Pokazywanie postów oznaczonych etykietą seriale polskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą seriale polskie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 października 2012

Powroty, czary mary fiku miku i carskie klimaty. A Misja im się udała

Przepraszam, że Was tak porzuciłam na czas jakiś, ale życie mnie pokonało, najpierw wizyta córki, kiedy to sobie obiecuję, że nie będę siedzieć w sieci, a korzystać z jej obecności, potem wyjazd do Dublina na wręczenie dyplomów córki tejże (innej nie mam), potem krótki wypad do Polski, no i jestem nazad.
Oczywiście w kraju, nie byłabym sobą, kasa jest czy nie, musiałam zajrzeć do kilku księgarni. Za dużego wyboru w moim mieście nie ma, bo jedne padły, inne się przemianowały, a tak w ogóle to króluje Empik, którego nie lubię, ale jak nie ma co się lubi i nie ma czasu do stracenia, a do tego czasem wielka chętka, to zajrzałam. Tym razem byłam z córką, więc razem rzuciłyśmy się w regały. Empik znajdował się w wielkim centrum handlowym, zaraz na przeciwko cmentarza, gdzie poszłyśmy wcześniej umyć groby przed pierwszym listopada. W zgiętym łokciu, z miną hrabiny niosącej torebkę Louise Vitton, miałam czerwone wiaderko z szufelką, szczotką, płynem i kompletem ścierek. To centrum takie 'oł eł', że nie było gdzie tego schować, a przecież wiaderko nie mogło być nam przeszkodą w odwiedzeniu księgarni. Będą mnie tam pamiętać długo.
Wzięłyśmy koszyk (dla takich jak my powinni mieć tam wózki) i ładowałyśmy książki jak leci od wejścia z myślą o późniejszej segregacji, nie chciałam po prostu wracać do początku i szukać, co też mi w oko wpadło. Wiadomo, jak z tym wpadaniem, coś się gałką zahaczy, a potem człowiek zachodzi w głowę, co to było i co gorsza - gdzie leżało?
Dowlokłyśmy się z wiaderkiem i tym koszem do kanapy na końcu salonu, tam rozsiadłyśmy się wygodnie i zaczęłyśmy przeglądać i eliminować. Powiedzmy eliminować, najpierw nic nie odrzuciłyśmy, ale potem zdrowy rozsądek (ciężko go zachować, kiedy promocja 20% niżej powyżej zakupów 75zł) oraz świadomość mizerii naszego bagażu, z gumy to on niestety nie jest, kazała nam jednak przywołać się do porządku i odrzucać to, co najmniej nam było drogie. Jak na złość moje must have, czyli Oriana Falacci wielka jak tyłek słonia, a druga, którą znalazłam i nie potrafiłam się pozbyć, czyli 'Powiedz mi, kim jestem' Navarro, nie mniejsza objętościowo. Jeszcze przy kasie znalazłam Domina czwartą część sagi sybirskiej "Młode ciemności" i już byłam kontenta. Do tego oczywiście McDusia, nic to, że recenzje miażdżące, pewnych idoli się nie zdradza (można krytykować, ale nie porzucać). Córka dobrała nowej Bishop dwie i się zrobił stos. Nowej Grocholi prośbą i groźbą, fochami i błaganiem nie wydostałam, leżała sobie cichutko w oczekiwaniu na następny dzień, który był premierą. To samo z drugą częścią Siedliska. Może to i dobrze, bo mogło się okazać, że mnie na coś nie stać i nie wiedziałabym co odłożyć. I tak musiałam zostawić Łapa w łapę (rozmowy Łapickiego z żoną), nową Masłowską, jakieś dwa kryminały, jedną fatnasy... już nie będę rozpamiętywać, bo przyjdzie mi karetkę wzywać.
Książki są cholernie drogie, tego Wam mówić chyba nie muszę. Żałuję tylko, że nam się nie udało przed osiemnastą do Weltbild dotrzeć, bo tam podobno szalona promocja.

Zakupy to jedno, ale weź to człowieku potem na półki powstawiaj. Tu musiałam przywołać swoje magiczne zdolności. Ogłaszam, gdyby ktoś chciał zobaczyć regały z gumy, na których niby miejsca nie ma, ale nowe zakupy cudownie się mieszczą, zapraszam do siebie. Za każdym razem wydaje mi się, że teraz to juz na pewno było ostatnie miejsce do zajęcia, a i tak się coś tam jeszcze mieści.
Ale teraz to już naprawdę było ostatnie miejsce, od teraz to książki będę musiała chyba składać w pół, żeby w jedyne wolne miejsca w kształcie kwadratu, powtykać.

A z innych spraw, oglądająco czytelniczych to powiem Wam, że serial Misja Afganistan jest po prostu świetny. Jestem baba, do tego nigdy w wojsku nie byłam, to gdyby tam jakieś nieścisłości, to wiedzieć nie będę. Zresztą śmieszy mnie, kiedy się lekarze/prawnicy/strażacy odzywają i mówią - serial nieprawdziwy, tak się nie operuje, tak się po sali nie chodzi, tak się pożaru nie gasi. Jakbym chciała wiedzieć, jak się operuje, to bym sobie na Discovery Science takie operacje oglądała, a nie w serialach.
Misja Afganistan trzyma poziom, fajne zdjęcia, klimat jest, muzyka świetna, Małaszyński trochę mnie wkurza, ale za to Lubos równoważy i nawet wszystko przewyższa. Kocham faceta normalnie. Inne męskie role też bez zgrzytania piachu w zębach, chociaż upał i kurz wszechobecny. Dobre kino, chociaż serial. Za każdym razem pozostaje niedosyt i chęć natychmiastowego obejrzenia odcinka, to chyba dobrze nie?


A poza tym skończyłam słuchać


Jestem zachwycona. Powieść ukazuje życie z wielkim władcą Rosji z perspektywy dziewczyny, która najpierw doznała biedy i wielu upokorzeń, ale dzięki wrodzonej mądrości i niezwykłej inteligencji społecznej doszła na sam szczyt - została Carycą. Jak wyglądały intrygi dworskie wiemy, z filmów, seriali i innych powieści. Niezależnie od tego, czy to dwór angielski, papieski czy rosyjski, wzór pozostaje ten sam - intrygi, podkopy, morderstwa, raz na szczycie, raz w głębokim dole, szczęście jeśli nie w trumnie. Utrzymać się przy carze, który do wiernych nie należał, miał wokół wielu doradców, a ci różnie się odnosili do kobiety, która miała wpływ na wodza, było na pewno trudno i niebezpiecznie.
Marta, potem Caryca Katarzyna, urodziła Piotrowi Wielkiemu 12 dzieci, z czego wiele zmarło, nigdy nie dała mu dziedzica tronu płci męskiej, bo wszyscy chłopcy umarli, tym bardziej było jej trudno utrzymać się u jego boku. Wszystko obserwujemy z jej punktu widzenia, ona jest narratorką, jej emocje filtrują zdarzenia - jest to bardzo ciekawy obraz kobiety u władzy, do tego takiej kobiety, która nie była chowana na takie zaszczyty, musiała dojść do wszystkiego z samego dołu społecznego. A czasy dla kobiet nieprzyjazne.
Słucha się wspaniale, wprawdzie maniera pani Lewińskiej tu i ówdzie lekko drażni, ale da się przeżyć. W sumie pasuje do postaci i treści. Bardzo udana realizacja, a powieść niezwykle ciekawa. Nie tylko dla fanów prozy historycznej.

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Filmowe lato, Więckiewicz razy dwa, Dziędziel też na dodatek, a i po czesku też coś wpadło

Kochani. Zamilkłam, jakoś mi nie idzie teraz. Listę mam długą jak papier toaletowy, a pisać nie po drodze. Co siadam, to wydaje mi się, że nie mam nic ciekawego do powiedzenia. A potrafię przy porządkach na przykład przemyśliwać, co to ja Wam powiem, jak tylko dorwę się do komputera. Wystrzelam się z myśli podczas pozakomputerowego czasu, a przychodzi ten moment, że trzeba by znaki do kupy zebrać w słowa i nic. Wszystko wydaje mi się jakieś takie bez sensu. Rozmemłałam się jak mamałyga, czas potrafię przepierzyć za przeproszeniem jak nikt. Przewalam się między komputerem, książką, gazetą, filmem, kuchnią, ogrodem i obowiązkami i nic nie jest zrobione jak trzeba. No, może poza obowiązkami.
Postanowiłam przerwać ten zaklęty krąg niepisania, zrobiłam sobie herbatę zaparzoną jak Pan Bóg przykazał, czyli w czajniczku liściastą, nalałam do ulubionej filiżanki i do dzieła. Dzisiaj o kilku filmach.


Od Moniki z błękitnej biblioteczki pożyczyłam dvd 'W ciemności'. Ona biedna nie zdzierżyła, ale to dlatego, ze dopiero co po urodzeniu Henryczka, młode mamy lepiej, żeby coś weselszego oglądały, miała rację, że zostawiła na potem. Przyniosła mnie przed wyjazdem do Polski na wakacje i jak tak chodziłam wokół tego filmu, jakby mi ktoś drzazgę w palec wbił. Aż stwierdziłam, że trzeba się z tematem zmierzyć, bo jak to tak z kawałem drewna pod skórą żyć?

 
O Bożenciu, co ja się naemocjonowałam, myślałam, ze mi serce siądzie. Nie będę tu rozprawiać o zdjęciach i scenariuszu, o tym, że Więckiewicz wielkim aktorem jest, bo to możecie sobie poczytać gdzie indziej, wszyscy pieją i mają rację. Powiem tylko, że czułam wilgoć, czułam strach, samotność, ale i małe radości (malutkie takie) w czasie tego ukrywania się. Podobała mi się kreacja Więckiewicza i jego postać, człowieka niejednoznacznie dobrego, z duszą o wielu odcieniach szarości i czarniawą nawet. Przecież bohaterem się człowiek nie rodzi, nim się bywa i to czasem nie na podstawie logiki i przemyśleń, a impulsu, bo inaczej nie można. Gdyby się nad tym głębiej zastanowić, to pewnie by człowiek wolał nim nie być, byle mieć święty spokój, byle bezpieczniej. A tu coś ci karze pomagac cholera, ryzykować i nic na to nie poradzisz. Wojna to straszny czas, nie chciałabym tego przeżyć, dlatego trudno mi oceniać tych, co byli dobrzy i tych, co się zepsili.
A kiedy oni wyszli z kanału i on krzyczał - Moje Żydy, to ja tak strasznie płakałam, że się aż mąż zaniepokoił. Bo się napięcie nabudowało i to się tak masowo wodospadem wyładowało. Ja w ogóle ostatnio mam nerwy na wierzchu, strasznie wszystko przeżywam, tak jak kolejny film z Więckiewiczem pt. Wymyk.Tym razem Canal+ mi go zapodał, kocham ten kanał za polskie filmy (i nie tylko, bo i francuskie też nadają i w ogóle dobre)


To jest film, w którym widać, że Więckiewicz jest po prostu cholernie dobrym aktorem. Warunki ma takie, jakie ma, można by powiedzieć, że wszędzie jest taki sam, gdyby nie to, że nie jest. Kurczę, jak on to robi, że ja wiem, że to on, a jednocześnie identyfikuję go za każdym razem z rolą i wszystko mi jedno, że to znowu on. Większy mam problem z Simlatem, bo on mi się wydaje wszędzie taki sam, ale w sumie tu nie ma słabych ról. Wątek jest od początku do końca bardzo świadomie poprowadzony, na sztywnym kiju, że się tak wyrażę, nic tam się nie gibie na strony.
A ładunek emocjonalny równie mocny jak w wojennych i rozliczeniowych samograjach, bo tam, nie oszukujmy się, bez łaski, że się człowiek przejmuje, a tu mamy historię dwóch braci i pewnej podróży pociągiem, po której nic już nie jest takie samo.
I mój ulubiony Dziędziel jak wisienka na torcie. I Muskałę bardzo lubię, chciałabym jej więcej w kinie.
Nie będę opowiadać fabuły, bo nie lubię tego na innych blogach, tutaj tylko o tym, że siedzieliśmy z mężem jak zaczarowani i tylko klęliśmy pod nosem, że to się wszystko tak pokiełbasiło u bohaterów i już nie odkręci, bo życie nie zawsze jest takie, że powiesz przepraszam i wszystko jest ok.
Bardzo polecam.


A jak Dziędziel, to po raz drugi, tym razem w dużo lżejszym gatunkowo wydaniu. Mam słabość do Fleszarowej-Muskat, a to właśnie na podstawie jej powieści o budowaniu Gdyni - 'Tak trzymać' - nakręcono mini serial czteroodcinkowy 'Miasto z morza'. Czy ja mogłam to przegapić? Oczywiście, że nie, chociaż cukierkowy, chociaż pozytywistyczny, o tym, jak ciężką pracą ludzie się bogacą a Polska rośnie w siłę. Ujęcia jak z obrazów nadmorskich malarzy, którzy tworzą na promenadzie i mają nadzieję sprzedać na pniu swoje produkcje. Ale mnie to nie przeszkadza, nie samymi ciężkimi i ważnymi filmami człowiek żyje, potrzeba mi czasem wytchnienia i odpoczynku, a nade wszystko nieustającej wiary, że ciężką pracą i pasją można osiągnąć wiele, a wielkie wizje rodzą się w głowach i sercach ludzi najpierw, potem dopiero trafiają do realizacji i nie trzeba się bać, jeśli w coś wierzysz, to się ziści.
Nawet jeśli nie, wierzyć trzeba.

Jak już tak lżejszymi poleciałam, to zapodałam od razu Morning Glory trzymany na tę właśnie okazję.


Typowa amerykańska komedia, o młodej producentce, która trafia do większej, ale podupadającej stacji do programu porannego i stawia go na nogi. Wszystko to już było, czyli na początku jest do niczego, ale potem się to jakoś układa, ale śmiesznie jest i naprawdę duży to relaks, więc polecam jak słodkiego pączka na troski, nie samymi sałatkami z soją człowiek żyje.

A na koniec wisienka na torcie. Kiedyś widziałam ten film od połowy, nie znałam tytułu i mnie męczyło, co to takiego było? Teraz zasadziłam się na oglądanie 'Piękności w opałach' na Ale Kino (drugi kanał, bez którego żyć bym nie umiała) - filmu czeskiego, o którym wiele dobrego słyszałam. I co ja widzę? Ta dam, to ten film, co go tylko pół widziałam. Obejrzałam teraz jak należało, czyli od napisów początkowych do końcowych i powiem tak, dobry cholernie, ale zostawił mnie zniesmaczoną, jakby mnie ktoś lepkim mazidłem obsmarował i zostawił na słońcu. Nie z powodu samego filmu, bo podkreślam, że jest świetny i ze wszech miar wart obejrzenia, ale i historia, i bohaterowie nie są zdecydowanie tym, do czego nas przyzwyczaili Czesi, którzy zawsze brzydkie potrafili pokazać w lepszym świetle, chociaż na wesoło. Tutaj nie ma wesoło, to, co jest niesmaczne, jest niesmaczne, pogmatwane i dołujące. Jedynie aktor, który kiedyś grał doktora Błażeja w Szpitalu na peryferiach, jedyna normalna postać w tej opowieści, jest zadziwiająco na starość przystojny.



Jan Hrebejk pokazał życie swoich rodaków w jaskrawych kolorach, bez żadnego ściemniania, stukania się kuflami piwa i czeskich przyśpiewek. Wspaniałe kino, ale wymagające czegoś więcej, więc nie nastawiajcie się na beztroskie jedzenie domowego popcornu. Momentami będzie bolało. Mimo tego, jest to jeden z tych filmów, które na pewno obejrzę kiedyś jeszcze raz.

A na koniec polecę Wam nowy serial kryminalny, na który się niezwykle cieszę - tym razem rodem z Finlandii - od 2 września, na razie 6 odcinków pt. Vares. Przeczytałam w zajawkach -  serial, w którym czarny kryminał splata się z elementami komedii i pastiszu, został okrzyknięty w ojczyźnie Świętego Mikołaja początkiem nowego gatunku - Finn Noir. Osiągnął kolosalną popularność, a jego kolejne odcinki wchodziły tam na duży ekran, jako pełnometrażowe filmy kinowe. 


Nie chcę go przegapić, już sobie zapisałam w kalendarzu, ciekawe, czy uwiedzie mnie równie łatwo jak Winter, Wallander czy Sarah Lund?
I cieszę się, że Krew z Krwi (polski serial kryminalny z Agatą Kuleszą) będzie na Canal+ powtórzony, bo ja przegapiłam połowę odcinków z powodu choroby. Dla zainteresowanych od 3-12 września codziennie po jednym odcinku będą emitować, lub od 21 września w każdy piątek.

No to się nagadałam, a teraz idę sobie precz. Wiem, połowa z Was nie ogląda, druga połowa nie ma telewizora, trzecia połowa nie ma Canal+, czwarta nie ma Ale Kino, ale filmy są też pewnie dostępne na dvd, warto o nich wiedzieć. A ja uwielbiam dobre seriale i dobre filmy, traktuję je na równi z książkami, uważam, że rezygnowanie z tej akurat muzy to odbieranie sobie wiele przyjemności. Nie chcę tu wywoływać dyskusji, tylko można powiedzieć ją kończę, po wielu komentarzach o tym, że szkoda czasu na TV.
Po ostatnim seansie pierwszego odcinka sfilmowanej książki Forda Madoxa Forda 'Parade's End' na BBC2, szczególnie nie mogę się z tym poglądem zgodzić. Jakie to było, hmmm, pysznościowe, tak bym to ujęła. Ale o tym więcej kiedy indziej


piątek, 20 lipca 2012

Wielka niespodziewanka - Pan Aleksander Minkowski do nas napisał

Chciałabym móc powiedzieć, że do mnie i tylko do mnie, ale niestety muszę się wykazać uczciwością i przyznać, że do nas - czyli tych, którzy czytali i komentowali mój wpis na tym blogu poczyniony przy okazji odsłuchania Krzysztofa, jego autorstwa.
Kilka dni wcześniej na moim Co-Dzienniku pisałam o serialach polskich, które akurat oglądam i w komentarzach wywiązała się dyskusja na temat Układu krążenia, który powstał na podstawie scenariusza pana Aleksandra Minkowskiego, a wraz z nim ukazała się książka

 Przypomniało mi się zaraz, że przecież kiedyś wszyscy sobie wyrywaliśmy jego książki z rąk, a jego 'Grażyna' była u mnie zaczytana na śmierć. Miałam zwyczaj jako nastolatka, ale jeszcze i w latach późniejszych, czytać książki uwielbione szczególnie, po kilka razy, nie inaczej było z Układem krążenia. Zresztą to jest kolejny z tych seriali, które doskonale znam, a oglądam za każdym razem, kiedy są powtarzane.


Młodzieżowe książki Minkowskiego były dla nas czymś wyjątkowym, aż trudno mi o tym pisać spokojnie, tak jak w przypadku powieści Siesickiej, mogliśmy się identyfikować z bohaterami, przeżywać ich przygody, marzyć o wielkiej miłości, oceniać ich postawy i uczyć się życia. Kiedyś nie rozmawiało się dużo z rodzicami, przynajmniej nie ja z moimi. Z książek człowiek się wszystkiego uczył.

Kiedy w TV nadali 'Zieloną miłość' serial na podstawie 'Grażyny' z młodym Fryczem i Pacułą w rolach głównych, nie było chyba takiej nastolatki, która by go nie widziała.


Możecie się ze mnie śmiać, ale jak usłyszałam muzykę z czołówki filmu, to się popłakałam. Jezu, jak ja się kochałam we Fryczu, oczywiście chciałam być Pacułą (a tak ją obsmarowałam w notce o Elżbiecie Czyżewskiej, haha, wyszło szydło z worka, z zazdrości).




Taka jestem rozczulona i ucieszona, a najbardziej to zaszczycona, że się Pan Minkowski na moim blogu odezwał. Muszę się przyznać, że nigdy nie próbowałam sprawdzać, czy coś napisał nowego, założyłam, ze nie. Kiedy zobaczyłam wpis, moja pierwsza reakcja była - Boże, on żyje.
Przepraszam, jeśli pan Minkowski to czyta, ale tak było. Jakoś mi do łba nie przyszło śledzić swoich idoli pisarzy, jak się mają, czy coś nowego wydają, założyłam, że skoro mi się w oczy nie rzuca, to nie ma.
W każdym razie chciałam tu teraz obwieścić, że Aleksander Minkowski jest mi strasznie ukochanym pisarzem i mam zamiar sobie kupić wszystko, co się da, czy to na Allegro, czy na Merlinie, bo tam też o dziwo jakieś są. Hawk.
Przepraszam za tak nieskładny wpis, ale emocje wzięły górę i nie mogę się po prostu opanować.

sobota, 24 marca 2012

Mężczyzna, od którego wszystko się zaczęło. A starocie już niedługo znajdą nowy dom.

I co ja mogę napisać o tej książce? Wszystko już było.
Zacznę od tego, że przynajmniej na rynku anglojęzycznym, od tej trylogii wszystko się zaczęło. Wiem, Mankell był wcześniej wydany, ale to Larsson ruszył ludzi do księgarń w poszukiwaniu kryminałów skandynawskich.
Nie wiem, co on takiego ma, czego nie mają inni? Przecież każdy ma jakiegoś bohatera, jak nie policjanta, to dziennikarkę. Każdy ma wątki miłosne lub seksualne, każdy morderstwo lub inne przestępstwo, więc diabeł musi tkwić w stylu.
Ale i on nie jest jakiś nowatorski, wyjątkowy i odkrywczy.
Więc pomysł?
Po pierwszym tomie myślałam, że duet Sallander - Blomkvist jest tu kluczem, ale teraz widzę, ze to jednak sama Lisbet Sallander trzyma tę trylogię w kupie (chociaż dopiero zaczęłam czytać trzecią, więc może potem będę inaczej śpiewać) i świadczy o jej wyjątkowości. bo o ile inne postaci w skandynawskich kryminałach są ciekawe, nikt nie wymyślił tak wielowarstwowej i przyciągającej uwagę.
Wszystkie znaki wskazują, że ona powinna być tak zwichrowana, ze nie do przyjęcia, a jednak lubimy ją, sekundujemy jej i przyjmujemy z całym dobrodziejstwem inwentarza. Pięknie ją Stieg ulepił.

W drugiej książce cyklu nie brak napięcia, gwałtownych zwrotów, ale i obrazków z życia Lisbet, jakbyśmy się mieli do niej przyzwyczaić na dłużej. Moze Larsson chciał ten cykl rozszerzyć na kilka tomów, nie jedynie trzy? Podobało mi się, że mogliśmy z nią odbyć część jej podróży, pobyć w jej głowie i dowiedzieć się, co tam siedzi. Te rozdziały to była powieść obyczajowa wewnątrz kryminału. Bardzo udane połączenie.

Czytałam uszami. Byłam tak ciekawa treści, ze sobie wynajdywałam rzeczy do wyczyszczenia, umycia, czy co tam zwykle robię, kiedy słucham, tylko żeby dłużej z tą książką obcować, dowiedzieć się, co dalej?
Wiedząc, że mam ją w w odtwarzaczu, aż mi się gęba śmiała na dłuższy spacer ( normalnie nie lubię łażenia dla zdrowotności, mąż się śmieje, że ja bym zasuwała, ale od księgarni to księgarni z kuponami rabatowymi w kieszeni, schudła bym wtedy w mig :-).
Jeśli w ogóle jeszcze ktoś jest, kto tego, nie czytał, polecam.
Ja się tak ociągałam, bo w tym czasie, kiedy kupiłam drugi tom, mama miała udar i moja córka powiedziała, że tam dużo jest o tym prawniku, który też po udarze, to może lepiej nie, bo się będę stresować, czytając o tym. A jak zwlekałam z drugim, to i siłą rzeczy z trzecim. Właśnie go słucham.

*^*^*

Z innej beczki. Będę w kraju, postanowiłam sobie w związku z tym sprawić kilka książek, które bardzo chciałam mieć, kosztują grosze na Allegro, a nie mogłam kupić, bo nie wysyłali zagranicę. I powiem tak, jak się mieszka w Polsce, to Allegro na starocie jest fantastycznym miejscem i już mnie nie dziwi, że Wy mi czasem mówicie - nie wiem, co masz za problem, przecież na Allegro jest.

Ano jest, ale na 20 sprzedawców, jeden wysyła do mnie, a inni mnie 'stawiają do kąta' - nie wysyłam, nie robię wyjątków, przecież zaznaczałem w opisie itd. W ogóle coś dziwnego jest w tym miejscu, że ja, jako kupujący, czuję się dyscyplinowana i stawiana na baczność, wcale nie komfortowo. A jak już kupisz, to natychmiast pędź i zostaw dobry komentarz. 
Nigdy tego nie miałam, ani na ebay, ani innych pomniejszych. O takich jak Amazon czy Play, gdzie też sprzedają z drugiej ręki książki i filmy to już w ogóle nie mówię, tam wszystko jest na zasadzie - kurczę, jak się cieszę, że kupiłaś ode mnie.
Nie mówię broń Boże o tych, od których kupiłam teraz, wcześniej miałam dziwne co najmniej doświadczenia. To chyba wynika z tego, że u nas nadal pokutuje postawa - kupuj i spieprzaj, tak naprawdę to ja ci robię przysługę. Inna rzecz, że tym razem kupowałam
Postanowiłam kupić sobie kilka książek Ludwiki Woźnickiej (o jej siostrze pisałam w którymś ze wcześniejszych wpisów), oprócz tego dwa tytuły Jeremiego Bożkowskiego, bo mam tylko Mszę za mordercę i brakującą mi Rillę ze złotego brzegu w płóciennej oprawie (dzięki Wam i zakupom na Allegro brakuje mi już tylko dwóch). Niestety 'Ostatnie dni Aranjuezu' Pruszkowskiej chyba mi przejdą koło nosa, bo są dwa egzemplarze, jeden za 99 zł, a drugi za ok. 35 zł, mam na nią chęć, ale to jest za dużo dla mnie.
Cieszę się z tamtych za to.
I to by było na tyle, poza tym, że czytanie mi zupełnie nie idzie, zamiast tego oglądam seriale. Czas Honoru z mężem tłuczemy, mało mi serce nie siądzie, bo ja jestem strasznie wrażliwa i jak oni na akcję, to ja umieram. Twórcy tego serialu byliby dumni z takiego widza :-)

Dziewczyna, która igrała z ogniem była szóstą książką przeczytaną w ramach wyzwania Z półki

niedziela, 3 kwietnia 2011

Chichot lostu - Hanka Lemańska

Nie chciałam wcale czytać tej książki, bo będąc w mylnym błędzie, jak mawiał profesor Gruchała, myślałam, że jest to kolejna produkcja młodej pisarki dla młodych czytelniczek. Nie będę się tu nurzać w przeżytych latach, ale wiecie, ze mam ich dwa razy więcej niż 22, więc wiadomo - nie dla mnie. I żeby było jasne, nic nie mam do pierwszych czy nawet drugich powieści młodych pisarek (nic poza 'zawiścią', że są młode i że są pisarkami :-), ale co za dużo, to wystarczy. Teraz to raczej 'Szepty' mnie pociągają tematycznie :-)

Dostałam tę książkę w prezencie, postawiłam na półkę i pomyślałam, że będzie dla córki jak znalazł. Potem doczytałam, że Hanka Lemańska to rocznik 1959 i do tego psycholog, więc pomyślałam, że może warto dać tej powieści szansę?   Potem, potem zobaczyłam zwiastun serialu i pomyślałam, że jak nie teraz, to nigdy, bo mnie będą napadać w telewizji skrótami poprzednich odcinków i zwiastunami i w ten sposób poznam treść. A, że egzaminy mi nieźle dały w kość, nawet nie tyle ilością materiału, ile stresem, bo wiadomo stare studentki to się od razu na podium chcą znaleźć, a mózg już nie taka gąbka, więc trzeba ostrożnie treści zapodawać, co by przecieków nie było, to pomyślałam, że Chichoty losu akurat - nie obciążą zwojów.

Wiecie co, to jest całkiem fajny kawałek historii. Czuję niedosyt wiadomo, bo taki temat mógłby być trochę może pociagnięty, bardziej rozwinięty, bardziej może przegadany, ale z drugiej strony, czy ja wiem? Powieści, co flaki wypruwają z człowieka jest wiele, ale takiej, która by w sumie na wesoło potraktowała temat przysposobienia dzieci w tak trudnych okolicznościach, nie spotkałam.
Kto wie, może to jest właśnie sposób na zapodanie treści ważkiej, ale tak, żeby jednak ktoś zechciał o tym poczytać. Sami przyznacie, że ludzie czasem nie chcą.
Zastanawiałam się, skąd u mnie taka ciekawość, co się zdarzy, skoro właściwie tak a priori potraktowałam temat jako ograny i oklepany. A jednak przewracałam kartki niecierpliwie, chciałam wiedzieć, czy ta dziewczyna zechce rzucić się na głęboką wodę, czy jednak odpuści i wybierze swoje dawne życie. Hej, taka głupia nie jestem i spodziewałam się schematycznego zakończenia, jak w komedii romantycznej, ale z drugiej strony - któż nie lubi dobrej komedii romantycznej, więc może nie trąbimy całemu światu, że właśnie obejrzeliśmy Tylko mnie kochaj, ale jednak rekordy oglądalności ten film pobił. Już nie mówię o moim najukochańszym 'Masz wiadomość' (wiadomo, bo o księgarni, bo Meg, bo Tom i bo jestem babą).
I tak przeleciałam przez ponad 200 stron jak burza, nie wiedzieć kiedy skończyłam i mi się szkoda zrobiło.
Na pocieszenie może film? Hm, trochę nie lubię Żmudy-Trzebiatowskiej, ale bez przesady, nie będę się jej czepiać, bo sama nie wiem, dlaczego, więc może być, że za jej urodę bez skazy, za  równiutkie zęby, za figurę, czyli może jej zawiszczę podświadomie? A, co mi tam, zasiadłam oglądać i fajerwerków nie ma, ale jest ok. Dzieciaki tam mi się podobają.


Suma summarrum, jak mawiała profesor Początek od angielskiego, ale za to z francuskim 'r', książkę bardzo polecam dla spragnionych przerwy w poważniejszych lekturach, a serial to już jak sami chcecie, wiadomo, jedni lubią, a inni nie mają telewizora.
Szkoda tylko, że Hanka Lemańska juz nie żyje i nic więcej nie napisze

P.S. Książka jest dostępna na Merlinie za niecałe 3 złote