Kochani. Zamilkłam, jakoś mi nie idzie teraz. Listę mam długą jak papier toaletowy, a pisać nie po drodze. Co siadam, to wydaje mi się, że nie mam nic ciekawego do powiedzenia. A potrafię przy porządkach na przykład przemyśliwać, co to ja Wam powiem, jak tylko dorwę się do komputera. Wystrzelam się z myśli podczas pozakomputerowego czasu, a przychodzi ten moment, że trzeba by znaki do kupy zebrać w słowa i nic. Wszystko wydaje mi się jakieś takie bez sensu. Rozmemłałam się jak mamałyga, czas potrafię przepierzyć za przeproszeniem jak nikt. Przewalam się między komputerem, książką, gazetą, filmem, kuchnią, ogrodem i obowiązkami i nic nie jest zrobione jak trzeba. No, może poza obowiązkami.
Postanowiłam przerwać ten zaklęty krąg niepisania, zrobiłam sobie herbatę zaparzoną jak Pan Bóg przykazał, czyli w czajniczku liściastą, nalałam do ulubionej filiżanki i do dzieła. Dzisiaj o kilku filmach.
Od Moniki z błękitnej biblioteczki pożyczyłam dvd 'W ciemności'. Ona biedna nie zdzierżyła, ale to dlatego, ze dopiero co po urodzeniu Henryczka, młode mamy lepiej, żeby coś weselszego oglądały, miała rację, że zostawiła na potem. Przyniosła mnie przed wyjazdem do Polski na wakacje i jak tak chodziłam wokół tego filmu, jakby mi ktoś drzazgę w palec wbił. Aż stwierdziłam, że trzeba się z tematem zmierzyć, bo jak to tak z kawałem drewna pod skórą żyć?
O Bożenciu, co ja się naemocjonowałam, myślałam, ze mi serce siądzie. Nie będę tu rozprawiać o zdjęciach i scenariuszu, o tym, że Więckiewicz wielkim aktorem jest, bo to możecie sobie poczytać gdzie indziej, wszyscy pieją i mają rację. Powiem tylko, że czułam wilgoć, czułam strach, samotność, ale i małe radości (malutkie takie) w czasie tego ukrywania się. Podobała mi się kreacja Więckiewicza i jego postać, człowieka niejednoznacznie dobrego, z duszą o wielu odcieniach szarości i czarniawą nawet. Przecież bohaterem się człowiek nie rodzi, nim się bywa i to czasem nie na podstawie logiki i przemyśleń, a impulsu, bo inaczej nie można. Gdyby się nad tym głębiej zastanowić, to pewnie by człowiek wolał nim nie być, byle mieć święty spokój, byle bezpieczniej. A tu coś ci karze pomagac cholera, ryzykować i nic na to nie poradzisz. Wojna to straszny czas, nie chciałabym tego przeżyć, dlatego trudno mi oceniać tych, co byli dobrzy i tych, co się zepsili.
A kiedy oni wyszli z kanału i on krzyczał - Moje Żydy, to ja tak strasznie płakałam, że się aż mąż zaniepokoił. Bo się napięcie nabudowało i to się tak masowo wodospadem wyładowało. Ja w ogóle ostatnio mam nerwy na wierzchu, strasznie wszystko przeżywam, tak jak kolejny film z Więckiewiczem pt. Wymyk.Tym razem Canal+ mi go zapodał, kocham ten kanał za polskie filmy (i nie tylko, bo i francuskie też nadają i w ogóle dobre)
To jest film, w którym widać, że Więckiewicz jest po prostu cholernie dobrym aktorem. Warunki ma takie, jakie ma, można by powiedzieć, że wszędzie jest taki sam, gdyby nie to, że nie jest. Kurczę, jak on to robi, że ja wiem, że to on, a jednocześnie identyfikuję go za każdym razem z rolą i wszystko mi jedno, że to znowu on. Większy mam problem z Simlatem, bo on mi się wydaje wszędzie taki sam, ale w sumie tu nie ma słabych ról. Wątek jest od początku do końca bardzo świadomie poprowadzony, na sztywnym kiju, że się tak wyrażę, nic tam się nie gibie na strony.
A ładunek emocjonalny równie mocny jak w wojennych i rozliczeniowych samograjach, bo tam, nie oszukujmy się, bez łaski, że się człowiek przejmuje, a tu mamy historię dwóch braci i pewnej podróży pociągiem, po której nic już nie jest takie samo.
I mój ulubiony Dziędziel jak wisienka na torcie. I Muskałę bardzo lubię, chciałabym jej więcej w kinie.
Nie będę opowiadać fabuły, bo nie lubię tego na innych blogach, tutaj tylko o tym, że siedzieliśmy z mężem jak zaczarowani i tylko klęliśmy pod nosem, że to się wszystko tak pokiełbasiło u bohaterów i już nie odkręci, bo życie nie zawsze jest takie, że powiesz przepraszam i wszystko jest ok.
Bardzo polecam.
A jak Dziędziel, to po raz drugi, tym razem w dużo lżejszym gatunkowo wydaniu. Mam słabość do Fleszarowej-Muskat, a to właśnie na podstawie jej powieści o budowaniu Gdyni - 'Tak trzymać' - nakręcono mini serial czteroodcinkowy 'Miasto z morza'. Czy ja mogłam to przegapić? Oczywiście, że nie, chociaż cukierkowy, chociaż pozytywistyczny, o tym, jak ciężką pracą ludzie się bogacą a Polska rośnie w siłę. Ujęcia jak z obrazów nadmorskich malarzy, którzy tworzą na promenadzie i mają nadzieję sprzedać na pniu swoje produkcje. Ale mnie to nie przeszkadza, nie samymi ciężkimi i ważnymi filmami człowiek żyje, potrzeba mi czasem wytchnienia i odpoczynku, a nade wszystko nieustającej wiary, że ciężką pracą i pasją można osiągnąć wiele, a wielkie wizje rodzą się w głowach i sercach ludzi najpierw, potem dopiero trafiają do realizacji i nie trzeba się bać, jeśli w coś wierzysz, to się ziści.
Nawet jeśli nie, wierzyć trzeba.
Jak już tak lżejszymi poleciałam, to zapodałam od razu Morning Glory trzymany na tę właśnie okazję.
Typowa amerykańska komedia, o młodej producentce, która trafia do większej, ale podupadającej stacji do programu porannego i stawia go na nogi. Wszystko to już było, czyli na początku jest do niczego, ale potem się to jakoś układa, ale śmiesznie jest i naprawdę duży to relaks, więc polecam jak słodkiego pączka na troski, nie samymi sałatkami z soją człowiek żyje.
A na koniec wisienka na torcie. Kiedyś widziałam ten film od połowy, nie znałam tytułu i mnie męczyło, co to takiego było? Teraz zasadziłam się na oglądanie 'Piękności w opałach' na Ale Kino (drugi kanał, bez którego żyć bym nie umiała) - filmu czeskiego, o którym wiele dobrego słyszałam. I co ja widzę? Ta dam, to ten film, co go tylko pół widziałam. Obejrzałam teraz jak należało, czyli od napisów początkowych do końcowych i powiem tak, dobry cholernie, ale zostawił mnie zniesmaczoną, jakby mnie ktoś lepkim mazidłem obsmarował i zostawił na słońcu. Nie z powodu samego filmu, bo podkreślam, że jest świetny i ze wszech miar wart obejrzenia, ale i historia, i bohaterowie nie są zdecydowanie tym, do czego nas przyzwyczaili Czesi, którzy zawsze brzydkie potrafili pokazać w lepszym świetle, chociaż na wesoło. Tutaj nie ma wesoło, to, co jest niesmaczne, jest niesmaczne, pogmatwane i dołujące. Jedynie aktor, który kiedyś grał doktora Błażeja w Szpitalu na peryferiach, jedyna normalna postać w tej opowieści, jest zadziwiająco na starość przystojny.
Jan Hrebejk pokazał życie swoich rodaków w jaskrawych kolorach, bez żadnego ściemniania, stukania się kuflami piwa i czeskich przyśpiewek. Wspaniałe kino, ale wymagające czegoś więcej, więc nie nastawiajcie się na beztroskie jedzenie domowego popcornu. Momentami będzie bolało. Mimo tego, jest to jeden z tych filmów, które na pewno obejrzę kiedyś jeszcze raz.
A na koniec polecę Wam nowy serial kryminalny, na który się niezwykle cieszę - tym razem rodem z Finlandii - od 2 września, na razie 6 odcinków pt. Vares. Przeczytałam w zajawkach - serial, w którym czarny kryminał splata się z elementami komedii i pastiszu, został
okrzyknięty w ojczyźnie Świętego Mikołaja początkiem nowego gatunku - Finn Noir.
Osiągnął kolosalną popularność, a jego kolejne odcinki wchodziły tam na duży
ekran, jako pełnometrażowe filmy kinowe.
Nie chcę go przegapić, już sobie zapisałam w kalendarzu, ciekawe, czy uwiedzie mnie równie łatwo jak Winter, Wallander czy Sarah Lund?
I cieszę się, że Krew z Krwi (polski serial kryminalny z Agatą Kuleszą) będzie na Canal+ powtórzony, bo ja przegapiłam połowę odcinków z powodu choroby. Dla zainteresowanych od 3-12 września codziennie po jednym odcinku będą emitować, lub od 21 września w każdy piątek.
No to się nagadałam, a teraz idę sobie precz. Wiem, połowa z Was nie ogląda, druga połowa nie ma telewizora, trzecia połowa nie ma Canal+, czwarta nie ma Ale Kino, ale filmy są też pewnie dostępne na dvd, warto o nich wiedzieć. A ja uwielbiam dobre seriale i dobre filmy, traktuję je na równi z książkami, uważam, że rezygnowanie z tej akurat muzy to odbieranie sobie wiele przyjemności. Nie chcę tu wywoływać dyskusji, tylko można powiedzieć ją kończę, po wielu komentarzach o tym, że szkoda czasu na TV.
Po ostatnim seansie pierwszego odcinka sfilmowanej książki Forda Madoxa Forda 'Parade's End' na BBC2, szczególnie nie mogę się z tym poglądem zgodzić. Jakie to było, hmmm, pysznościowe, tak bym to ujęła. Ale o tym więcej kiedy indziej
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pożyczanki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pożyczanki. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 27 sierpnia 2012
Filmowe lato, Więckiewicz razy dwa, Dziędziel też na dodatek, a i po czesku też coś wpadło
Etykiety:
Ale Kino,
BBC,
Canal+,
Cyfra+,
film,
filmowo,
guilty pleasure,
historyczne,
Kino domowe,
kino polskie,
kinobranie,
period drama,
pożyczanki,
seriale polskie,
smaki życia
niedziela, 15 lipca 2012
Elka, Elka, cóżeś ty za Pani.
Miałam tę książkę w przechowalni w księgarni internetowej, jak to zwykle, ciągle coś mi wypadało innego do kupienia, aż pewnego dnia okazało się, że jest na półce u koleżanki, która mieszka niedaleko. Polka, w Irlandii, niedaleko, akurat z tą książką, a więc "Elka" dosięgła mnie sama. Nie przyszedł Mahomet do góry, góra musiała do
Mahometa. Izy Komendołowicz
Rzuciłam okiem na okładkę i już mnie miała w posiadaniu.
Bardzo podoba mi się to, w jakiej konwencji Iza Komendołowicz zdecydowała się ją utrzymać, a mianowicie konstrukcja przypominała mi ‘Wszystko na sprzedaż’ Wajdy, film, w którym zresztą Czyżewska grała i pamiętam go doskonale, również dlatego, że Czyżewska była w nim bardzo dobra, niezwykle poruszająca, stanowiąca świetny kontrapunkt do Beaty Tyszkiewcz, równie dobrej, ale chłodnej w wyrazie. Podobno film miał tylko zarys scenariusza i aktorzy w dużej mierze grali samych siebie, a dotyczył, nie wiem, czy pamiętacie, okoliczności śmierci Cybulskiego. On zginął, ale znajomi jeszcze tego nie wiedzą i mówią o nim tak, jakby się gdzieś zapodział, zapił, albo gdzieś ze znajomymi zabradziażył, spóźnia się łobuz, a jego przyjaciele i kochanki o nim mówią. I jak to w życiu bywa, mówią o kimś, a przy okazji dużo o sobie. I tu tak właśnie jest, przy okazji opowieści o Elżbiecie aktorce i człowieku, widać ludzi w opowiadających, ukazują się również wyrywki ich historii. Niby o jednej osobie, a o wielu, taki bonus.
Rzuciłam okiem na okładkę i już mnie miała w posiadaniu.
Bardzo podoba mi się to, w jakiej konwencji Iza Komendołowicz zdecydowała się ją utrzymać, a mianowicie konstrukcja przypominała mi ‘Wszystko na sprzedaż’ Wajdy, film, w którym zresztą Czyżewska grała i pamiętam go doskonale, również dlatego, że Czyżewska była w nim bardzo dobra, niezwykle poruszająca, stanowiąca świetny kontrapunkt do Beaty Tyszkiewcz, równie dobrej, ale chłodnej w wyrazie. Podobno film miał tylko zarys scenariusza i aktorzy w dużej mierze grali samych siebie, a dotyczył, nie wiem, czy pamiętacie, okoliczności śmierci Cybulskiego. On zginął, ale znajomi jeszcze tego nie wiedzą i mówią o nim tak, jakby się gdzieś zapodział, zapił, albo gdzieś ze znajomymi zabradziażył, spóźnia się łobuz, a jego przyjaciele i kochanki o nim mówią. I jak to w życiu bywa, mówią o kimś, a przy okazji dużo o sobie. I tu tak właśnie jest, przy okazji opowieści o Elżbiecie aktorce i człowieku, widać ludzi w opowiadających, ukazują się również wyrywki ich historii. Niby o jednej osobie, a o wielu, taki bonus.
Jak już paralele filmowe tu uprawiam, to jeszcze jeden tytuł
mi się ciągle na oczy cisnął, kiedy ‘Elkę’ czytałam – ‘Przypadek’
Kieślowskiego. Co by było, gdyby Czyżewska nie wyjechała, a co gdyby nie miała
problemu z akcentem, miała więcej szczęścia, nie rozwiodła się z Halberstamem,
nie wyszła za Halberstama, została ze Skolimowskim, a może … Tego nie dowiemy się nigdy, bo tylko
w filmie mogliśmy zobaczyć, co się stało kiedy Linda zdążył na pociąg, a co,
kiedy nie dobiegł.
Dużo jest w tej książce żalu, za jej talentem, za tym, że
się zmarnowała, ale przede wszystkim smutku samej Czyżewskiej, który wyziera z
każdej fotografii. Pięknie mówi o niej Omar Sangare, który poznał ją już w
czasach późniejszych, jego obraz Elki nie był ‘skażony’ jej gwiazdorstwem,
widział w niej przede wszystkim człowieka, smutnego, zawiedzionego ludźmi i
tym, jak jej się odpłacali za dobroć i szczodrość, nie tylko finansową, ale i
emocjonalną, pod względem udzielania swoich umiejętności i talentu. No właśnie,
czy ona przypadkiem nie za dużo z siebie dawała, nie za bardzo wkładała siebie
w ręce innych? Może trzeba być tajemnicą, bronić do siebie dostępu, żeby być
szanowanym? Myślę o tym często.
Zabawne jest też, jak pamięć jest zawodna i jedni ludzie
widzą tę samą sytuację inaczej niż drudzy. Na przykład Barbara Sass, reżyserka,
opowiadała, że ściągnęli Czyżewską do Polski do zagrania w 'Debiutantce' (kolejny
świetny film, gdzie ta aktorka mnie urzekła), że było z tym trochę zachodu, ale
się udało i nawet przy okazji zagrała w dwóch innych produkcjach. A dziesięć stron później, w wypowiedzi reżysera ‘Odwetu' Tomasza Zygadły czytam - "Przy okazji, jak się parę osób dowiedziało, to od razu dostała następne propozycje. Z Barbarą Sass-Zdort zrobiła Debiutantkę, u Filipa Bajona zagrała coś niewielkiego. (...) O czym to świadczy? Uchyliłem drzwi i nagle się okazało, jak ona jest tu potrzebna, jak wszyscy ją chcą".
Najtrudniejsze są fragmenty, gdzie jest mowa o tym, że ktoś
ją wycyckał, że wykorzystał jej znajomości, talent, a potem zdradził, porzucił.
Mowa między innymi o aktorce Joannie Pacule, że zrobiła karierę w USA
nieporównywalnie większą od Czyżewskiej, podobno ‘na jej plecach’ i w niecny
sposób. Ja tam nie wiem, jaka była prawda, ale nie rozumiem też tego
podkreślania urody i talentu u niej, bo Pacuła dla mnie nigdy nie była ani
piękna, ani dobrą aktorką, a już na pewno Czyżewskiej do pięt nie dorasta. Jedno jest pewne, kiedy umrze, nie będzie się
o niej mówić z taką pasją, zainteresowaniem, troską, jak o Elżbiecie
Czyżewskiej.
Najbardziej ostrą częścią była może ta Ewy Morelle, żony Frykowskiego,
która w tym samym czasie brylowała w środowisku warszawskim, a napisała dosyć
demaskującą powieść z kluczem - ‘Słodkie życie’. Ewa Morelle
powiedziała ostro, ze może i Czyżewska była mądra i bardzo inteligentna, ale
nie życiowo, bo w tej kwestii wykazała się wyjątkową głupotą. Nie mogę się w
jakimś stopniu nie zgodzić. Z tej książki, ale i z wcześniejszych ‘spotkań’ z
tą aktorką, miałam takie wrażenie, że ona sobie życiowo rażąco nie radzi, a nie
daje się też nikomu pokierować, bo jest dumna, uparta? Element autodestrukcji
jest u niej bardzo widoczny. Znam ja takich ludzi, a jedną nawet bardzo, też
Elżbieta. No i to nieprzystosowanie, nieumiejętność odnalezienia się w świecie,
który zmienia się szybciej niż ta osoba, niż jej marzenia, oczekiwania. Zresztą
sama Czyżewska mówi o tym w filmie dokumentalnym o niej, który po przeczytaniu
książki jest odbierany stokrotnie mocniej, przez to też, że jest wstrząsającym
świadectwem pogubienia i utraty przyczepności do rzeczywistości.
Postać
Czyżewskiej mnie fascynuje, jednocześnie wiele uczy i daje odpowiedź na
pytanie, czy trzeba za wszelką cenę być wiernym swojej drodze, czy za dosyć
wysoką cenę trzeba uparcie trwać przy swojej legendzie. A może trzeba poszukać
innej, bardziej przystającej do okoliczności? Czyżewska za wszelką cenę chciała
grać, nie mogła dostawać ciekawych propozycji za Oceanem, a nie chciała
przyznać sama przed sobą, ze trzeba sobie życie inaczej ułożyć. Mogła pisać,
mogła studiować i robić co innego, miała pieniądze. Skończyłam książkę,
westchnęłam z żalem, jeszcze przejrzałam zdjęcia – na wszystkich widać
uchachanych ludzi i Elkę, smutną tak do trzewi, nie li tylko powierzchownie.
Nie przystawała do swojego życia, jak piękna nalepka w pamiętniku, gdzieś tam
zaczęła odstawać, podsychać, aż ostatecznie odpadła. Żal - człowieka nie
aktorki.
czwartek, 5 lipca 2012
Caro, Elka, Wiśka i Mildred - cóż za doborowe towarzystwo
Trzyma się mnie ta piosenka od kilku dni i nie puszcza. Śpiewam pod prysznicem, kiedy się ubieram, kiedy robię makijaż - a to trudno, bo ze względu na rytm i podrygiwanie dupskiem, można sobie oko wydłubać. Nauczona doświadczeniem pilnuję się, żeby nie śpiewać w sklepach na głos, ale w samochodzie, kto mi zabroni?
Ale nie o tym miałam pisać.
Nie wiem, czy czasem bywacie na profilu Notatek na Facebook, tam pisałam, więc może dla niektórych się powtarzam, że mam wielką ochotę na czytanie, ale wszystko bym chciała na raz, więc rozedrganie we mnie wielkie i to mnie męczy. Książek do czytania bez liku. Pojechałam odwiedzić Monikę z Niebieskiej Biblioteczki, całą drogę z twardym postanowieniem, że żeby nie wiem co tam było, nie będę pożyczać, bo przecież dużo czeka. I co zrobiłam? Jak jakaś durna, jak tylko zobaczyłam te książki, poprosiłam o użyczenie na kilka tygodni. To jest nienormalne.
A tutaj książki przywiezione przez córkę. Nie miała miejsca w bagażu, jak wracają z Markiem z Krakowa, ile by mnie miała wykupione, będzie za mało, ale dla mamy zawsze na książki znajdzie miejsce i dzięki temu mam biografię naszej Noblistki, a obok biedniutko, w porównaniu z tym tomiszczem w twardej oprawie, wyglądająca Zofia Woźnickiej książka Było takie lato, którą tak przewodnikpokrakowie polecała, że nie mogłam jej nie zdobyć. Na szczęście była do kupienia za grosze na Allegro. Jaka to dziwna historia z tymi starymi książkami, dziewczyna ją sprzedająca, nie jakiś antykwariat czy księgarnia, chciała się jej pozbyć i nie mogła, a ja tak bardzo chciałam kupić. Był problem z odebraniem w Polsce, nawet mówiła, że do Irlandii za nic pośle. No, ale się znalazł kanał przerzutowy i jest u mnie, nikt na tym nie stracił, a ja zyskałam takie malutkie czytadełko.
No dobra, to się pochwaliłam, a teraz o serialu, który właśnie z mężem obejrzeliśmy, a zasługuje on na większą uwagę - produkcja HBO 'Mildred Pierce'.
Kiedy był nadawany pierwszy raz na kanale HBO, przegapiłam pierwszy odcinek i jakoś mi się nie chciało nadrabiać. Dzięki powtórkom letnim wróciłam do niego teraz i ręce ku niebu wnoszę w okrzyku WHY? Dlaczego tak długo czekałam z obejrzeniem tak fantastycznego serialu? A przecież wiedziałam, że dostał on wszystkie możliwe nagrody.
Nie będę wklejać tu trailera, bo dużo w nim widać, a jak chciłabym, żebyście go obejrzeli nie spodziewając się niczego, jak mnie się to zdarzyło. Ależ to było rollercoaster emocjonalny!
Koniec prohibicji w USA. Mildred zostaje sama z dwójką dzieci, mąż opuszcza ją dla innej kobiety. W tamtych czasach, kiedy praca w usługach była dla wielu ludzi poniżeniem i upadkiem, w dobie czarnego kryzysu, kiedy firmy upadały jedna po drugiej, ona, niepracująca nigdy kobieta, zostaje na lodzie. I tu zaczyna się historia jej życia 'po mężu', pięć odcinków, duży przedział czasowy, dużo się dzieje, prywatnie, zawodowo, wszędzie.
Fantastycznie pokazane uczucia, bez żadnego kiczu, bez cukrzenia, bardzo prawdziwie. Życie Mildred nie oszczędzało, ale ona dzielnie dawała sobie radę. Aż do czasu... O nie, nic więcej nie napiszę.
Powiem tylko, że z mężem jeszcze z pół godziny po zakończeniu ostatniego odcinka siedzieliśmy milcząco w fotelach i przemyśliwaliśmy, co właśnie się tam zdarzyło. Nie wiem, może dlatego, ze mamy dzieci, tak nami to wstrząsnęło? Film po prostu trzeba zobaczyć. Seriale HBO, przynajmniej niektóre, to są istne majstersztyki, a każdy odcinek jest jak film, równie dobry, równie bogaty, równie pieczołowicie zrealizowany.
Spójrzcie jak Kate Winslet cieszyła się po otrzymaniu Emmy za rolę w tym filmie. Jakąż ona ma klasę, jak ona potrafiła to okazać. Kiedyś nie bardzo ją lubiłam, ale teraz uważam, że jest jedną z najlepszych aktorek, nie wyobrażam sobie nikogo innego w Lektorze na przykład.
Ten serial jest nawet dla tych, którzy nie lubią seriali, ma tylko pięć odcinków i zaspokoi nawet najbardziej wybrednych.
piątek, 17 lutego 2012
O czterdziestokilkulatce, która wysoczyla oknem (ze szczęścia)
Trochę też ze zmartwienia, ale o tym nie będę pisać, bo to jest blog o książkach i innych takich.
Pominę więc milczeniem, co mi zaprząta myśli, co nie pozwala skupić się na książce, co siedzi kołtunem w głowie i nie daje żyć.
Zawsze w takich razach, jakaś równowaga musi być, chociaż można to nazwać też ratunkiem, dzieje się coś, co trzyma mnie przy życiu. Tym razem są to trzy przesyłki i jeden zakup.
Pierwsza to była książka pożyczona od dabarai - Miss Pettigrew Lives For a Day. Już mam ją w zakładce i zaczęłam czytać. Jest to pięknie wydana książka z wydawnictwa Perspephone Books w Londynie.
Zdjęcia nie oddają, jakie one starannie zaprojektowane. Na domiar złego robiłam je wieczorem w kuchni, przy sztucznym oświetleniu chyba nie wypadają tak, jakby to było w dzień.
Ach te rysuneczki, zakładka jest taka jak wnętrze książki o jednej stronie, a po drugiej też z rysuneczkiem z książki. Takie cudo aż przyjemnie czytać. Dziękuję Kasiu za wysłanie jej do mnie.
Druga to też pożyczanka od Lirael tym razem, pisała o tej książce, nigdzie jej nie mogłam dostać, a kupić mnie nie było stać, bo tutaj 'persefonki' kosztują krocie, wszędzie zresztą. Przysłała, do tego list pisany ręcznie na kolorowej, gustownej papeterii. Maleńka książeczka, ale przyjemnostka wielka. Powstaje film na jej podstawie, widziałam trailera, bardzo klimatyczny.
I na końcu, nie mniej ważna przesyłka, wygrana książka od przynadziei z Notatnika Kulturalnego
Książka była nagrodą, a PaperMint, piękna pocztówka i jeszcze dwie książeczki o Małopolsce dla zwiedzających, zapakowane już dla córki, więc nie ma na zdjęciu, były bonusem. Skąd Robert wiedziałeś, że akurat tego numeru PaperMint było mi przykro nie mieć? Chciałam poczytać wywiad z 'Marcinami',ale nie miałam jak kupić, a tu taka niespodziewajka.
To już by wystarczyło, żeby oknem z parteru skoczyć, ale na dodatek powiem Wam pierwszym, że kupiłam bilety do Polski, lecę odwiedzić mamę. Tak się złożyło, że wylot będę miała z Warszawy i będę mogła zahaczyć o Targi Książki w maju. Osiem lat temu ostatnio byłam na jakichkolwiek, mam nadzieję zobaczyć pisarzy, pomacać i może uda mi się też spotkać któregoś z Was?
Ot takie to szczęścia w nieszczęściu.
Pominę więc milczeniem, co mi zaprząta myśli, co nie pozwala skupić się na książce, co siedzi kołtunem w głowie i nie daje żyć.
Zawsze w takich razach, jakaś równowaga musi być, chociaż można to nazwać też ratunkiem, dzieje się coś, co trzyma mnie przy życiu. Tym razem są to trzy przesyłki i jeden zakup.
Pierwsza to była książka pożyczona od dabarai - Miss Pettigrew Lives For a Day. Już mam ją w zakładce i zaczęłam czytać. Jest to pięknie wydana książka z wydawnictwa Perspephone Books w Londynie.
Zdjęcia nie oddają, jakie one starannie zaprojektowane. Na domiar złego robiłam je wieczorem w kuchni, przy sztucznym oświetleniu chyba nie wypadają tak, jakby to było w dzień.
Ach te rysuneczki, zakładka jest taka jak wnętrze książki o jednej stronie, a po drugiej też z rysuneczkiem z książki. Takie cudo aż przyjemnie czytać. Dziękuję Kasiu za wysłanie jej do mnie.
Druga to też pożyczanka od Lirael tym razem, pisała o tej książce, nigdzie jej nie mogłam dostać, a kupić mnie nie było stać, bo tutaj 'persefonki' kosztują krocie, wszędzie zresztą. Przysłała, do tego list pisany ręcznie na kolorowej, gustownej papeterii. Maleńka książeczka, ale przyjemnostka wielka. Powstaje film na jej podstawie, widziałam trailera, bardzo klimatyczny.
I na końcu, nie mniej ważna przesyłka, wygrana książka od przynadziei z Notatnika Kulturalnego
Książka była nagrodą, a PaperMint, piękna pocztówka i jeszcze dwie książeczki o Małopolsce dla zwiedzających, zapakowane już dla córki, więc nie ma na zdjęciu, były bonusem. Skąd Robert wiedziałeś, że akurat tego numeru PaperMint było mi przykro nie mieć? Chciałam poczytać wywiad z 'Marcinami',ale nie miałam jak kupić, a tu taka niespodziewajka.
To już by wystarczyło, żeby oknem z parteru skoczyć, ale na dodatek powiem Wam pierwszym, że kupiłam bilety do Polski, lecę odwiedzić mamę. Tak się złożyło, że wylot będę miała z Warszawy i będę mogła zahaczyć o Targi Książki w maju. Osiem lat temu ostatnio byłam na jakichkolwiek, mam nadzieję zobaczyć pisarzy, pomacać i może uda mi się też spotkać któregoś z Was?
Ot takie to szczęścia w nieszczęściu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


