Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdobycze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdobycze. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 lipca 2016

Kalicińscy od kuchni czyli rodzeństwo przy garach

Ludzie, ja jestem za stara na kupowanie książek kucharskich - taka była moja reakcja, kiedy zobaczyłam tę pozycję na Warszawskich Targach Książki. I chociaż Panią Małgosię uwielbiam, wpadłam na stoisko pogadać, to jednak nie kupiłam, głównie z powodu ciężaru rzeczywistego, bo jednak muszę jeszcze z tymi knigami przez kontynent przefrunąć.
No, ale to przeznaczenie, znak jakiś chyba, bo wylosowałam w blogowej zabawie, czy co to było, nawet nie wiem, poszłam głównie spotkać znajomych blogerów. Paczę, słyszę, Kalicińscy od kuchni, kto bierze, i zanim się w ogóle zorientowałam, co ja wyprawiam, rękę podniosłam.
Po czym, zaraz po powrocie z Polski, przeszłam na oczyszczającą dietę wegańską i do tego bezglutenową - don't even ask. Kiedyś to opiszę.
Książka Pani Małgorzaty i jej brata musiała poczekać.
Niedawno wzięłam ją ze sobą do łóżka poczytać, co też tam jest ciekawego. W moim wieku ma się kilka ukochanych dań, kilka takich, co muszą być, kiedy dzieci przyjeżdżają do domu i jakieś tam nowości z internetu albo od znajomych, a najbardziej to po prostu już mi się nie chce wydziwiać i gotować, bo gary przestały mnie najzwyczajniej interesować. Szkoda, że jedzenie jakby nadal bardzo jest w kręgu ścisłego targetu, cieszyłabym się, gdyby też nie.
Poczytałam i oszalałam. Najbardziej podoba mi się gawędzenie w tej książce. To trochę tak, jakby człowiek zawitał do znajomych i z nimi razem gotował, a raczej pomagał w przygotowywaniu tego, co oni tam zaplanowali, żeby nas ugościć. Można wtedy popijać wino albo piwo, wyjadać pokrojone do zapiekanki czy zupy warzywa, oberwać ścierką przez łeb i śmiać się ze wspomnień o soku Dodoni.
Nie bardzo mogę się objadać tym, co oni tam proponują, bo niestety tyję nawet wtedy, kiedy zazdroszczę innym, że jedzą tort. Za nich. A może właśnie dlatego tyję, że zazdroszczę? Nawet nie będę w to dalej brnąć, bo od razu mi się chce tego tortu, o którym myślę i za godzinę będę miała kilogram więcej w pasie. A przyjemności zero, haha. To może już lepiej zjeść? I tak doszłam do wniosku, że może i nie nadają się dla mnie te propozycje na codzienne posiłki, ale od czasu do czasu, po jakimś dłuższym okresie treningów i oszczędzania się kalorycznego, taki szok dla systemu w postaci Chorwackiego ciasta filo z ziemniakami albo Banicy, którą Małgorzata Kalicińska podała za Ałbeną Grabowską, którą znam i uwielbiam (autorkę, nie Banicę), jest wskazany. Podobno. Będę się tego w każdym razie trzymać i proszę mnie nie wyprowadzać z błędu.
Od razu mi się lżej na duszy zrobiło.
Mam teraz taką zabawę albo nawet swego rodzaju nagrodę, że jak się ućwiczę, już po wszelkich ablucjach prysznicowo-suszarkowych, otwieram tę książkę i planuję, co to ja sobie w weekend z niej upichcę. A jest z czego wybierać, bo poza wspomnianymi wyżej potrawami bałkańskimi, są jeszcze i swojskie naleśniki gryczane zapiekane z jajkiem w okienku, albo słodkie placki, albo krem z wędzonego pstrąga, a już rozdział o tempurze mnie po prostu rozłożył na łopatki, bo ta 'dziedzina' czyli ciastowe otoczki z tempury, w kuchni japońskiej zawsze mnie zachwyca (a nie mogę, nie powinnam, a do diabła z tym).
I tak to właśnie wygląda. Żadnej litości dla odchudzających w tej książce, ale czyż nie jest tak, że jak się jedzie do przyjaciół z wizytą, to wszelkie diety ma się w głębokim zapomnieniu, bo najważniejsze jest wspólne biesiadowanie zakrapiane uważnymi, życzliwymi rozmowami.
A Pani Małgorzata i Pan Mirosław wyglądają na takich, z którymi wieczór właśnie tak się spędza.
Polecam tę książkę, zawiera mnóstwo wspaniałych przepisów, jest pięknie wydana i ciekawa w warstwie tekstowej, a to nie jest wcale takie częste. I ma w sobie fantazję ludzi z wyobraźnią, ale nie przekombinowaną. Przejrzyjcie ją, na pewno Was zainteresuje.

Kalicińscy od kuchni czyli rodzeństwo przy garach

Ludzie, ja jestem za stara na kupowanie książek kucharskich - taka była moja reakcja, kiedy zobaczyłam tę pozycję na Warszawskich Targach Książki. I chociaż Panią Małgosię uwielbiam, wpadłam na stoisko pogadać, to jednak nie kupiłam, głównie z powodu ciężaru rzeczywistego, bo jednak muszę jeszcze z tymi knigami przez kontynent przefrunąć.
No, ale to przeznaczenie, znak jakiś chyba, bo wylosowałam w blogowej zabawie, czy co to było, nawet nie wiem, poszłam głównie spotkać znajomych blogerów. Paczę, słyszę, Kalicińscy od kuchni, kto bierze, i zanim się w ogóle zorientowałam, co ja wyprawiam, rękę podniosłam.
Po czym, zaraz po powrocie z Polski, przeszłam na oczyszczającą dietę wegańską i do tego bezglutenową - don't even ask. Kiedyś to opiszę.
Książka Pani Małgorzaty i jej brata musiała poczekać.
Niedawno wzięłam ją ze sobą do łóżka poczytać, co też tam jest ciekawego. W moim wieku ma się kilka ukochanych dań, kilka takich, co muszą być, kiedy dzieci przyjeżdżają do domu i jakieś tam nowości z internetu albo od znajomych, a najbardziej to po prostu już mi się nie chce wydziwiać i gotować, bo gary przestały mnie najzwyczajniej interesować. Szkoda, że jedzenie jakby nadal bardzo jest w kręgu ścisłego targetu, cieszyłabym się, gdyby też nie.
Poczytałam i oszalałam. Najbardziej podoba mi się gawędzenie w tej książce. To trochę tak, jakby człowiek zawitał do znajomych i z nimi razem gotował, a raczej pomagał w przygotowywaniu tego, co oni tam zaplanowali, żeby nas ugościć. Można wtedy popijać wino albo piwo, wyjadać pokrojone do zapiekanki czy zupy warzywa, oberwać ścierką przez łeb i śmiać się ze wspomnień o soku Dodoni.
Nie bardzo mogę się objadać tym, co oni tam proponują, bo niestety tyję nawet wtedy, kiedy zazdroszczę innym, że jedzą tort. Za nich. A może właśnie dlatego tyję, że zazdroszczę? Nawet nie będę w to dalej brnąć, bo od razu mi się chce tego tortu, o którym myślę i za godzinę będę miała kilogram więcej w pasie. A przyjemności zero, haha. To może już lepiej zjeść? I tak doszłam do wniosku, że może i nie nadają się dla mnie te propozycje na codzienne posiłki, ale od czasu do czasu, po jakimś dłuższym okresie treningów i oszczędzania się kalorycznego, taki szok dla systemu w postaci Chorwackiego ciasta filo z ziemniakami albo Banicy, którą Małgorzata Kalicińska podała za Ałbeną Grabowską, którą znam i uwielbiam (autorkę, nie Banicę), jest wskazany. Podobno. Będę się tego w każdym razie trzymać i proszę mnie nie wyprowadzać z błędu.
Od razu mi się lżej na duszy zrobiło.
Mam teraz taką zabawę albo nawet swego rodzaju nagrodę, że jak się ućwiczę, już po wszelkich ablucjach prysznicowo-suszarkowych, otwieram tę książkę i planuję, co to ja sobie w weekend z niej upichcę. A jest z czego wybierać, bo poza wspomnianymi wyżej potrawami bałkańskimi, są jeszcze i swojskie naleśniki gryczane zapiekane z jajkiem w okienku, albo słodkie placki, albo krem z wędzonego pstrąga, a już rozdział o tempurze mnie po prostu rozłożył na łopatki, bo ta 'dziedzina' czyli ciastowe otoczki z tempury, w kuchni japońskiej zawsze mnie zachwyca (a nie mogę, nie powinnam, a do diabła z tym).
I tak to właśnie wygląda. Żadnej litości dla odchudzających w tej książce, ale czyż nie jest tak, że jak się jedzie do przyjaciół z wizytą, to wszelkie diety ma się w głębokim zapomnieniu, bo najważniejsze jest wspólne biesiadowanie zakrapiane uważnymi, życzliwymi rozmowami.
A Pani Małgorzata i Pan Mirosław wyglądają na takich, z którymi wieczór właśnie tak się spędza.
Polecam tę książkę, zawiera mnóstwo wspaniałych przepisów, jest pięknie wydana i ciekawa w warstwie tekstowej, a to nie jest wcale takie częste. I ma w sobie fantazję ludzi z wyobraźnią, ale nie przekombinowaną. Przejrzyjcie ją, na pewno Was zainteresuje.

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Marzenia się spełniają, ale za tym zawsze stoją ludzie

Od lat miałam marzenie o wygodnym fotelu do czytania. Miałam taki kiedyś, w kratkę, z przeważającym kolorem czerwonym, wysokie oparcie, wygodnie podłokietniki - siedząc w nim słuchałam listy programu trzeciego, czytałam Anię z Zielonego Wzgórza, potem powieści o miłości i czekałam na telefon od chłopaka. Potem karmiłam Michalinę, pierwsze dziecko. Przepadł, jak wiele rzeczy czy mebli z mojej młodości. Żal mi było, tęskniłam za czymś podobnym, przede wszystkim do czytania.
Dlaczego nie kupiłam wcześniej? Jak to w życiu, powodów wiele, a to pieniądze były potrzebne na coś innego albo w ogóle było ich niewiele, a to miejsca nie było, albo nie mogłam znaleźć właściwego mebla. Ostatnio nawet jeśli widziałam gdzieś w katalogu, cena była zaporowa i wiedziałam, że tak czy inaczej nie da się kupić online, bo najpierw musiałabym usiąść, spróbować, zbyt wielkie miałam wymagania co do formy mojego wymarzonego fotela.
Aż pewnego dnia natknęłam się na  NIEGO - usiadłam w show roomie, umościłam się i już wiedziałam, że kiedyś muszę GO mieć. I ten kolor! Prawie taki, jak mój z młodości.
Ale kasy akurat było za mało, żeby wygospodarować na taki wydatek, w końcu egoistyczny, bo tylko dla mnie. Nawet jeśli to była połowa ceny innych foteli, i tak dużo jak dla mnie.

Przed świętami członkinie komitetu rodzicielskiego naszej polskiej szkoły, gdzie prowadzę bibliotekę, wręczyły mi podarunek od wszystkich rodziców. Wprawdzie bibliotekę prowadzę bez wynagrodzenia, ale uwielbiam to robić, przecież książki, rozmowa o nich i 'wciskanie' świetnych powieści innym to moja pasja, niczego w zamian nie oczekuję, ale nie ukrywam, że było mi niezwykle miło, że rodzice pomyśleli o mnie przy święcie i wręczyli mi pieniądze, na cokolwiek tam chcę.

Dwa raz nie musiałam myśleć, od razu wiedziałam, że to ostatnia jedyna szansa na zrealizowanie marzenia bez wyrzutów sumienia, ze 'odbieram rodzinie od ust'.

Jedyny problem polegał na tym, że nie wiedziałam, kiedy będę w stanie sobie GO kupić, bo IKEA jest w Irlandii jedna i do tego 4 godziny jazdy samochodem od nas, po nie najlepszych drogach niestety.
Druga jest w Irlandii Północnej w Belfaście, ale nie wiem, gdzie, a to i tak nie jest wiele bliżej, może z pół godziny jazdy mniej. Jakież więc było moje zdziwienie, kiedy w piątek poświąteczny mąż spytał, czy jestem gotowa na wyjazd do IKEI po fotel. Myślałam, że sobie ze mnie dworuje, więc nie bardzo poważnie do tego podeszłam, ale okazało się, że plan jest jak najbardziej poważny i jedziemy w sobotę, wstajemy o 6tej i o 7mej mamy już być w trasie. Jak powiedział, tak się stało. Dojechaliśmy tam na jedenastą, zjedliśmy na górze w kafejce irlandzkie śniadanie (kolejny treat, bo uwielbiamy, a pozwalamy sobie na nie niezwykle rzadko, jednak to bomba kaloryczna, ale ile energii po nim, resztę dnia nie jedliśmy, aż do powrotu do domu). Okazało się, że wprawdzie strona internetowa wskazywała, że jest tych foteli 4 na stanie, ale jak dotarliśmy do półki, stał tam ostatni karton. Podnóżek, prezent od męża, też w tym kolorze był jeden. Aż mi włosy dęba stanęły, kiedy pomyślałam, że mogło się tak stac, że po tak długiej drodze złapałabym tylko powietrze na półce.

No i teraz stoi u mnie w książkowym kąciku. W zimie mąż mi dołożył skórę pod plecy. Poduszka, poszewka własciwie, nie pasuje za bardzo, ale nie było innych, z czasem zmienię, a szerokość poduszki idealnie konweniuje z fotelem. Musiałam ją dokupić :-)

Po relację z zakupów w Ikei zapraszam na Z babskiej perspektywy. Tutaj już tylko zdjęcie fotela


piątek, 18 października 2013

Piórem i pazurem go... Ale zanim - świat zawrzał

Od lutego czekałam na tę podróż. Najpierw Mariola Zaczyńska, pisarka i organizatorka Festiwalu Literatury Kobiecej Pióro i Pazur, zgłosiła się do mnie z pomysłem powołania do życia nagrody blogerek polonijnych. Potem ja zgłosiłam się z tym pomysłem do Bookfy, Dabarai, Agnieszki i Ani z prośbą o dołączenie do mnie, zaczytanie się w zgłoszonych tytułach i wybranie pięciu powieści wyróżniających się, a w tej grupie jednej, jedynej, tej najlepszej.
No i zaczęło się, jazda bez trzymanki normalnie, bo tytułów multum, a czasu najpierw myślałyśmy, że wiele, a potem okazało się, że wcale nie. A życie nie zaczeka, obowiązki codzienne wykonywać trzeba, rodzina nie rozgrzeszy, bo książka czeka, z pracy urlopu nie dadzą, oj cinżko było. 
Poza tym przyznam, że płodozmian był konieczny, jednak nie da się tak całkiem na polskie 'jadło' przejść, no, ale dałyśmy radę i udało się wyłonić finałową piątkę oraz laureatkę. 

Wyróżnione zostały:
Małgorzata Gutowska-Adamczyk za 'Podróż do miasta świateł'
Anna Fryczkowska za 'Starsza pani wnika'
Aneta Borowiec za 'Wilczyce'
Marta Guzowska za 'Ofiarę Polikseny'
Naszą zwyciężczynią, ale też i wyróżnioną w trzech innych kategoriach została 'Wytwórnia wód gazowanych' Doroty Combrzyńskiej-Nogali. 

Ale zanim gala, zanim festiwalowe dni, najpierw była Warszawa i od tego zacznę te moje wyjazdowe reminiscencje. 

Leciałam oczywiście jedynymi słusznymi liniami lotniczymi. Jak się nie ma kasy, w innym przypadku to masochizm. O tym, jak się człowiek w tych 'niebieskich samolotach' ma (nie mylić z 'niebiesiech'), pisałam wcześniej TU, powtarzać się więc nie będę, ale na to, że moje szczęście jest takie, że akurat na termin mojego lotu otworzyli Modlin, jeszcze nie było okazji się poskarżyć, co niniejszym czynię. Gdyby nie Dorota, która przyjechała po mnie wraz z mężem, płakałabym ciemną nocą w tym Modlinie, nomen omen modląc się do Boga o litość, czyli wyruszenie w drogę autobusu, który tam miał jeszcze trochę stać, czekając na kolejny lot chyba. 
Wydawałoby się, że osoba zmęczona podróżą, 'kiedy ranne wstają zorze' na nogach, padnie na twarz zaraz po wypiciu herbaty. Nic bardziej mylnego. Tak się z Doroteą zagadałyśmy, oczywiście o książkach, że nas 3.30 zastała. Rano, ale bez przesady, zebrałyśmy swoje zwłoki do kupy i ruszyłyśmy w miasto. Pewnie niejeden rzuciłby się do butów i ciuchów, ale nie z nami te numery - my pognałyśmy do księgarń różnistych. Moim marzeniem, które narzuciłam Dorocie, biedna szła na ustępstwa, bo ją ciągle 'szczułam' tym, że zawsze o czymś tam marzyłam na obczyźnie, była wizyta we kawiarni 'Wrzenie świata'. 
Cóż ja mogę powiedzieć o tym zdarzeniu? Jeśli nie widzieliście kobiety w ledwo skrywanym amoku, to mielibyście okazję, gdybyście tam byli. Po pierwsze, od samego wejścia zobaczyłam półkę książek, które mogłyby być moje w ciemno, kupowałabym jak leci, jeśli jeszcze nie mam. Rzuciłam się do macania i tylko godnościom osobistom hamowałam okrzyki i słowne omdlenia. Dobrze, ze miałam Dorotę u boku, bo miałam do kogo kierować te wylewające się z kołnierza emocje. W przeciwnym wypadku jak nic wyprowadziliby mnie stamtąd w kaftanie z za długimi rękawami. Przeszłyśmy do drugiego pomieszczenia zasiąść przy kawie, z książkami do przejrzenia u boku. 'Wrzenie świata' nie jest duże, kiedy zobaczyłam przy sąsiednim stoliku Tochmana, znaczy to tyle, że był na wyciągnięcie ręki w sensie ścisłym. Dorota siedziała tyłem i nie widziała go, zresztą nie wiem, czy by poznała, bo ostatnio nie czyta reportaży. Pewnie nieźle była zdziwiona widząc mnie wybałuszającą oczy. To jeszcze byłam w stanie znieść w miarę spokojnie. Piszę znieść, bo nie mam charakteru osoby, która się rzuca na szyję ulubionym pisarzom przy okazji spotkania ich w sytuacji prywatnej, więc muszę znosić męki pt. 'chciałabym, ale tego nie zrobię'. No, ale jak zaraz potem wszedł Szczygieł i stanął zaraz za Dorotą, kręcił się wokół, sięgał po książki stojące pięć centymetrów od mojej kawy, poważnie mówię, nie przesadzam, o mało przytomności nie straciłam. Dobrze, że miałam przed sobą pyszną tartę pomarańczową, bo jak papież z Testosteronu zakrzyknęłam - więcej cukru - i pochłonęłam pół za jednym mlaśnięciem paszczowo-szczękowym.
Bardzo starałam się nie mieć cały czas opuszczonej szczęki i cieknącej śliny, ale nie jestem przekonana, czy mi się to udało. Spuszczę na to zasłonę miłosierdzia. 
Jeszcze we Wrzeniu dołączyła do nas Ania, polonijna jurorka z USA, razem ruszyłyśmy w rajd po księgarniach, pogrzebałyśmy w Dedalusie, w Matrasie, zajrzałyśmy do Empiku, gdzie panowie uraczyli nas zwyczajową porcją wkurzających tekstów pt. nie mamy, ale możemy sprowadzić. O ludzie, wiem, że się powtarzam, ale ten salon w Alejach Jerozolimskich ma kilka pięter, czy naprawdę raz chociaż, dla odmiany, nie mogłoby być tak, że przynajmniej jedna książka z listy jest na półce? 
W Matrasie za to ciekawa akcja, książka kupiona z jednej wyznaczonej półki, uprawnia do kupienia drugiej, z półki obok za 1zł. Na obu tytuły warte grzechu i w ten sposób za złotówkę (cena okładkowa 49.90) dostałam tę książkę


O Zapiecku i szóstym piętrze, o festiwalu też, opowiem w kolejnych wpisach. 

sobota, 9 marca 2013

Zbiorowo o zakupach i prezentach czyli jak mawia mąż 'okładki, okładki'

Nie prezentuję tutaj zakupów zbyt często, bo ich nie robię. A jak tak, to korzystam z jakiś kosmicznych promocji, książki są słane do znajomych, albo znajomych znajomych i docierają do mnie z dużym opóźnieniem. Co ja będę wklejać zdjęcia jednej książki, nikomu nie zaimponuję, bo na blogach stosy całe. No, ale po kilku miesiącach coś się jednak nazbierało, a do tego, wraz z koleżankami wizytującymi mnie dopiero co, przybyło kilka prezentów. Pomyślałam, że może jednak zamieszczę, bo lubię oglądać Wasze zakupy, czasem wynajduję w nich coś dla siebie. Zresztą i poniższe książki, na pewno kilka z nich, były podsunięte do przegródki w mózgu pt. 'żyć bez tego nie mogę'. No to zaczynam.


Jeszcze na początku roku przyszła do mnie przesyłka od Kasi Sawickiej z bloga Moja Pasieka, pisała o tej książce, ja się oczywiście zapaliłam, ale nie chcieli do mnie słać, a Kasia kupiła i mi ją wysłała w podarku. Marii Zientarowej nie trzeba chyba nikomu przedstawiać (Wojna domowa, Drobne Ustroje). Bardzo cenne są dla mnie takie książki, tym bardziej gesty. Jak to Kasia powiedziała, ona posłała dla mnie, ja poślę komuś innemu, co będę miała, a będzie w sferze marzeń i rzecz się wyrównuje.
Mam nadzieję, że i ja będę mogła sprawić komuś radość taką, jak Kasia mnie.
Od Marty prawie w tym samym czasie, czyli choinkowym jeszcze, przyszła Katarzyna Wielka, Dobra krew (nie ma na zdjęciu, bo mąż mi gdzieś wywlókł), a na zdjęciu poniżej jest jeszcze książka o Paryżu, którą Marta właśnie napisała z Małgorzatą Gutowską -Adamczyk.
Miłość z kamienia została kilka dni temu przesłana przez koleżankę Ulę. Ale niespodzianka, bardzo chciałam to przeczytać.
Mad Women kupiona przeze mnie na fali miłości do Mad Men i tematu reklamy w latach sześćdziesiątych, dla mnie i dla córki gratka, zresztą dla męża też.
Dzienniki Anny Iwaszkiewiczowej, jak również trzeci tom Dzienników Iwaszkiewicza kupione jakiś czas temu, inaczej być nie mogło. Skorzystałam z wyprzedaży noworocznej.

 

Natanna z bloga Moje zaczytanie nagrodziła mnie podarkiem miesiąca, czy jakoś tak, dostałam od niej zakładkę z koralików, kamień na szyję (ale to zabrzmiało) i książkę Pawłowskiej, świetną, bardzo polecam tę autorkę.
Poniżej wielka radość podarunkowa, Ninga i Dorota mnie odwiedziły i to zwiozły na wyspę:
'Rozdzielone' o losie dzieci rozdzielonych z rodzicami za czasów komuny w NRD, wypatrzone na blogu Młodej pisarki
'Przepowiednia Romanowów' zapodane w zapowiedziach przez Martę (tę od Paryża)
'Dzień zwycięstwa' Hagena, inaczej być nie mogło, wreszcie mam
Najnowsza książka z reportażami Małgorzaty Szejnert 'My właściciele Teksasu'
Na samym dole, jak zwykle pięknie wydana przez Wydawnictwo Literackie, książka Tuszyńskiej o Irenie Krzywickiej.
Że ja nie zemdlałam to cud.

tym bardziej, że dostałam też gazetki, a Dorota zrobiła mi na szydełku do tego jeszcze jajka wielkanocne do powieszenia na bazie.

Na dole moje zakupy, poza Paryżem, o którym wspominałam wyżej, 'Tyrmand zły' Urbanka, biografia Antczaka, dwie pozycje Zofii Kucówny (ależ one smakowite, ileż tam anegdot z teatru, ale i o życiu, o uczeniu sztuki aktora), pierwszą książkę mam kupioną dawno, dawno, teraz dokupiłam dwie pozostałe, dalej biografia Bodo, 'Ta piękna mitomanka. O Izabeli Czajce-Stachowicz', 'Mikołajska. Teatr i PRL', ponoć świetna biografia aktorki i działaczki, dla miłośnika teatru pozycja nie do pominięcia, a na samym dole 'Kalina Jędrusik' Dariusza Michalskiego.


Jak pisałam, nie jest to zakup jednorazowy, tylko mozolnie wyszarpywane rzeczywistości finansowej książki. Albo podarunki, które mnie niezmiennie bardzo wzruszają i dają poczucie przynależności do wielkiej rodziny moli książkowych.

wtorek, 25 grudnia 2012

A pod choinką?

Macham do Was łapką świątecznie, uśmiecham się szeroko i mam nadzieję, że Wasze święta przebiegają według planu, nawet jeśli go nie macie, to też jest plan (żeby go nie mieć), potrawy wyszły jak na przyjazd teściowej, a pod choinką to, o czym marzycie.

U nas różności, a wśród nich książki oczywiście, jakżeby inaczej.


Od dołu patrząc:
  • Trzy pierwsze to książki dla Michaliny od Marka, wszystkie dla grafików
  • Nigellissima i Cake Rachel Allen - ode mnie dla córki 
  • To była bardzo dobra telewizja - kupiłam sobie, miało być dla męża, ale potem udało mi się zdobyć Kalisza 'Z prawa na lewo' (było ciężko), to telewizyjna mogła być dla mnie
  • Kuchnia polska jest pod choinką, ale powinna była być pod poduszką dla Misi - sama chciała tę właśnie o polskiej kuchni. Mąż przejrzał i też chce. Zazdrośnik
  • Maeve Binchy 'A Week in Winter' ostatnia jej powieść, uśmiech ukochanej pisarki sponad chmur - od córki dla mnie
  • Kolejna to Robert Krasowski i jego 'Po południu' o Solidarności, do góry nogami leży, sorry - dla męża
  • Również dla męża wspomniana książka Kalisza
  • Oksana Zabużko - Muzeum porzuconych sekretów ode mnie dla mnie
  • Jarosław Grzędowicz Pan lodowego ogrodu tom 4, dla Misi ode mnie, ale mąż też skorzysta, bo oboje są fanami tej sagi. Cała jeszcze przede mną
  • Larry McMurtry 'Lonesome Dove' - u nas wydana jaki 'Na południe od Brazos' - fantastyczna powieść dziejąca się na Dzikim Zachodzie. Zawsze staram się wynajdywać książki dla jeszcze-nie-zięcia, które nie są nowościami, a warto je przeczytać
  • I ostatnia też dla jeszcze-nie-zięcia - Ziarno prawdy Miłoszewskiego w wersji angielskiej A Grain of Truth 
Jak widać cała rodzina obdarowana książkami, oprócz Wojtka. On się dopiero przekonuje do książek. Strasznie jestem szczęśliwa, bo zaczął zaglądać na półki Michaliny i za jej radą czyta kolejne powieści. Zobaczymy, czy się przełamie. Na razie kończy się na tym, że jak wołam, to on mówi, że czyta i 'co, przecież sama chciałaś, żebym zaczął'. Cwaniaczek

A co na Was czekało? Dostaliście jakieś książki?

czwartek, 25 października 2012

Cykl o wydawnictwach zaczynam, poza tym o jednej takiej nowości i jednej niezdobytej twierdzy rzecz ta będzie

Tak mi jakoś myśli błądzą po różnych tematach, miało być dzisiaj o książce jednej, ale nie będzie, bo się skupić w ogóle nie mogę.
Po pierwsze dlatego, że w Krakowie targi się zaczynają, a ja tam być nie mogę i serce mi się rozpada na tysiąc kawałków, kiedy widzę w sieci doniesienia z tej imprezy. Już nawet nie chodzi o zakupy, ale o atmosferę, o spotkania blogerów, z pisarzami, mam tam kilka osób wystawiających, do których serce lgnie, poza tym bliskie sercu pisarki podpisujące, ach jakże bym się chciała z nimi wszystkimi zobaczyć. I z samym Krakowem, który jest piękny, pewnie o tej porze roku tym bardziej, a z którym mam wiele wspaniałych wspomnień i stosunek do niego szczególny.
Siedzę i mam do siebie żal, że nie potrafiłam się w tyle ekstra dudków zaopatrzyć, żeby na nic nie zważając, polecieć tam na trzy dni.
Nic to, może w przyszłym roku?
Poza tym, oglądając zdjęcia stoisk różnych wydawnictw, pomyślałam o tym, żeby po kolei opisywać tutaj niektóre, te, które mnie czymś ujęły czy zaskoczyły. Zawsze piszemy o książkach, poszczególnych tytułach, ale wydawnictwa też są przecież ważne, bo bez ich starań, o kolejne dobre tytuły, o to, żeby książki wyglądały godnie i ciekawie, żeby się miło czytały i były przyjazne - nie mielibyśmy tyle przyjemności.
Oczywiście, są ebooki i czytniki, swoją drogą śmiesznie mi obserwować ochy i achy nad nimi, kiedy jeszcze niedawno w sieci było tyle oburzenia, że nie zastąpią papieru. Teraz ludzie przyjaźnią się ze swoimi czytnikami, nadają im imiona, głaszczą z czułością, zdobywają w pocie czoła, bo nie tylko drogie, ale i jeszcze trudne do sprowadzenia do Polski (niektóre). Kiedy ja nazwałam swojego Soniaka Marcel i o nim napisałam, od ludzi teraz uwielbiających taką formę czytania, dostałam tyle komentarzy na nie, że aż mnie to zszokowało. Widać poglądy są zmienne, i dobrze, bo ja jestem jak najbardziej za czytnikami, co nie znaczy, że o papierowych  wydaniach zapominam i je odrzucam. Wręcz przeciwnie. Niektóre, szczególnie te ze zdjęciami, wspomnieniowe, inaczej niż w tradycyjnej formie, mnie nie interesują.

I tu wracam do wydawnictw, które chciałabym dzisiaj pochwalić, za to jak wydają książki.

Na pierwszy rzut idzie Wydawnictwo Literackie



Pewnie dlatego zaczynam właśnie od niego, bo przytargałam z Polski Orianę i nie mogę przestać się radować na jej widok. Wcześniej z majowych Targów Książki przywiozłam Pra, która już zawsze będzie mi się kojarzyć z Martą Orzeszyną, która mnie sterowała przez telefon, gdzie jest stoisko Wydawnictwa Literackiego (zadekowali się na samej górze, za to na przeciwko Czarnej Owcy), dzięki niej doszłam tam i kupiłam tę pozycję. Zmachana, zziajana, dopadłam stoiska i nie miałam w ogóle siły wyartykułować, co chcę kupić. Ale tam była taka miła obsługa, że bawiąc mnie rozmową, najpierw dali mi się wydyszeć, a potem podali upragniony tytuł. Tak mi się śpieszyło, że nie miałam nawet czasu ani siły przegrzebać dokładnie zasobów, czego będę całe życie żałować. A do Krakowa nie jadę, buuuu.
Nawet sobie o tej gonitwie wpis w książce poczyniłam, przecież jej nigdy nikomu nie oddam, a zawsze, kiedy otwieram, wracają do mnie te chwile



Ich książki, nie dość, że pięknie wydane, to jeszcze przyjazne czytelnikowi, a przyznajcie, nie zawsze tak jest. Po pierwsze pięknie się rozkładają, są szyte więc nie ma problemu z tym, że się rozpadną. Można sobie położyć na stole taką książkę i nie zamyka się, co najwyżej kartki się podniosą, ale o ilu książkach coś takiego można powiedzieć? Mam teraz jedną w planach, która mi się nie daje w ogóle otworzyć, a co dopiero tak położyć na stole, będę musiała ją chyba 'rozłamać', może nawet się rozpadnie, ale przecież pół zamkniętej nie będę czytać.
Tutaj nic takiego nie ma miejsca. Do tego, na przykład okładka wspomnień Wałęsowej (na zdjęciu górnym), taka aksamitna, ze sama przyjemność w rękach trzymać. 'Pra' w twardej oprawie (zdjęcie dolne) leży już pięknie, i w rękach, i na stole. Sama przyjemność obcowania z tekstem. Książka sama zaprasza.



Możecie się śmiać, że to nieistotne, dla mnie tak, bo ja lubię czytać w różnych okolicznościach i denerwują mnie książki, które 'walczą' z czytelnikiem o dostęp do tekstu.
To samo tyczy się czcionki i odstępów oraz marginesów. Wydawnictwo literackie ma to świetnie zbalansowane. Nie mam pojęcie, jakiej czcionki używają, kiedyś to było zaznaczone w stopce lub informacjach na kolejnej stronie, ale już tego nie stosują, a szkoda, bo dla niektórych, szczególnie okularników, i wygląd tekstu ma znaczenie.
Najważniejsza zawsze jest oferta, bo co bym nam było po tych pięknych wydaniach, gdyby nas treść nie interesowała. A ta jest imponująca, bo i dla wymagającego czytelnika coś, i czytadła, wszystko jednak (prawie, ale o gustach się nie dyskutuje, co dla mnie jest nie do czytania, dla innych wyczekiwaną nowością) na poziomie przynajmniej dobrym, jeśli nie fenomenalnym.

I nie myślcie sobie, że ja z nimi współpracuję, że to jakiś tekst promocyjny czy coś w tym stylu, po prostu czasami wielka chętka pisać o czymś około-książkowym, zauważyć nie tylko treść, ale i 'oprawę tejże', co dla mola jest równie ważne, czyż nie?

Z innych spraw chciałabym powiadomić, że książka, którą swego czasu opisywałam tutaj, niestety wtedy nieprzetłumaczona na polski, ujrzała światło dzienne w naszym kraju, a jest to 'Ladacznica' Emmy Donoghue.   

A poza tym muszę się poskarżyć, że będąc w Polsce za Chiny nie mogłam dostać książki bardzo polecanej przez kilka osób, a mianowicie


Wydaje mi się jak skrojona dla mnie, ale co z tego, skoro w trzech Empikach, Matrasie, trzech księgarniach na lotnisku i po drodze na autobus, tego nie było. Zwariować można.

czwartek, 5 lipca 2012

Caro, Elka, Wiśka i Mildred - cóż za doborowe towarzystwo


Trzyma się mnie ta piosenka od kilku dni i nie puszcza. Śpiewam pod prysznicem, kiedy się ubieram, kiedy robię makijaż - a to trudno, bo ze względu na rytm i podrygiwanie dupskiem, można sobie oko wydłubać. Nauczona doświadczeniem pilnuję się, żeby nie śpiewać w sklepach na głos, ale w samochodzie, kto mi zabroni?

Ale nie o tym miałam pisać.
Nie wiem, czy czasem bywacie na profilu Notatek na Facebook, tam pisałam, więc może dla niektórych się powtarzam, że mam wielką ochotę na czytanie, ale wszystko bym chciała na raz, więc rozedrganie we mnie wielkie i to mnie męczy. Książek do czytania bez liku. Pojechałam odwiedzić Monikę z Niebieskiej Biblioteczki, całą drogę z twardym postanowieniem, że żeby nie wiem co tam było, nie będę pożyczać, bo przecież dużo czeka. I co zrobiłam? Jak jakaś durna, jak tylko zobaczyłam te książki, poprosiłam o użyczenie na kilka tygodni. To jest nienormalne.


A tutaj książki przywiezione przez córkę. Nie miała miejsca w bagażu, jak wracają z Markiem z Krakowa, ile by mnie miała wykupione, będzie za mało, ale dla mamy zawsze na książki znajdzie miejsce i dzięki temu mam biografię naszej Noblistki, a obok biedniutko, w porównaniu z tym tomiszczem w twardej oprawie, wyglądająca Zofia Woźnickiej książka Było takie lato, którą tak przewodnikpokrakowie  polecała, że nie mogłam jej nie zdobyć. Na szczęście była do kupienia za grosze na Allegro. Jaka to dziwna historia z tymi starymi książkami, dziewczyna ją sprzedająca, nie jakiś antykwariat czy księgarnia, chciała się jej pozbyć i nie mogła, a ja tak bardzo chciałam kupić. Był problem z odebraniem w Polsce, nawet mówiła, że do Irlandii za nic pośle. No, ale się znalazł kanał przerzutowy i jest u mnie, nikt na tym nie stracił, a ja zyskałam takie malutkie czytadełko.


No dobra, to się pochwaliłam, a teraz o serialu, który właśnie z mężem obejrzeliśmy, a zasługuje on na większą uwagę - produkcja HBO 'Mildred Pierce'.
Kiedy był nadawany pierwszy raz na kanale HBO, przegapiłam pierwszy odcinek i jakoś mi się nie chciało nadrabiać. Dzięki powtórkom letnim wróciłam do niego teraz i ręce ku niebu wnoszę w okrzyku WHY? Dlaczego tak długo czekałam z obejrzeniem tak fantastycznego serialu? A przecież wiedziałam, że dostał on wszystkie możliwe nagrody.
Nie będę wklejać tu trailera, bo dużo w nim widać, a jak chciłabym, żebyście go obejrzeli nie spodziewając się niczego, jak mnie się to zdarzyło. Ależ to było rollercoaster emocjonalny!

Koniec prohibicji w USA. Mildred zostaje sama z dwójką dzieci, mąż opuszcza ją dla innej kobiety. W tamtych czasach, kiedy praca w usługach była dla wielu ludzi poniżeniem i upadkiem, w dobie czarnego kryzysu, kiedy firmy upadały jedna po drugiej, ona, niepracująca nigdy kobieta, zostaje na lodzie. I tu zaczyna się historia jej życia 'po mężu', pięć odcinków, duży przedział czasowy, dużo się dzieje, prywatnie, zawodowo, wszędzie.
Fantastycznie pokazane uczucia, bez żadnego kiczu, bez cukrzenia, bardzo prawdziwie. Życie Mildred nie oszczędzało, ale ona dzielnie dawała sobie radę. Aż do czasu... O nie, nic więcej nie napiszę.
Powiem tylko, że z mężem jeszcze z pół godziny po zakończeniu ostatniego odcinka siedzieliśmy milcząco w fotelach i przemyśliwaliśmy, co właśnie się tam zdarzyło. Nie wiem, może dlatego, ze mamy dzieci, tak nami to wstrząsnęło? Film po prostu trzeba zobaczyć. Seriale HBO, przynajmniej niektóre, to są istne majstersztyki, a każdy odcinek jest jak film, równie dobry, równie bogaty, równie pieczołowicie zrealizowany.

Spójrzcie jak Kate Winslet cieszyła się po otrzymaniu Emmy za rolę w tym filmie. Jakąż ona ma klasę, jak ona potrafiła to okazać. Kiedyś nie bardzo ją lubiłam, ale teraz uważam, że jest jedną z najlepszych aktorek, nie wyobrażam sobie nikogo innego w Lektorze na przykład.
Ten serial jest nawet dla tych, którzy nie lubią seriali, ma tylko pięć odcinków i zaspokoi nawet najbardziej wybrednych. 


sobota, 19 maja 2012

Wracam do żywych, pokazuję część zakupów, witam z powrotem

W domu już od wtorku, ale jakoś się nie składa, żeby usiąść i coś napisać. Dużo zaległości, wiele spraw czekało na mnie, w końcu nie było mnie 17 dni, to duża wyrwa w życiu domowym, szczególnie kiedy wszyscy inni zostali i sprawy toczyły się nadal, jedynie mnie nie było.
Dużo mam Wam do opowiedzenia. O zakupach, o targach, o spotkaniach, prezentach, co przeczytałam, co wysłuchałam. Aż mi ręce opadają, kiedy ja to wszystko ponadrabiam?
No nic, trzeba po kolei, bo inaczej się nie da.
Dopiero dzisiaj wyciągnęłam swoje zakupy. To jeszcze nie wszystko, trochę zostało w Polsce i doleci w paczce. Zdobycze podzielę na cztery części: kupione, dostane, Allegrowe, z domu rodzinnego.

Najpierw stos kupiony z jedną dostaną, a mianowicie najnowszy kryminał Anny Fryczkowskiej 'Starsza Pani wnika' dostałam od samej autorki, za co dziękuję i zaraz się zabieram. Moja ulubiona autorka w nowej odsłonie, strasznie jestem podekscytowana.
'Służącą' bardzo chciałam mieć, książkę znaczy,, chociaż czasem myślę, że czasy, kiedy miało się służbę, nie były złe, a nawet całkiem dobre, pod warunkiem, że było się obsługiwanym, nie odwrotnie. Gdzieś tu była rekomendowana, skwapliwie zanotowałam i voila. 'Ile kroków do domu' polecana przez Mellera, a ja mu wierzę, więc też trafiła na stos, haha
'Jestem kobietą' Moniki Gajdzińskiej dostałam od czytelniczki bloga, którą spotkałam na targach, o tym więcej innego dnia.
'Powieść w altówce' polecała Dabarai i dałam się namówić, hehe
'Wystarczy, że jesteś' dostałam od autorki, z autografem dla córki, chociaż obie jesteśmy fankami powieści młodzieżowych Gutowskiej-Adamczyk, czyli powinnam była poprosić o autograf dla nas obu.
Dziennik Pilcha to było absolutne must have. Podczytywałam fragmenty, słusznie się na niego napaliłam.
Daniel Passent i jego Passa, wspomnienia w formie rozmowy. Co ja Wam będę mówić, też mieć musiałam.
Wspomnienia Urszuli Dudziak to też konieczność była, nie mogło być inaczej
A ten zakup, czyli Hiszpański smyczek, to był impuls. Zobaczymy


Dwóch Bożkowskich kupiłam na Allegro, napaliłam się na niego jak łysy na włosy, wszystko przez Bazyla.
Ogary Gabriela dostałam od ulubionej pani księgarki, która jest już na emeryturze, spotkałyśmy się w Koszalinie i oto taka staruszeczka książka dostana w prezencie. Nic o niej nie wiem.
Domek nad morzem i Przypadki pani Eustaszyny wygrałam w konkursie, a potem kliknęłam like'a na FB jako 500. i druga dołączyła do Eustaszyny. Dziękuję Marii Ulatowskiej za wysyłkę i piękne dedykacje.
Ostatnie trzy na samym dole, czyli 'Nocny koncert' Jackiewiczowej, 'Bogaty Książę' Natalii Rolleczek i pierwszy tom Dzienników Iwaszkiewicza przywiozłam od mamy. 


Polowałam i wreszcie mam, trzy pozycje Woźnickiej Ludwiki tym razem - tytuły jak widać


'Dziewczęta Borysa Biednego i brakująca mi Ania, też Allegro


To już było wyżej, ale nie widać dobrze, to jeszcze raz


A tu szok stulecia, dostałam od Świata Książki w prezencie wraz z 'Tunelem' Magdaleny Parys, ale książka jedzie w paczce, a audiobooki załadowałam do walizy, bo lekkie


Poniżej wydawnictwa o moim mieście rodzinnym. Na dole zestaw pocztówek cudnej urody, które to sobie Marek 'od ust' odjął, dzięki wielkie


No i najsam koniec, książka, której jestem współautorką, a której to w rękach nie miałam, aż do pewnego wieczora, ale o tym innym razem


Wszystkie dziewczyny, i piszące, i wydające, mi się tu podpisały. Pamiątka na całe życie. Przy okazji przypominają mi się obozy harcerskie, kiedy to wewnątrz kupionych książek koleżanki składały podpisy ku pamięci. Pamiętacie zdjęcie Słoneczników Snopkiewiczowej, które tu zamieściłam? Wyglądało mniej więcej tak samo


I to by było na tyle dzisiaj. Dajcie mi się ogarnąć. Zaraz po kolei opowiem, co się działo i kogo spotkałam.

sobota, 8 października 2011

Camilla nadchodzi już niebawem, a niektóre spodziewajki już tu są

Przepraszam, że tak ostatnio wpadam na chwilkę, ale oczy mi nawalają i staram się nie nadużywać komputera. Zobaczyłam jednak zwiastun na stronie Ale Kino i muszę się z Wami tą wiadomością podzielić. Wprawdzie książka mi się nie podobała, ale film to co innego, trwa tylko dwie godziny i człowiek nie ma poczucia straconego czasu. Mówię tu o ekranizacji trzech powieści Camilli Lackberg 'Kaznodzieja', 'Kamieniarz' i 'Ofiara Losu'.
http://www.alekino.pl/images/program/wydarzenia/2011/20110928-camilla/galeria/02.jpg
Pod linkiem powyżej znajdziecie więcej informacji.
Na Ale Kino są nadawane jeszcze inne szwedzkie seriale kryminalne, dzięki Mary Czytajodlewej odkryłam dzisiaj jeszcze jeden 'Inspektor Irene Huss' na podstawie powieści Helene Tursten. Tyż fajny. 

Od Kaliny przyszła przesyłka podane przez Paris, prezent urodzinowy dla mnie, komplet filmów rosyjskich, padłam trupem i teraz mówią do Was moje resztki. Cóż ja mogę rzec - zima zapowiada się ciekawie. Dziękuję, prezent trafiony w dziesiątkę, co ja mówię - w setkę


Paris przywiozła też pakiet od mojej ulubionej księgarki, pani Wandy, która jest nieocenionym grzebaczem antykwarycznym i udało jej się to, czego ja nie mogłam dokonać od lat, dostała pierwszy tom powieści polskiej Wandy Patury 'Trudna miłość', do kompletu do 'Gdy miłość dojrzeje' , która przyszła od niej tego lata  Tytuły gówniane, ale powieści całkiem, całkiem. Czytałam kiedyś tylko tom drugi tom, pierwszego nigdy nie udało mi się zdobyć.

Dwa kryminały z serii Polityki, za takie pieniądze grzech było nie uprosić okupienie. Cieszę się szczególnie na ten islandzki, bo zupełnie nie wiem, czego się spodziewać?


A poza tym przyjechał długo oczekiwany stosik, kolega w Polsce kupił mi kilka książek, Makatka przywieziona przez koleżankę córki, a na samym dole jest ksiażka z biblioteki, którą teraz na tapecie ma mój book club.


 Jak na osobę, której oczy odmawiają współpracy to trochę niepokojące stosy, bo istnieje obawa, że je jednak będę nadwerężać, tym bardziej, że idzie do mnie trzecia  Cukiernia pod Amorem, która jest absolutnym must read, oczy nie oczy, nogami będę czytać.
Miałam pisać tylko chwilę, wiec  o Stasiuku następnym razem.