Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ulubione książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ulubione książki. Pokaż wszystkie posty

sobota, 31 maja 2014

Potargowe stoses of shame

Obiecywałam sobie, że nie zaszaleję, nawet głównego bagażu nie kupiłam, wszystko po to, żeby chronić konto, mój kręgosłup przy targaniu walizy, no i honor czytelnika, który jednak więcej kupuje niż przerabia. A jak już czytam, to ciągle coś 'zawodowo'.
Wkleję trochę zdjęć, będę się chwalić, ale notki to wiecie, nie obiecuję szybko, bo moje wybory krętymi ścieżkami chodzą, a do tego czuję, że teraz co innego mnie bardziej zajmie niż czytanie. No i festiwalowe lektury cały czas są priorytetem.

Te książki nie zmieściły się w walizce i będę dosłane pocztą


Lot nisko nad ziemią Ałbeny Grabowskiej Grzyb od niej samej, niezwykle cenię sobie takie gesty i na pewno przeczytam z ciekawością, tym bardziej, że Ałbenę cenię jako pisarkę, zdecydowanie nie zaliczam jej do nurtu popularnego, chociaż może się też wpisać i ten gatunek.

Chwalipięta - rozmowy córki Anny z ojcem Jane Sztaudyngerem, panowie ze stoiska Wydawnictwa Literackiego ściągnęli to dla mnie, bo na stoisku nie było. Wspaniała obsługa, jak zwykle panowie i jedna pani (więcej nie widziałam), stanęli na wysokości zadania (czyli śmiali się z moich dowcipów).

Andrzej Mikołaj Grabowscy podarunek od Pani Anny z Grupy wydawniczej Zwierciadło. Pięknie wydana, ciekawa, bo już podczytałam, o braciach, których uwielbiam, każdego za coś innego.

Rozmowy z Martinem Scorsese - podarunek od Izusr z Czytadełka, czyli Izy, która pamiętała, że mi obiecała, a ja już zapomniałam, więc radość i niespodzianka duża. Iza!!! zapomniałam Ci piwo postawić. Dostałam od niej równiez Pożegnania Dygata, gdzieś tam na innym zdjęciu będą.

Dariusz Michalski - Starszy Pan A. opowieść o Jerzym Wasowskim. Tak się cieszę, że był dodruk i udało mi się to kupić. W ogóle stoisko wydawnictwa Iskry to było jedno z moich największych 'wodopojów'

Ja, kabareciarz. Marian Hemar. Od Lwowa do Londynu - Anny Mieszkowskiej. Zakup Allegrowy z wydawnictwa Muza, że okładka z wystawy. Ale dobry egzemplarz, więc się cieszę, bo nie była droga. A jak pięknie wydana!

Poniżej zdobycze Allegrowe, zbierane u znajomych w Polsce (bo tam przesyłki szły) przez ponad pół roku. Mąż odebrał i heroicznie przewiózł.


Drugie życie i Czas i miejsce Jurija Trifonowa
Miałam dar zachwytu Irena Szymańska, wspomnienia wydawcy
Wszystko przez wspomnienia STS-owe Jarosława Abramowa Newerlego - musiałam kupić wspomnienia Andrzeja Drawicza i Anny Prucnal też.
A po lewej zdjęcie stareńkiego wydania Herkulesów Stawińskiego, książki bardzo nie ten tego, słabej i komunistycznej, ale nie mogłam się oprzeć, bo takie rodzynki mnie rajcują.
Dalej książka o Barei Król krzywego zwierciadła i Życie w Przekroju Kominka, a na samym dole tomiszcze Czyżewskiego o Hłasce. Omnomnom.
Na niektóre polowałam wytrwale miesiącami, na wspomnienia pani Ireny latami.
Po prawe kilka pozycji Fleszarowej Muskat, moje guilty pleasure. Starotki w nowym wydaniu, a jedna naprawdę stara. Dorota mi odebrała z Allegro, a te trzy małe kupiła w Matrasie w jakiejś wyprzedaży po 5 za sztukę.

Marek Nowakowski niedawno zmarł. Był ulubionym pisarzem mojej mamy, pamiętam jego zbiory opowiadań u niej na stoliku. Nie mam tamtych książek, kupiłam tę, w czasie, kiedy jego zabrakło, u mnie go przybyło. Będę czytać. Wydawnictwo Iskry wydało kilka jego książek, w tym zapiski wspomnieniowe. Mam je w formie ebooka, tej ostatniej jeszcze nie, ale jedną chociaż chciałam mieć papierową.


Od dołu, Pokolenia od autorki dostałam, przekazana przez redaktorkę Teresę Drozdę z Polskiego Radia RDC. Tak coś czuję, że powieść Katarzyny Drogiej będzie mi droga.
Ludzie Philippe Labro kupione na stoisku Sonia Draga, bardzo mi się podoba opis na okładce, jakże mogłam ją przegapić wcześniej?
Czerwone niebo nad Wołyniem i Maria, dwa tomy opowieści Barbary Iskry Kozińskiej. Trudne karty historii w tle, to lubię.
Pożegnania Dygata od Izy
Listy Raszewskiego do Musierowicz
Starotka Jabłko granatu Auderskiej w wymianki LC, na którą pognała moja koleżanka, a ja skorzystałam.

Od Czarnej Owcy wydębiłam (no dobra, znowu tak błagać nie musiałam, bo Agnieszka ma miękkie serce) wspaniałą książkę, którą już podczytałam i której szukałam wszędzie, tylko nie na stoisku tego wydawnictwa, bo mi się kojarzyło głównie z kryminałami.
Bardzo polecana przez Filipa Bajona w Drugim śniadaniu mistrzów, poczytałam o niej dodatkowo i faktycznie warta uwagi.




Na deser moje największe miłości czytelnicze plus Michaśka, który/a musi sobie jeszcze na to zasłużyć. Ale lubię go bardzo, jeno nie kocham tak jak Pilcha, Karpowicza i Kisielewskiego. Jest jeszcze trzech panów, do których na kolanach, jak do Częstochowy, ale jeden nic ostatnio nie napisał, jeden w ogóle ze mną nie chciał gadać (ale jego książki i tak mi się podobają), a trzeci jest obecny w późniejszych relacjach.
Sońkę i Zbrodniarza i dziewczynę dostałam od Tosi Kozłowskiej, trafiła w dychę :-) Sońki sobie odmówiłam z bólem serca, bo bagaż. A tak, przed faktem dokonanym i musiała już jakoś przejechać.

I to by było na tyle. Ktoś w ogóle tu dotarł? Jeśli tak pokażę jeszcze wspaniały podarunek od redakcji Książek, nie wiem, ile osób dostało coś takiego, ale ja czuję się wyróżniona bardzo, ukochana wręcz. Nie wiem, czy pomysłodawca, wykonawca czy grupa, w ogóle sobie zdają sprawę, jakie to dla nas było miłe.


O targach napiszę w kolejnym wpisie, ten i tak już jest za długi.

sobota, 12 kwietnia 2014

Złodzieje koni zawiedli mnie na pastwiska zielone

Tak powiedziałam, autorowi, że mnie tam swoją powieścią zabrał. Do czytelniczego raju, gdzie nie trzeba się spieszyć, nie trzeba 'z kocyka wstawać', można zapomnieć o bożym świecie, bo ma się w ręku historię ciekawą, przejmującą.
Żałuję, że nie mam zwyczaju podczas lektury robić notatek. Gdyby to była książka papierowa, od razu wiedziałabym, że zostaje na mojej półce, mogłabym sobie ołówkiem pisać w niej do woli. Ale to był przedpremierowy ebook i do notatek potrzebny by mi był notesik, cokolwiek. A ja, jak już zasiadłam do czytania, minuty mi każdej było żal, nie polazłam po ten długopis, po ten brulion i mam za swoje.
Miałam kilka błyskotliwych :-) myśli, że Wam to tak przedstawię, tak opowiem, że Wam gacie opadną i ustawicie się w kolejce do księgarń 24 kwietnia. Miałam wtedy przebłysk rozsądku - idę zapisać, bo zapomnę, ale potem zaraz - eee tam, tego nie zapomnę, to jest takie superowe, że na pewno będę pamiętać.
Ale rankiem to było, do pracy spieszyłam, w biegu zbierałam klamoty, bo się oczywiście zaczytałam i co? Wyparowało ze łba jak sen jaki złoty.
Remigiusz Grzela uwiódł mnie swoimi rozmowami. Po tym jak przeczytałam Było, więc minęło , obiecałam sobie nadrobić wszystkie grzelowe zaległości i od razu zakupiłam dwa ebooki - Wolne i Hotel Europa, tyle udało mi się tylko zdobyć. Obiecałam sobie mieć oczy otwarte na resztę.
Aż tu pewnego dnia trafiła się okazja przeczytać przedpremierowo Złodziei koni.
Zasiadłam z czytnikiem, oklepałam naokoło kocyk, kawę przysunęłam bliżej, okulary na nos, reszta spraw w nosie i zapadłam w świat stworzony przez pisarza.
O-lu-dzie! Cóż to za wspaniała powieść. Cóż za język, styl! Widziałam jak się te literki i zdania ładnie układają w treść, czułam jak te naoliwione tryby wsuwają elementy machiny na swoje miejsca, jak to wszystko pięknie gra. Konstrukcja misterna, niejeden by poległ, gdzieś się obsunął w przepaść chaosu, ale nie ON, nie Grzela.
Nasunęło mi się porównanie do koronek klockowych. Widzieliście kiedyś, jak to się robi? Tutaj krótki filmik, obejrzyjcie proszę, minutę zaledwie, a będziecie wiedzieli, o co mi chodzi.
Wątki opowieści jak te nitki, cieniutkie, ale dużo, Grzela sprawnie klockami operuje, zawija, krzyżuje, cofa, podnosi, prostuje, już widzisz wzór, ale on się jeszcze bardziej komplikuje i dowiadujesz się, że to, co Ci się wydawało clue, jest zaledwie elementem czegoś większego, bardziej skomplikowanego.
A co może być bardziej skomplikowane i złożone od ludzkich losów, rodzinnych historii, szczególnie kiedy przypadają one na czasy powojenne - Stanisław, czasy wczesnokomunistyczne aż do przełomu współcześnie - Jerzy, aż do przedstawiciela obecnego pokolenia, nieświadomego przeszłości, nie mającego wystarczającej wyobraźni, żeby zrozumieć, wejść w skórę ludzi, którzy swoją księgę zaczęli zapisywać przed nim - Kamil.
Trzech mężczyzn, dwóch ojców, dwóch synów i dziadek. Z czego dziadek nie zna wnuka, ba, nawet nie zna syna. Ojciec zna syna, ale go nie zna. Syn zna ojca, ale go nie rozumie. Siostra odkrywa, że ma brata. Dziadek nagle ma możliwość przejścia przez życie swojej niedoszłej żony.
Trzech mężczyzn, różne czasy, wojna, która nie dla wszystkich skończyła się w '45, trudne decyzje, postawy, które dla jednych są oczywiście wspaniałe, dla innych całkiem na odwrót. Geny. Jaka siła w nich tkwi. Nie da się ich oszukać, ale można wytworzyć w sobie mechanizmy, które pozwolą uniknąć błędów poprzedników w rodzinie. Trzeba zrozumieć, może wybaczyć? Da się w ogóle?
W tym wszystkim kobiety, matki, żony, córka. Naturalnie towarzyszą mężczyznom, nikt przecież nie chce być sam, każdy szuka miłości, towarzysza na życie. Nie zawsze to jest oczywiste, kto z kim i dlaczego tak to się potoczyło.
W tej powieści najpierw te nitki się plączą, ale wraz z końcową stroną powieści, chociaż w przypadku czytnika to był po prostu biały ekran - dostajemy kompletny, zachwycający wzór. Wpatrywałam się w tę nicość na ekranie i nie potrafiłam się rozstać z tą powieścią. Wracałam do pojedynczych scen, do smaczków, które jeszcze nie zostały zapomniane przez kubki smakowe w mojej głowie. Tęsknię do niej. Nie potrafiłam sięgnąć po nic innego, od kilku dni czytam prasę, blogi, odmawiam rozstania się z nią na dobre.
To jest jedna z tych powieści, która pozostaje z człowiekiem na dobre. Myślałam, że teraz już nikt tak nie pisze. Że literatura idzie w stronę ozdobników językowych, które biorą górę nad treścią. Albo ucieka w trywializm. Albo zabiera ludzi do wyidealizowanego świata, którego nie ma. Albo odwrotnie, do bagna, gdzie brud, smród i jeden kolorowy motyl siedzi.
A tu mięsista historia par excellence. Język w zależności od potrzeby subtelny, ale chuje też latają. Bez ściemniania. Uwielbiam. Ledwo skończyłam, a już stała się jedną z moich ulubionych powieści ever.
Mam nadzieję, że ktoś zdecyduje się ją kiedyś nakręcić.
Czy muszę dodawać, że polecam?

wtorek, 31 grudnia 2013

Spięłam klamrą dwie daty w moim życiu, a wszystko dzięki dwóm książkom

Kiedy byłam dzieckiem, święta zawsze były dla nas czasem kupowania sobie książek, wiadomo było, że będzie więcej czasu na ich czytanie, wszak nie było internetu, tylu kanałów telewizyjnych, odtwarzaczy video, dvd, usb i tak dalej. W ten czas zawsze towarzyszyło mi radio, mój fotel i nowa powieść.
Teraz książka musi konkurować z tyloma nośnikami przyjemności, rozpraszaczami, że jak się nad tym bardziej zastanowić, aż dziw, że ludzie czytają.
Dlatego moje postanowienie na 2014 rok jest takie, żeby bardziej świadomie selekcjonować kanały nadające do mnie treści, żeby nie siedzieć w sieci niezliczone godziny bez poczucia upływającego czasu. W zamian nadrobić trochę książkowych i recenzyjnych zaległości.

Skąd te przemyślenia nagle tak? Nie podsumowuję roku, nie liczę, co i ile czytałam, nie lubię tego robić i wybaczcie, nie czytam też takich wpisów u innych. Przemyślenia wynikają z dzisiejszej notki, miało być o jednej książce, ale okazało się, że będzie o dwóch. I o tym, jak jedna opowieść prowadzi do drugiej i spina klamrą czyjeś życie, a rozpiętość tej klamry to 33 lata.

Kiedy wzięłam do ręki powieść Barbary Kosmowskiej 'Niebieski autobus', już po pierwszych stronicach zorientowałam się, że atmosfera tej powieści przypomina mi inną. Pamiętałam dokładnie okładkę, tytuł też, jednego nie wiedziałam - czy mam ją nadal na półce? Po gorączkowych poszukiwaniach okazało się, że tak.
Wróciłam spokojnie do lektury Niebieskiego autobusu, w duchu obiecując sobie, że koniecznie muszę wrócić do tej starszej, czyli do 'Córka tego, co tramwaje jego' Honoraty Chróścielewskiej.
Nie zrobiłam tego jeszcze, ale na pewno nadrobię niedługo.



Niebieski autobus to powrót do czasów PRL-u, dla niektórych bardzo biednych. Miśka dorasta w rodzinie, której daleko od pospolitej - ojciec ma 'swój rozum', a najbardziej dumy jest z głowy do 'interesów' i produkcji bimbru. Wuj, oprócz tego, że łamie serca kobiece, nader często łamie też prawo, co go wciąż wpędza w kłopoty. Matka marzy o nowoczesnej meblościance i pozbyciu się staroświeckiego kredensu, za którego niejeden teraz pewnie by fortunę zapłacił. Babka, niezwykle ceniona w dniu wypłaty emerytury, ma zawsze swoje trzy grosze to wtrącenia, ale słuchają jej tylko wtedy, kiedy jest przy kasie. Sąsiedzi, nauczyciele, przyjaciele rodziców, oni wszyscy wręcz żyją przed oczami w trakcie czytania.
Wspaniała galeria postaci, Barbara Kosmowska ma niezwykłą łatwość i dużą umiejętność przywoływania do życia ciekawych ludzi, takich, których chce się odwiedzać w kolejne wieczory.
Miśka to rezolutne dziewczę, opisuje świat swoimi oczami, a już do nas należy wyciąganie wniosków i zobaczenie tego, czego młody człowiek nie rozumie, ale naiwnie zauważa i opisuje.
I to właśnie łączy obie te powieści, 'Niebieski autobus' i 'Córka tego, co tramwaje jego' oraz pewnie wiele innych podobnych, że widzimy świat dorosłych jakby ostrzej i w krzywym zwierciadle.
Pamiętam, że to mnie właśnie urzekło w tej drugiej książce, dawno, ponad 33 lata temu, kiedy miałam zaledwie 13 lat i byłam niezwykle dumna, że dostałam do czytania 'dorosłą' książkę od mamy.
Inna rzecz, że Miśka, bohaterka Niebieskiego autobusu, to też imię mojej córki, dlatego tak blisko poczułam się związana z tą bohaterką.
Jej pragnienia, marzenia, dążenie do lepszego życia, do osiągnięcia czegoś, czasy PRL-u to też moje doświadczenia (o czerwonych i niebieskich 'okrąglutkich' autobusach nie wspominając), moje życie, tylko rodzina inna, a przez to może tak dla mnie to wszystko ciekawe.
O tej 'staruszce' Honoraty Chróścielewskiej nie napiszę dziś w szczegółach, zresztą nigdy tego nie robię, bo nie lubię streszczać książek, pamiętam z niej tylko to, że dzieje się wśród mieszkańców z łódzkiej czynszówki, a ich życie opisane jest oczami dziecka. Nie mam pamięci fabularnej, ale zbieram w sercu wrażenia i pojedyncze sceny, pamiętam niektóre rzeczy, jak na przykład to, że rozdziały mają fajne tytuły (O naszym dyngusie i pupie pani Olbińskiej np), pamiętam jej niezwykły język (jak na przykład - przez okiennice widać trochę widna). Na pewno do niej wrócę, często o niej myślałam przez te lata, wspominałam i jestem wdzięczna 'Niebieskiemu autobusowi' i autorce Barbarze Kosmowskiej za przypomnienie mi o niej jeszcze raz.

Ale nie myślcie, że jedna drugą naśladuje, jedynie zamysł jest podobny, Niebieski autobus ma swój rytm, urok i jest na pewno jedną z tych pozycji, które zawsze będę u mnie na półce, bo a nuż zechcę za lat kilkadziesiąt do niej wrócić?

czwartek, 20 grudnia 2012

Koniec Świata pani Popiołkowa

Czasem nie lubię włączać się do sieci i odbierać wiadomości. Człowiek sobie chodzi zadowolony po ziemi, córka przyjechała, radość w dom, a tu buch w łeb - Świat Książki może zniknąć, jeśli nie znajdzie się inwestor. I nos na kwintę.
Lubię to wydawnictwo. Na początku, kiedy wyszły pierwsze katalogi, denerwowało mnie, że muszę z każdego coś kupić. I nie ma co ukrywać, czasem nie było co. Katalog być cienki, a książki albo nieciekawe, przynajmniej dla mnie, albo już je miałam inaczej wydane. Byłam w klubie od pierwszego miesiąca, na stronie księgarni znalazłam, że to był rok 1994, hmm mnie się wydawało, że wcześniej. Wydawnictwo szybko się rozwijało i nie wiem, kiedy okazało się, że problem już nie tkwi w tym, co zamówić, ale w tym, jak się nie dać zrujnować. Kiedy wyjeżdżałam zagranicę, dzwoniła, prosiłam, żeby mi nadal wysyłali katalogi do Irlandii, że nadal będę zamawiać. Nie udało się, bo poza granice Polski wydawnictwo z katalogiem i klubem nie wychodziło, ale nie pozbawili mnie członkostwa, jak sądziłam. Podczas pobytu na targach czy okazjonalnych wizyt w Polsce i zakupach w księgarni, nadal honorowali moją kartę i dostawałam zniżki.
Zawsze podobał mi się sposób wydawania książek u nich, fajnie było je trzymać w ręku, przyjazne czytelnikowi, litery i czcionka akurat, serie ładnie zaprojektowane. Nigdy mi na tym nie zależało, ale niektórzy też chwalili, że dobrze wyglądały razem na półce. Tam wydali moją ukochaną Maeve Binchy (przynajmniej część), niedawno Gaskell (ta poniżej jest wydana jak Donoghue w Stanach, z gładkimi, kremowymi stronami, ciężka jak kotary w dziewiętnastowiecznym domu)


Jestem wrażliwa na zapach książki (niektóre farby czy papier powodują u mnie łzawienie), również na fakturę papieru, jaki jest w dotyku. Te zawsze spełniały najwyższe kryteria w mojej osobistej skali przyjemności molowej.

Myślę o tym, jakie książki wydali i przychodzą mi na myśl od razu powieści Doncowej (byli pierwsi na rynku z serią o Daszy Wasiliewnej), Borysa Akunina, ale też i seria Historie ludzkie i kolejna ulubiona Anne Rivers Siddons między innymi. Zaklinacz koni kojarzy mi się z nimi, bo pamiętam do tej pory wrażenia, jakie mi towarzyszyły podczas lektury tej książki oraz okładkę. Zresztą do tej pory stoi na półce.

Ach, i wspaniały 'Mój sen o tobie' Nuali Faolain. Jeszcze nie wiedziałam, że będę mieszkać w kraju, który jest sub bohaterem tej książki.
Świat Książki cały czas trzyma poziom. Zarówno jeśli idzie o wydawane tytuły, jak i jakość wydań. Są tu pozycje dla wymagającego czytelnika, są też czytadła, poradniki, książki historyczne, wspomnieniowe, biografie. Dla każdego coś dobrego, nie wierzę, że mol wizytujący księgarnię firmową wychodził z pustymi rękami. No, chyba, że zapomniał portfela.
Ja przynajmniej nigdy nie wyszłam z mojej koszalińskiej filii (która szczęśliwie znajdowała się niedaleko mieszkania mojej mamy) bez zakupu.

Muszę też wspomnieć o wspaniałomyślnym wsparciu naszej polskiej biblioteki w Donegalu przez wydawnictwo. Najpierw pani Bogna, a potem Agnieszka, bez żadnych warunków, bez błagania i 'urabiania', co jakiś czas wysyłają dla nas książki.Nikt, kto nie był daleko od kraju, stęskniony polskiego słowa pisanego, nie zrozumie, ile to dla nas znaczy. Kiedy przynosiłam je do biblioteki, ludzie mieli wypieki na twarzach. Aż żal, że dziewczyny w wydawnictwie tego nie widziały.

A ich przyjęcie blogerów na targach - byłam tylko raz, ale jak miło nas potraktowali, dostaliśmy gadżety, mieliśmy okazję porozmawiać z ludźmi, których znaliśmy tylko z maili, były też podarunki książkowe, czuliśmy się dla nich ważni.

Kiedy dostaliśmy niedawno paczkę, siedziałam chyba z godzinę nad książkami i upajałam się łatwością z jaką poddają się czytelnikowi. Można podeprzeć się na stole, popijając kawę, czytać rozłożoną książkę - a rączki tutaj :-)


A te biografie jakie mają okładki, jaki papier. Aktorki, czego tu nie widać, z lekka podbłyszczane, jakby z łuską. 


Czytadła mięsiste, miłe, z meszkiem jakby brzoskwiniowym, nawet dziewczyny w bibliotece aż westchnęły, a żadna wcześniej nie wspominała o tym, że jest to dla niej ważne.




No i moja ukochana Kiersnowska i jej kolorowe obrazeczki w niezwykle przejmującej książce (z lewej), a obok wspomnienia Eustachego Sapiechy. Piękna publikacja. 'Ile wart jest człowiek' po prostu zapiera dech w piersiach = i tekst, i edycja.


Tyle tytułów, tyle książek, również polskich autorów, jak również audiobooków ze wspaniałymi lektorami, ciężko mi przyzwyczaić się do myśli, że to już koniec. Trudno uwierzyć. A ponieważ ten czas to najlepszy moment na życzenia i marzenia, chciałabym, żeby Świat Książki nie przestał istnieć.

piątek, 3 sierpnia 2012

Maeve Binchy 1940-2012 - light a penny candle

Moja ukochana Maeve dzisiaj idzie w swoją ostatnią drogę. Zapalimy dla niej świeczkę. Założę się, że całe miasteczko, gdzie żyła i będzie chowana, będzie wypełnione jej wiernymi fanami. Irlandczycy kochają swoich pisarzy, kiedy raz trafi do ich serca, nie zastanawiają się, czy przypadkiem nie za popularny, czy nie za dużo go w TV, czy nie za głupi, za mądry, za gruby, za bardzo rozwiedziony, jest to miłość bezwarunkowa. A Maeve Binchy była stworzona do kochania przez czytelników. Sprzedała ponad 40 milionów (nie pomyliło mi się MILIONÓW) kopii swoich książek, a nadal mieszkała w swoim Cottage w Dalkey, gdzie się urodziła. Wraz ze swoim mężem, też pisarzem, któremu dedykowała wszystkie powiesci - Gordonem Snelle'em, codziennie, biurko w biurko, zasiadali do pracy. Jadała lunch w tym samym pubie od lat. Była sławna na całym świecie, tłumaczona na wiele języków, mogłaby gwiazdorzyć, a zamiast tego była uśmiechnięta, skromna, życzliwa i gadatliwa, kiedy trzeba, a słuchająca, kiedy sytuacja tego wymagała.
Młodych ludzi zachęcała do pisania. Mawiała, że to jest łatwiejsze, niż się wydaje. Kiedy Patricia Scanlan, kolejna uznana pisarka irlandzka, zwróciła się do niej podczas spotkania, że napisała powieść i niedługo będzie wydana (było to w bibliotece, a Patricia kiedyś właśnie tam pracowała), Maeve zwróciła się do niej z entuzjastycznymi gratulacjami, dala kilka rad, obiecała wysłać namiary na agentów, w ogóle nie miała imperatywu 'trzymania tronu' dla siebie. Wiele innych pisarek podkreśla to samo. Byli z Gordonem bezdzietni, kiedyś przed świętami Maeve urządziła wspaniałe przyjęcie dla koleżanek po piórze i tego jednego dnia miasteczko na południe od Dublina zaroiło się od tłumu najwspanialszych, ale też i tych początkujących, pisarek zdążających ze stacji Dart w jednym kierunku, do domu Queen Maeve, jak ją nazywano. Zresztą, dygresja taka, pierwsza królowa Irlandii, której grób jest niedaleko Lissadell House pod Sligo, miała na imię Maeve, więc jest tu podwójne znaczenie tego przydomka.
Chciałabym być muchą na ścianie w jej domu, w tamtym momencie.

Każdy miał swoją Maeve Binchy.  Wielu, tak jak ja, pamięta swój pierwszy kontakt z jej powieściami.
Dla mnie to była 'W kręgu przyjaciół' wydana przez Prószyńskiego w serii Biblioteczka pod Różą. Okładka jak na typowe romasidło, których nie lubię. Wiecie, z cyklu tych - chwycił ją w pas i ucałował ust korale, a ona mdlała w jego objęciach i mówiła - Nie, panie zatrzymaj się. Ale jej oczy mówiły co innego...


Na szczęście na okładce była para aktorów z filmu, na podstawie tej książki, Chris O'Donnell i Minie Driver. W tamtym czasie (zresztą nadal) bardzo ich lubiłam i to mi dało cynk, że może powinnam zajrzeć do środka i poczytać, o czym to jest.


Opis był bardzo enigmatyczny, autorka mi nieznana, ale bardzo spodobało mi się, że dzieje się w Dublinie. Teraz to 'druga stolica Polski', ale kiedyś był on daleki, nieznany, z reputacją miasta, gdzie wybuchają bomby, nie znasz dnia, ani godziny, wiadomo IRA.
No i wpadłam po uszy. Czytałam rano, w południe i wieczorem. Wtedy siedziałam w domu z małym Wojtkiem. On śniadanie i bajka, ja książka, on drzemka, ja książka, na obiad coś prostego, byle szybko i książka, wieczór w domu z mężem, gdzie tam, mąż sam, ja w sypialni z książką. Nie mogłam się oderwać. Cwanie skonstruowane są jej powieści, rozdziały nie są długie, a do tego ma krótkie podrozdzialiki, łatwo powiedzieć sobie - tylko do tej następnej przerwy, tylko kilka minut do końca rozdziału...
Wszyscy, którzy przyuważyli ostatnio w gazetach, a mówię tu o znawcach tematu, określenie na tę pisarkę, że pisała dla babek (chic-lit), zaprotestowali, bo Maeve Binchy zdecydowanie nie mieści się w tej kategorii. Nie pisała też romansów, chociaż i o miłości tam było. To były po prostu powieści obyczajowe. Ale jak obyczajowe! Ona potrafiła wytłumaczyć Irlandię ludziom nie znającym tego kraju, Irlandczykom przypomnieć, za co ją kochają, a wszystkim opowiedzieć o życiu i wszelkich jego przejawach. Jest miłość i zdrada, jest śmierć i narodziny, dobrzy sąsiedzi i plotkarze, uczciwy sprzedawca i oszust, dobry nauczyciel i surowa matka, lekkomyślne nastolatki i zahukane dziewczyny. Sama Maeve mówi o swoich bohaterach - 'u mnie nie znajdziecie brzydkich kaczątek zmieniających się w łabędzie, ale brzydkie kaczątka przeobrażające się w świadome swojej wartości, pewne siebie kaczki". Czyż to nie fajne stwierdzenie - taka mała próbka tego, jak pełna humoru i subtelnej ironii była Maeve Binchy. To widać w jej powieściach, ale najbardziej w anegdotach o niej samej.

Od tej pierwszej powieści zaczęła się nasza wspólna przygoda. Mam jej wszystkie kolejne wydane w Polsce, najpierw przez Prószyńskiego, a potem pałeczkę przejął Świat Książki. Do okładek, jak wielu innych autorów, to ona szczęścia nie miała, więc nie dajcie się im zwieść, jej powieści nie są takie, jakby sugerowały polskie okładki. Raczej spójrzcie na okładki wydań irlandzkich lub amerykańskich.
Kiedy przyjechałam do Irlandii pierwszą kupioną książką, była ówcześnie wydana "Quentins" jej autorstwa. Od tego czasu, wszystkie kolejne, kupowałam już w oryginale. Ach, co za uczta. Jak ona umiała pisać.

Była też autorką felietonów w The Irish Times.  Niestety nie za moich czasów tutaj, niedawno udało mi się kupić wydanie antykwaryczne zbioru tychże, czekam na przesyłkę, miałam okazję przeczytać kilka z nich z okazji specjalnego wydania The Irish Times jej poświęconego i oszalałam. Jej lekkość pióra, jej poczucie humoru wprost powala na łopatki. Zresztą wszyscy to podkreślają, że jej książki czyta się tak, jakby ich napisanie było najłatwiejszą rzeczą na świecie. Nawet jedna z czytelniczek, zaraz po wydaniu debiutanckiej powieści Maeve Binchy, przy przypadkowym spotkaniu zarzuciła jej - fajna nawet, ale mam takie wrażenie, że mogłabym też taką napisać. Maeve podziękowała jej za uwagę, ale zaraz dodała - ale tego nie zrobiłaś, nieprawdaż?

Teraz, kiedy nie żyje, wiele osób opowiada, że czytało jej powieści w trudnych chwilach, że dodawały otuchy, wytchnienia. Sama Królowa Maeve mawiała, że nie ma złudzeń, wie, że jest 'pisarką lotniskową', czyli, że ludzie kupują jej powieści w drodze na wakacje 'i widziałam wielu z nich zasypiających nad nimi, zaraz po przeczytaniu kilku stron' - tu znowu jej poczucie humoru i dystans do siebie.

Od wielu lat nosiłam się z zamiarem napisania do niej listu, opowiedzenia jak bardzo ją cenię, że nauczyła mnie patrzeć na ten kraj z czułością i miłością, nauczyła rozumieć Irlandczyków. Zwlekałam, bo chciałam, żeby to był list wyjątkowy. Marzyłam, że może uda mi się ja namówić na wywiad. Nie udzielała ich ostatnio, zresztą kim ja jestem,żeby o to prosić, ale marzenia można mieć, czyż nie?  I nie zdążyłam.

Przeżywam jej śmierć, jakby mi umarła daleka krewna, której nie widywałam zbyt często, ale wiedziałam, ze gdzieś jest i bardzo ją lubiłam. W tym momencie, kiedy piszę ten tekst, trwa jej pogrzeb. Irlandzkim zwyczajem zapaliłam świeczkę. Żegnaj kochana Maeve. Farewell



poniedziałek, 2 kwietnia 2012

30 Dni z Książkami - Dzień Pierwszy

Monika Prowincjonalna Nauczycielka zainicjowała wyzwanie - serię wpisów o książkach, po jednym na jeden dzień, według poniższej listy. Na Facebook nazywa się to 30 Day Book Challenge (30 dni z książkami)

Dzień 1 - Twoja ulubiona książka
Dzień 2 - Książka, którą lubisz najmniej
Dzień 3 - Książka, która Cię kompletnie zaskoczyła
Dzień 4 - Książka, która przypomina Ci o domu
Dzień 5 - Książka non-fiction, której czytanie sprawiło Ci niekłamaną przyjemność
Dzień 6 - Książka, przy której płaczesz
Dzień 7 - Książka, przez którą trudno przebrnąć
Dzień 8 - Mało znana książka, która nie jest bestsellerem, a powinna nim być
Dzień 9 - Książka wielokrotnie przez Ciebie czytana
Dzień 10 - Pierwsza książka przeczytana przez Ciebie
Dzień 11 - Książka, dzięki której zaraziłeś się czytaniem
Dzień 12 - Książka, która tak wycieńczyła Cię emocjonalnie, że musiałaś przerwać jej czytanie lub odłożyć na jakiś czas.
Dzień 13 - Najukochańsza książka z dzieciństwa
Dzień 14 - Książka, która powinna się znaleźć na obowiązkowej liście lektur w szkole średniej
Dzień 15 - Ulubiona książka traktująca o obcych kulturach
Dzień 16 - Ulubiona książka, którą sfilmowano
Dzień 17 - Książka, którą sfilmowano i zrobiono to źle
Dzień 18 - Twoja ukochana książka, która już nie można kupić
Dzień 19 - Książka, dzięki której zmieniłaś zdanie na jakiś temat
Dzień 20 - Książka, którą byś poleciła osobie o wąskich horyzontach myślowych
Dzień 21 - Książka, która przyniosła ci wielką przyjemność, ale wstydzisz się przyznać, że ją czytałaś
Dzień 22 - Ulubiona seria wydawnicza
Dzień 23 - Ulubiony romans
Dzień 24 - Książka, która okazała się jednym wielkim oszustwem
Dzień 25 - Ulubiona autobiografia/biografia
Dzień 26 - Książka, którą chciałabyś przeczytać, a jeszcze nie jest napisana
Dzień 27 - Książka, którą byś napisała, gdybyś umiała
Dzień 28 - Książka, której przeczytania bardzo żałujesz
Dzień 29 - Autor, którego omijasz
Dzień 30 - Autor, którego wszystkie książki czytasz

Spodobało mi się i też dołączam. 

Dzień Pierwszy - Twoja ulubiona książka. 

Nie zdziwi Was pewnie fakt, że trudno odpowiedzieć na to pytanie. Ono jest bardzo skomplikowane w swojej prostocie i co by sie nie powiedziało, nie będzie to odpowiedź pełna. Każdego roku ma się inną ulubioną, z różnych okresów życiowych wynosi się coraz to inne tytuły, które powodują przyspieszone bicie serca, kiedy się je zobaczy na półce, czy u innych na blogu.

Cały dzień noszę się z tym pytaniem. Nie wiem, czy to wpływ tego, że widziałam dzisiaj film na podstawie dwóch powieści Musierowiczowej (Ida Sierpniowa i Kwiat Kalafiora) - pt. ESD. Może to dlatego, że ostatnio myślałam o koleżance, która mi Poznań Borejków z autografem sprezentowała, ale dzisiaj wymieniłabym 'Noelkę'(jeśli muszę jedną tylko). Albo 'Opium w rosole'. Albo 'Kłamczuchę'. Sami widzicie, że ciężko.

Z dorosłych lektur to chyba 'Sto lat samotności' Marqueza albo 'Medicus' Noaha Gordona.