnie próbuje z nią tańczyć, nie potrafią być blisko. Śmieszne te ich próby, ale ja już się nie śmieję, bo widzę, jak im ciężko idzie to zbliżenie, muszą się siebie uczyć, bo człowiek przecież bez miłości żyć nie umie, a mają tylko siebie. Powoli, powoli udaje im się jakoś chwilę objąć, potem mocniej i ... koniec spektaklu. Wszyscy wokół się śmieją, a ja płaczę. Tak się wzruszyłam, bo to takie prawdziwe było. Ileż jest takich małżeństw dookoła. Na szczęście nie moje, pomyślałam w duchu. Zanim światło zapalili musiałam jakoś łzy z powrotem do oczu wcisnąć, bo głupio tak.
Ukłony, kosze kwiatów, okazało się, że to był 300. spektakl. Dodatkowo zapisze się w moje pamięci.
Co za noc, co za wspaniały dzień :-)
O Bogu, jaki długi wpis, ktoś tu dotarł?
piątek, 18 października 2013
Piórem i pazurem go... Ale zanim - świat zawrzał
Od lutego czekałam na tę podróż. Najpierw Mariola Zaczyńska, pisarka i organizatorka Festiwalu Literatury Kobiecej Pióro i Pazur, zgłosiła się do mnie z pomysłem powołania do życia nagrody blogerek polonijnych. Potem ja zgłosiłam się z tym pomysłem do Bookfy, Dabarai, Agnieszki i Ani z prośbą o dołączenie do mnie, zaczytanie się w zgłoszonych tytułach i wybranie pięciu powieści wyróżniających się, a w tej grupie jednej, jedynej, tej najlepszej.
No i zaczęło się, jazda bez trzymanki normalnie, bo tytułów multum, a czasu najpierw myślałyśmy, że wiele, a potem okazało się, że wcale nie. A życie nie zaczeka, obowiązki codzienne wykonywać trzeba, rodzina nie rozgrzeszy, bo książka czeka, z pracy urlopu nie dadzą, oj cinżko było.
Poza tym przyznam, że płodozmian był konieczny, jednak nie da się tak całkiem na polskie 'jadło' przejść, no, ale dałyśmy radę i udało się wyłonić finałową piątkę oraz laureatkę.
Wyróżnione zostały:
Małgorzata Gutowska-Adamczyk za 'Podróż do miasta świateł'
Anna Fryczkowska za 'Starsza pani wnika'
Aneta Borowiec za 'Wilczyce'
Marta Guzowska za 'Ofiarę Polikseny'
Naszą zwyciężczynią, ale też i wyróżnioną w trzech innych kategoriach została 'Wytwórnia wód gazowanych' Doroty Combrzyńskiej-Nogali.
Ale zanim gala, zanim festiwalowe dni, najpierw była Warszawa i od tego zacznę te moje wyjazdowe reminiscencje.
Leciałam oczywiście jedynymi słusznymi liniami lotniczymi. Jak się nie ma kasy, w innym przypadku to masochizm. O tym, jak się człowiek w tych 'niebieskich samolotach' ma (nie mylić z 'niebiesiech'), pisałam wcześniej TU, powtarzać się więc nie będę, ale na to, że moje szczęście jest takie, że akurat na termin mojego lotu otworzyli Modlin, jeszcze nie było okazji się poskarżyć, co niniejszym czynię. Gdyby nie Dorota, która przyjechała po mnie wraz z mężem, płakałabym ciemną nocą w tym Modlinie, nomen omen modląc się do Boga o litość, czyli wyruszenie w drogę autobusu, który tam miał jeszcze trochę stać, czekając na kolejny lot chyba.
Wydawałoby się, że osoba zmęczona podróżą, 'kiedy ranne wstają zorze' na nogach, padnie na twarz zaraz po wypiciu herbaty. Nic bardziej mylnego. Tak się z Doroteą zagadałyśmy, oczywiście o książkach, że nas 3.30 zastała. Rano, ale bez przesady, zebrałyśmy swoje zwłoki do kupy i ruszyłyśmy w miasto. Pewnie niejeden rzuciłby się do butów i ciuchów, ale nie z nami te numery - my pognałyśmy do księgarń różnistych. Moim marzeniem, które narzuciłam Dorocie, biedna szła na ustępstwa, bo ją ciągle 'szczułam' tym, że zawsze o czymś tam marzyłam na obczyźnie, była wizyta we kawiarni 'Wrzenie świata'.
Cóż ja mogę powiedzieć o tym zdarzeniu? Jeśli nie widzieliście kobiety w ledwo skrywanym amoku, to mielibyście okazję, gdybyście tam byli. Po pierwsze, od samego wejścia zobaczyłam półkę książek, które mogłyby być moje w ciemno, kupowałabym jak leci, jeśli jeszcze nie mam. Rzuciłam się do macania i tylko godnościom osobistom hamowałam okrzyki i słowne omdlenia. Dobrze, ze miałam Dorotę u boku, bo miałam do kogo kierować te wylewające się z kołnierza emocje. W przeciwnym wypadku jak nic wyprowadziliby mnie stamtąd w kaftanie z za długimi rękawami. Przeszłyśmy do drugiego pomieszczenia zasiąść przy kawie, z książkami do przejrzenia u boku. 'Wrzenie świata' nie jest duże, kiedy zobaczyłam przy sąsiednim stoliku Tochmana, znaczy to tyle, że był na wyciągnięcie ręki w sensie ścisłym. Dorota siedziała tyłem i nie widziała go, zresztą nie wiem, czy by poznała, bo ostatnio nie czyta reportaży. Pewnie nieźle była zdziwiona widząc mnie wybałuszającą oczy. To jeszcze byłam w stanie znieść w miarę spokojnie. Piszę znieść, bo nie mam charakteru osoby, która się rzuca na szyję ulubionym pisarzom przy okazji spotkania ich w sytuacji prywatnej, więc muszę znosić męki pt. 'chciałabym, ale tego nie zrobię'. No, ale jak zaraz potem wszedł Szczygieł i stanął zaraz za Dorotą, kręcił się wokół, sięgał po książki stojące pięć centymetrów od mojej kawy, poważnie mówię, nie przesadzam, o mało przytomności nie straciłam. Dobrze, że miałam przed sobą pyszną tartę pomarańczową, bo jak papież z Testosteronu zakrzyknęłam - więcej cukru - i pochłonęłam pół za jednym mlaśnięciem paszczowo-szczękowym.
Bardzo starałam się nie mieć cały czas opuszczonej szczęki i cieknącej śliny, ale nie jestem przekonana, czy mi się to udało. Spuszczę na to zasłonę miłosierdzia.
Jeszcze we Wrzeniu dołączyła do nas Ania, polonijna jurorka z USA, razem ruszyłyśmy w rajd po księgarniach, pogrzebałyśmy w Dedalusie, w Matrasie, zajrzałyśmy do Empiku, gdzie panowie uraczyli nas zwyczajową porcją wkurzających tekstów pt. nie mamy, ale możemy sprowadzić. O ludzie, wiem, że się powtarzam, ale ten salon w Alejach Jerozolimskich ma kilka pięter, czy naprawdę raz chociaż, dla odmiany, nie mogłoby być tak, że przynajmniej jedna książka z listy jest na półce?
W Matrasie za to ciekawa akcja, książka kupiona z jednej wyznaczonej półki, uprawnia do kupienia drugiej, z półki obok za 1zł. Na obu tytuły warte grzechu i w ten sposób za złotówkę (cena okładkowa 49.90) dostałam tę książkę
O Zapiecku i szóstym piętrze, o festiwalu też, opowiem w kolejnych wpisach.
czwartek, 7 lutego 2013
Freedom of the City - Brian Friel znowu mnie uwiódł
Nie wiem, czy wspominałam, ale od jakiegoś czasu organizujemy sobie w kilka dziewczyn wyjścia do teatru. Obowiązki obowiązkami, dzieci i mężowie, praca i prasowanie, wszystko bardzo ważne, ale przyjemności też, a takie wyjścia w gronie kobiet szczególnie odprężają.
Tym razem padło na sztukę Briana Friela 'Freedom of the City' opartą na wydarzeniach sprzed ponad 40 lat, o których pamięć tu wciąż żywa, a to za sprawą nowego raportu prostującego historię, mowa o Krwawej Niedzieli w 1972 roku.
Prawdziwa historia jest taka, że 31 stycznia miał miejsce marsz przeciwko ograniczaniom praw w Irlandii Północnej, a najbardziej przeciwko temu, że każdy Irlandczyk podejrzany o terroryzm będzie mógł być internowany (wiadomo jak to z tymi podejrzeniami), a prawo do zgromadzeń nie istnieje.
Protestowało coś ponad 8 tysiącu ludzi. Wojsko najpierw lało wodą i gazem próbowali ich rozpędzić, co rozsierdziło tłum, wezwali posiłki, otoczyli ich i oddawali salwy ostrzegawcze, panika powstała, w wyniku czego zostało kilkanaście osób zabitych, w tym sześciu nie miało jeszcze 18 lat.
Po tych wydarzeniach został pospiesznie wydany raport w którym oświadczono, że do żołnierzy strzelano w z broni palnej i oni się tylko bronili, ale badania jasno wskazywały na to, że rany nie wyglądały na odniesione w walce, tylko podczas ucieczki (wiele w plecy). Dopiero niedawno premier Wielkiej Brytanii przeprosił i przyznał kraj do winy. Rodziny musiały czekać 40 lat na ten gest.
Brian Friel jest dramaturgiem irlandzkim, moim zdaniem zdecydowanie jednym z największych żyjących na świecie. Mam to szczęście, że pomieszkuje czasem w Donegalu i zdarzyło mi się widzieć go kilka razy. Jedna z jego sztuk - 'Dancing at Lughnasa' (tytuł polski "Tańce w Ballybeg:) została sfilmowana, a główną rolę zagrała Meryl Streep.
Mam ją na DVD i widziałam kilka razy, chodzę też na wszystkie inscenizacje w moim zasięgu, zawsze odnajduję coś nowego, czego wcześniej nie zauważyłam. Obok 'Trzech sióstr' i 'Wiśniowego sadu', jest to moja najukochańsza sztuka.
Tej o Bloody Sunday nigdy wcześniej nie widziałam, ale miałam pewność, że jak to jest jego, to na pewno dobre. I się nie pomyliłam.
Friel na wydarzeniach historycznych zbudował fikcyjne wydarzenie, przedestylował całą energię tego wydarzenia, dołączył jego poplątanie i niejasność (a pamiętajmy, że była ona pisana w tym samy roku, co samo wydarzenie, kiedy istniał tylko kłamliwy raport o uzbrojonych po zęby protestujących agresorach) i wyszła wzruszająca, niezwykle poruszająca i pozostawiająca niezatarte wrażenie, historia trójki ludzi chwyconych w szpony sytuacji, nad którą nie mają żadnej kontroli, mało tego nie mają nawet wyobrażenia, w co się może ona obrócić.
Od razu wiemy, na samym początku, że oni zginęli. Potem kolejne sceny wiodą nas w tył, retrospektywnie ukazując całą opowieść, włącznie z Widgery raport.
Jeśli wziąć pod uwagę, że Bloody Sunday zapoczątkowała całą serię, trwającą wiele lat, akcji odwetowych IRA, że jeszcze w 2000 roku regularnie sprawdzano pojazdy i autobusy jadące z Donegalu do Derry, każdego mogli wywlec z samochodu i przeszukać, wszystko to jest bardzo świeże tutaj, rany nadal żywe.
Bardzo mnie ta sztuka poruszyła. Brian Friel połączył politykę ze zwykłym człowiekiem, wielkie hasła z prostym żywotem zwykłych ludzi, którzy kochali się, śmiali, mieli dzieci, pracowali albo bumelowali, niby normalne zycie, ale nienormalne, bo czasy były dalekie od tego. Skąd my to znamy?
Dlatego pewnie tak rozumiemy Irlandczyków i łatwo nam nawiązać kontakt. Oni mieli swoje ograniczenia, my mieliśmy komunę i stan wojenny, podobne sprawy i zawirowania, a w tym wszystkim ludzie. Nie politycy, nie mundurowi, a farmerzy, matki, ślusarze i nauczyciele. I o nich jest ta sztuka. O nich z polityką w tle. I o kłamstwie wmawianym opinii publicznej na zawołanie, według potrzeb rządzących. Skąd my to znamy?
Tym razem padło na sztukę Briana Friela 'Freedom of the City' opartą na wydarzeniach sprzed ponad 40 lat, o których pamięć tu wciąż żywa, a to za sprawą nowego raportu prostującego historię, mowa o Krwawej Niedzieli w 1972 roku.
Prawdziwa historia jest taka, że 31 stycznia miał miejsce marsz przeciwko ograniczaniom praw w Irlandii Północnej, a najbardziej przeciwko temu, że każdy Irlandczyk podejrzany o terroryzm będzie mógł być internowany (wiadomo jak to z tymi podejrzeniami), a prawo do zgromadzeń nie istnieje.
Protestowało coś ponad 8 tysiącu ludzi. Wojsko najpierw lało wodą i gazem próbowali ich rozpędzić, co rozsierdziło tłum, wezwali posiłki, otoczyli ich i oddawali salwy ostrzegawcze, panika powstała, w wyniku czego zostało kilkanaście osób zabitych, w tym sześciu nie miało jeszcze 18 lat.
Po tych wydarzeniach został pospiesznie wydany raport w którym oświadczono, że do żołnierzy strzelano w z broni palnej i oni się tylko bronili, ale badania jasno wskazywały na to, że rany nie wyglądały na odniesione w walce, tylko podczas ucieczki (wiele w plecy). Dopiero niedawno premier Wielkiej Brytanii przeprosił i przyznał kraj do winy. Rodziny musiały czekać 40 lat na ten gest.
Brian Friel jest dramaturgiem irlandzkim, moim zdaniem zdecydowanie jednym z największych żyjących na świecie. Mam to szczęście, że pomieszkuje czasem w Donegalu i zdarzyło mi się widzieć go kilka razy. Jedna z jego sztuk - 'Dancing at Lughnasa' (tytuł polski "Tańce w Ballybeg:) została sfilmowana, a główną rolę zagrała Meryl Streep.
Mam ją na DVD i widziałam kilka razy, chodzę też na wszystkie inscenizacje w moim zasięgu, zawsze odnajduję coś nowego, czego wcześniej nie zauważyłam. Obok 'Trzech sióstr' i 'Wiśniowego sadu', jest to moja najukochańsza sztuka.
Tej o Bloody Sunday nigdy wcześniej nie widziałam, ale miałam pewność, że jak to jest jego, to na pewno dobre. I się nie pomyliłam.
Friel na wydarzeniach historycznych zbudował fikcyjne wydarzenie, przedestylował całą energię tego wydarzenia, dołączył jego poplątanie i niejasność (a pamiętajmy, że była ona pisana w tym samy roku, co samo wydarzenie, kiedy istniał tylko kłamliwy raport o uzbrojonych po zęby protestujących agresorach) i wyszła wzruszająca, niezwykle poruszająca i pozostawiająca niezatarte wrażenie, historia trójki ludzi chwyconych w szpony sytuacji, nad którą nie mają żadnej kontroli, mało tego nie mają nawet wyobrażenia, w co się może ona obrócić.
Od razu wiemy, na samym początku, że oni zginęli. Potem kolejne sceny wiodą nas w tył, retrospektywnie ukazując całą opowieść, włącznie z Widgery raport.
Jeśli wziąć pod uwagę, że Bloody Sunday zapoczątkowała całą serię, trwającą wiele lat, akcji odwetowych IRA, że jeszcze w 2000 roku regularnie sprawdzano pojazdy i autobusy jadące z Donegalu do Derry, każdego mogli wywlec z samochodu i przeszukać, wszystko to jest bardzo świeże tutaj, rany nadal żywe.
Bardzo mnie ta sztuka poruszyła. Brian Friel połączył politykę ze zwykłym człowiekiem, wielkie hasła z prostym żywotem zwykłych ludzi, którzy kochali się, śmiali, mieli dzieci, pracowali albo bumelowali, niby normalne zycie, ale nienormalne, bo czasy były dalekie od tego. Skąd my to znamy?
Dlatego pewnie tak rozumiemy Irlandczyków i łatwo nam nawiązać kontakt. Oni mieli swoje ograniczenia, my mieliśmy komunę i stan wojenny, podobne sprawy i zawirowania, a w tym wszystkim ludzie. Nie politycy, nie mundurowi, a farmerzy, matki, ślusarze i nauczyciele. I o nich jest ta sztuka. O nich z polityką w tle. I o kłamstwie wmawianym opinii publicznej na zawołanie, według potrzeb rządzących. Skąd my to znamy?
czwartek, 29 listopada 2012
Irish Book Awards 2012
W sobotę odbyła się gala wręczenie nagród, ale ja nie dałam rady obejrzeć, nagrałam i zrobiłam to dopiero wczoraj. Nie o nagrodzonych tu chciałam, nie o sukniach pań i wysokości nagród, a o samym pomyśle i o tym, jak się pisarzy tu traktuje.
Człowiek pióra w tym kraju jest niezwykle ceniony, popularny, celebryta po prostu. Nie żeby oni tego chcieli, ale siłą rzeczy tak jest. Tu się czyta, niezależnie od wykształcenia, zawodu, zajęcia i dioptrii w oprawkach. Kocha się tych, których książki leżą na nocnych stolikach. Księgarnie z dumą prezentują półki pełne nowości irlandzkich autorów, od wejścia od razu je widać. Pisarze są zwolnieni od podatków.Marketing jest nastawiony na promowanie swoich najpierw, a dopiero w dalszej kolejności zagranicznych autorów.
Nagrody firmowane przez Bord Gas Energy, wręczane są raz do roku. Nagradzani są pisarze z wyższej półki, ale też i literatura popularna, faktu, książki kucharskie. Nie jest to wielki kraj, więc wielu setek autorów nie ma, ale wystarczająco dużo, jest z czego wybierać. Najważniejsze jest to, że każdy ma tu swojego faworyta i może się ucieszyć z jego wygranej. Wiele tygodni poprzedzających wręczanie nagród, w TV i radio, także w prasie odbywa się wiele plebiscytów mających na celu nominowanie tytułów do nagrody, emocje są wielkie.
Jeśli ktoś zainteresowany, pełną relację można obejrzeć na YT. Wiem, że to nie Booker, nie Nobel, ani inna wielka nagroda, ale dla nas tutaj ważna i cieszymy się co roku na obejrzenie gali i zobaczenie naszych ulubionych autorów w wieczorowych kreacjach, a przede wszystkim na okazję ich zobaczenia, dołączenia twarzy do nazwiska, jak tu się mówi.
Człowiek pióra w tym kraju jest niezwykle ceniony, popularny, celebryta po prostu. Nie żeby oni tego chcieli, ale siłą rzeczy tak jest. Tu się czyta, niezależnie od wykształcenia, zawodu, zajęcia i dioptrii w oprawkach. Kocha się tych, których książki leżą na nocnych stolikach. Księgarnie z dumą prezentują półki pełne nowości irlandzkich autorów, od wejścia od razu je widać. Pisarze są zwolnieni od podatków.Marketing jest nastawiony na promowanie swoich najpierw, a dopiero w dalszej kolejności zagranicznych autorów.
Nagrody firmowane przez Bord Gas Energy, wręczane są raz do roku. Nagradzani są pisarze z wyższej półki, ale też i literatura popularna, faktu, książki kucharskie. Nie jest to wielki kraj, więc wielu setek autorów nie ma, ale wystarczająco dużo, jest z czego wybierać. Najważniejsze jest to, że każdy ma tu swojego faworyta i może się ucieszyć z jego wygranej. Wiele tygodni poprzedzających wręczanie nagród, w TV i radio, także w prasie odbywa się wiele plebiscytów mających na celu nominowanie tytułów do nagrody, emocje są wielkie.
Jeśli ktoś zainteresowany, pełną relację można obejrzeć na YT. Wiem, że to nie Booker, nie Nobel, ani inna wielka nagroda, ale dla nas tutaj ważna i cieszymy się co roku na obejrzenie gali i zobaczenie naszych ulubionych autorów w wieczorowych kreacjach, a przede wszystkim na okazję ich zobaczenia, dołączenia twarzy do nazwiska, jak tu się mówi.
poniedziałek, 5 listopada 2012
Trzy książki w koszyku, nie licząc wywiadów
Wczoraj obejrzałam na stronie Xięgarnia.pl nowy odcinek, tym razem z Markiem Bieńczykiem, którego Książka Twarzy, ze względu na autora, na to, co mówi i jak, nie tylko tutaj, ale wcześniej w Hali Odlotów, a nie ze względu na NIKE, jawi mi się jako jedną z 'most wanted' pozycji obecnie na rynku. Do koszyka.
Z tą stroną Xięgarni jest tak, że jak człowiek zacznie oglądać i czytać, końca nie ma. Przeszłam więc do wywiadu z Miłoszewskim, jakoś mi umknął wcześniej, potem z Mikulskim, bo mnie jego książka też ciągnie do siebie, a na koniec, na deser, noc mnie zastała z Janem Jakubem Kolskim .
Wywiad niesamowity. Nie widać zadającego pytania, jedynie twarz Kolskiego. Wszystko na niej wypisane, chociaż pewnie by nie chciał. Szczerość jego wypowiedzi, mądrość, wyważenie, ale też i pewna zadziorność, momentami ból, wszystko tam widziałam. Oczy! Zwierciadło. Jako widz poczułam się niezwykle uprzywilejowana, że mogłam tego posłuchać.
Tym bardziej jestem ciekawa jego powieści 'Egzamin z oddychania'. Druga do koszyka
Z tego linku możecie przejść na stronę Xięgarnia.pl i obejrzeć oba odcinki wywiadu. Uprzedzam łatwo nie będzie, żadnego pitu pitu, ale czy kiedykolwiek ten twórca nam pitu pitu proponował? NIGDY.
Kocham jego filmy za to, że 'pasie' moją wrażliwość mądrymi treściami i nigdy się na nim nie zawiodłam. Gdybym miała wymieniać ulubione jego obrazy, nie umiałabym jednoznacznie wskazać. Na pewno Historia kina w Popielawach, ale zaraz mi Jasminum przychodzi na myśl, a potem myślę, gdzie tam, Pornografia, to było coś, eeeee, Afonia i Pszczoły mi się podobała, a potem sięgam po jego najstarsze filmy i też wszystkie na swój sposób mnie urzekły. Wobec Kolskiego nie umiem być rzeczowa, wytrąca ze mnie rozum, natomiast uwydatnia rolę serca i intuicji. Przy jego filmach mogę być znowu widzem-dzieckiem, które nie pyta tak naprawdę dlaczego, po prostu przyjmuje film takim, jaki jest i wzrusza się, cieszy, klaszcze w dłonie, tupie nogami, jak w teatrze na Śpiącej Królewnie. Chociaż bajki to już nie są, łatwo nie jest.
W wywiadzie słucham i martwieję - Kolski mówi, że wierność swojemu stylowi mało go nie rozsypała, że teraz trzeba inaczej. Jak to, zakrzyknęłam, to już nie będzie tego Kolskiego, którego znam, na którego się szło w ciemno, constans, a jednak zawsze coś innego tam można było znaleźć? To co ja biedna pocznę, jak ja się w tym odnajdę, czy wszystko musi być nowoczesne???
Wspomina też Krzysztofa Majchrzaka, za którym strasznie tęsknię, najukochańszy mój aktor, a zniknął zupełnie, od dekady odrzuca propozycje, szkoda.
Tak się przejęłam, ze mi się to jeszcze w nocy śniło.
Książki jestem ciekawa, inny środek wyrazu, ale Kolski ten sam, chociaż wiele doświadczył, przecież nie wszystek się zmienił. Mam nadzieję. Niezależnie od skórki, ogryzek zawsze jest taki sam.
A na koniec, ale nie najmniej ważna, pozycja rozrywkowa, bo nie samymi bólami egzystencjalnymi człowiek żyje, nawet się tak nie da, nowa powieść Hagena, czyli wydało się już, że Leszka Talki tak naprawdę - Dzień zwycięstwa. Trzeci tom, po Granatowej krwi i Długim weekendzie, z komisarzem Nemhauserem w roli główniej. Do koszyka.
Na razie to tylko wirtualne zakupy, bo moniaków ni ma, ale ja zawsze mam w pogotowiu taką listę, bo jakby jaki cud, natychmiast rzucam się do zamawiania. Tylko nie wiem, czy nie oleju do grzania domu. Zima dla mnie nie jest łaskawa jeśli chodzi o wydatki książkowe.
A na razie trzy filmy Kolskiego już leżą na stoliku obok telewizora, pooglądam, pomyślę o nim ciepło.
Z tą stroną Xięgarni jest tak, że jak człowiek zacznie oglądać i czytać, końca nie ma. Przeszłam więc do wywiadu z Miłoszewskim, jakoś mi umknął wcześniej, potem z Mikulskim, bo mnie jego książka też ciągnie do siebie, a na koniec, na deser, noc mnie zastała z Janem Jakubem Kolskim .
Wywiad niesamowity. Nie widać zadającego pytania, jedynie twarz Kolskiego. Wszystko na niej wypisane, chociaż pewnie by nie chciał. Szczerość jego wypowiedzi, mądrość, wyważenie, ale też i pewna zadziorność, momentami ból, wszystko tam widziałam. Oczy! Zwierciadło. Jako widz poczułam się niezwykle uprzywilejowana, że mogłam tego posłuchać.
Tym bardziej jestem ciekawa jego powieści 'Egzamin z oddychania'. Druga do koszyka
Z tego linku możecie przejść na stronę Xięgarnia.pl i obejrzeć oba odcinki wywiadu. Uprzedzam łatwo nie będzie, żadnego pitu pitu, ale czy kiedykolwiek ten twórca nam pitu pitu proponował? NIGDY.
Kocham jego filmy za to, że 'pasie' moją wrażliwość mądrymi treściami i nigdy się na nim nie zawiodłam. Gdybym miała wymieniać ulubione jego obrazy, nie umiałabym jednoznacznie wskazać. Na pewno Historia kina w Popielawach, ale zaraz mi Jasminum przychodzi na myśl, a potem myślę, gdzie tam, Pornografia, to było coś, eeeee, Afonia i Pszczoły mi się podobała, a potem sięgam po jego najstarsze filmy i też wszystkie na swój sposób mnie urzekły. Wobec Kolskiego nie umiem być rzeczowa, wytrąca ze mnie rozum, natomiast uwydatnia rolę serca i intuicji. Przy jego filmach mogę być znowu widzem-dzieckiem, które nie pyta tak naprawdę dlaczego, po prostu przyjmuje film takim, jaki jest i wzrusza się, cieszy, klaszcze w dłonie, tupie nogami, jak w teatrze na Śpiącej Królewnie. Chociaż bajki to już nie są, łatwo nie jest.
W wywiadzie słucham i martwieję - Kolski mówi, że wierność swojemu stylowi mało go nie rozsypała, że teraz trzeba inaczej. Jak to, zakrzyknęłam, to już nie będzie tego Kolskiego, którego znam, na którego się szło w ciemno, constans, a jednak zawsze coś innego tam można było znaleźć? To co ja biedna pocznę, jak ja się w tym odnajdę, czy wszystko musi być nowoczesne???
Wspomina też Krzysztofa Majchrzaka, za którym strasznie tęsknię, najukochańszy mój aktor, a zniknął zupełnie, od dekady odrzuca propozycje, szkoda.
Tak się przejęłam, ze mi się to jeszcze w nocy śniło.
Książki jestem ciekawa, inny środek wyrazu, ale Kolski ten sam, chociaż wiele doświadczył, przecież nie wszystek się zmienił. Mam nadzieję. Niezależnie od skórki, ogryzek zawsze jest taki sam.
A na koniec, ale nie najmniej ważna, pozycja rozrywkowa, bo nie samymi bólami egzystencjalnymi człowiek żyje, nawet się tak nie da, nowa powieść Hagena, czyli wydało się już, że Leszka Talki tak naprawdę - Dzień zwycięstwa. Trzeci tom, po Granatowej krwi i Długim weekendzie, z komisarzem Nemhauserem w roli główniej. Do koszyka.
Na razie to tylko wirtualne zakupy, bo moniaków ni ma, ale ja zawsze mam w pogotowiu taką listę, bo jakby jaki cud, natychmiast rzucam się do zamawiania. Tylko nie wiem, czy nie oleju do grzania domu. Zima dla mnie nie jest łaskawa jeśli chodzi o wydatki książkowe.
A na razie trzy filmy Kolskiego już leżą na stoliku obok telewizora, pooglądam, pomyślę o nim ciepło.
sobota, 27 października 2012
Był dom... O utracie, ale i paradoksalnie wolności wynikającej z tej utraty
Tę książkę dostałam do przeczytania od Moniki z błękitnej biblioteczki z poleceniem, że na pewno mi się spodoba i w ogóle jest świetna. Raz mi proponowała, ale wymówiłam się długą kolejką do czytania. Drugi raz mi do ręki dała i też chciałam się wymówić, ale pomyślałam, że my mole przecież zawsze mamy kolejkę do czytania i jak nie teraz, to kiedy? No niby można by kiedy indziej, ale wtedy też będzie co innego do czytania, bo ja po prostu ZAWSZE coś czytam i coś mam już na stoliku nocnym w stosie zabójczym, bo kiedyś mnie on przywali we śnie i mąż rano zimne nóżki zastanie.
Poniosłam ją więc ze sobą do domu. Zresztą jak trzy inne, bo tama puściła, a u Moniki człowiek się czuje jak alkoholik zamknięty na noc w monopolowym, jeden 'łyczek' i poooooszło...
Był dom... zachwycił mnie od pierwszych zdań, chociaż... ale o tym później. Nie wiem, co ze mną się dzieje ostatnio, ale lubię czytać biografie i dzienniki, to podobno jest znak wieku, jaki osiągnęłam, bo jak się jest młodym, to głównie idzie się w fikcję, a im człowiek starszy tym niej zainteresowany wymysłami, a bardziej życiem i dziejami innych. Jak widać będzie po lekturach, jestem w wieku średnim, fikcja nadal mnie pociąga, ale ręce mi się trzęsą do takich książek jak te wspomnienia Anny Szatkowskiej właśnie.
Anna jest córką Zofii Kossak, pisarki, działaczki, w czasie wojny mimo tego, że Niemcy bardzo chcieli ją dostać w swoje łapska i gdzieś unieszkodliwić, również bardzo aktywnej w tajnej organizacji katolickiej, między innymi ratowała Żydów.
Pierwsza część opowieści dotyczy domu w Górkach i beztroskich chwil przed wojną. Stanowi to kontrast do tego, co działo się potem, do czasów okupacji i wygnania. O tym ostatnim etapie mało pisze, tylko sygnalizuje, co się działo po 'wyzwoleniu'.
Anna była w czasie wojny nastolatką, świadomą już tego, co się dzieje, jednocześnie z jej zapisków wynika, że starającą się jak najlepiej odnaleźć w tamtej rzeczywistości, nie tracąc empatii, dobrego humoru, ludzkich odruchów i takiej podstawowej przyzwoitości ludzkiej, która sprawia, że człowiek może być zawsze z siebie dumy i śmiało patrzy w swoje odbicie w lustrze.
Była w Powstaniu Warszawskim, najpierw na Starówce, potem kanałami udało jej się uciec. Czytałam kilka innych pozycji będących świadectwem tamtego zrywu i pamiętam, jak na przykład podczas czytania Pamiętnika z powstania warszawskiego Mirona Białoszewskiego, mało się nie pochorowałam z emocji. Tutaj tego nie było, jakoś tak zimne i wyważone jest to świadectwo. Poszli, wrócili, ktoś zginął, ktoś zagrał na fortepianie. Nawet opisy rannych, że robactwo w ranach, że na żywca krojeni, było zaskakująco beznamiętne. Po prostu Anna Szatkowska oddawała świadectwo prawdzie, ale jakby się blokowała przed traumą wspomnień i nie dawała dojść do słowa emocjom. Nie mnie oceniać, jak najlepiej o tym pisać, to był czas tak straszny, że każdy ma prawo opisywać to jak uważa, ale mnie to trochę zdziwiło, że jakoś gładko mi poszło czytanie o tym, co spodziewałam się przeżyć ciężko i odchorować jeszcze kilka dni potem.
Do tej pory pamiętam opisy tortur w Kolumbach u Bratnego, zapach powietrza w ogrodzie, kiedy na leżaku czytałam kolejny tom, jaką herbatę piłam, jak czas mi się zatrzymał i byłam tylko ja i ta historia. Śniło mi się to po nocach, ale wcale nie chciałam, żeby było lekko, oni się tak męczyli w czasie wojny, i ja mogłam się pomęczyć wchłaniając wiedzę o tamtym czasie.
Tu po prostu przyjęłam do wiadomości, co się działo i że było ciężko.
Najbardziej wzruszyło i zastanowiło mnie to, co napisała pani Anna pod koniec książki, kiedy to opuszczały z mamą Szwecję i pierwszy raz od wielu lat musiały kupić walizkę, bo tyle rzeczy nagromadziły. Pani Anna pisze:
W młodości dostałam kilka książek Zofii Kossak od babci, ale wstyd się przyznać, nie sięgnęłam po nie wtedy, a potem przepadły w zawierusze likwidowania moje domu rodzinnego. Jestem z tego powodu teraz zrozpaczona. Wiem jednak, że książka, którą najbardziej chciałabym przeczytać, czyli 'Z otchłani. Wspomnienia z lagru', nie była wśród tych zaginionych, a to tę właśnie najbardziej bym chciała poznać, więc czeka mnie teraz jej poszukiwanie. Innych tez, bo bardzo jestem ciekawa tej pisarki.
A na moim Co-Dzienniku piszę dzisiaj o wrażeniach z obejrzenia Wyspy Tajemnic. Zapraszam
Poniosłam ją więc ze sobą do domu. Zresztą jak trzy inne, bo tama puściła, a u Moniki człowiek się czuje jak alkoholik zamknięty na noc w monopolowym, jeden 'łyczek' i poooooszło...
Był dom... zachwycił mnie od pierwszych zdań, chociaż... ale o tym później. Nie wiem, co ze mną się dzieje ostatnio, ale lubię czytać biografie i dzienniki, to podobno jest znak wieku, jaki osiągnęłam, bo jak się jest młodym, to głównie idzie się w fikcję, a im człowiek starszy tym niej zainteresowany wymysłami, a bardziej życiem i dziejami innych. Jak widać będzie po lekturach, jestem w wieku średnim, fikcja nadal mnie pociąga, ale ręce mi się trzęsą do takich książek jak te wspomnienia Anny Szatkowskiej właśnie.
Anna jest córką Zofii Kossak, pisarki, działaczki, w czasie wojny mimo tego, że Niemcy bardzo chcieli ją dostać w swoje łapska i gdzieś unieszkodliwić, również bardzo aktywnej w tajnej organizacji katolickiej, między innymi ratowała Żydów.
Pierwsza część opowieści dotyczy domu w Górkach i beztroskich chwil przed wojną. Stanowi to kontrast do tego, co działo się potem, do czasów okupacji i wygnania. O tym ostatnim etapie mało pisze, tylko sygnalizuje, co się działo po 'wyzwoleniu'.
Anna była w czasie wojny nastolatką, świadomą już tego, co się dzieje, jednocześnie z jej zapisków wynika, że starającą się jak najlepiej odnaleźć w tamtej rzeczywistości, nie tracąc empatii, dobrego humoru, ludzkich odruchów i takiej podstawowej przyzwoitości ludzkiej, która sprawia, że człowiek może być zawsze z siebie dumy i śmiało patrzy w swoje odbicie w lustrze.
Była w Powstaniu Warszawskim, najpierw na Starówce, potem kanałami udało jej się uciec. Czytałam kilka innych pozycji będących świadectwem tamtego zrywu i pamiętam, jak na przykład podczas czytania Pamiętnika z powstania warszawskiego Mirona Białoszewskiego, mało się nie pochorowałam z emocji. Tutaj tego nie było, jakoś tak zimne i wyważone jest to świadectwo. Poszli, wrócili, ktoś zginął, ktoś zagrał na fortepianie. Nawet opisy rannych, że robactwo w ranach, że na żywca krojeni, było zaskakująco beznamiętne. Po prostu Anna Szatkowska oddawała świadectwo prawdzie, ale jakby się blokowała przed traumą wspomnień i nie dawała dojść do słowa emocjom. Nie mnie oceniać, jak najlepiej o tym pisać, to był czas tak straszny, że każdy ma prawo opisywać to jak uważa, ale mnie to trochę zdziwiło, że jakoś gładko mi poszło czytanie o tym, co spodziewałam się przeżyć ciężko i odchorować jeszcze kilka dni potem.
Do tej pory pamiętam opisy tortur w Kolumbach u Bratnego, zapach powietrza w ogrodzie, kiedy na leżaku czytałam kolejny tom, jaką herbatę piłam, jak czas mi się zatrzymał i byłam tylko ja i ta historia. Śniło mi się to po nocach, ale wcale nie chciałam, żeby było lekko, oni się tak męczyli w czasie wojny, i ja mogłam się pomęczyć wchłaniając wiedzę o tamtym czasie.
Tu po prostu przyjęłam do wiadomości, co się działo i że było ciężko.
Najbardziej wzruszyło i zastanowiło mnie to, co napisała pani Anna pod koniec książki, kiedy to opuszczały z mamą Szwecję i pierwszy raz od wielu lat musiały kupić walizkę, bo tyle rzeczy nagromadziły. Pani Anna pisze:
"Lecz przepadła całkowita swoboda, z jaką żyłyśmy przez ostatni rok i którą tak pokochałam - bez bagażu, bez własności, bez niczego, co mogłoby krępować nasza gotowość do działania. ...skończyła się nasza niezwykła wolność"Rozumiem to, bo przez chwilę czułam tę wolność, kiedy przyjechałam tu do Irlandii, z jedną walizką na osobę, w której zamykało się dotychczasowe życie. Najpierw poczucie straty, a potem niesamowita przestrzeń i wolność właśnie. Długo to nie trwało, zaraz obrośliśmy w przedmioty, książki przyjechały i chociaż kocham je nad życie, wspominam z łzą w oku poczucie tej przestrzeni bez niczego.
W młodości dostałam kilka książek Zofii Kossak od babci, ale wstyd się przyznać, nie sięgnęłam po nie wtedy, a potem przepadły w zawierusze likwidowania moje domu rodzinnego. Jestem z tego powodu teraz zrozpaczona. Wiem jednak, że książka, którą najbardziej chciałabym przeczytać, czyli 'Z otchłani. Wspomnienia z lagru', nie była wśród tych zaginionych, a to tę właśnie najbardziej bym chciała poznać, więc czeka mnie teraz jej poszukiwanie. Innych tez, bo bardzo jestem ciekawa tej pisarki.
A na moim Co-Dzienniku piszę dzisiaj o wrażeniach z obejrzenia Wyspy Tajemnic. Zapraszam
piątek, 3 sierpnia 2012
Maeve Binchy 1940-2012 - light a penny candle
Moja ukochana Maeve dzisiaj idzie w swoją ostatnią drogę. Zapalimy dla niej świeczkę. Założę się, że całe miasteczko, gdzie żyła i będzie chowana, będzie wypełnione jej wiernymi fanami. Irlandczycy kochają swoich pisarzy, kiedy raz trafi do ich serca, nie zastanawiają się, czy przypadkiem nie za popularny, czy nie za dużo go w TV, czy nie za głupi, za mądry, za gruby, za bardzo rozwiedziony, jest to miłość bezwarunkowa. A Maeve Binchy była stworzona do kochania przez czytelników. Sprzedała ponad 40 milionów (nie pomyliło mi się MILIONÓW) kopii swoich książek, a nadal mieszkała w swoim Cottage w Dalkey, gdzie się urodziła. Wraz ze swoim mężem, też pisarzem, któremu dedykowała wszystkie powiesci - Gordonem Snelle'em, codziennie, biurko w biurko, zasiadali do pracy. Jadała lunch w tym samym pubie od lat. Była sławna na całym świecie, tłumaczona na wiele języków, mogłaby gwiazdorzyć, a zamiast tego była uśmiechnięta, skromna, życzliwa i gadatliwa, kiedy trzeba, a słuchająca, kiedy sytuacja tego wymagała.
Młodych ludzi zachęcała do pisania. Mawiała, że to jest łatwiejsze, niż się wydaje. Kiedy Patricia Scanlan, kolejna uznana pisarka irlandzka, zwróciła się do niej podczas spotkania, że napisała powieść i niedługo będzie wydana (było to w bibliotece, a Patricia kiedyś właśnie tam pracowała), Maeve zwróciła się do niej z entuzjastycznymi gratulacjami, dala kilka rad, obiecała wysłać namiary na agentów, w ogóle nie miała imperatywu 'trzymania tronu' dla siebie. Wiele innych pisarek podkreśla to samo. Byli z Gordonem bezdzietni, kiedyś przed świętami Maeve urządziła wspaniałe przyjęcie dla koleżanek po piórze i tego jednego dnia miasteczko na południe od Dublina zaroiło się od tłumu najwspanialszych, ale też i tych początkujących, pisarek zdążających ze stacji Dart w jednym kierunku, do domu Queen Maeve, jak ją nazywano. Zresztą, dygresja taka, pierwsza królowa Irlandii, której grób jest niedaleko Lissadell House pod Sligo, miała na imię Maeve, więc jest tu podwójne znaczenie tego przydomka.
Chciałabym być muchą na ścianie w jej domu, w tamtym momencie.
Każdy miał swoją Maeve Binchy. Wielu, tak jak ja, pamięta swój pierwszy kontakt z jej powieściami.
Dla mnie to była 'W kręgu przyjaciół' wydana przez Prószyńskiego w serii Biblioteczka pod Różą. Okładka jak na typowe romasidło, których nie lubię. Wiecie, z cyklu tych - chwycił ją w pas i ucałował ust korale, a ona mdlała w jego objęciach i mówiła - Nie, panie zatrzymaj się. Ale jej oczy mówiły co innego...
Na szczęście na okładce była para aktorów z filmu, na podstawie tej książki, Chris O'Donnell i Minie Driver. W tamtym czasie (zresztą nadal) bardzo ich lubiłam i to mi dało cynk, że może powinnam zajrzeć do środka i poczytać, o czym to jest.
Opis był bardzo enigmatyczny, autorka mi nieznana, ale bardzo spodobało mi się, że dzieje się w Dublinie. Teraz to 'druga stolica Polski', ale kiedyś był on daleki, nieznany, z reputacją miasta, gdzie wybuchają bomby, nie znasz dnia, ani godziny, wiadomo IRA.
No i wpadłam po uszy. Czytałam rano, w południe i wieczorem. Wtedy siedziałam w domu z małym Wojtkiem. On śniadanie i bajka, ja książka, on drzemka, ja książka, na obiad coś prostego, byle szybko i książka, wieczór w domu z mężem, gdzie tam, mąż sam, ja w sypialni z książką. Nie mogłam się oderwać. Cwanie skonstruowane są jej powieści, rozdziały nie są długie, a do tego ma krótkie podrozdzialiki, łatwo powiedzieć sobie - tylko do tej następnej przerwy, tylko kilka minut do końca rozdziału...
Wszyscy, którzy przyuważyli ostatnio w gazetach, a mówię tu o znawcach tematu, określenie na tę pisarkę, że pisała dla babek (chic-lit), zaprotestowali, bo Maeve Binchy zdecydowanie nie mieści się w tej kategorii. Nie pisała też romansów, chociaż i o miłości tam było. To były po prostu powieści obyczajowe. Ale jak obyczajowe! Ona potrafiła wytłumaczyć Irlandię ludziom nie znającym tego kraju, Irlandczykom przypomnieć, za co ją kochają, a wszystkim opowiedzieć o życiu i wszelkich jego przejawach. Jest miłość i zdrada, jest śmierć i narodziny, dobrzy sąsiedzi i plotkarze, uczciwy sprzedawca i oszust, dobry nauczyciel i surowa matka, lekkomyślne nastolatki i zahukane dziewczyny. Sama Maeve mówi o swoich bohaterach - 'u mnie nie znajdziecie brzydkich kaczątek zmieniających się w łabędzie, ale brzydkie kaczątka przeobrażające się w świadome swojej wartości, pewne siebie kaczki". Czyż to nie fajne stwierdzenie - taka mała próbka tego, jak pełna humoru i subtelnej ironii była Maeve Binchy. To widać w jej powieściach, ale najbardziej w anegdotach o niej samej.
Od tej pierwszej powieści zaczęła się nasza wspólna przygoda. Mam jej wszystkie kolejne wydane w Polsce, najpierw przez Prószyńskiego, a potem pałeczkę przejął Świat Książki. Do okładek, jak wielu innych autorów, to ona szczęścia nie miała, więc nie dajcie się im zwieść, jej powieści nie są takie, jakby sugerowały polskie okładki. Raczej spójrzcie na okładki wydań irlandzkich lub amerykańskich.
Kiedy przyjechałam do Irlandii pierwszą kupioną książką, była ówcześnie wydana "Quentins" jej autorstwa. Od tego czasu, wszystkie kolejne, kupowałam już w oryginale. Ach, co za uczta. Jak ona umiała pisać.
Była też autorką felietonów w The Irish Times. Niestety nie za moich czasów tutaj, niedawno udało mi się kupić wydanie antykwaryczne zbioru tychże, czekam na przesyłkę, miałam okazję przeczytać kilka z nich z okazji specjalnego wydania The Irish Times jej poświęconego i oszalałam. Jej lekkość pióra, jej poczucie humoru wprost powala na łopatki. Zresztą wszyscy to podkreślają, że jej książki czyta się tak, jakby ich napisanie było najłatwiejszą rzeczą na świecie. Nawet jedna z czytelniczek, zaraz po wydaniu debiutanckiej powieści Maeve Binchy, przy przypadkowym spotkaniu zarzuciła jej - fajna nawet, ale mam takie wrażenie, że mogłabym też taką napisać. Maeve podziękowała jej za uwagę, ale zaraz dodała - ale tego nie zrobiłaś, nieprawdaż?
Teraz, kiedy nie żyje, wiele osób opowiada, że czytało jej powieści w trudnych chwilach, że dodawały otuchy, wytchnienia. Sama Królowa Maeve mawiała, że nie ma złudzeń, wie, że jest 'pisarką lotniskową', czyli, że ludzie kupują jej powieści w drodze na wakacje 'i widziałam wielu z nich zasypiających nad nimi, zaraz po przeczytaniu kilku stron' - tu znowu jej poczucie humoru i dystans do siebie.
Od wielu lat nosiłam się z zamiarem napisania do niej listu, opowiedzenia jak bardzo ją cenię, że nauczyła mnie patrzeć na ten kraj z czułością i miłością, nauczyła rozumieć Irlandczyków. Zwlekałam, bo chciałam, żeby to był list wyjątkowy. Marzyłam, że może uda mi się ja namówić na wywiad. Nie udzielała ich ostatnio, zresztą kim ja jestem,żeby o to prosić, ale marzenia można mieć, czyż nie? I nie zdążyłam.
Przeżywam jej śmierć, jakby mi umarła daleka krewna, której nie widywałam zbyt często, ale wiedziałam, ze gdzieś jest i bardzo ją lubiłam. W tym momencie, kiedy piszę ten tekst, trwa jej pogrzeb. Irlandzkim zwyczajem zapaliłam świeczkę. Żegnaj kochana Maeve. Farewell
Młodych ludzi zachęcała do pisania. Mawiała, że to jest łatwiejsze, niż się wydaje. Kiedy Patricia Scanlan, kolejna uznana pisarka irlandzka, zwróciła się do niej podczas spotkania, że napisała powieść i niedługo będzie wydana (było to w bibliotece, a Patricia kiedyś właśnie tam pracowała), Maeve zwróciła się do niej z entuzjastycznymi gratulacjami, dala kilka rad, obiecała wysłać namiary na agentów, w ogóle nie miała imperatywu 'trzymania tronu' dla siebie. Wiele innych pisarek podkreśla to samo. Byli z Gordonem bezdzietni, kiedyś przed świętami Maeve urządziła wspaniałe przyjęcie dla koleżanek po piórze i tego jednego dnia miasteczko na południe od Dublina zaroiło się od tłumu najwspanialszych, ale też i tych początkujących, pisarek zdążających ze stacji Dart w jednym kierunku, do domu Queen Maeve, jak ją nazywano. Zresztą, dygresja taka, pierwsza królowa Irlandii, której grób jest niedaleko Lissadell House pod Sligo, miała na imię Maeve, więc jest tu podwójne znaczenie tego przydomka.
Chciałabym być muchą na ścianie w jej domu, w tamtym momencie.
Każdy miał swoją Maeve Binchy. Wielu, tak jak ja, pamięta swój pierwszy kontakt z jej powieściami.
Dla mnie to była 'W kręgu przyjaciół' wydana przez Prószyńskiego w serii Biblioteczka pod Różą. Okładka jak na typowe romasidło, których nie lubię. Wiecie, z cyklu tych - chwycił ją w pas i ucałował ust korale, a ona mdlała w jego objęciach i mówiła - Nie, panie zatrzymaj się. Ale jej oczy mówiły co innego...
Na szczęście na okładce była para aktorów z filmu, na podstawie tej książki, Chris O'Donnell i Minie Driver. W tamtym czasie (zresztą nadal) bardzo ich lubiłam i to mi dało cynk, że może powinnam zajrzeć do środka i poczytać, o czym to jest.
Opis był bardzo enigmatyczny, autorka mi nieznana, ale bardzo spodobało mi się, że dzieje się w Dublinie. Teraz to 'druga stolica Polski', ale kiedyś był on daleki, nieznany, z reputacją miasta, gdzie wybuchają bomby, nie znasz dnia, ani godziny, wiadomo IRA.
No i wpadłam po uszy. Czytałam rano, w południe i wieczorem. Wtedy siedziałam w domu z małym Wojtkiem. On śniadanie i bajka, ja książka, on drzemka, ja książka, na obiad coś prostego, byle szybko i książka, wieczór w domu z mężem, gdzie tam, mąż sam, ja w sypialni z książką. Nie mogłam się oderwać. Cwanie skonstruowane są jej powieści, rozdziały nie są długie, a do tego ma krótkie podrozdzialiki, łatwo powiedzieć sobie - tylko do tej następnej przerwy, tylko kilka minut do końca rozdziału...
Wszyscy, którzy przyuważyli ostatnio w gazetach, a mówię tu o znawcach tematu, określenie na tę pisarkę, że pisała dla babek (chic-lit), zaprotestowali, bo Maeve Binchy zdecydowanie nie mieści się w tej kategorii. Nie pisała też romansów, chociaż i o miłości tam było. To były po prostu powieści obyczajowe. Ale jak obyczajowe! Ona potrafiła wytłumaczyć Irlandię ludziom nie znającym tego kraju, Irlandczykom przypomnieć, za co ją kochają, a wszystkim opowiedzieć o życiu i wszelkich jego przejawach. Jest miłość i zdrada, jest śmierć i narodziny, dobrzy sąsiedzi i plotkarze, uczciwy sprzedawca i oszust, dobry nauczyciel i surowa matka, lekkomyślne nastolatki i zahukane dziewczyny. Sama Maeve mówi o swoich bohaterach - 'u mnie nie znajdziecie brzydkich kaczątek zmieniających się w łabędzie, ale brzydkie kaczątka przeobrażające się w świadome swojej wartości, pewne siebie kaczki". Czyż to nie fajne stwierdzenie - taka mała próbka tego, jak pełna humoru i subtelnej ironii była Maeve Binchy. To widać w jej powieściach, ale najbardziej w anegdotach o niej samej.
Od tej pierwszej powieści zaczęła się nasza wspólna przygoda. Mam jej wszystkie kolejne wydane w Polsce, najpierw przez Prószyńskiego, a potem pałeczkę przejął Świat Książki. Do okładek, jak wielu innych autorów, to ona szczęścia nie miała, więc nie dajcie się im zwieść, jej powieści nie są takie, jakby sugerowały polskie okładki. Raczej spójrzcie na okładki wydań irlandzkich lub amerykańskich.
Kiedy przyjechałam do Irlandii pierwszą kupioną książką, była ówcześnie wydana "Quentins" jej autorstwa. Od tego czasu, wszystkie kolejne, kupowałam już w oryginale. Ach, co za uczta. Jak ona umiała pisać.
Była też autorką felietonów w The Irish Times. Niestety nie za moich czasów tutaj, niedawno udało mi się kupić wydanie antykwaryczne zbioru tychże, czekam na przesyłkę, miałam okazję przeczytać kilka z nich z okazji specjalnego wydania The Irish Times jej poświęconego i oszalałam. Jej lekkość pióra, jej poczucie humoru wprost powala na łopatki. Zresztą wszyscy to podkreślają, że jej książki czyta się tak, jakby ich napisanie było najłatwiejszą rzeczą na świecie. Nawet jedna z czytelniczek, zaraz po wydaniu debiutanckiej powieści Maeve Binchy, przy przypadkowym spotkaniu zarzuciła jej - fajna nawet, ale mam takie wrażenie, że mogłabym też taką napisać. Maeve podziękowała jej za uwagę, ale zaraz dodała - ale tego nie zrobiłaś, nieprawdaż?
Teraz, kiedy nie żyje, wiele osób opowiada, że czytało jej powieści w trudnych chwilach, że dodawały otuchy, wytchnienia. Sama Królowa Maeve mawiała, że nie ma złudzeń, wie, że jest 'pisarką lotniskową', czyli, że ludzie kupują jej powieści w drodze na wakacje 'i widziałam wielu z nich zasypiających nad nimi, zaraz po przeczytaniu kilku stron' - tu znowu jej poczucie humoru i dystans do siebie.
Od wielu lat nosiłam się z zamiarem napisania do niej listu, opowiedzenia jak bardzo ją cenię, że nauczyła mnie patrzeć na ten kraj z czułością i miłością, nauczyła rozumieć Irlandczyków. Zwlekałam, bo chciałam, żeby to był list wyjątkowy. Marzyłam, że może uda mi się ja namówić na wywiad. Nie udzielała ich ostatnio, zresztą kim ja jestem,żeby o to prosić, ale marzenia można mieć, czyż nie? I nie zdążyłam.
Przeżywam jej śmierć, jakby mi umarła daleka krewna, której nie widywałam zbyt często, ale wiedziałam, ze gdzieś jest i bardzo ją lubiłam. W tym momencie, kiedy piszę ten tekst, trwa jej pogrzeb. Irlandzkim zwyczajem zapaliłam świeczkę. Żegnaj kochana Maeve. Farewell
Etykiety:
czytelnia,
dobre,
film,
guilty pleasure,
Irlandia,
Kino domowe,
literatura irlandzka,
o pisarzach,
smaki życia,
ulubione książki,
wspomnienia
piątek, 20 lipca 2012
Wielka niespodziewanka - Pan Aleksander Minkowski do nas napisał
Chciałabym móc powiedzieć, że do mnie i tylko do mnie, ale niestety muszę się wykazać uczciwością i przyznać, że do nas - czyli tych, którzy czytali i komentowali mój wpis na tym blogu poczyniony przy okazji odsłuchania Krzysztofa, jego autorstwa.
Kilka dni wcześniej na moim Co-Dzienniku pisałam o serialach polskich, które akurat oglądam i w komentarzach wywiązała się dyskusja na temat Układu krążenia, który powstał na podstawie scenariusza pana Aleksandra Minkowskiego, a wraz z nim ukazała się książka
Przypomniało mi się zaraz, że przecież kiedyś wszyscy sobie wyrywaliśmy jego książki z rąk, a jego 'Grażyna' była u mnie zaczytana na śmierć. Miałam zwyczaj jako nastolatka, ale jeszcze i w latach późniejszych, czytać książki uwielbione szczególnie, po kilka razy, nie inaczej było z Układem krążenia. Zresztą to jest kolejny z tych seriali, które doskonale znam, a oglądam za każdym razem, kiedy są powtarzane.
Młodzieżowe książki Minkowskiego były dla nas czymś wyjątkowym, aż trudno mi o tym pisać spokojnie, tak jak w przypadku powieści Siesickiej, mogliśmy się identyfikować z bohaterami, przeżywać ich przygody, marzyć o wielkiej miłości, oceniać ich postawy i uczyć się życia. Kiedyś nie rozmawiało się dużo z rodzicami, przynajmniej nie ja z moimi. Z książek człowiek się wszystkiego uczył.
Kiedy w TV nadali 'Zieloną miłość' serial na podstawie 'Grażyny' z młodym Fryczem i Pacułą w rolach głównych, nie było chyba takiej nastolatki, która by go nie widziała.
Możecie się ze mnie śmiać, ale jak usłyszałam muzykę z czołówki filmu, to się popłakałam. Jezu, jak ja się kochałam we Fryczu, oczywiście chciałam być Pacułą (a tak ją obsmarowałam w notce o Elżbiecie Czyżewskiej, haha, wyszło szydło z worka, z zazdrości).
Taka jestem rozczulona i ucieszona, a najbardziej to zaszczycona, że się Pan Minkowski na moim blogu odezwał. Muszę się przyznać, że nigdy nie próbowałam sprawdzać, czy coś napisał nowego, założyłam, ze nie. Kiedy zobaczyłam wpis, moja pierwsza reakcja była - Boże, on żyje.
Przepraszam, jeśli pan Minkowski to czyta, ale tak było. Jakoś mi do łba nie przyszło śledzić swoich idoli pisarzy, jak się mają, czy coś nowego wydają, założyłam, że skoro mi się w oczy nie rzuca, to nie ma.
W każdym razie chciałam tu teraz obwieścić, że Aleksander Minkowski jest mi strasznie ukochanym pisarzem i mam zamiar sobie kupić wszystko, co się da, czy to na Allegro, czy na Merlinie, bo tam też o dziwo jakieś są. Hawk.
Przepraszam za tak nieskładny wpis, ale emocje wzięły górę i nie mogę się po prostu opanować.
Kilka dni wcześniej na moim Co-Dzienniku pisałam o serialach polskich, które akurat oglądam i w komentarzach wywiązała się dyskusja na temat Układu krążenia, który powstał na podstawie scenariusza pana Aleksandra Minkowskiego, a wraz z nim ukazała się książka
Przypomniało mi się zaraz, że przecież kiedyś wszyscy sobie wyrywaliśmy jego książki z rąk, a jego 'Grażyna' była u mnie zaczytana na śmierć. Miałam zwyczaj jako nastolatka, ale jeszcze i w latach późniejszych, czytać książki uwielbione szczególnie, po kilka razy, nie inaczej było z Układem krążenia. Zresztą to jest kolejny z tych seriali, które doskonale znam, a oglądam za każdym razem, kiedy są powtarzane.
Młodzieżowe książki Minkowskiego były dla nas czymś wyjątkowym, aż trudno mi o tym pisać spokojnie, tak jak w przypadku powieści Siesickiej, mogliśmy się identyfikować z bohaterami, przeżywać ich przygody, marzyć o wielkiej miłości, oceniać ich postawy i uczyć się życia. Kiedyś nie rozmawiało się dużo z rodzicami, przynajmniej nie ja z moimi. Z książek człowiek się wszystkiego uczył.
Kiedy w TV nadali 'Zieloną miłość' serial na podstawie 'Grażyny' z młodym Fryczem i Pacułą w rolach głównych, nie było chyba takiej nastolatki, która by go nie widziała.
Możecie się ze mnie śmiać, ale jak usłyszałam muzykę z czołówki filmu, to się popłakałam. Jezu, jak ja się kochałam we Fryczu, oczywiście chciałam być Pacułą (a tak ją obsmarowałam w notce o Elżbiecie Czyżewskiej, haha, wyszło szydło z worka, z zazdrości).
Taka jestem rozczulona i ucieszona, a najbardziej to zaszczycona, że się Pan Minkowski na moim blogu odezwał. Muszę się przyznać, że nigdy nie próbowałam sprawdzać, czy coś napisał nowego, założyłam, ze nie. Kiedy zobaczyłam wpis, moja pierwsza reakcja była - Boże, on żyje.
Przepraszam, jeśli pan Minkowski to czyta, ale tak było. Jakoś mi do łba nie przyszło śledzić swoich idoli pisarzy, jak się mają, czy coś nowego wydają, założyłam, że skoro mi się w oczy nie rzuca, to nie ma.
W każdym razie chciałam tu teraz obwieścić, że Aleksander Minkowski jest mi strasznie ukochanym pisarzem i mam zamiar sobie kupić wszystko, co się da, czy to na Allegro, czy na Merlinie, bo tam też o dziwo jakieś są. Hawk.
Przepraszam za tak nieskładny wpis, ale emocje wzięły górę i nie mogę się po prostu opanować.
Etykiety:
Aleksander Minkowski,
czytelnia,
dobre,
ekranizacja,
filmowo,
Kino domowe,
kino polskie,
literatura polska,
o pisarzach,
seriale polskie,
stare ale jare
Subskrybuj:
Posty (Atom)









