Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kino domowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kino domowe. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 grudnia 2014

Papusza - obrazy malowane kadrami

Po pierwsze przepraszam, że nie piszę ostatnio. Czytam, ale jakoś tak chaotycznie, kilka na raz, poza tym piszę, poza tym ćwiczę, chodzę z kijami, bywa, że w nocy, czasu na wszytko brak. Nie zapominam o tym miejscu, po prostu nie godzę wszystkiego jeszcze, ale szukam rutyny, nowego układu dnia czy tygodnia, żeby wszystko zmieścić w grafik. Póki co, wybaczcie i nie zapominajcie o mnie całkiem.

Dzisiaj bardzo poruszył mnie film, a że jest oparty na książce, to tym bardziej poczułam, ze muszę o nim napisać. Poza tym jego reżyser, Krzysztof Krauze zmarł w Wigilię, to tym tym bardziej...
O książce napisałam tu - http://notatkicoolturalne.blogspot.ie/2013/08/papusza-historia-cyganki-w-piguce.html , więc powtarzać się nie będę, zresztą w swoim czasie każdy miłośnik książek o niej słyszał, pewnie też czytał. Jeśli ktoś ciekawy, co ja o niej myślę, zajrzyjcie pod ten link.
Film też pewnie obejrzany przez większość z Was, ja niestety poza krajem, więc muszę czekać na DVD albo premiery w telewizji, zapóźniona jestem masakrycznie w tym względzie. Strasznie Wam zazdroszczę, że w pierwszym tygodniu premiery możecie gnać do kina zobaczyć wszystkie polskie produkcje.

Długo siedzieliśmy w nocy, najpierw obejrzeliśmy The Hunger Games drugą część, a potem Wilka z Wall Street, więc wstałam trochę późno. Kawa, śniadanie, piękna pogoda, miałam wyjść z kijami, ale wszyscy mają wolne, córka w dom, postanowiliśmy najpierw obejrzeć Papuszę. Już od pierwszego kadru zostałam przyszpilona do ekranu. W ogóle nie mogłam oderwać oczu. To było jak czarno białe obrazy, dzieła sztuki. Przyroda, jej groza, piękno - tylko wirtuoz kamery mógł to tak wykorzystać. Byłam zachwycona każdą minutą.
Historia wzruszająca i tak celnie opisana - bez patosu, bez stawania po żadnej stronie, po prostu było jak było. Nie chodziło w tym wszystkim o to, żeby kogoś napiętnować, bo żył inaczej niż inni, bo kradł, bo według jakichś tam norm był może niefrasobliwy, aspołeczny i tak dalej. Nie była to też próba pokrycia spiżem Papuszy, chociaż jako poetka była ona i jest bardzo uznana.
Wszystko gra, tylko nie rozumiem jednego, dlaczego wszędzie, i w książce, i w filmie, omija się wątek miłości Papuszy do Ficowskiego. Bo, że ona była w nim zakochana to pewne, ja to wiem, niezależnie od tego, co mówią, czego nie mówią, co próbuje się przemilczeć, była i już. Czy on w niej, nie wiem, na pewno było tam jakieś porozumienie dusz, ale mężczyźni są inni. Natomiast po kobiecemu rozumiem jej duszę i wiem, na sto albo i dwieście procent, że miłość do Ficowskiego zaważyła na całym życiu Papuszy, może nie zmieniła życia w sensie dosłownym, ale zmieniła ją nieodwracalnie i jej w tym dotychczasowym życiu było już zupełnie inaczej. Nie insynuuję, że oni razem, że się tak wyrażę, to konsumowali, tego nie wiem i nawet nie będę dociekać, ale też i nie to chyba jest najważniejsze, bo dużo 'groźniejsze' dla kobiety jest wpuszczenie mężczyzny do serca i nie wyrzucenie go na czas. Niezależnie od tego, czy ona była mężatką, czy była wierna, czy chciała z Ficowskim być (na pewno nie chciała, nie było takiej możliwości i ona o tym doskonale wiedziała), to w ogóle nie w tym rzecz - o tę część serca na zawsze jemu oddaną chodzi. I o tę wrażliwość, która ją do piekła za życia zaprowadziła.
Spotkałam się gdzieś z opinią, że właśnie dobrze, że o miłosnym trójkącie Krauzowie nic nie wspomnieli, bo to by był obciach, a nie dobry film. Nie pamiętam kto, ale to musiał napisać facet. Doprawdy, nie da się faktora miłości z życia niczyjego wyrzucić, bo on jest motorem wielu zachowań, jeśli nie prawie wszystkich. Uczucie dobrze czy źle ulokowane może życie wzbogacić, zmienić diametralnie lub kompletnie zrujnować.
No, ale jest jak jest, film bardzo dobry, a Jowita Budnik po prostu zachwycającą aktorką jest. Bardzo mi żal, że jej częściej nie widzę w polskich filmach. Dla mnie to taka półka jak Agata Kulesza czy Anna Seniuk.
Na koniec powiem tylko, że Krzysztof Krauze w ogóle nie umarł. Wcale a wcale. Cieleśnie odszedł, ale pozostawiając takie filmy po sobie, będzie żył wiecznie. Bo to jego wrażliwość, oczywiście również jego żony, Pani Joanny, została zaklęta w te kadry. I to jest najpiękniejszy pomnik dla tego twórcy.



A tu prawdziwa Papusza w filmie dokumentalnym ( oba zaczerpnięte z You Tube)



poniedziałek, 27 stycznia 2014

Spacerując po Londynie czyli o tym, że podszewka bywa dziurawa

Im człowiek starszy, tym trudniej go zaskoczyć. Oczywiście ma się swoje 'lubienia' i
'nie-da-się-oglądania', ale bez przesady, żeby z gębą otwartą siedzieć cały film, to mi się zdarza niezwykle rzadko.
Ponieważ mam tego palca połamanego u nogi, to mniej mi tyłek nosi, oglądam zatem filmy.
Nawet popełniłam Skyfall czyli Bonda Craigowego. Miałam dobrą wolę, ale mi się nudziło, z tego wszystkiego kanapki sobie robiłam, herbatę, owoce, nic mi z akcji nie umknęło, bo większość to wiadomo - cliché Bonda przez samego Bonda.

W połowie zarzuciłam, bo jak zobaczyłam Bardema z przerostem cech wszelkich na twarzy (natura jest czasem okrutna), przedstawionego jako albinosa, bo wiadomo, najlepiej tak świra pokazać (wkurza mnie to), nie zdzierżyłam i odpłynęłam, kulejąc, w siną dal.

Szklaną pułapkę miałam obejrzeć, bo mi jakiś niewytłumaczalny sentyment został, ale też nie dałam rady. Pierwsza jednak była najlepsza.

Co mi przypomina taką śmieszną sytuację związaną z tytułem. Jak wiadomo, Szklana pułapka do DIE HARD. Nie wiem, dlaczego myślałam, że to coś po niemiecku. Nie pytajcie, wytłumaczenia na to nie mam.

Pytam kiedyś chłopaka mojej Miśki, co oznacza tytuł - uwaga - piszę jak wymawiałam - die hard. On - twarz blacha, z jeszcze teściowymi się bowiem nie zadziera - daj hard. No tak, mówię, ale co to znaczy (myśląc, że anglojęzyczni to oczywiście wszystko zangielszczają, nawet niemieckie tytuły). Daj hard on do mnie. Na to ja, no ale czy słyszałeś, co to może oznaczać? No to on spokojnie, bo to w ogóle niespotykanie spokojny człowiek jest - daj hard czyli DIE HARD, czyli umrzeć w mękach, czy giń w mękach czy jak tam, można na dziesięć różnych sposobów przetłumaczyć, ale idzie o to, ze dopiero załapałam za trzecim razem, że to po angielsku jest nie po niemiecku. Jak im to powiedziałam, to nie mogliśmy przestać się śmiać. Stąd pewnie moje miękkie serce dla tego filmu.

Ale nie o tym miało być.

Dzień czy dwa wcześniej obejrzałam dwa, które mi zapadły w serce, z różnych powodów.

'Niemożliwe' o tsunami i rozdzielonej rodzinie. Ach, pomyślałam, tkliwy będzie, niech jest. Łez wylałam morze oczywizda, ale oprócz tego taki był realistyczny, że cała się zwinęłam w kłębek i wszystko bym dała, zeby nie oglądać, a przestać nie mogłam.

Drugi natomiast to jak dla mnie - majstersztyk. Do tego w ogóle o nim nie słyszałam, a obejrzałam przez przypadek. Ach jak ja lubię takie przypadki.
London Boulevard - opis fatalny, że facet wychodzi z więzienia i dostaje pracę u gwiazdy filmowej, która przechodzi załamanie nerwowe. Colin Farrell gra główną rolę. Nie lubię go, nigdy nie, a do tego wiadomo, nie będzie kolin pluł nam w twarz i córuś porzucał, więc generalnie jest u mnie na czarnej liście. Poza 'In Bruges'.
Keira Knightley - już za samą konieczność sprawdzania, jak się pisze jej nazwisko można ją znielubić :-) A tak na poważnie, denerwuje mnie niestety końska szczęka i chudość z klatą jak zgięty karton. Wiem, że sama piękna nie jestem, ale na ekrany się nie pcham, a ją muszę czasem oglądać i mogłabym się obyć, bo aktorką moim zdaniem jest średnią.
Gdyby nie obecność Davida Thewlisa w tym filmie, pewnie bym nie pozostała przy postanowieniu obejrzenia pierwszych kilkunastu minut.



I się przykleiliśmy do ekranu z mężem jak glonojady, nigdzie nie odeszłam do końca. Pić mi się chciało, siku mi się chciało, telefon ćwierkał i pipał, a ja nic, oglądałam i im dalej w las, tym to wszystko lepsze było.
Nie chcę Wam wiele opowiadać, ale nic tu nie jest powtórką z rozrywki, nic oczywiste, nie tam, że wyszedł i chce uczciwie żyć dlugo i szczęśliwie, że się prześpi z gwiazdą i - I will alwaaaaays looooove you. Oł noł.
Zaskakujący, momentami brutalny, ale dałam radę, więc nie epatuje i nie rozgrywa filmu tą kartą, ironiczny, dający do myślenia, ciekawy po prostu. Ciągle mam przed oczami kadry z tego filmu, słyszę teksty i bardzo mi się to wszystko cuzamen do kupy podobało.
A poza tym całkiem nie wiem, co się stało z tymi tłem pod tekstem i dojść nie mogę.

poniedziałek, 1 lipca 2013

Trudne powroty, ale w walizce jak zwykle słodki ciężar

Niestety już tak jest, że moje wyjazdy i powroty są trudne. Ciągnąć tego wątku nie będę, jest tak i już. Tym razem wyjechana byłam jedynie z bagażem podręcznym, więc od razu wiedziałam, że marne szanse na jakiekolwiek zakupy. Zresztą nie miałam też i nastroju na buszowanie po regałach. No, ale nastrój to jedno, a druga natura człowieka to co innego. Oczywiście weszłam do kilku księgarń, żeby się trochę uspokoić, myśli zebrać, w okładkach ukojenia szukać.
Byłam w empiku, dwóch Matrasach i jednej takiej małej księgarence, o której napiszę oddzielnie.
Empik jak to Empik, chociaż ten inny jakiś, bo mały. W centrum Koszalina, niedaleko Domku Kata, na skraju zieloności parkowej miasta, można by sobie od razu na ławeczce z książką przysiąść, jeśli taka wola i czas pozwala. I menele, bo jak ci się w jakimś kątku zadomowią, to już po ptakach. Nie wiem, czy ja tego wcześniej nie widziałam, czy faktycznie jest ich więcej, ale wydawało mi się, że opanowali miasto. W upał ubrani w wełniane czapki lub takie z daszkiem jakieś zeszmelcowane, w kurtkach, z reklamówkami, wszędzie gdzie okiem nie rzucić. Więc lepiej nie rzucać :-)
Wracając do Empiku - obsługa młoda, przemiła i do tego niezwykle dowcipny chłopak, który mnie wkręcił, że za reklamówkę muszę zapłacić 7 zł. Na czole mam chyba wypisane, że naiwniak spoza Polski. Wzięłam to na poważnie i aż mi szczęka opadła, ale zaraz zaczął się śmiać, więc się zorientowałam. Tym razem nie było pana z ochrony, który z oddechem na karku podąża za kupującymi. Czy to za wcześnie, czy nie było potrzeby?
Zaraz obok mieści się księgarnia Matras. Nie wiem, co tam jest nie tak, ale mieści się w miejscu, gdzie odkąd pamiętam były książki sprzedawane i wtedy lubiłam to miejsce, a teraz wchodzi się tam i jakieś napięcie dziwne. Niby niczego konkretnie złego nie można się doszukać, ale jakaś taka niechęć do asortymentu tam panuje. Panie stoją za ladą, jak coś zapytać, to ugrzecznione, ale serca to one do tego fachu księgarskiego nie mają. Równie dobrze mogłyby tam być buty czy krawaty, może nawet by wolały. A może jakieś kłopoty firma przechodzi, dostały złą wiadomość, obcięli pensje? Nie wiem, ale byłam tam rok temu, dwa lata temu i też tak sztywno i jakoś niezręcznie było.
Za to w Matrasie w centrum handlowym Atrium wręcz przeciwnie - babki świetne. Bystre oko mola zaraz wyczuło 'swojego'. Od razu poczułam się 'jak w domu', nie było nikogo innego, można było pogawędzić o książkach. Gdyby nie moje ograniczenie bagażowe, pewnie bym tam dużo pieniędzy zostawiła. Wrócę na pewno. O trzeciej napiszę oddzielnie, bo to dłuższa opowieść o jednej z ostatnich, wprawdzie w sieci, ale jakby niezależnych księgarni.
Zakupów miało nie być, ale właśnie w tej ostatniej się nie oparłam tej oto książce


Jakże bym mogła? Przeczytałam kilka pierwszych zdań i nie było takiej siły, żebym jej ze sobą do domu nie zabrała.
Wiedziałam, że na wsi u rodziny męża czekają na mnie dwie książki, szykowałam na nie miejsce


Kochana Paula odsprzedała mi pierwszy tom Mojego życia z książką Rabskiej. Tak trudno mi było dokupić początek do drugiego, który już od prawie dwóch lat stoi na półce. Wreszcie mam.
A do tego wydawnictwo Bukowy Las wysłało dla mnie swoją nowość wydawniczą - książkę o Przybyszewskiej. Na FB poprosiłam i jest :-) Już podczytałam w autobusie, wygląda na to, że hit!


I to miał być już koniec. Przecież miejsca nie miałam. Ale przyjaciel jak zwykle obdarował mnie dwoma książkami. Marku wybacz, ale Katarzynę Wielką już posiadam, więc mi wymieniono na Kobiet Władzy PRL. Towarzyszka panienka to było moje marzenie, odłożyłam, bo wiadomo.  Ale i tak mnie znalazła :-) Już przeczytana, niedługo o niej napiszę.


U mamy podczas porządków znalazłam dwie książki ukochanej przeze mnie i mamę Stefanii Grodzieńskiej. Kupiłam je kiedyś na urodziny mamie, ale ona już nie poczyta, bo straciła zdolność do tego (to musi być straszne), nie miałaby też cierpliwości, żeby słuchać czytanej książki, więc je zabrałam ze sobą. Jakby co (nadzieja zawsze umiera ostatnia) zawiozę z powrotem


Już w tym momencie nie wiedziałam zupełnie, jak ja się spakuję? Tym bardziej, że miałam już kupioną 'Panią', gdzie był wywiad z Janem Jakubem Kolskim, 'Twój Styl', bo widziałam, że tam wiele ciekawych artykułów i wywiad z Pilchem, do tego 'Wysokie Obcasy Extra', bo cały ciekawy numer (felieton prof.Mikołejki i o Dorocie Wellman) i nie mogłam po prostu przejść obojętnie. Zawsze sobie obiecuję, a potem jak jakaś przemytniczka mięsa z okupowanej Warszawy, jadę wyładowana książkami w kieszeniach kurtki. Niosę ją pod pacha i palę głupa jak mój pies Franek, że to nie ja.
Przed samym wyjazdem pobiegłam jeszcze do kiosku po Wyborczą z Dużym Formatem i co widzę od wejścia?


Zacukałam się, bo nie znam tej powieści Fleszarowej-Muskat. Zrobiłam dzióbka i uruchomiłam proces myślowy, jak to możliwe, przecież mam wszystkie... i nagle mnie olśniło - niżej w tym różowym kółku przecież napisane, że to Biografia pisarki. Odwaliłam indiański taniec w tym kioseczku, napchanym rajstopami, pieluchami, gazetami, proszkami do prania, kołami dmuchanymi i czym tam jeszcze, sami sobie dopowiedzcie. Oczywiście zanabyłam drogą kupna i taka byłam rozemocjonowana, że dopiero w domu, za późno, zorientowałam się, że nie kupiłam Wyborczej z upragnionym DF. Ale skucha. 
Spakowałam to wszystko i tylko się zastanawiałam, jak sobie poradzę, kiedy zważą ten bagaż? Jechałam dwie godziny na lotnisko i zaklinałam rzeczywistość. 
Mole czasem mają szczęście, przeszłam, ale tyle nerwów mnie to kosztowało, że cały lot przespałam. W Dublinie czekały na mnie jeszcze dwie książeczki, daaaawno kupione na Allegro, przywiezione przez przyjaciółkę córki, dwie z czterech w serii (ukochane klimaty)


A w domu czekała przesłana przez autorkę dla polskiej biblioteki powieść - dziękujemy


 Najpierw musiałam odreagować pobyt, stres, trochę wylizać rany, ale po dwóch dniach rozłożyłam się ze stosikiem na łóżku i z godzinę przeglądałam, podczytywałam, cieszyłam się po prostu. Tak oto postanowienia nie kupowania wyglądają w praktyce. Wprawdzie kupiona jedna, ale przytargane kilka.


A że nie samym i książkami człowiek żyje, przywiozłam też film, przyjaciele mi sprezentowali, bo jęczałam, że nie widziałam. Teraz leży obok telewizora, a ja się boję go obejrzeć. Zawsze tak mam ze Smarzowskim, trudna miłość :-)


To by było na tyle. Mam dużo książek do opisania, postaram się nie opuszczać w blogowaniu. Miałam blokadę po wyjeździe, nie miałam w sobie słów, a tam nic nie czytałam, nie mogłam jakoś. Starałam się być na bieżąco z prasą. Zazdroszczę Polakom dzienników, prasy w ogóle. Wyborcza niezwykle ciekawa, a już sobotnia z Wysokimi Obcasami szczególnie. Czwartkowego wydania nie udało mi się kupić, raz za późno poszłam do sklepu, a drugi czwartek opisałam wyżej. Jeden miałam tylko problem, nie wzięłam okularów i pierwszy raz w życiu miałam problem (do tej pory mogłam i bez tego od biedy), litery malutkie, szare, a w magazynach takich jak np. Papermint czy WO Extra druk na obrazkach, częściowo 'zaburzony' jakimiś cudami na kiju, do tego szary, czcionka zmieniana, raz pochyła, raz inna, nie dało rady. Pierwszy raz mi przyszło do głowy, że przyjdzie mi się przeprosić z wersjami na Kindla i będę musiała z czasem kupować takie. Żal, bo lubię papier, zapach druku i nie będzie już to samo, jakkolwiek by mi ktoś nie imputował, że chodzi głównie o treść. Może teraz młodzi tak na to patrzą, ale ja mam jeszcze nawyki - kawa, rogalik, i gazeta w rękach, a nie tablet, nie Kindle. Ech, westchnęła i oddaliła się w stronę zachodzącego słońca...

środa, 8 maja 2013

Dobry film widziałam. A momenty były?



Powinnam pisać felieton, w takich wypadkach zawsze się zawieszam na chwilę. Koncentruję przez dekoncentrację. Niby się rozpraszam, rozbijam na setki kawałków, moja uwaga dryfuje w sto stron, a potem zbieram się do kupy, siadam i piszę.
Ale zanim...
Ostatnio Ale Kino+ przejęło wiele filmów po nieistniejącym już kanale Wojna i Pokój, tak mniemam, bo nagle dużo rosyjskich wyświetlają. Postanowiłam sprawdzić, czy przypadkiem nie ma czegoś w tym stylu. I wpadłam na sam początek, napisy dosłownie, polskiego filmu z 1962 roku - 'Jutro premiera' w reż. J.Morgensterna, który napisał też scenariusz wraz z Jerzym Jurandotem (mężem Stefanii Grodzieńskiej) – co jak co, ale ten ostatni szczególnie wiedział, co się w teatrach dzieje.
Nie znam tego filmu, nie widziałam wcześniej, nawet o nim nie słyszałam!!! W to mi graj, zasiadłam, ukwoczyłam się na fotelu i wpadłam w tę historię jakby mi się noga w Kanionie Kolorado obsunęła. Kanion mam w domu, bo jestem w trakcie załamywania się, że nie jadę na targi książki do Warszawy.
W roli głównej Holoubek jako początkujący dramaturg, który ma nadzieje wystawić sztukę w teatrze Studio. Udaje się tam porozmawiać z dyrektorem, którego gra Bardini (uwielbiam, ale wiadomo, Bardini zawsze gra siebie, czyli mentora, dyrektora, nauczyciela, profesora, zawsze stary i mądry, nawet jak był młodszy), zapytać czy ten przeczytał już jego sztukę i czy jest zainteresowany ją wystawić. I dzieje się. Akcja osadzona w teatrze, ściśle w kręgu artystycznym, ale są i takie smaczki, jak wszystko-ważna-wiedząca-widząca-pomocna pani bufetowa z teatralnego zakątka kawiarnianego, suflerka ze swoim składanym stołeczkiem i wiecznym brakiem 'grzybka' oświetlającego skrypt sztuki, czy też technik, który wiecznie nie ma wiadra gotowego na czas. Najwspanialsze są momenty prawdziwe, takie jak te z Klubu literata, gdzie przysięgłabym siedział i miał małą kwestię Tyrmand, albo słynna Kawiarnia Honoratka, gdzie też można było spotkać aktorów (vis a vis teatru).
Pokazany jest proces próbowania sztuki, prywatne życie artystów głównie przez pryzmat teatru. Najbardziej uśmiałam się z siebie, kiedy po scenie w domu scenografa i kostiumografa w jednym - gdzie tenże szykuje się do wyjścia z projektami do nowej sztuki, a w tle fika młody Janczar, w majtkach i krótkim szlafroczku, który mówi, że jest początkujący, sfrustrowany, że nawet na papierosy dostaje od starszego - od razu założyłam, że to partner-kochanek podstarzałego artysty, promujący młodszego w zamian za seks. Do czasu, kiedy starszy w gabinecie dyrektora, po zachwalaniu tego młodego wspomniał, że to jego syn. Wybuchłam śmiechem, jakże my skrzywieni jesteśmy tym wszechobecnym gejostwem teraz, do łba mi nie przyszło, że ten młodzian żyje z ojcem, bo nie ma dochodu, za oczywiste uznałam, że to homoseksualny związek, tak przecież częsty w środowisku artystycznym. Ale czy to nie stereotyp? Czy w artystycznym częściej niż gdzie indziej? Może tam się łatwiej do tego przyznają? Nie o to chodzi w tym wpisie, ale oczywiście podryfowała moja uwaga natychmiast w tym kierunku. Nic nie mam do gejów, żeby było jasne.
Oglądałam sobie te zmagania, ze sztuką najmniej mają wspólnego, za to dużo powiązań interpersonalnych, tych wszystkich małych-dużych-seksem zaprawionych zależności,  ale i zwykłych małostkowych, jakże nam teraz znanych postaw ludzkich. Świetna scena, kiedy autor idzie pochwalić się sukcesem, jak to koledzy unieśli? I w gabinecie dyrektora świetne quoty, kiedy mowa o młodych zdolnych (czy ktoś kiedykolwiek słyszał, żeby powiedzieć – on jest taki nieutalentowany młody? – Bardini podsumowuje – oni wszyscy są utalentowani, jak to młodzi*) albo o te, jak dyrektor wymienia, jakich protegowanych nie lubi najbardziej – piszące żony literatów, utalentowane aktorki znajome reżyserom itp. – czyż to nie jest nadal aktualne?  Ten film w ogóle się nie zestarzał. Oczywiście widać, że moda inna, że część aktorów już od nas odeszło, ale jakże to wszystko, co tam się dzieje, uniwersalne.
A Kalina Jędrusik jak zwykle nietuzinkowa. W ogóle obsada świetna, włącznie z nieznaną mi starszą aktorką Ireną Malkiewicz.
Wspaniały poranek, muszę wyczekać powtórki, bo na szczęście Ale Kino+ powtarza kilka razy o różnych porach, i sobie to nagrać. Na pewno będę do tego filmu wracać. No i muszę zobaczyć dokładnie jak wygląda Tyrmand i się przekonać, czy to faktycznie on w kawiarni się wypowiada na początku filmu.
Cały film można obejrzeć TU


sobota, 1 grudnia 2012

Głód serca chwycił mnie za gardło

Strasznie dużo miałam na głowie w piątek, wróciłam do domu wieczorem, ledwo mogłam się ruszać, ale zdecydowałam wziąć psa na spacer, bo terrier nie może wiecznie siedzieć w domu, dziczeje. Potem kąpiel i tak się ożywiłam, że zamiast jak porządny obywatel, kiedy zmęczony, udać się w piernaty, przysiadłam jeszcze obejrzeć wiadomości i trafiłam na film polski z 1986 roku.
Treść jest banalna - mężczyzna (Jerzy Zelnik) znajduje psa, szuka jego właścicieli, okazuje się, że należy on do chłopca samotnie wychowywanego przez matkę (Ewa Kasprzyk). Mężczyzna zaprzyjaźnia się z chłopcem, spędza z nim dużo czasu, od matki najpierw stroni, ale po jakimś czasie i z nią się zaprzyjaźnia, a na końcu się zakochują w sobie. Oczywiście jest pewna tajemnica, ale bez przesady, czachy nie odrywa.
Nie o treść i poziom tego filmu mi tu idzie, bo jest on średni, powiedzmy na piątkę w skali 10-stoponiowej (bredzę jak kaowiec z Rejsu), ale o realia i porównanie problemu z obecnym odbiorem.
Po pierwsze, kiedy bohater szuka właścicieli - dzwoni do jakiegoś urzędu, a tam od razu podają adres i nazwisko przypisane do numerka na obroży. Facet jedzie do domu tych ludzi, otwiera mu dziecko, natychmiast wpuszcza do domu, prosi, żeby się rozgościł i dzwoni po mamę, która przyjeżdża po chwili. Od razu przyszło mi do głowy - jak mu mogli podać nazwisko i adres, nie ma ochrony danych osobowych? Potem wszystko we mnie krzyczało - nie wpuszczaj go do domu, on ci może krzywdę zrobić! Nie zrobił. Matka przyjechała z pracy, nie miała problemu się urwać. Nie wywalą jej?
Potem pan się intensywnie przyjaźni z dzieciakiem, przychodzi do parku i bawią się z psem, zaprasza go do siebie na oglądanie filmu o dzikich plemionach w Afryce, bo chłopiec bardzo sie tym interesuje, daje mu książki w prezencie itd. A matka psycholog nie widzi zagrożenia! Dziadek (nobliwy Machalica senior) nic złego w tym nie widzi, jedynie lekko naśmiewa się z matki, która ma przebłysk przytomności (może to zboczeniec? - no wreszcie poszłaś po rozum kobieto!!! - krzyczałam w duchu). Toż to czysty pedofil na występach. Kiedy oglądali te filmy u niego w domu, siedzieli sobie na kanapie, on go obejmował, a ja cała sztywniałam, że pewnie zaraz się zacznie, zrzuci maskę, co gorsza pewnie spodnie. Nic się takiego nie stało.
Zamiast tego zakochał się w matce, jak to w normalnym romansie, w normalnych czasach, kiedy nikt o pedofilach nie słyszał (co nie znaczy, że ich nie było, teraz już to wiemy).
Zwykły film, a ja siedziałam ze ściśniętym gardłem, czekając na nieszczęście w postaci molestowanego dziecka i zaszlachtowanej matki.
Czy ja jestem nienormalna, czy czasy pogięte, że już nic normalnie nie przyjmujemy, tylko od razu zły dotyk, zbok, a matka dysfunkcyjna.

A poza tym dużo smaczków z końca lat osiemdziesiątych, oczywiście matka się martwi o syna, bo ten nie ma komórki i nie dal znać, że będzie później. Po ulicach jeżdżą głównie Maluchy, Polonezy, Duże Fiaty. W pracy luz, czy się stoi, czy się leży - pracownia architektoniczna, ludzie w białych fartuchach przy deskach, panowie inżynierowie wchodzą i wychodzą jak im się żywnie podoba, jak ma coś do załatwienia, mówi koledze, że idzie i tyle go widzieli. Kobiety chodzą głównie w spódnicach, a oczko w rajstopach jest prawdziwym dramatem i wielką stratą. Na obiad laski wozi się do hotelu, którego oświetlone wejście przywodzi na myśl zachodni blichtr, a imieniny obchodzi się w domu, podając po północy barszcz i krokiety. Zima, kozaki, meble, książki na półkach, wszystko z tamtych lat.
Żyć wtedy nie było za wesoło, ale wrócić do swoich dziecięcych lat tym filmem - faaaajnie

sobota, 3 listopada 2012

Rozmyślania o e-czytaniu, Meller mnie 'nakręcił'. A poza tym Annica się zbliża

Właśnie skończyło się Drugie Śniadanie Mistrzów, mój ukochany program sobotni, który z namaszczeniem oglądam, niespiesznie popijając kawę, a w nim na samym końcu rozmowa o e-czytnikach, w ogóle o gadżetach współczesnych.
I tak mi się po głowie tłucze, co z tym e-czytaniem, całkiem nowym obliczu czytelnictwa i molowania.
Od razu powiem, że jestem fanką czytników, ale jednocześnie absolutnie nie rezygnuję, nie mam zamiaru, z książek papierowych. A to dlaczego?
Ano bierze się to stąd, że są takie powieści, że one po prostu muszą po przeczytaniu stanąć na półce. Ma to wiele zastosowań. Przywołuje wspomnienia - przechodzisz obok regału z książkami, zatrzymujesz się obok znajomej okładki i jak na zawołanie, kiedy bierzesz książkę do ręki, wraca tamten czas, zapach, smak zajadanych 'amarettek', paluszków lub mandarynek, czas świąteczny lub letni, można tam znaleźć ziarenka piasku między stronicami, stare bilety wejścia na sztukę teatralną, albo kolejowe z sypialnego Koszalin-Warszawa. Emocje, wspomnienia, uczucia do książki pojawiają się wraz z jej obecnością namacalną, a nie wirtualnym tytułem na ekranie komputera. Niestety.
Druga rzecz - lubię swój dom i cudze, gdzie jest wiele książek. Lubię na nie zerkać, kiedy siedzę w fotelu, u znajomych przeglądać co tam mają, nie zawsze macać, bo czasem sobie ludzie tego nie życzą, ale patrzenie przecież nikogo nie boli. Dom bez książek jest dla mnie pusty. Czytnik tego nie załatwia. Natomiast załatwia brak miejsca na półkach i w tym jest nie do przebicia, ile by tych książek nie było, nie można powiedzieć, że się nie mieszczą. Gorzej, jeśli szlag trafi nasz dysk twardy, toż to jak pożar w domu, wszystkie książki zakupione jako e-booki idą w siną dal i tyle je widzieli. Nawet dysk zewnętrzny nie gwarantuje trwałości. Zastanawiam się nad tym, czy je na płyty wrzucić? Sama nie wiem, a Wy co robicie?

Książka na czytniku, kiedy w czytaniu, nie budzi dodatkowych emocji związanych z okładką i papierem, co ma dobre i złe strony. 'Cegły', albo wydane tak, że nie daję rady czytać, bo oczy, bo ręce, bo coś tam, wolę czytać na czytniku. Ale są takie książki, jak opisana dopiero co przeze mnie 'Książka' Łozińskiego, że gdybym nie miała ich w ręku, jedna trzecia przyjemności by odpadła. Nie najważniejsza, ale ważna bardzo. Nie nauczyłam się jeszcze cieszyć na moment otwarcia czytnika, a często mi się to zdarza, kiedy zbliżam się do książki leżącej na stoliku. Stare powieści, które mam wydane marnie, rozsypujące się, śmierdzące kwasem (papier książek wydawanych w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych tak jakoś dziwnie daje po nozdrzach, do tego mnie uczula i mi oczy łzawią) - te chciałabym mieć w formie e-booka. Chociaż Wszystko dla Pań Zoli wolałabym piękne płócienne wydanie, które widziałam na jednym z blogów.

Czy tylko mnie się wydaje, że grube tomiska szybciej czytają się na czytniku? Czasem książka jakoś tak myk-myk i już koniec. 

Zdaję sobie sprawę, że do e-czytania po prostu trzeba się przyzwyczaić. Uważam, że kryminały, do których nigdy nie wracam, świetnie nadają się do tego, żeby je tak czytać. Tylko jak nauczyć się emocjonować 'spisem treści' czytnika?
No i kupowanie straciło na emocjach też. Papierowe - wygląda się paczki, listonosza, koperty, a ebooki masz  w mig. Oczywiście jest to plus, kiedy nam na czasie zależy.
O takich sprawach jak wożenie książek na wakacje w jednym małym 'plastikowym listku', czyli nic nie ważą, a są, wspominać nawet nie będę. Ale co z tym ziarenkiem piasku między stronicami?
Jak widać nowe walczy u mnie ze starym, lubię oba sposoby, ale jeśli idzie o nowoczesność mam problem z odarciem jej z tej magii, jaka niesie książka, na rzecz technicznego podejścia do przyjęcia tekstu do głowy.



A poza tym przyznam się, tym szczególnie, którzy mnie zachęcali, że oszalałam na punkcie nowego serialu brytyjskiego Sherlock. Całe szczęście, że Ale Kino+ zapodał(o), bo inaczej na dvd czy jakoś inaczej, bym się nie postarała. A tak czekamy na kolejny odcinek. Pasuje mi muzyka, aktorzy (chociaż twarz Benedicta Cumberbatch'a mnie doprowadza do rozpaczy (grymasy, niesymetryczności odwracają moją uwagę, ale i tak mniej niż w Parade's End), wszystko mnie zachwyca.


Równie niezmiernie cieszę się na nowy serial skandynawski oparty na powieściach Lizy Marklund (sześć z dziewięciu sfilmowano), już w niedzielę na tym samym kanale.




wtorek, 30 października 2012

Urodzinowo i świątecznie, a zamiast tortu, Hania pokroiła moje serce

O ludzie, zapomniałam z tego wszystkiego o urodzinach bloga - 25 go października stuknęło nam 3 lata.



Z jednej strony wydaje mi się, że to wieki, a z drugiej - gdzie ten czas zleciał? Pamiętam do tej pory ten dzień, kiedy biedziłam się w kuchni nad szablonem, nad dodawaniem obrazków i tak dalej. Zaczęło się od blox, potem odbiłam na blogspot, ale jednak zostałam też i na blox, bo tam jest wiele dobrych znajomych, których nie chciałam tracić z oczu i nie chciałam im zniknąć, bo wiadomo, co z oczu to z serca.
Nie raz już pisałam, że uwielbiam to moje blogowe życie, blogowe znajomości, Wasze wizyty, moje u Was, to wzajemne napędzanie się na książki. Nie poznałabym Was gdyby nie blog. Życzę nam wszystkim wielu lat razem, trochę egoistycznie, ale co tam, moje urodziny blogowe, to mi wolno. 

A jak już tutaj jestem, opowiem wam o filmie świątecznym, który sobie zapodałam w nadziei na poprawę humoru. Trafiłam jak kulą w płot, jeśli idzie o rozweselanie siebie, ale film dobry. Spłakałam się jak bóbr, aż czkawki dostałam. A mowa o 'Hani' Janusza Kamińskiego.


Płakanie nie umniejsza wartości filmu broń Boże, tylko niech Was choinki i Mikołaje nie zwiodą. To nie będzie komedia romantyczna. Za to refleksyjny film o tym, co przynosi szczęście, że droga do zrozumienia tego bywa czasem bolesna, że trzeba wybaczać, dla samego siebie, bo nienawiść czy żal nas potrafi zatruć. A najbardziej o tym, że czasem traci się właściwą perspektywę i niby jest dobrze, ale życie się rozłazi jak stare gacie z PDT-u
Ten film przeszedł prawie bez echa, a może tylko mnie się tak wydaje? W każdym razie wart uwagi, polecam.

poniedziałek, 22 października 2012

Powroty, czary mary fiku miku i carskie klimaty. A Misja im się udała

Przepraszam, że Was tak porzuciłam na czas jakiś, ale życie mnie pokonało, najpierw wizyta córki, kiedy to sobie obiecuję, że nie będę siedzieć w sieci, a korzystać z jej obecności, potem wyjazd do Dublina na wręczenie dyplomów córki tejże (innej nie mam), potem krótki wypad do Polski, no i jestem nazad.
Oczywiście w kraju, nie byłabym sobą, kasa jest czy nie, musiałam zajrzeć do kilku księgarni. Za dużego wyboru w moim mieście nie ma, bo jedne padły, inne się przemianowały, a tak w ogóle to króluje Empik, którego nie lubię, ale jak nie ma co się lubi i nie ma czasu do stracenia, a do tego czasem wielka chętka, to zajrzałam. Tym razem byłam z córką, więc razem rzuciłyśmy się w regały. Empik znajdował się w wielkim centrum handlowym, zaraz na przeciwko cmentarza, gdzie poszłyśmy wcześniej umyć groby przed pierwszym listopada. W zgiętym łokciu, z miną hrabiny niosącej torebkę Louise Vitton, miałam czerwone wiaderko z szufelką, szczotką, płynem i kompletem ścierek. To centrum takie 'oł eł', że nie było gdzie tego schować, a przecież wiaderko nie mogło być nam przeszkodą w odwiedzeniu księgarni. Będą mnie tam pamiętać długo.
Wzięłyśmy koszyk (dla takich jak my powinni mieć tam wózki) i ładowałyśmy książki jak leci od wejścia z myślą o późniejszej segregacji, nie chciałam po prostu wracać do początku i szukać, co też mi w oko wpadło. Wiadomo, jak z tym wpadaniem, coś się gałką zahaczy, a potem człowiek zachodzi w głowę, co to było i co gorsza - gdzie leżało?
Dowlokłyśmy się z wiaderkiem i tym koszem do kanapy na końcu salonu, tam rozsiadłyśmy się wygodnie i zaczęłyśmy przeglądać i eliminować. Powiedzmy eliminować, najpierw nic nie odrzuciłyśmy, ale potem zdrowy rozsądek (ciężko go zachować, kiedy promocja 20% niżej powyżej zakupów 75zł) oraz świadomość mizerii naszego bagażu, z gumy to on niestety nie jest, kazała nam jednak przywołać się do porządku i odrzucać to, co najmniej nam było drogie. Jak na złość moje must have, czyli Oriana Falacci wielka jak tyłek słonia, a druga, którą znalazłam i nie potrafiłam się pozbyć, czyli 'Powiedz mi, kim jestem' Navarro, nie mniejsza objętościowo. Jeszcze przy kasie znalazłam Domina czwartą część sagi sybirskiej "Młode ciemności" i już byłam kontenta. Do tego oczywiście McDusia, nic to, że recenzje miażdżące, pewnych idoli się nie zdradza (można krytykować, ale nie porzucać). Córka dobrała nowej Bishop dwie i się zrobił stos. Nowej Grocholi prośbą i groźbą, fochami i błaganiem nie wydostałam, leżała sobie cichutko w oczekiwaniu na następny dzień, który był premierą. To samo z drugą częścią Siedliska. Może to i dobrze, bo mogło się okazać, że mnie na coś nie stać i nie wiedziałabym co odłożyć. I tak musiałam zostawić Łapa w łapę (rozmowy Łapickiego z żoną), nową Masłowską, jakieś dwa kryminały, jedną fatnasy... już nie będę rozpamiętywać, bo przyjdzie mi karetkę wzywać.
Książki są cholernie drogie, tego Wam mówić chyba nie muszę. Żałuję tylko, że nam się nie udało przed osiemnastą do Weltbild dotrzeć, bo tam podobno szalona promocja.

Zakupy to jedno, ale weź to człowieku potem na półki powstawiaj. Tu musiałam przywołać swoje magiczne zdolności. Ogłaszam, gdyby ktoś chciał zobaczyć regały z gumy, na których niby miejsca nie ma, ale nowe zakupy cudownie się mieszczą, zapraszam do siebie. Za każdym razem wydaje mi się, że teraz to juz na pewno było ostatnie miejsce do zajęcia, a i tak się coś tam jeszcze mieści.
Ale teraz to już naprawdę było ostatnie miejsce, od teraz to książki będę musiała chyba składać w pół, żeby w jedyne wolne miejsca w kształcie kwadratu, powtykać.

A z innych spraw, oglądająco czytelniczych to powiem Wam, że serial Misja Afganistan jest po prostu świetny. Jestem baba, do tego nigdy w wojsku nie byłam, to gdyby tam jakieś nieścisłości, to wiedzieć nie będę. Zresztą śmieszy mnie, kiedy się lekarze/prawnicy/strażacy odzywają i mówią - serial nieprawdziwy, tak się nie operuje, tak się po sali nie chodzi, tak się pożaru nie gasi. Jakbym chciała wiedzieć, jak się operuje, to bym sobie na Discovery Science takie operacje oglądała, a nie w serialach.
Misja Afganistan trzyma poziom, fajne zdjęcia, klimat jest, muzyka świetna, Małaszyński trochę mnie wkurza, ale za to Lubos równoważy i nawet wszystko przewyższa. Kocham faceta normalnie. Inne męskie role też bez zgrzytania piachu w zębach, chociaż upał i kurz wszechobecny. Dobre kino, chociaż serial. Za każdym razem pozostaje niedosyt i chęć natychmiastowego obejrzenia odcinka, to chyba dobrze nie?


A poza tym skończyłam słuchać


Jestem zachwycona. Powieść ukazuje życie z wielkim władcą Rosji z perspektywy dziewczyny, która najpierw doznała biedy i wielu upokorzeń, ale dzięki wrodzonej mądrości i niezwykłej inteligencji społecznej doszła na sam szczyt - została Carycą. Jak wyglądały intrygi dworskie wiemy, z filmów, seriali i innych powieści. Niezależnie od tego, czy to dwór angielski, papieski czy rosyjski, wzór pozostaje ten sam - intrygi, podkopy, morderstwa, raz na szczycie, raz w głębokim dole, szczęście jeśli nie w trumnie. Utrzymać się przy carze, który do wiernych nie należał, miał wokół wielu doradców, a ci różnie się odnosili do kobiety, która miała wpływ na wodza, było na pewno trudno i niebezpiecznie.
Marta, potem Caryca Katarzyna, urodziła Piotrowi Wielkiemu 12 dzieci, z czego wiele zmarło, nigdy nie dała mu dziedzica tronu płci męskiej, bo wszyscy chłopcy umarli, tym bardziej było jej trudno utrzymać się u jego boku. Wszystko obserwujemy z jej punktu widzenia, ona jest narratorką, jej emocje filtrują zdarzenia - jest to bardzo ciekawy obraz kobiety u władzy, do tego takiej kobiety, która nie była chowana na takie zaszczyty, musiała dojść do wszystkiego z samego dołu społecznego. A czasy dla kobiet nieprzyjazne.
Słucha się wspaniale, wprawdzie maniera pani Lewińskiej tu i ówdzie lekko drażni, ale da się przeżyć. W sumie pasuje do postaci i treści. Bardzo udana realizacja, a powieść niezwykle ciekawa. Nie tylko dla fanów prozy historycznej.

poniedziałek, 10 września 2012

Konkurs Tostowy rozwiązany, lista wygranych i lemonowo bezowe reminiscencje

Kochani. Bardzo ciekawe były wypowiedzi, cieszę się, że było takie zainteresowanie, bo książka warta przeczytania, zresztą Aniado z bloga Lepszy Smak to potwierdza u mnie w komentarzach.
Konkurs rozwiązany i mamy zwycięzców. Oto lista pięciu osób (całe szczęście, że pięciu, bo inaczej bym sobie w łeb z korkowca strzeliła, gdybym miała wybierać jedną wypowiedź):
1. Za pierwszą część zadania - odgadnięcie z jakiego filmu pochodzi cytat zawarty w tytule, pierwsza odgadła Nutinka i do niej pojedzie książka.

Kolejne cztery:
1. Molik Ewa
2. Hania Kwaśna
3. Wiewióra
4. Agnieszka Pohl

Adres do Nutinki mam, pozostałe panie proszę o wysłanie adresów do wysyłki książki (przypominam, że z przyczyn ode mnie niezależnych, tylko na terenie Polski). Mój mailowy jest podany w lewej szpalcie.

Tak mnie ten konkurs natchnął, że w swoje urodziny postanowiłam upiec tartę cytrynową z bezą, taką jak na zdjęciu, z tym, że mi taka nie wyszła, ale też niezła i była przepyszna. Wykonałyśmy ją razem z córką.



I tym smacznym akcentem, gratuluję i pozdrawiam
A, i oczywiście zapraszam do obejrzenia filmu. Daty podane w poprzednim wpisie.


piątek, 31 sierpnia 2012

Uwaga - będę może mówić nieskładnie, pięć nocy nie spałam - Konkurs tostowy

Pięć nocy nie spałam, bo jestem po strrrrrasznej wizycie u dentysty, nie będę się tu rozwodzić, jak kto ciekawy krwawych opisów, zapraszam na Co-Dziennik

Są takie filmy, na które nie czekaliśmy, ba, nawet o niech nie wiedzieliśmy, że istnieją, dopadły nas gdzieś przypadkiem, chwyciły w szpony uwagi i nie opuściły myśli, nawet wiele tygodni po seansie. Są takie filmy.
I mnie się zdarzyło niedawno, zmieniając kanały bez specjalnej nadziei na coś cudownego, właściwie już postanowiwszy o zabraniu się za czytanie, ale jeszcze może tu,  a może coś na Ale Kino, nawet mi się nie chce zajrzeć do programu TV, zawsze dobre filmy są na Kino Polska, a może coś fajnego na Kuchnia+? Kto by się właśnie tam spodziewał, że zapodadzą film, który mi zapadnie w pamięć prawdopodobnie na całe życie. Strasznie żałowałam, że go nie nagrałam. Ale nic straconego, bo niedługo będzie nadawany na Canal+ (11 i 25 września).
Filmy brytyjskie mnie czasem fascynują, ale bywa, że i odpychają. Mają w sobie czasem jakiś chłód, surowość i jakby to powiedzieć, wilgoć. Niektóre. A niektóre są jak magnes, i ten, o którym piszę, czyli 'Tost' właśnie zalicza się to tej drugiej kategorii. Wciągnął mnie jak telewizyjny odkurzacz, na 90 minut przeniosłam się po prostu w tamten czas, do opowiadanej historii i tylko mi żal, że niczego sobie nie mogłam tam pojeść. A historia jest dosyć smakowita, można powiedzieć nawet niebezpiecznie smakowita.
Nie wiedziałam o tym, kiedy oglądałam film, ale zastanowiło mnie zakończenie, zaczęłam grzebać i dowiedziałam się, że opowiada historię dzieciństwa słynnego kucharza celebryty brytyjskiego Nigela Slatera, a oparta jest na biograficznej książce tegoż. Wcześnie stracił matkę, przez jakiś czas próbowali sobie radzić sami z ojcem, ale nie bardzo im to wychodziło, w każdym razie postanowiono im pomóc polecając gospodynię zajmującą się domem i gotowaniem i tak do ich życia wkroczyła Mrs. Potter. W filmie grana jest przez niesamowitą, zwariowaną, czasami wręcz niepokojącą Helenę Bonham Carter.  Szanowany wdowiec jest łakomym kąskiem dla postrzelonej Joan. Przez żołądek do serca mężczyzny, zaczyna im gotować coraz do wymyślniejsze potrawy, a kucharką jest bardzo dobrą. Chłopak, czyli mały Nigel, tez lubi gotować, ale jeszcze-nie-machocha, nie dopuszcza go do świątyni, a kiedy on i tak gotuje, w szkole na zajęciach, zaczyna traktować go jak wroga i konkurenta.



Popisowy lemon meringue pie, na zdjęciu poniżej, spędza mi sen z powiek. Jakże ja bym chciała umieć takiego upiec. Albo chociaż raz zjeść.


Uczty domowe są coraz okazalsze, aż do tragicznego finału, ale o tym sza. Zobaczcie sami.


Nigel dosyć szybko zorientował się, że mężczyzna gotujący, tylko na początku jest pośmiewiskiem, ale koniec końców, jeśli robi to dobrze, wszyscy go podziwiają, a kobiety po prostu uwielbiają


Ten film jest wzruszający, chwilami zabawny, chwilami smutny, zwariowana Mrs. Potter jest taka jak Helena, postrzelona, nie trzyma się zupełnie ram konwenansów i dobrych obyczajów. Ma w sobie tajemnicę, ale też jakąś żałość. Wszystkie smaki życia w jednej - po części kulinarnej - historii.
A wszystko to o tym Panu poniżej



I tu dochodzę do sedna wpisu, czyli konkursu. Mam dla Was do rozlosowania pięć książek Nigela Slatera, na podstawie których nakręcono film - ufundowanych przez Cyfrę+



Poproszę Was, żebyście napisali kilka zdań o tym, jakich kucharzy znanych szerokiej publiczności, z prasy, telewizji czy książek kucharskich, cenicie najbardziej i dlaczego? Mogą to być Polacy lub nie, żyjący lub nie.

Niestety książki mogą być wysłane tylko na adresy w Polsce, weźcie to pod uwagę, zgłaszając się do konkursu. Nie musicie mieć bloga, jeśli nie macie, zostawcie do siebie jakiś adres email. Nie musicie linku do tego konkursu umieszczać u siebie na blogu, chyba, że chcecie. W ogóle nic nie musicie poza posiadaniem polskiego adresu do wysyłki i napisaniem kilku słów. Najciekawsze wypowiedzi zostaną nagrodzone książkami, a jest ich cztery, bo piąty konkursowy egzemplarz przypadnie temu, kto pierwszy odpowie, z jakiego polskiego filmu pochodzi zacytowany w tytule posta tekst -  "będę może mówić nieskładnie, pięć nocy nie spałem" (dla ułatwiania dodam, że kwestia ta była namiętnie powtarzana przez pewnego reżysera).
Na odpowiedzi czekam do 9 września do późnej nocy, w poniedziałek poczytam i 11 września, w dzień emisji filmu na Canal+ ogłoszę wyniki. Proszę wpisujcie je poniżej w komentarzach.

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Filmowe lato, Więckiewicz razy dwa, Dziędziel też na dodatek, a i po czesku też coś wpadło

Kochani. Zamilkłam, jakoś mi nie idzie teraz. Listę mam długą jak papier toaletowy, a pisać nie po drodze. Co siadam, to wydaje mi się, że nie mam nic ciekawego do powiedzenia. A potrafię przy porządkach na przykład przemyśliwać, co to ja Wam powiem, jak tylko dorwę się do komputera. Wystrzelam się z myśli podczas pozakomputerowego czasu, a przychodzi ten moment, że trzeba by znaki do kupy zebrać w słowa i nic. Wszystko wydaje mi się jakieś takie bez sensu. Rozmemłałam się jak mamałyga, czas potrafię przepierzyć za przeproszeniem jak nikt. Przewalam się między komputerem, książką, gazetą, filmem, kuchnią, ogrodem i obowiązkami i nic nie jest zrobione jak trzeba. No, może poza obowiązkami.
Postanowiłam przerwać ten zaklęty krąg niepisania, zrobiłam sobie herbatę zaparzoną jak Pan Bóg przykazał, czyli w czajniczku liściastą, nalałam do ulubionej filiżanki i do dzieła. Dzisiaj o kilku filmach.


Od Moniki z błękitnej biblioteczki pożyczyłam dvd 'W ciemności'. Ona biedna nie zdzierżyła, ale to dlatego, ze dopiero co po urodzeniu Henryczka, młode mamy lepiej, żeby coś weselszego oglądały, miała rację, że zostawiła na potem. Przyniosła mnie przed wyjazdem do Polski na wakacje i jak tak chodziłam wokół tego filmu, jakby mi ktoś drzazgę w palec wbił. Aż stwierdziłam, że trzeba się z tematem zmierzyć, bo jak to tak z kawałem drewna pod skórą żyć?

 
O Bożenciu, co ja się naemocjonowałam, myślałam, ze mi serce siądzie. Nie będę tu rozprawiać o zdjęciach i scenariuszu, o tym, że Więckiewicz wielkim aktorem jest, bo to możecie sobie poczytać gdzie indziej, wszyscy pieją i mają rację. Powiem tylko, że czułam wilgoć, czułam strach, samotność, ale i małe radości (malutkie takie) w czasie tego ukrywania się. Podobała mi się kreacja Więckiewicza i jego postać, człowieka niejednoznacznie dobrego, z duszą o wielu odcieniach szarości i czarniawą nawet. Przecież bohaterem się człowiek nie rodzi, nim się bywa i to czasem nie na podstawie logiki i przemyśleń, a impulsu, bo inaczej nie można. Gdyby się nad tym głębiej zastanowić, to pewnie by człowiek wolał nim nie być, byle mieć święty spokój, byle bezpieczniej. A tu coś ci karze pomagac cholera, ryzykować i nic na to nie poradzisz. Wojna to straszny czas, nie chciałabym tego przeżyć, dlatego trudno mi oceniać tych, co byli dobrzy i tych, co się zepsili.
A kiedy oni wyszli z kanału i on krzyczał - Moje Żydy, to ja tak strasznie płakałam, że się aż mąż zaniepokoił. Bo się napięcie nabudowało i to się tak masowo wodospadem wyładowało. Ja w ogóle ostatnio mam nerwy na wierzchu, strasznie wszystko przeżywam, tak jak kolejny film z Więckiewiczem pt. Wymyk.Tym razem Canal+ mi go zapodał, kocham ten kanał za polskie filmy (i nie tylko, bo i francuskie też nadają i w ogóle dobre)


To jest film, w którym widać, że Więckiewicz jest po prostu cholernie dobrym aktorem. Warunki ma takie, jakie ma, można by powiedzieć, że wszędzie jest taki sam, gdyby nie to, że nie jest. Kurczę, jak on to robi, że ja wiem, że to on, a jednocześnie identyfikuję go za każdym razem z rolą i wszystko mi jedno, że to znowu on. Większy mam problem z Simlatem, bo on mi się wydaje wszędzie taki sam, ale w sumie tu nie ma słabych ról. Wątek jest od początku do końca bardzo świadomie poprowadzony, na sztywnym kiju, że się tak wyrażę, nic tam się nie gibie na strony.
A ładunek emocjonalny równie mocny jak w wojennych i rozliczeniowych samograjach, bo tam, nie oszukujmy się, bez łaski, że się człowiek przejmuje, a tu mamy historię dwóch braci i pewnej podróży pociągiem, po której nic już nie jest takie samo.
I mój ulubiony Dziędziel jak wisienka na torcie. I Muskałę bardzo lubię, chciałabym jej więcej w kinie.
Nie będę opowiadać fabuły, bo nie lubię tego na innych blogach, tutaj tylko o tym, że siedzieliśmy z mężem jak zaczarowani i tylko klęliśmy pod nosem, że to się wszystko tak pokiełbasiło u bohaterów i już nie odkręci, bo życie nie zawsze jest takie, że powiesz przepraszam i wszystko jest ok.
Bardzo polecam.


A jak Dziędziel, to po raz drugi, tym razem w dużo lżejszym gatunkowo wydaniu. Mam słabość do Fleszarowej-Muskat, a to właśnie na podstawie jej powieści o budowaniu Gdyni - 'Tak trzymać' - nakręcono mini serial czteroodcinkowy 'Miasto z morza'. Czy ja mogłam to przegapić? Oczywiście, że nie, chociaż cukierkowy, chociaż pozytywistyczny, o tym, jak ciężką pracą ludzie się bogacą a Polska rośnie w siłę. Ujęcia jak z obrazów nadmorskich malarzy, którzy tworzą na promenadzie i mają nadzieję sprzedać na pniu swoje produkcje. Ale mnie to nie przeszkadza, nie samymi ciężkimi i ważnymi filmami człowiek żyje, potrzeba mi czasem wytchnienia i odpoczynku, a nade wszystko nieustającej wiary, że ciężką pracą i pasją można osiągnąć wiele, a wielkie wizje rodzą się w głowach i sercach ludzi najpierw, potem dopiero trafiają do realizacji i nie trzeba się bać, jeśli w coś wierzysz, to się ziści.
Nawet jeśli nie, wierzyć trzeba.

Jak już tak lżejszymi poleciałam, to zapodałam od razu Morning Glory trzymany na tę właśnie okazję.


Typowa amerykańska komedia, o młodej producentce, która trafia do większej, ale podupadającej stacji do programu porannego i stawia go na nogi. Wszystko to już było, czyli na początku jest do niczego, ale potem się to jakoś układa, ale śmiesznie jest i naprawdę duży to relaks, więc polecam jak słodkiego pączka na troski, nie samymi sałatkami z soją człowiek żyje.

A na koniec wisienka na torcie. Kiedyś widziałam ten film od połowy, nie znałam tytułu i mnie męczyło, co to takiego było? Teraz zasadziłam się na oglądanie 'Piękności w opałach' na Ale Kino (drugi kanał, bez którego żyć bym nie umiała) - filmu czeskiego, o którym wiele dobrego słyszałam. I co ja widzę? Ta dam, to ten film, co go tylko pół widziałam. Obejrzałam teraz jak należało, czyli od napisów początkowych do końcowych i powiem tak, dobry cholernie, ale zostawił mnie zniesmaczoną, jakby mnie ktoś lepkim mazidłem obsmarował i zostawił na słońcu. Nie z powodu samego filmu, bo podkreślam, że jest świetny i ze wszech miar wart obejrzenia, ale i historia, i bohaterowie nie są zdecydowanie tym, do czego nas przyzwyczaili Czesi, którzy zawsze brzydkie potrafili pokazać w lepszym świetle, chociaż na wesoło. Tutaj nie ma wesoło, to, co jest niesmaczne, jest niesmaczne, pogmatwane i dołujące. Jedynie aktor, który kiedyś grał doktora Błażeja w Szpitalu na peryferiach, jedyna normalna postać w tej opowieści, jest zadziwiająco na starość przystojny.



Jan Hrebejk pokazał życie swoich rodaków w jaskrawych kolorach, bez żadnego ściemniania, stukania się kuflami piwa i czeskich przyśpiewek. Wspaniałe kino, ale wymagające czegoś więcej, więc nie nastawiajcie się na beztroskie jedzenie domowego popcornu. Momentami będzie bolało. Mimo tego, jest to jeden z tych filmów, które na pewno obejrzę kiedyś jeszcze raz.

A na koniec polecę Wam nowy serial kryminalny, na który się niezwykle cieszę - tym razem rodem z Finlandii - od 2 września, na razie 6 odcinków pt. Vares. Przeczytałam w zajawkach -  serial, w którym czarny kryminał splata się z elementami komedii i pastiszu, został okrzyknięty w ojczyźnie Świętego Mikołaja początkiem nowego gatunku - Finn Noir. Osiągnął kolosalną popularność, a jego kolejne odcinki wchodziły tam na duży ekran, jako pełnometrażowe filmy kinowe. 


Nie chcę go przegapić, już sobie zapisałam w kalendarzu, ciekawe, czy uwiedzie mnie równie łatwo jak Winter, Wallander czy Sarah Lund?
I cieszę się, że Krew z Krwi (polski serial kryminalny z Agatą Kuleszą) będzie na Canal+ powtórzony, bo ja przegapiłam połowę odcinków z powodu choroby. Dla zainteresowanych od 3-12 września codziennie po jednym odcinku będą emitować, lub od 21 września w każdy piątek.

No to się nagadałam, a teraz idę sobie precz. Wiem, połowa z Was nie ogląda, druga połowa nie ma telewizora, trzecia połowa nie ma Canal+, czwarta nie ma Ale Kino, ale filmy są też pewnie dostępne na dvd, warto o nich wiedzieć. A ja uwielbiam dobre seriale i dobre filmy, traktuję je na równi z książkami, uważam, że rezygnowanie z tej akurat muzy to odbieranie sobie wiele przyjemności. Nie chcę tu wywoływać dyskusji, tylko można powiedzieć ją kończę, po wielu komentarzach o tym, że szkoda czasu na TV.
Po ostatnim seansie pierwszego odcinka sfilmowanej książki Forda Madoxa Forda 'Parade's End' na BBC2, szczególnie nie mogę się z tym poglądem zgodzić. Jakie to było, hmmm, pysznościowe, tak bym to ujęła. Ale o tym więcej kiedy indziej


środa, 15 sierpnia 2012

Lato serialami stoi

Czy ja mówiłam, że w lecie nie oglądam telewizji prawie, że wcale nie? Tak było, ale w tym roku jakoś dziwnie się nie trzymam tej reguły.
Po pierwsze zaliczam mnóstwo starych filmów na Kino Polska, TVP Kultura, powtórki szwedzkich na Ale Kino i innych filmów też. TVP Seriale Wallandera puszcza,  zdarzają się też seriale z lat siedemdziesiątych, też oko zawieszę.
Czy mi się wydaje, czy w poprzednich latach niewiele było w TV nowosci, za to same powtórki?
Tym razem jest inaczej - premiera za premierą.
Po pierwsze primo bardzo przyjemny serial na Canal+ Pan Am - stewardesy, linie lotnicze, lata sześćdziesiąte, zimna wojna, piękne kobiety, panowie jak z reklamy whisky lub Marlboro, sama przyjemność.


Jakby tego było mało, na HBO zaczął się Newsroom z Jeffem Danielsem, którego kiedyś bardzo lubiłam, a jakiś mi zniknął z horyzontu.


To jest dopiero serialowa broń masowego rażenia. Świetny, trzyma w napięciu od pierwszej minuty i to każdy odcinek, nie ma gorszych. Tempo ma jak Japończyk pracujący na akord, aż czasem zapominam oddychać. Wiele tam prawdy, trochę mydlenia oczu, jak to dobry pan chce załatwić złych panów, ale bez przesady, znam ja i takich, którzy robią coś dla idei i z przekonania i podkładają głowę pod topór, chociaż udaje im się czasem przy okazji zarobić. W politykę nie wnikam, wiadomo, że będą tam przemycać te swoje - ci dobrzy, tamci be - ale nas to nie dotyczy, my możemy mieć ubaw to wszystko obserwując.  Tutaj jest wszystkiego po trochu, jak w dobrej drożdżówce - dobrze wyrobione ciasto telewizyjne, bez zakalca. Polecam szczególnie

Ale Kino nas tego lata też rozpieszcza, najpierw Sprawy Jacka Tylora, serial irlandzki, dzieje się w Galway. Mogę zaświadczyć, że dużo tam prawdy, dużo realiów, dobre kino, nie ma ściemy. Ciekawe zagadki kryminalne, klimat Galway i okolic zachowany, dużo obserwacji społecznych, nie tylko dla Polonii w Irlandii ciekawe, to na pewno


Jakby tego było mało, niedawno zaczął się kolejny ciekawy serial na Ale Kino - Trupia farma. Niektórzy z Was czytają książkę o tym samym tytule, ja nie wpadłam na jej ślad, ale film mi to rekompensuje z nadwyżką. Połączenie CSI z brytyjskimi serialami kryminalnymi, takimi jak ten na wyspie Jersey, jak mu tam na imię było? W każdym razie świetny i trudno przejść obojętnie, kiedy się wie, że zaraz będzie nadawany.


No i te premiery filmów - oczekiwany przeze mnie od długiego czasu W Brighton na podstawie powieści Grahama Greena o tym samym tytule. Czytałam ją w latach osiemdziesiątych w Łebie, nie mogę się doczekać obejrzenia. Drugi, podobno hit, ale ja nie słyszałam wiele, z opisu wnoszę, ze bardzo ciekawy - Nic do oclenia, no i Niebo nad Saharą z Marion Cotillard i Guillaume’em Canetem. Kocham Canal+ za tak duży wybór filmów francuskich.

Jak na zamówienie lato w tym roku do niczego, więc nic mnie nie omija, w innym przypadku niewiele bym z tego widziała, musiałabym liczyć na powtórki. Chociaż czy ja wiem, może bym nagrywała i nocami oglądała? Bo filmy i seriale naprawdę dobre.

piątek, 3 sierpnia 2012

Maeve Binchy 1940-2012 - light a penny candle

Moja ukochana Maeve dzisiaj idzie w swoją ostatnią drogę. Zapalimy dla niej świeczkę. Założę się, że całe miasteczko, gdzie żyła i będzie chowana, będzie wypełnione jej wiernymi fanami. Irlandczycy kochają swoich pisarzy, kiedy raz trafi do ich serca, nie zastanawiają się, czy przypadkiem nie za popularny, czy nie za dużo go w TV, czy nie za głupi, za mądry, za gruby, za bardzo rozwiedziony, jest to miłość bezwarunkowa. A Maeve Binchy była stworzona do kochania przez czytelników. Sprzedała ponad 40 milionów (nie pomyliło mi się MILIONÓW) kopii swoich książek, a nadal mieszkała w swoim Cottage w Dalkey, gdzie się urodziła. Wraz ze swoim mężem, też pisarzem, któremu dedykowała wszystkie powiesci - Gordonem Snelle'em, codziennie, biurko w biurko, zasiadali do pracy. Jadała lunch w tym samym pubie od lat. Była sławna na całym świecie, tłumaczona na wiele języków, mogłaby gwiazdorzyć, a zamiast tego była uśmiechnięta, skromna, życzliwa i gadatliwa, kiedy trzeba, a słuchająca, kiedy sytuacja tego wymagała.
Młodych ludzi zachęcała do pisania. Mawiała, że to jest łatwiejsze, niż się wydaje. Kiedy Patricia Scanlan, kolejna uznana pisarka irlandzka, zwróciła się do niej podczas spotkania, że napisała powieść i niedługo będzie wydana (było to w bibliotece, a Patricia kiedyś właśnie tam pracowała), Maeve zwróciła się do niej z entuzjastycznymi gratulacjami, dala kilka rad, obiecała wysłać namiary na agentów, w ogóle nie miała imperatywu 'trzymania tronu' dla siebie. Wiele innych pisarek podkreśla to samo. Byli z Gordonem bezdzietni, kiedyś przed świętami Maeve urządziła wspaniałe przyjęcie dla koleżanek po piórze i tego jednego dnia miasteczko na południe od Dublina zaroiło się od tłumu najwspanialszych, ale też i tych początkujących, pisarek zdążających ze stacji Dart w jednym kierunku, do domu Queen Maeve, jak ją nazywano. Zresztą, dygresja taka, pierwsza królowa Irlandii, której grób jest niedaleko Lissadell House pod Sligo, miała na imię Maeve, więc jest tu podwójne znaczenie tego przydomka.
Chciałabym być muchą na ścianie w jej domu, w tamtym momencie.

Każdy miał swoją Maeve Binchy.  Wielu, tak jak ja, pamięta swój pierwszy kontakt z jej powieściami.
Dla mnie to była 'W kręgu przyjaciół' wydana przez Prószyńskiego w serii Biblioteczka pod Różą. Okładka jak na typowe romasidło, których nie lubię. Wiecie, z cyklu tych - chwycił ją w pas i ucałował ust korale, a ona mdlała w jego objęciach i mówiła - Nie, panie zatrzymaj się. Ale jej oczy mówiły co innego...


Na szczęście na okładce była para aktorów z filmu, na podstawie tej książki, Chris O'Donnell i Minie Driver. W tamtym czasie (zresztą nadal) bardzo ich lubiłam i to mi dało cynk, że może powinnam zajrzeć do środka i poczytać, o czym to jest.


Opis był bardzo enigmatyczny, autorka mi nieznana, ale bardzo spodobało mi się, że dzieje się w Dublinie. Teraz to 'druga stolica Polski', ale kiedyś był on daleki, nieznany, z reputacją miasta, gdzie wybuchają bomby, nie znasz dnia, ani godziny, wiadomo IRA.
No i wpadłam po uszy. Czytałam rano, w południe i wieczorem. Wtedy siedziałam w domu z małym Wojtkiem. On śniadanie i bajka, ja książka, on drzemka, ja książka, na obiad coś prostego, byle szybko i książka, wieczór w domu z mężem, gdzie tam, mąż sam, ja w sypialni z książką. Nie mogłam się oderwać. Cwanie skonstruowane są jej powieści, rozdziały nie są długie, a do tego ma krótkie podrozdzialiki, łatwo powiedzieć sobie - tylko do tej następnej przerwy, tylko kilka minut do końca rozdziału...
Wszyscy, którzy przyuważyli ostatnio w gazetach, a mówię tu o znawcach tematu, określenie na tę pisarkę, że pisała dla babek (chic-lit), zaprotestowali, bo Maeve Binchy zdecydowanie nie mieści się w tej kategorii. Nie pisała też romansów, chociaż i o miłości tam było. To były po prostu powieści obyczajowe. Ale jak obyczajowe! Ona potrafiła wytłumaczyć Irlandię ludziom nie znającym tego kraju, Irlandczykom przypomnieć, za co ją kochają, a wszystkim opowiedzieć o życiu i wszelkich jego przejawach. Jest miłość i zdrada, jest śmierć i narodziny, dobrzy sąsiedzi i plotkarze, uczciwy sprzedawca i oszust, dobry nauczyciel i surowa matka, lekkomyślne nastolatki i zahukane dziewczyny. Sama Maeve mówi o swoich bohaterach - 'u mnie nie znajdziecie brzydkich kaczątek zmieniających się w łabędzie, ale brzydkie kaczątka przeobrażające się w świadome swojej wartości, pewne siebie kaczki". Czyż to nie fajne stwierdzenie - taka mała próbka tego, jak pełna humoru i subtelnej ironii była Maeve Binchy. To widać w jej powieściach, ale najbardziej w anegdotach o niej samej.

Od tej pierwszej powieści zaczęła się nasza wspólna przygoda. Mam jej wszystkie kolejne wydane w Polsce, najpierw przez Prószyńskiego, a potem pałeczkę przejął Świat Książki. Do okładek, jak wielu innych autorów, to ona szczęścia nie miała, więc nie dajcie się im zwieść, jej powieści nie są takie, jakby sugerowały polskie okładki. Raczej spójrzcie na okładki wydań irlandzkich lub amerykańskich.
Kiedy przyjechałam do Irlandii pierwszą kupioną książką, była ówcześnie wydana "Quentins" jej autorstwa. Od tego czasu, wszystkie kolejne, kupowałam już w oryginale. Ach, co za uczta. Jak ona umiała pisać.

Była też autorką felietonów w The Irish Times.  Niestety nie za moich czasów tutaj, niedawno udało mi się kupić wydanie antykwaryczne zbioru tychże, czekam na przesyłkę, miałam okazję przeczytać kilka z nich z okazji specjalnego wydania The Irish Times jej poświęconego i oszalałam. Jej lekkość pióra, jej poczucie humoru wprost powala na łopatki. Zresztą wszyscy to podkreślają, że jej książki czyta się tak, jakby ich napisanie było najłatwiejszą rzeczą na świecie. Nawet jedna z czytelniczek, zaraz po wydaniu debiutanckiej powieści Maeve Binchy, przy przypadkowym spotkaniu zarzuciła jej - fajna nawet, ale mam takie wrażenie, że mogłabym też taką napisać. Maeve podziękowała jej za uwagę, ale zaraz dodała - ale tego nie zrobiłaś, nieprawdaż?

Teraz, kiedy nie żyje, wiele osób opowiada, że czytało jej powieści w trudnych chwilach, że dodawały otuchy, wytchnienia. Sama Królowa Maeve mawiała, że nie ma złudzeń, wie, że jest 'pisarką lotniskową', czyli, że ludzie kupują jej powieści w drodze na wakacje 'i widziałam wielu z nich zasypiających nad nimi, zaraz po przeczytaniu kilku stron' - tu znowu jej poczucie humoru i dystans do siebie.

Od wielu lat nosiłam się z zamiarem napisania do niej listu, opowiedzenia jak bardzo ją cenię, że nauczyła mnie patrzeć na ten kraj z czułością i miłością, nauczyła rozumieć Irlandczyków. Zwlekałam, bo chciałam, żeby to był list wyjątkowy. Marzyłam, że może uda mi się ja namówić na wywiad. Nie udzielała ich ostatnio, zresztą kim ja jestem,żeby o to prosić, ale marzenia można mieć, czyż nie?  I nie zdążyłam.

Przeżywam jej śmierć, jakby mi umarła daleka krewna, której nie widywałam zbyt często, ale wiedziałam, ze gdzieś jest i bardzo ją lubiłam. W tym momencie, kiedy piszę ten tekst, trwa jej pogrzeb. Irlandzkim zwyczajem zapaliłam świeczkę. Żegnaj kochana Maeve. Farewell