Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura brytyjska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura brytyjska. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 kwietnia 2013

O jednym takim królu, który mi się przejadł, ale na szczęście o Tomaszu więcej

Gdyby nie to, że ta powieść była tak polecana przez niektórych blogerów, to bym jej w życiu do ręki (a raczej do ucha) nie wzięła. Umówmy się - ile można o tym Henryku VIII? Do tego doskonale wiem, że on nie był taki przystojny jak w serialu Dynastia Tudorów,
bo gdyby tak było, to on by nie kilka tych żon usunął ze sceny życia, a kilkanaście lekko licząc, bo szły by za nim jak Kubuś Puchatek za miodem. 
A gdyby wyglądał jak ten w Kochanicy Króla, to ja bym chyba sama się teleportowała w tamte czasy i łeb na pień położyła, byle by wcześniej jedną noc (na rozmowach o książkach, a jakże) z nim spędzić.


Ale nie. Facet wyglądał tak

Rozumiem, że władza odejmuje kilogramów i dodaje urody :-)
No, ale nie o pięćdziesięciu twarzach króla Greya tu mowa, a o najbardziej chyba eksploatowanym królu w literaturze i filmie, co mnie po prostu już od tego tematu odstręcza.
Łatwo więc sobie wyobrazić, że jak załadowałam tego audiobooka do empetrójki, nie miałam w oczach szału oczekiwania.
Także w takich okolicznościach przyrody uznaję za niezwykłe to, że książka mnie uwiodła od pierwszych zdań. Na szczęście król jest gdzieś w tle, a na pierwszy plan wysuwa się Tomasz Cromwell, którego poznajemy w latach młodzieńczych i towarzyszymy mu, kiedy pnie się po szczeblach kariery na dworze. Nieprawdopodobne wręcz, że z tak marnego domu wywodzący się mężczyzna, daje radę w otoczeniu króla, mało tego, udaje mu się nie popaść w tarapaty. Naokoło tortury, knowania, egzekucje, stosy i więzienne lochy pełne jego znajomych, a on suchą stopą wychodzi z największych zawirowań.
Wiele się na to składa czynników, trochę szczęścia, dużo sprytu, mądrość życiowa (inteligencja społeczna teraz by powiedzieli), niezwykle bystry umysł i pewnie niezwykła umiejętność dyplomacji.
Tak czy tak ciekawa to postać i ciekawa powieść. Jeno długa okropniście i był moment, że myślałam, że przed śmiercią (a mam zamiar umrzeć po dziewięćdziesiątce)  nie skończę.

sobota, 22 września 2012

Balyarr, Co. Donegal - zaproszenie na 211. urodziny do May - bratanicy Jane Austen

Tydzień czasu zajęło mi ochłonięcie po tej imprezie. I to nie dlatego, że się tak alkoholizowałam, że tydzień trzeźwiałam, nie dlatego, że zioło paliłam, nie dlatego, że piechotą do domu wracałam, dużo silniejsze niż wszelkie używki było dla mnie samo doświadczenie tej wizyty i musiałam to po prostu przetrawić. Nie mam, tak jak Padma, okazji wizytować miejsc, gdzie pisarki z poprzednich wieków bywały i żyły, dlatego nie jestem po prostu na takie wrażenia uodporniona. Tu nawet nie chodzi o pisarki, bo w tym przypadku mamy do czynienia z bratanicami Jane Austen, zaledwie i aż, które jak się okazało niedawno, żyły tutaj w Donegalu. May, Cassandra i Louisa wyjechały z Wielkiej Brytanii do Irlandii, co w tamtych czasach znaczyło tyle, co na Marsa. Nie wszystkie na raz. najpierw Cassandra poślubiona Lordowi George'owi Hill, potem Louisa, żeby zająć się dziećmi po śmierci siostry, a na końcu Marianne, czyli May, kiedy musiała opuścić dom, najpierw jeden, potem drugi i okazało się, że zupełnie nie ma się gdzie podziać. Ciężkie to były czasy dla kobiet, to wszystkie wiemy, bez mężczyzn nie znaczyły nic, musiał to być brat, mąż, ojciec lub szwagier, same żyć nie mogły i nie chciały. May, gdyby żyła, co oczywiście niemożliwe, obchodziłaby 15 września tego roku 211 urodziny. W ten dzień zebraliśmy się w kilkadziesiąt osób, nie wiem dokładnie ile, ale gdzieś około 50 pewnie, na urodzinach tej niezwykłej kobiety, którą opisała i przybliżyła nam wszystkim Dr. Sophia Hillan. To, czego dowiedziała się o życiu sióstr i ich związkach z Jane Austen, zawarła w książce


Zaczęło się od wizyty w bibliotece niedaleko miejsca, gdzie mieszkam, gdzie odbyła się prelekcja autorki na temat tamtych czasów, sióstr i ich śladów tutaj. Okazało się, że mąż Cassandry wybudował tutaj pierwszy hotel w Donegalu, i że ja znam ten hotel, wybrałam się tam kilka tygodni później na wesele. Zupełnie inaczej patrzyłam na niego, bo znajdowałam ślady dawnych czasów, wcześniej po prostu wiedziałam, ze jest stary, ale nie zdawałam sobie sprawy, że aż tak. Teraz w prywatnych rękach, rozbudowany, ale dowiedziałam się, która część stara i sobie z koleżanką ją obeszłyśmy. Niestety większość ciemna i zdjęcia nie nadają się do publikacji
Tak wygląda budynek z zewnątrz, nie zmienił się, tył jest rozbudowany

An Chúirt Hotel Gweedore


Hall główny, widziany od strony recepcji


A to jedyne dobrze oświetlone miejsce, z drzwi baru wejście do starej części hotelu, wąskie schody prowadzące do pokoi


Bardzo chciałam zobaczyć dom w Ballyarr, gdzie mieszkały siostry, ale jest on w prywatnych rękach i wiedziałam, ze to niemożliwe, na spotkaniu z pisarką byli właściciele, ale nie miałam śmiałości do nich podejść. Pewnego dnia dostałam maila od bibliotekarki z mojego miasteczka z informacją, że jest zaproszenie na imprezę upamiętniającą urodziny May, a odbywa się ona właśnie w Ballyarr. Jakże mogłam nie skorzystać? Na spotkaniu okazało się, że zaproszenie zostało wystosowane imiennie dla mnie, bo autorka pamiętała moją wizytę i naszą rozmowę w bibliotece, nie miała mojego adresu, znalazła mnie więc, poprzez bibliotekę. Miłe.

Jechałam tam dwa godziny, bo nie doszedł do mnie mail ze wskazówkami, jak tam dotrzeć. sama podróż to godzina, ale błądziłam, pytałam, szukałam, nikt z miejscowych nie wiedział, gdzie jest ten dom? Już w samym Ballyarr miałam problem, zdałam się więc na intuicję i wjechałam w bramę, o której myślałam, ze to musi być to miejsce i miałam rację. Jechałam kawałek aleją, aż zauważyłam, że na kamienistym parkingu stoi dużo samochodów i już wiedziałam, że jestem 'w domu'. Przywitali mnie uroczy gospodarze, pozwolili fotografować dom, obejść cały parter, rozgościć cię, jak to na urodzinach.

Niby pozwolenie było, ale mnie i tak głupio było tam fotografować i czułam się jak intruz, to jednak ich dom i widać, że nie muzeum, a zamieszkały.



Dla gości była przygotowana biblioteka. Ten róż na ścianach to typowy kolor dla Donegalu, lubią tak, wydaje im się pewnie, że ociepla pomieszczenie.


Wszędzie stare meble, żadne tam podróby, ale z różnych epok, wszystkie wygodne, klubowe fotele i dużo poduszek. Poniżej moja ulubiona miejscówka, obok regalu z książkami,  z widokiem na park, idealna do czytania. Zresztą tam usiadłam, tylko fotel odwróciłam w stronę prelegentki


zajęłam miejscówkę i pognałam dalej, poniżej pokój do rysowania, czyli w tych czasach po prostu salon, pokój dzienny,  bardzo stylowo urządzony przez gospodarzy

 Ten sekretarzyk mógł być przywieziony przez kogoś z wojaży do różnych kolonii albo w interesach

  Też fajna miejscówka do czytania, może wieczorami. Takie zawalone stoliki to też moda wyspiarska,  porcelanowe bibeloty, zdjęcia, kwiaty, lampa, książkę czy filiżankę trudno byłoby tam umieścić. Wszędzie obrazy


Za taki pojemnik na drewno czy torf wiele bym dała, idealnie, schludnie wygląda, a w środku opał

 Zrobiłam zdjęcie kominka, bo chcę Wam powiedzieć, że szokiem było znalezienie tam telewizora. Jakoś tak dziwnie było go tam zobaczyć. A poza tym kominek w każdym pokoju najważniejszy

 Za plecami kanapy bateria trunków, nie piję, ale lubię wiedzieć, że gdybym chciała, są pod ręką. To takie posh


w tymże pokoju pianino, zwróćcie uwagę, że świeczniki są na świece, a nie na żarówki imitujące świece. I oni je zapalają, kiedy wieczorem muzykują


po wyjściu z pokoju dziennego zauroczył mnie podest nad schodami, od zawsze chciałam mieć książki 'on the landing', ale to jeszcze dopiero plany, najpierw mąż musi zrobić półki

  Ciemnawa jadalnia, w rzeczywistości nie była aż tak mroczna, ale też nie jakaś słoneczna, najciemniejszy pokój w domu w każdym razie, bo z hallu z jednym oknem na końcu, wchodzi się do niej, a tam też jedno okno tylko, też na samym końcu pokoju. No, ale to nie jest do śniadań pokój, bo te jadają w kuchni

  A kuchnia to mi się śnić będzie. Piękne kredensy, tam porcelana, na środku wielki stół, na jego końcu ściana z zamontowaną największą wersją AGI czyli takiej kuchenki, gdzie można gotować, albo piec jak w piecu starym, a na samym dole piekarnik w stylu 'slow', że wsadzasz pieczeń rano i wieczorem, po przyjściu z pracy masz jak znalazł, tam też ziemniaki i warzywa, w jednym dużym garnku, wszystko gotowe. Najwspanialsza rzecz do kuchni, kosztuje kilka tysięcy, wiec mogę zapomnieć. W wielu powieściach występuje AGA, nawet mówi się o nich AGA Saga, czyli obyczajowe, gloryfikujące ciepło domowego ogniska.

  w tejże kuchni, przy samym wejsciu, stół robiący za biruko, a tam sami widzicie, uwielbiam takie miejsca


i znowu jesteśmy w bibliotece, autorka już szykuje się do przybliżenia nam tamtych czasów i osoby samej jubilatki


Z lewej dr. Sophia Hillan autorka i badaczka, po prawej obecna właścicielka domu. Kiedy go kupowali z mężem, nie wiedzieli, że mieszkały tam bratanice Jane Austen, wiedzieli jedynie, że mieszkał tam Lord George Hill. Pewnego dnia zapukała do nich Sophia i powiedziała, ze według jej badań tam mieszkały owe niewiasty i czy mogłaby wejść, opowiedzieć o swoich badaniach i zobaczyć dom. I tak się zaczęło.

  Ulubiony 'mój' obraz w tym domu, wisi nad kominkiem w bibliotece


 A to widok z okna tej miejscówki, co Wam pokazywałam wyżej. Tam bym sobie mogła całymi dniami siedzieć i myśleć, albo czytać, albo słuchać audiobooków. Ale tak dobrze to nie ma. Tego jednak dnia mogłam przez chwilę chociaż poudawać, że umiem podróżować w czasie. Skrzypiące podłogi, dywany nadszarpnięte zębem czasu, meble, które dla niejednego nadawałyby się tylko na śmietnik, tutaj pieczołowicie odrestaurowane, ale cudów nie ma, i tak nadają się tylko dla ludzi, którzy potrafią docenić ich przemijającą urodę.
Wiejskie posiadłości na dłużej zachowują klimat tamtych czasów, gdyż najmniej się wokół zmienia. Poza nowymi krzewami i dosianym trawnikiem, wyższymi drzewami, krajobraz pozostał taki sam.


Po prelekcji, niezwykle dowcipnej i ciekawej, przeszliśmy do kuchni, gdzie raczyliśmy się kanapkami z łososiem, bardziej tradycyjnymi z szynką itp, do tego domowej roboty sconesy, a jakże, i na końcu tort urodzinowy May. Kroi autorka i kobieta, która trzy siostry przywróciła naszej pamięci 

  Przyjęcie odbywało się w kuchni, piliśmy herbatę i kawę z prawdziwej porcelany, nie jakieś tam kubki, tylko filiżanka i spodeczek. To jeszcze dodawało uroku.
Ale można też było wyjść na oszkloną werandę, tam też były talerze z przekąskami i napitki.


Kiedy już pojedliśmy, nagadaliśmy się, opiliśmy się jak bąki i odśpiewaliśmy Happy Birthday, po dopchaniu się tortem, ruszyłam na łowy zdjęciowe wokół domu. Niestety było wiecej takich ludzi, więc nie mam zdjęć bezludziowych, a bardzo chciałam, bo sobie można by wyobrażać, że zaraz wyjdzie kobieta w sukni w stylu empire



 Front domu, z tych okien na dole, z lewego - z pokoju do rysowania, z prawego - ta miejscówka do czytania, widać ogród i hektary zieleni i pól.

A tu już cmentarz, odkryte przez Sophię groby dwóch sióstr, autorka w środku, a pozostali do w prostej linii potomkowie bratanic Jane Austen. Jak widzicie groby są bardzo skromne, ale leżą na pięknie położonym cmentarzu, widok stamtąd zapiera dech w piersiach.

Mówili, że o skromności tych grobów wyżej świadczy fakt, że ten poniższy, ich służącej, jest o wiele okazalszy. To porównanie pokazuje, jakimi kobietami były siostry. Ja jednak myślę, że to kwestia stylu, że może kiedy one były chowane, takie krzyże było modne, a potem całkiem inne.
Groby te były zupełnie zapomniane i zarośnięte, Sophia jest odnalazła, oczyścili je z bluszczu i różnych samosiejek i teraz można je podziwiać w pełnej krasie.

  Kiedy wychodziłam z cmentarza, jeszcze raz obejrzałam się za siebie, zobaczyłam dwa krzyże, większy, starszej Marianne, pochyla się nad grobem Louise. I tak sobie spokojnie razem tam spoczywają. Wzruszające.


Piękny to był dzień, pełen ciekawych informacji, rozmów, również z samą autorką, jej rodziną i innymi gośćmi. Dużo też wzruszeń, bo miejsce niezwykłej urody i stare, dom klimatyczny i duch tamtych czasów unosił się nad nami.  Teraz czeka mnie mnie lektura książki, bardzo jestem jej ciekawa.

piątek, 31 sierpnia 2012

Uwaga - będę może mówić nieskładnie, pięć nocy nie spałam - Konkurs tostowy

Pięć nocy nie spałam, bo jestem po strrrrrasznej wizycie u dentysty, nie będę się tu rozwodzić, jak kto ciekawy krwawych opisów, zapraszam na Co-Dziennik

Są takie filmy, na które nie czekaliśmy, ba, nawet o niech nie wiedzieliśmy, że istnieją, dopadły nas gdzieś przypadkiem, chwyciły w szpony uwagi i nie opuściły myśli, nawet wiele tygodni po seansie. Są takie filmy.
I mnie się zdarzyło niedawno, zmieniając kanały bez specjalnej nadziei na coś cudownego, właściwie już postanowiwszy o zabraniu się za czytanie, ale jeszcze może tu,  a może coś na Ale Kino, nawet mi się nie chce zajrzeć do programu TV, zawsze dobre filmy są na Kino Polska, a może coś fajnego na Kuchnia+? Kto by się właśnie tam spodziewał, że zapodadzą film, który mi zapadnie w pamięć prawdopodobnie na całe życie. Strasznie żałowałam, że go nie nagrałam. Ale nic straconego, bo niedługo będzie nadawany na Canal+ (11 i 25 września).
Filmy brytyjskie mnie czasem fascynują, ale bywa, że i odpychają. Mają w sobie czasem jakiś chłód, surowość i jakby to powiedzieć, wilgoć. Niektóre. A niektóre są jak magnes, i ten, o którym piszę, czyli 'Tost' właśnie zalicza się to tej drugiej kategorii. Wciągnął mnie jak telewizyjny odkurzacz, na 90 minut przeniosłam się po prostu w tamten czas, do opowiadanej historii i tylko mi żal, że niczego sobie nie mogłam tam pojeść. A historia jest dosyć smakowita, można powiedzieć nawet niebezpiecznie smakowita.
Nie wiedziałam o tym, kiedy oglądałam film, ale zastanowiło mnie zakończenie, zaczęłam grzebać i dowiedziałam się, że opowiada historię dzieciństwa słynnego kucharza celebryty brytyjskiego Nigela Slatera, a oparta jest na biograficznej książce tegoż. Wcześnie stracił matkę, przez jakiś czas próbowali sobie radzić sami z ojcem, ale nie bardzo im to wychodziło, w każdym razie postanowiono im pomóc polecając gospodynię zajmującą się domem i gotowaniem i tak do ich życia wkroczyła Mrs. Potter. W filmie grana jest przez niesamowitą, zwariowaną, czasami wręcz niepokojącą Helenę Bonham Carter.  Szanowany wdowiec jest łakomym kąskiem dla postrzelonej Joan. Przez żołądek do serca mężczyzny, zaczyna im gotować coraz do wymyślniejsze potrawy, a kucharką jest bardzo dobrą. Chłopak, czyli mały Nigel, tez lubi gotować, ale jeszcze-nie-machocha, nie dopuszcza go do świątyni, a kiedy on i tak gotuje, w szkole na zajęciach, zaczyna traktować go jak wroga i konkurenta.



Popisowy lemon meringue pie, na zdjęciu poniżej, spędza mi sen z powiek. Jakże ja bym chciała umieć takiego upiec. Albo chociaż raz zjeść.


Uczty domowe są coraz okazalsze, aż do tragicznego finału, ale o tym sza. Zobaczcie sami.


Nigel dosyć szybko zorientował się, że mężczyzna gotujący, tylko na początku jest pośmiewiskiem, ale koniec końców, jeśli robi to dobrze, wszyscy go podziwiają, a kobiety po prostu uwielbiają


Ten film jest wzruszający, chwilami zabawny, chwilami smutny, zwariowana Mrs. Potter jest taka jak Helena, postrzelona, nie trzyma się zupełnie ram konwenansów i dobrych obyczajów. Ma w sobie tajemnicę, ale też jakąś żałość. Wszystkie smaki życia w jednej - po części kulinarnej - historii.
A wszystko to o tym Panu poniżej



I tu dochodzę do sedna wpisu, czyli konkursu. Mam dla Was do rozlosowania pięć książek Nigela Slatera, na podstawie których nakręcono film - ufundowanych przez Cyfrę+



Poproszę Was, żebyście napisali kilka zdań o tym, jakich kucharzy znanych szerokiej publiczności, z prasy, telewizji czy książek kucharskich, cenicie najbardziej i dlaczego? Mogą to być Polacy lub nie, żyjący lub nie.

Niestety książki mogą być wysłane tylko na adresy w Polsce, weźcie to pod uwagę, zgłaszając się do konkursu. Nie musicie mieć bloga, jeśli nie macie, zostawcie do siebie jakiś adres email. Nie musicie linku do tego konkursu umieszczać u siebie na blogu, chyba, że chcecie. W ogóle nic nie musicie poza posiadaniem polskiego adresu do wysyłki i napisaniem kilku słów. Najciekawsze wypowiedzi zostaną nagrodzone książkami, a jest ich cztery, bo piąty konkursowy egzemplarz przypadnie temu, kto pierwszy odpowie, z jakiego polskiego filmu pochodzi zacytowany w tytule posta tekst -  "będę może mówić nieskładnie, pięć nocy nie spałem" (dla ułatwiania dodam, że kwestia ta była namiętnie powtarzana przez pewnego reżysera).
Na odpowiedzi czekam do 9 września do późnej nocy, w poniedziałek poczytam i 11 września, w dzień emisji filmu na Canal+ ogłoszę wyniki. Proszę wpisujcie je poniżej w komentarzach.

czwartek, 1 grudnia 2011

Her fearful Symmetry czyli Lustrzane odbicie - Audrey Niffenegger

Przeczytałam tę powieść w ramach mojego book club i się cieszę, że mnie do tego zmusili, bo gdyby nie, to po obejrzeniu filmu Żona podróżnika w czasie, w życiu nie sięgnęłabym po kolejną powieść tej autorki. Nic na to nie poradzę, że Time Traveller's Wife mnie zawiodła na całej linii. I to po takie reklamie, po takich zachwytach! Wynudziłam się na filmie, historia wydała mi się nuuuuudna, wcale nie intrygująca, wręcz przeciwnie, strasznie mnie irytowało to jego wieczne znikanie.

No, ale sięgnęłam po Lustrzane odbicie akurat w tym samym czasie, kiedy miałam okazję obejrzeć film, a poza tym od razu zorientowałam się, że ta historia to mi akurat pasuje wyjątkowo.

Już kiedy zajrzałam na skrzydełko książki, wiedziałam, że to może być coś ciekawego.
Bliźniaczki Julia i Valentina Poole są normalnymi, amerykańskimi nastolatkami. Poza tym, że jedna jest lustrzanym odbiciem drugiej, czyli wszystkie jej narządy są po przeciwnej stronie niż normalnie. Nie wiedzą, co ze sobą zrobić w życiu, zaczęły studia, ale je porzuciły. Nie mają pracy, zyją sobie wygodnie u rodziców w domku na przedmieściach i czekają nie wiadomo na co. I się doczekały. W książkach to się zdarza :-)
Ich ciotka umiera w Londynie i zostawia im swoje mieszkanie i pokaźną sumę pieniędzy. Mają w nim zamieszkać przynajmniej na rok, zanim zdecydują się je sprzedać. A, i ich rodzice - siostra zmarłej i jej mąż - nie mają prawa wstępu do mieszkania. Taki jest warunek testamentu.
Jest też rodzinna tajemnica, pozostawione pamiętniki i wielka ciekawość - co się zdarzyło między siostrami, że jedna z nich wyjechała z narzeczonym do USA?
Mieszkanie mieści sie nie byle gdzie, a dobrej dzielnicy zaraz obok cmentarza Highgate.
Piętro wyżej mieszka Martin z jego żoną, on ma nerwicę natręctw, do tego agorafobię i nie opuszcza w ogóle mieszkania. Zajmuje się układaniem krzyżówek, pracuje z domu.
Niżej mieszka Robert, owdowiały partner ciotki. Młodszy od niej, nawet znacznie, ale czy prawdziwa miłość zna granice? Robert pracuje na cmentarzu jako wolontariusz, a do tego pisze pracę o tymże.
Bohaterem książki jest też sam cmentarz, niezwykle ciekawe miejsce.
Elspeth, zmarła ciotka, odeszła cieleśnie, ale jej duch nada pozostaje w budynku.
Nic więcej nie powiem, bo nie chcę popsuć Wam czytania.

Podobało mi się bardzo. Nie lubię czytać o duchach i nie szukam takich opowiastek. A jak już trafię, musi być dobre, bo inaczej odkładam, nie mam czasu na słabizny jakieś. Z drugiej strony jeśli dobre, interesuje mnie, bo ja w wierzę w wędrówkę dusz i spodziewam się, że część jest nadal wśród nas. Wierzę, ale nie zgłębiam tego tematu, po prostu przyjmuję to do wiadomości jako rzecz naturalną. Czytając tę opowieść nie miałam uczucia sztuczności, zmyślania na siłę, modzenia pod publikę. To jest po prostu dobra historia.
Nie wiem, jakie jest polskie tłumaczenie, ale po angielsku czyta się fantastycznie. Przy okazji dowiedziałam się, że nazwa ulubionego przysmaku Frania, Frolica, pochodzi od angielskiego słowa frolic (kto by pomyślał!) i znaczy tyle co hasać, brykać. To będzie moje ulubione słowo na najbliższy czas :-)

A na dokładkę wstawiam tu piosenkę Anny Marii Jopek z jej nowej płyty Sobremesa. Jezu, jaka ta piosenka jest piękna. I proszę się nie zżymać na używanie imienia syna Boga nadaremno, bo to jest wcale nie nadaremno - ta kobieta została przez stwórcę zaopatrzona w taki talent, że tylko Jezu tu pasuje.

wtorek, 30 sierpnia 2011

Dziewczyna z muszlą (Remarkable Creatures) - Tracy Chevalier

Poniższy post był już przeze mnie umieszczony na moim blogu o książkach na bloxie, zanim powstał ten 'odłam' bloggerowy. Wtedy ta powieść nie była jeszcze przetłumaczona na język polski, teraz, dzięki Montgomery z bloga Słowem Malowane  dowiedziałam się, ze ukazała się ona już w kraju pod tytułem Kobieta z muszlą. Mała dygresja - czy polski tytuł musi być tak nieadekwatny i grający marketingowo na poprzedniej powieści, która była bestsellerem w Polsce (Dziewczyna z perłą)? Dla mnie to obciach, że się nie wysilili bardziej. No, ale to szczegół. Postanowiłam więc wkleić notkę o tej powieści, jeszcze raz tutaj, pewnie wielu z Was mnie wtedy jeszcze nie czytało, albo już zapomniało o tej notce, a ponieważ uważam, że ta książka jest warta uwagi, świetna po prostu, przypominam :-)


Są książki, których nie powinno się czytać bez przygotowania. Może być tak, że jeżeli nic się nie wie o podłożu opowiadanej historii, wydawać się ona może nudna, przesadzona lub niedorzeczna.
Kocham Tracy Chevalier. Jak tylko wyśledziłam, że jej nowa powieść jest juź dostępna u nas w bibliotece, natychmiast ją zamówiłam. Kiedy tylko dostałam ją w ręce, otworzyłam i zachłannie zaczęłam czytać. Błąd. W tym wypadku właśnie, najpierw powinnam poczytać o tym, co sama Tracy ma do powiedzenia o tej powieści, jak doszło do jej napisania i o czym ona traktuje. Nie zrobiłam tego i w pierwszej chwili poczułam się znużona tą powieścią, zmęczyły mnie detale dotyczące skamielin, ich nazw i jak sie je znajduje. Odbiłam więc do innej powieści (opisanej w poprzedniej notce), zrelaksowałam się i jakoś mi niechętna byla myśl, że muszę wrócić do powieści Remarkable cratures. Ale w sukurs przyszdł mi sen - wyśniłam mianowicie, że opowiadam córce o czym jest ta książka, czego się z niej dowiedziałam i polecam ją jej uwadze. Faktycznie taka konwersacja miała miejsce na jawie, ale raczej o tym, dlaczego mi się książka nie podoba i jak jestem zawiedziona, że nie jest równie ciekawa jak poprzednie.  We śnie tak przekonująco opowiadałam o historii pozyskiwania skamielin, o roli kobiet w najważniejszych odkryciach i to w jakich czasach - początek dziewiętnastego wieku, kiedy kobieta była zaledwie dodatkiem do mężczyzny, a tu taka historia - dwie kobiety, niesamowite, obie na swój sposób wyjątkowe, z pasją, z umysłem przekraczającym poziom nie tylko innych kobiet, ale i wielu mężczyzn, cichych bohaterek odkryć geologicznych tamtych lat, tak ją zachęcałam, tak jej opowiadałam, że kiedy się rano obudziłam, zupełnie innym okiem spojrzałam na tę powieść i przystąpiłam ochoczo do jej czytania, tak się w tym zapamiętałam, że aż momentami paznokcie gryzłam.
Ale do rzeczy. O czym ta powieść jest. Poznajemy dwie kobiety, juz mówilam, jedną z nich byla przedstawicielka klasy średniej - Elizabeth Philpot, druga z klasy pracujacej, dużo niżej od Elizabeth - Mary Anning. Mary poznajemy w wieku 15 miesięcy, kiedy to zostaje trafiona piorunem i przeżywa, mimo, że obie kobiety będące z nią razem, giną na miejscu. Z dziecka cichego i wycofanego, staje się bardzo żywotna i o bystrym umyśle. A nade wszystko ma niesamowity dar do wyszukiwania, w całej masie kamieni i skalnych odłamków, skamielin wyjątkowej wartości. Obie kobiety żyły naprawdę, Mary urodziła się w 1800 roku i umarła w 1847 roku, a w 1812 roku (jak łatwo policzyc miała 12 lat) dokonała odkrycia kompletnego szkieletu Ichtiozaura. Najpierw sądzono, ze to jest krokodyl, ale potem okazalo się, że jest to zwierzę, ktore juz wyginęło i żyło dużo wcześniej. W tamtych czasach nauka była ściśle powiązana z wiarą chrześcijanską i przekazami Biblii i bardzo ciężko było to wszystko połączyć w całość jako teorię, biorąc pod uwagę doktryny koscioła. Jeżeli bowiem Pan Bóg stworzył świat w 6 dni, to te wszystkie zwierzęta powinnym wyglądać od razu tak, jak teraz (wtedy) i się nie zmieniać. A jeżeli nie? A może zbyt dosłownie rozumiane jest te 6 dni, może to było 6 er?



Proszę posłuchajcie, ktokolwiek zna języka angielski, co na ten tamat mówi sama Tracy Chevalier. Znajdźcie w sobie cierpliwość do obejrzenia tego do końca, bo to naprawdę fascynująca historia i ciekawe, jak ona wpadła na nią i dlaczego zechciala ja opowiedzieć.



Mary Anning specjalizowala się w znajdowaniu takich skamielin, ta już po oczyszczeniu, one tak nie wyglądają, są zarośnięte i zawalone innymi kamieniami, trzeba je najpierw wyłupać z większego bloku skalnego, a potem oczyścić.

Elizabeth raczej ulubiła sobie fish fossils, czyli skamieliny ryb. Jej fantastyczna kolekcja jest umieszczona w Muzeum Historii Naturalnej w Londynie i w jej własnym muzeum w Lyme Regis

Więcej zdjęc możecie obejrzeć na stronie Tracy Chevalier TU
Poczytałam trochę o tym, o skamielinach, o ich rodzajach, o rozwoju nauki dzieki znajdowaniu wciaż nowych, i o samej Mary Anning, która w ciągu swojego krótkiego życia znalazła kilka razy jako pierwsza, wciąż to nowe stworzenia zatopione w kamieniu, sama nie mogąc ich przedstawić w Towarzystwie Geologicznym, bo kobiety, szczególnie jej stanu, nie miały tam wstępu. Świat ludzi, którzy zajmowali się skamielinami dzielił się na poszukiwaczy (hunters) i kolekcjonerów (collectors), jak tylko kolekcjonerzy kupili od tych, którzy wytropili skamieliny, umieszczali na tych znaleziskach swoje nazwiska. Mary Anning nie miała szans, jako kobieta, jako klasa niższa, zaistnieć jako badacz, chociaż wiedziała wiele i przekazywała swoja wiedze uczonym, jako 'polowacz' tez nie, a to ona miała oko do wnajdywania tego wszystkiego, inni chodzili i nie widzieli, a ona tak.Ale to inni figurowali jako ci, którzy znaleźli kolejne szkielety.
W powieści przewija się równiez, jako co-bohaterka, Elizateth Philpot, która była przyjaciółką Mary, chociaż z klasy wyższej i 20 lat starsza, dzieliły swoją pasję do skamielin i ich szukania, i ta pasja właśnie była silniejsza niż podziały klasowe i obyczaje. Piękna to była przyjaźń!
Jest w tej powieści pięknie zarysowane tło obyczajowe, trochę miłości, suspensu nawet, dużo o odkryciach i życiu obu kobiet.
Książka fascynująca, a ponieważ wszystkie powieści Tracy Chevalier są tłumaczone na polski, i ta pewnie wkrótce się ukaże. Dlatego o niej piszę. Wyglądajcie jej w księgarniach!

sobota, 21 maja 2011

Czytelniczka znakomita - Alan Bennett

Czytelniczka znakomita to ni mniej ni więcej sama Królowa Angielska, która odkrywa w sobie pasję czytelniczą. A właściwie nie odkrywa, tylko wyrabia w sobie nawyk czytania w późnych latach życia, a odkrywa, że jej to przynosi przyjemność, chociaż wcześniej nie widziała w czytaniu nic interesującego.
Dużo w tej książce o innych książkach, bo Królowa jako nowicjuszka na czytelniczej drodze, wyważa niejako drzwi dla wielu otwarte, czyli czyta Austen, Prousta, Hardy'ego czy Becketta. Jeśli się czegoś nie czytało, wpada człowiek w dół, że jeszcze i to trzeba zaliczyć, a jeśli jakaś pozycja już za nami, przywoływane są wspomnienia z okoliczności jej czytania.
Książę przeczytałam uszami. Wynudziłam się jak na Sumie w niedzielę. Nawet fakt, że to o książkach, nie pomógł. Monarchia brytyjska i jej perypetie nic mnie nie obchodzą. Ani nie pasjonowała mnie historia Diany, ani ślub Williama, a Królowa mnie obchodzi tyle, co babcia klozetowa z Dworca Centralnego. Szczerze mówiąc, nie wiedziałam nic o tej powieści, kiedy postanowiłam jej wysłuchać, poszłam na żywioł. Potem stwierdziłam, że może być całkiem ciekawa, ale opisy Królowej, która chowa książkę pod poduszką w karocy, a ta jest potem zabrana, bo nikomu się nie podoba, że ona czyta, to dla mnie za wiele.. Dwór, czyli doradcy, sekretarz, mąż, wszyscy oni koniecznie chcą, żeby przestała, uznają to za męczące dziwactwo. Opisy tego, jak chcą wykorzenić to z niej, a ona jest w sumie ubezwłasnowolniona i poddaje się woli innych (chociaż nie do końca), nudziły mnie okrutnie. Musiałam cofać kilka razy, bo traciłam koncentrację i nie wiedziałam, czego właśnie wysłuchałam, a co się przy tym naziewałam, to moje. Nie mogę powiedzieć, że to jest książka zła, ale nie trafiła w mój gust i w dla mnie to była jednak strata czasu.

czwartek, 28 kwietnia 2011

Autorka 'Pokoju' trzyma poziom - Emma Donoghue 'Slammerkin'

Zaraz po przeczytaniu 'Room' w ręce wpadła mi inna książka Emmy Donoghue - Slammerkin (w wolnym tłumaczeniu puszczalska, ale też luźna suknia noszona w tym czasie przez kobiety).
Dosłownie wpadła, bo byłam w bibliotece oddać książki i ktoś ją położył też do oddania, przede mną na ladę. Wiedziałam, że mam egzaminy i kurs, wiedziałam, że nie powinnam, ale nie mogłam się powstrzymać i ją zabrałam do domu. Chciałam koniecznie sprawdzić, czy pisarka jest tak dobra, jak myślę po przeczytaniu tej jednej książki? Jak się spodziewałam,  nie miałam czasu na czytanie, zaczęłam ją i odłożyłam na stolik nocny, podczytywałam z bólem serca, bo kradłam czas na naukę, a kiedy już wszystko pozdawałam, tak miałam dość języka angielskiego, ze musiałam sięgnać po coś po polsku i dalej lezała odłożona na później. Straciłam do niej serce, ale coś mnie w tej historii urzekło, coś do niej ciągnęło, postanowiłam dać jej szansę, w końcu to nie wina książki, że padło na niedobry czas. Poza tym strasznie podobała mi się okładka, niby nie nowatorska, ale przyciągała mój wzrok równie mocno jak zaczęta historia i nie dawała spokoju.
Całe szczęście, że jej nie oddałam niedokończonej. Plułabym sobie w brodę.
Emma Donoghue tym razem zabiera nas w XVIII wiek. Opierając się na dokumentach sądowych ze sprawy Mary Saunders, służącej na walijskiej prowincji, która zabiła swoją panią, za co została skazana na powieszenie lub spalenie, a może nawet na obie kary razem. W tamtych czasach była to głośna sprawa. Na informacjach o procesie i szczątkach historii o tej dziewczynie, Emma buduje fascynującą historię dorastania i upadku młodej dziewczyny. W momencie powieszenia miał ona zaledwie 17, a może nawet 16 lat.
Mary dzieciństwo spędziła w Londynie, w biednej rodzinie węglarza - jej ojczyma, bo ojciec nieudacznik wywiózł rodzinę z walijskiego Moumouth (wtedy to była Anglia), do stolicy i zszedł był. Dziewczyna była ambitna, uczyła się u zakonnic, była też wolnomyślicielką i miala niewyparzoną gębę, za co matka ją wiecznie karciła. Matka chciala, zeby miala dobry zawód (szycie), ale córka widziała jak matka uprawiając właśnie ten zawód, nie może sobie na nic pozwolić, ledwo wiąże koniec z końcem, a czasem nie ma czego do garnka włożyć. Nie chciała takiego życia. I była próżna. Jednago dnia zobaczyla piękną kolorową wstążke do włosów i w celu jej zdobycia odbyła inicjacyjny dla niej, stosunek z mężczyzną. Miała 14 lat. To dało jej pewność, że może sama kierować swoim życiem. Matka wyrzuca ją z domu, kiedy okazuje się, że jest w ciąży. Na ulicy zostaje pojamana przez grupę mężczyzn i tak zgwałcona, ze traci dziecko, umarłaby niechybnie gdzieś w krzakach, gdzie ją porzucili, ale zajmuje się nią prostytuka londyńska Dolly, która zabiera ją do siebie, leczy, pomaga i wciąga do zawodu.
Co stało się z dzieckiem, dlaczego Mary wyjeżdża z Londynu i zaciąga się na słuzbę do ludzi, dlaczego ostatecznie zabija swoją chlebodawczynię, tego dowiecie się z książki nie chcę Wam psuć przyjemności. To, że zabiła wiadomo od razu, to nie spoiler z mojej strony, cały bajer w cofnięciu się wstecz w czasie i zrozumieniu pobudek. Lubię taką konstrukcję fabuły.

Przez cały czas czytania tej historii cieszyłam się, że nie urodziłam się w tamtych czasach, kiedy kobiety były traktowane instrumentalnie, jak narzędzia do opieki, gotowania i zaspakajania potrzeb mężczyzn. Ich życie w większosci przypadków było pozbawione blasku, skazane na łaskę swoich ojców, potem mężczyzn, nawet jeśli nie były służącymi, i tak wykonywały taką rolę wobec swojego pana, którym był właśnie mąż, czy ojciec, czy brat, u którego były na dożywociu.

Emma Donoghue nie tylko przejmująco pisze o Mary Saunders, ale też wspaniale ukazuje osiemnastowieczną Anglię, Londyn i prowincję, jak wyglądały wtedy miasta, czym się różniła stolica od reszty kraju. Przy okazji poznajemy strukture społeczeństwa w tamtym okresie, jak się objawiał status kobiety, stąd tak ważne miejsce zajmują stroje i kto, jak jest ubrany.
Obserwujemy Mary i jej życie, najpierw zwykłej ulicznej ladacznicy, potem jej wysiłki, żeby się z tego wyrwać, wspiąć o szczebel wyżej, w tamtych czasach ryzykowną decyzję o przeprowadzce (wędrówki ludów nie były wcale takie pochwalane), chociaż okoliczności pomogły jej podjąć ten krok, i tak wymagało to od niej odwagi. W tym wszystkim jest wielkie pożądanie wolności, i tej społecznej, i tej osobistej, bardzo ważna była dla niej świadomość, że nawet prostytutka może być dumna, jeśli ma płacone za swoje usługi, bo to daje jej wolność. Niespotykana świadomośc u tak młodej dziewczyny.
Ostatecznie to ją właśnie gubi, niecodzienna u kobiety w tamtych czasach cecha - bezczelność dązenia do samostanowienia o sobie, do bycia panią samej siebie. Mary ma poczucie, że w swojej pani znajduje erzac rodziny i matki, która ją wygnała, ale i to nie pomaga, żeby stłumić jej naturę.

Piękna, wspaniała historia młodej dziewczynki, która dla wybryku staje się kobietą i spełnia swoje przeznaczenie w zaledwie kilka krótkich lat. Chociaż jak się to czyta, ma się wrażenie, że kilka życiorysów mogłaby tym obdzielić. Bo prostytutki w tamtych czasach żyły ostro i umierały młodo. A szkoda, bo gdyby Mary dano szansę, byłaby niezwykłą kobietą.
Cieszę się, że Emma Donoghue ocaliła ją od zapomnienia. Jest świetną pisarką i zdecydowanie przeczytam jeszcze jej inne książki.