Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prószyński i S-ka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prószyński i S-ka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 17 maja 2014

Magnolia - niby drzewo jak to drzewo, a jednak nie. Festiwalowe czytanie.

Będę szczera jak pole - zobaczyłam opis, że ucieczka, że w głuszę, że pensjonat, tyle, że facet, a nie babka i mnie zemdliło?
Znowu?
Ileż można domków, hoteli, ucieczek, tajemnic, jeszcze kufer z listami znajdzie i w ogóle się pochoruję.
Skąd u nas taka mała fantazja, że jak jedna się rozwodzi i ucieka, to zaraz cały tabun za nią? Już innych tematów nie ma?
Jakoś nie zaobserwowałam tego na Zachodzie, żeby wszyscy o tym samym pisali.
Tak sobie utyskiwałam pod nosem.
No, ale panie u mnie w bibliotece zachwycone autorką, wszystkie jej książki mamy i są rozchwytywane. Kupuję, bo mają wzięcie, ale nigdy żadnej tej autorki nie czytałam.
Dzięki festiwalowemu zadaniu, okazało się, że książka może i opis ma taki, jak inne, ale jednak udało się autorce przedstawić temat w sposób nietuzinkowy.
I to nawet nie chodzi o to, że jakoś tak specjalnie inaczej, ale po jej przeczytaniu, wrażenie cuzamen do kupy jest takie, że warto było, ba, ten świat mi pasuje, chciałabym tam wrócić, dlatego zasadzam się na drugą część, która wychodzi na dniach.

W pierwszym tomie Magnolii historia opowiada o facecie, któremu się świat wali, nie dość, że zdrowie mu szwankuje, co go dyskwalifikuje z zawodu pilota,  to i żona odchodzi i do tego chyba ma rację. Nic nie jest tak, jak powinno. Tu dla mnie trochę nierealne, ale może faktycznie ludzie tak robią, że koleś sprzedaje wszystko i jedzie przed siebie, wybierając drogę losowo. A jak już trafia w Bieszczady na pewną stację, okazuje się, że jest do kupienia pensjonat Magnolia.
I tu już miałam gorzko w gardle, myślałam, nie dam rady.
Ale w tym momencie dopiero się zaczęło dziać, i do dobrze dziać. W sensie ciekawie i już się oderwać nie mogłam.
W Magnolii bowiem spotkałam świetne babki, Czesię, zarządzającą kucharkę uwielbiającą szybką jazdę jeepem, Małgorzatę, która przychodzi na kawę dwa razy dziennie i czyta gazety przeterminowane o tydzień lub dwa (całkiem tak ja jak i jak ja podnieca się starymi aferami :-)
Dojeżdża do nich Doris, bardzo barwna postać, rowerem przybywają jeszcze dwie postacie - nastoletnia maniaczka książek i młoda żona starszego, na dodatek sparaliżowanego męża, bywa też pewien mecenas i absztyfikant Doris. Ale to nie wszystko, bo i o wsi i jej mieszkańcach co nie co się dowiadujemy.
Nie będę więcej streszczać, bo sama tego nie lubię u innych, nie po to są te zapiski, żebym Wam tu zdradzała koleje losu bohaterów.
Nic nowego, ktoś powie o treści, ale tu się nie zgodzę, albowiem Grażyna Jeromin-Gałuszka okazała się utalentowaną konstruktorką i postaci, i fabuły. Zaskoczyła mnie pozytywnie,  wciągnęła mnie w stworzony przez siebie swiat do tego stopnia, że traktuję to jakbym tam była na wakacjach i cieszę się, że jestem umówiona na kolejny pobyt w lecie.
Nawet nie potrafię powiedzieć, co mi się tam konkretnie podobało.
I to jest dla mnie wyznacznik dobrej książki, bo jak dobra kiecka, ma zachwycać i świetnie leżeć, nie trzeba nam wiedzieć, którędy wiodą szwy.
Drugi tom przeczytam na pewno. Poprzednie książki tej autorki sukcesywnie też, podoba mi się jej styl i jeśli tylko będę miała ochotę na ten rodzaj literatury, najpierw sprawdzę co też nowego wydała właśnie Grażyna Jeromin-Gałuszka.

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Obława - bezpieka wobec pisarzy

Dygresja tytułem wstępu.
W moim domu rodzinnym, za czasów PRL, w ogóle nie mówiło się o polityce, o działaniach bezpieki, o Katyniu, ale też nie sławiło się komuny. Po prostu życie toczyło się tak, jakbyśmy żyli w nicości politycznej. Oczywiście tylko dla mnie, bo jak się okazuje, co wychodzi teraz po latach, gdzieś za kulisami sceny, którą była moja młodość, była rozpacz i tęsknota za zabitym w Katyniu bratem i synem. Był wuj, który został odcięty w Londynie, była inwigilacja ojca (pewnie z powodu jednego brata zamordowanego, a drugiego 'na wolności' w UK), generalnie kicha, ale ja o tym nie wiedziałam nic.
Moja szkoła lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych to panie nauczycielki po linii partyjnej, harcerstwo (nieupolitycznione, ale też i nie opozycyjne), dużo sportu (pan od wu-ef łapiący za cycki, kiedy przeskakiwałyśmy przez kozła) i czytanie książek. Żyłam sobie jak pantofelek polityczny, nic a nic nie wiedziałam, co się dzieje, pełna naiwność i wiara, że  Telerankowa niewidzialna ręka odmieni świat.
Nie moja wina, chociaż teraz mi głupio, że jakoś wcześniej na oczy nie przejrzałam.

Kiedy dostałam od Kariny, fejsowej koleżanki, kod do Audioteki na książkę do posłuchania, nie miałam pojęcia, co sobie za niego sprawić. Osiołkowi w żłoby dano i te sprawy. To mniej więcej tak, jak z pytaniem o ulubioną książkę, normalnie mogłabym tygodniami rozmawiać o tym, ale jak pytają - ciemność widzę.
Aż tu nagle objawiła mi się audioksiążka - Obława Joanny Siedleckiej. Oczy mi się zaświeciły jak u królika Duracella i już wiedziałam, że nic innego mnie nie ucieszy bardziej.

Joanna Siedlecka napisała tę książkę w formie zbioru reportaży o kilkunastu pisarzach z tamtego okresu. Nie jestem polonistką, ale moja mama studiowała ten kierunek i wiele się za dziecka nasłuchałam o różnych pisarzach czy poetach. Dorastałam w gąszczu tych nazwisk i otoczona ich książkami. Mama miała pokaźną bibliotekę, dość dobrze wyposażoną i ja tam całymi godzinami siedziałam, grzebałam i podczytywałam. Co z tego rozumiałam, to już inna rzecz.

Podobała mi się ta książka. Dla osoby, która w ogóle nic nie wie o inwigilacji i prześladowaniach pisarzy w tamtym czasie, jest to ciekawy materiał. Czułam się 'jak w domu', kiedy słuchałam o Szaniawskim i jego kłopotach z podupadającym majątkiem, o Jasienicy i jego żonie donosicielce (ta historia była mi akurat znana wcześniej), o Iredyńskim i o tym jak go wrobili w gwałt i skandal obyczajowy tak skutecznie, że przesiedział 6 lat, o Kornackim, mężu Heleny Boguszewskiej, którego wielotomowe dzienniki, które nazwał Kamieniołomy (bo pisanie ich przypominało mu pracę w tychże) go zgubiły, o Wańkowiczu, Grzędzińskim, Bąku i harcmistrzu Łosiu, który okazał się lubić młodych chłopców, co go dodatkowo zgubiło.
Przewijają się wszyscy najważniejsi tamtego okresu, bo mowa przecież o całym środowisku, więc jest między innymi i o Iwaszkiewiczu, Putramencie, Andrzejewskim, Auderskiej, Kowalskiej, Hłasce, pośrednio o Mazowieckim, Michniku, Olszewskim, czyli ówczesnej opozycji.

Wiem, że badacze mogliby się czepić tego czy owego fragmentu, czy zdjęcie pochodzi z tego okresu, czy późniejszego, znawcy pewnie kręcili nosem na jedną czy drugą tezę, ale dla mnie ten temat jest całkiem nowy i materiał zawarty w tej książce otworzył oczy.
Zachęciło mnie to do grzebania dalej, do sięgnięcia do większej ilości źródeł i opracowań, przecież o to chodzi między innymi, kiedy wydaje się takie tytuły, żeby były one zawleczką do granatu poznania, zaczątkiem dalszego grzebania w innych materiałach.

Zawsze wydawało mi się, że pisarz to ma klawe życie, bo kto by go poważnie traktował za komuny. Okazuje się, że inwigilacja na wszelki wypadek rozgałęziała się na wszystkie środowiska, bo nigdy nie wiadomo, co gdzie i jakim kwiatem zakiełkuje.

Niedawno, dzięki wpisowi u Remigiusza Grzeli na blogu, dowiedziałam się o filmie nadawanym przez TVP Historia "Współpracowałem z TW Ewa-Max", zaledwie półgodzinny dokument, a tak mną wstrząsną, że do tej pory mi oko lata. Historia zakochanej kobiety, której nie przeszkadzało to donosić na męża, a wcześniej partnera (wierzę, że Nena kochała Jasienicę) jest poruszająca sama w sobie, ale zobaczyć emerytowanego esbeka, który przechadza się po mieście i wspomina, w domyśle, stare dobre czasy, jest w jakiś sposób skandalicznie "obsceniczna". Zagląda on do miejsc, gdzie przyjmował raporty, odwiedza córkę Jasienicy z siatą pełną słodkich upominków, bo tak został wychowany, że się do kogoś idzie z czekoladą Goplany cholera, zapalający znicz na grobie Jasienicy i Neny - to jak bieganie po mieście i rozchylanie płaszcza zboka przed niewinnymi pannicami. 
Facet aż podrygiwał z emocji, gwiazdorzył aż mdliło, kiedy chodził po Warszawie śladami dawnych lokali kontaktowych, miejsc spotkań, kiedy wspomina swoją pracę i życie zawodowe. Zadbany, z nienagannymi sztucznymi zębami, widać, że nadal ma dobrą opiekę i dobrą emeryturę, kto wie, może nawet leczy się tam, gdzie nasz prezydent i premier. Wygląda na to, ze w żaden sposób nie zapłacił za swoją wcześniejszą działalność, a teraz za cenę naszego poznania, dodatkowo czuje się odgrzebaną po latach gwiazdą. 
Te myśli przywołują u mnie mdłości, nie umiem się jakoś w tym odnaleźć. Za mało o tym wiedziałam wcześniej i to mnie teraz ze zdwojoną siłą uderza. 
Zajawkę tego dokumentu można zobaczyć na You Tube TU

piątek, 18 października 2013

Piórem i pazurem go... Ale zanim - świat zawrzał

Od lutego czekałam na tę podróż. Najpierw Mariola Zaczyńska, pisarka i organizatorka Festiwalu Literatury Kobiecej Pióro i Pazur, zgłosiła się do mnie z pomysłem powołania do życia nagrody blogerek polonijnych. Potem ja zgłosiłam się z tym pomysłem do Bookfy, Dabarai, Agnieszki i Ani z prośbą o dołączenie do mnie, zaczytanie się w zgłoszonych tytułach i wybranie pięciu powieści wyróżniających się, a w tej grupie jednej, jedynej, tej najlepszej.
No i zaczęło się, jazda bez trzymanki normalnie, bo tytułów multum, a czasu najpierw myślałyśmy, że wiele, a potem okazało się, że wcale nie. A życie nie zaczeka, obowiązki codzienne wykonywać trzeba, rodzina nie rozgrzeszy, bo książka czeka, z pracy urlopu nie dadzą, oj cinżko było. 
Poza tym przyznam, że płodozmian był konieczny, jednak nie da się tak całkiem na polskie 'jadło' przejść, no, ale dałyśmy radę i udało się wyłonić finałową piątkę oraz laureatkę. 

Wyróżnione zostały:
Małgorzata Gutowska-Adamczyk za 'Podróż do miasta świateł'
Anna Fryczkowska za 'Starsza pani wnika'
Aneta Borowiec za 'Wilczyce'
Marta Guzowska za 'Ofiarę Polikseny'
Naszą zwyciężczynią, ale też i wyróżnioną w trzech innych kategoriach została 'Wytwórnia wód gazowanych' Doroty Combrzyńskiej-Nogali. 

Ale zanim gala, zanim festiwalowe dni, najpierw była Warszawa i od tego zacznę te moje wyjazdowe reminiscencje. 

Leciałam oczywiście jedynymi słusznymi liniami lotniczymi. Jak się nie ma kasy, w innym przypadku to masochizm. O tym, jak się człowiek w tych 'niebieskich samolotach' ma (nie mylić z 'niebiesiech'), pisałam wcześniej TU, powtarzać się więc nie będę, ale na to, że moje szczęście jest takie, że akurat na termin mojego lotu otworzyli Modlin, jeszcze nie było okazji się poskarżyć, co niniejszym czynię. Gdyby nie Dorota, która przyjechała po mnie wraz z mężem, płakałabym ciemną nocą w tym Modlinie, nomen omen modląc się do Boga o litość, czyli wyruszenie w drogę autobusu, który tam miał jeszcze trochę stać, czekając na kolejny lot chyba. 
Wydawałoby się, że osoba zmęczona podróżą, 'kiedy ranne wstają zorze' na nogach, padnie na twarz zaraz po wypiciu herbaty. Nic bardziej mylnego. Tak się z Doroteą zagadałyśmy, oczywiście o książkach, że nas 3.30 zastała. Rano, ale bez przesady, zebrałyśmy swoje zwłoki do kupy i ruszyłyśmy w miasto. Pewnie niejeden rzuciłby się do butów i ciuchów, ale nie z nami te numery - my pognałyśmy do księgarń różnistych. Moim marzeniem, które narzuciłam Dorocie, biedna szła na ustępstwa, bo ją ciągle 'szczułam' tym, że zawsze o czymś tam marzyłam na obczyźnie, była wizyta we kawiarni 'Wrzenie świata'. 
Cóż ja mogę powiedzieć o tym zdarzeniu? Jeśli nie widzieliście kobiety w ledwo skrywanym amoku, to mielibyście okazję, gdybyście tam byli. Po pierwsze, od samego wejścia zobaczyłam półkę książek, które mogłyby być moje w ciemno, kupowałabym jak leci, jeśli jeszcze nie mam. Rzuciłam się do macania i tylko godnościom osobistom hamowałam okrzyki i słowne omdlenia. Dobrze, ze miałam Dorotę u boku, bo miałam do kogo kierować te wylewające się z kołnierza emocje. W przeciwnym wypadku jak nic wyprowadziliby mnie stamtąd w kaftanie z za długimi rękawami. Przeszłyśmy do drugiego pomieszczenia zasiąść przy kawie, z książkami do przejrzenia u boku. 'Wrzenie świata' nie jest duże, kiedy zobaczyłam przy sąsiednim stoliku Tochmana, znaczy to tyle, że był na wyciągnięcie ręki w sensie ścisłym. Dorota siedziała tyłem i nie widziała go, zresztą nie wiem, czy by poznała, bo ostatnio nie czyta reportaży. Pewnie nieźle była zdziwiona widząc mnie wybałuszającą oczy. To jeszcze byłam w stanie znieść w miarę spokojnie. Piszę znieść, bo nie mam charakteru osoby, która się rzuca na szyję ulubionym pisarzom przy okazji spotkania ich w sytuacji prywatnej, więc muszę znosić męki pt. 'chciałabym, ale tego nie zrobię'. No, ale jak zaraz potem wszedł Szczygieł i stanął zaraz za Dorotą, kręcił się wokół, sięgał po książki stojące pięć centymetrów od mojej kawy, poważnie mówię, nie przesadzam, o mało przytomności nie straciłam. Dobrze, że miałam przed sobą pyszną tartę pomarańczową, bo jak papież z Testosteronu zakrzyknęłam - więcej cukru - i pochłonęłam pół za jednym mlaśnięciem paszczowo-szczękowym.
Bardzo starałam się nie mieć cały czas opuszczonej szczęki i cieknącej śliny, ale nie jestem przekonana, czy mi się to udało. Spuszczę na to zasłonę miłosierdzia. 
Jeszcze we Wrzeniu dołączyła do nas Ania, polonijna jurorka z USA, razem ruszyłyśmy w rajd po księgarniach, pogrzebałyśmy w Dedalusie, w Matrasie, zajrzałyśmy do Empiku, gdzie panowie uraczyli nas zwyczajową porcją wkurzających tekstów pt. nie mamy, ale możemy sprowadzić. O ludzie, wiem, że się powtarzam, ale ten salon w Alejach Jerozolimskich ma kilka pięter, czy naprawdę raz chociaż, dla odmiany, nie mogłoby być tak, że przynajmniej jedna książka z listy jest na półce? 
W Matrasie za to ciekawa akcja, książka kupiona z jednej wyznaczonej półki, uprawnia do kupienia drugiej, z półki obok za 1zł. Na obu tytuły warte grzechu i w ten sposób za złotówkę (cena okładkowa 49.90) dostałam tę książkę


O Zapiecku i szóstym piętrze, o festiwalu też, opowiem w kolejnych wpisach. 

czwartek, 26 września 2013

Niech jaskółki krytykują spółki, ale czasem spróbować warto. Wszystko gra!

Ociągałam się trochę z czytaniem tej powieści, bo nie bardzo wierzę w spółki pisarskie. Każdy twórca to indywidualista, czy ktoś widział jeden obraz malowany przez dwóch malarzy? Albo utwór muzyczny, symfoniczny pisany przez dwóch kompozytorów? A książki jednak takie powstają i czasem są nierówne. Skłamałabym, że gołym okiem widzę wszystkie szwy, ale bywa, że coś zgrzyta i już.
Wolę nie ryzykować.
No, ale dla Manuli Kalickiej, nawet żeby pisała z zastępem harcerskim, wyjątek zrobię zawsze. 
I tak sięgnęłam po Tutto bene 


Zbigniew Zawadzki - co-autor książki - wprowadził zapewne pierwiastek męski do książki, bo też i narracja jest raz w rękach kobiet, raz mężczyzn, co dodaje dynamiki powieści. 
Wszystko zaczyna się, jak to w kryminale, od morderstwa i tajemnic, które w miarę rozgryzania tematu, wychodzą na światło dzienne, ale najpierw mnożą się niemożebnie. I to jest to, czego spodziewać się można po tym gatunku.
Natomiast, co dostaniemy wraz z tym 'ogryzkiem', czyli samym centrum powieści, to już inna sprawa. Jest i obraz miasta, trochę z życia różnych grup społecznych, również przybyszy zza wschodniej granicy, jest też historia powstania pewnej miłości. Smakowite kąski, chociaż ukraiński wątek trochę stereotypowy, ale co ja tam wiem, nie mieszkam w Warszawie i nie spotykam się z opisywanymi zjawiskami.
Akcja zmienia się jak w kalejdoskopie, mam wrażenie, że to raczej scenariusz filmowy, szczególnie od połowy książka jakby zmienia charakter, wprowadzane są kolejne postaci, nie bardzo wiemy, po co oni się tam znaleźli, to się okaże, ale kiedy? Ciągle coś nowego, sceny przybywają jedna po drugiej, dziewczyna jedzie samochodem-klik-ktoś puka do drzwi, otwiera...-klik policjant schyla się pod stół i widzi...- klik - zmyślam te sceny, ale tak to mniej więcej jest, szybko, ciekawie, ale przyznam też, że następuje w pewnej chwili zmęczenie materiału, już wcale człowiek nie ma ochoty tak pędzić.
Tylko, że w takiej historii nieważne, na co mamy ochotę, dzieje się i tyle.
Podobała mi się ta powieść, wręcz entuzjastycznie ją przyjęłam, aż się sama zdziwiłam, bo jednak wiele tam schematycznych bohaterów, jakoś niespecjalnie do zapamiętania nawet, dobry kucharz, zagubiona Zosia, ci Ukraińcy z szerokimi karkami, drugi kucharz pije, manager gogusiowaty, właścicielka się nie interesuje - nihil novi, bądźmy szczerzy. A jednak ręka mi szła do książki i cieszyłam się na każdą chwilę czytania.
Jest to raczej lekki kryminał, nie spodziewajcie się mrocznych podwórek i zapoconych, przepitych policjantów w depresji. Wręcz przeciwnie, komisarz Górzyański ma całkiem normalną rodzinę, jest poukładany, ma świetne dzieciaki, psa lekko zwichrowanego (jak mój Franciszek, więc czuję więź) - tutto bene.
Czyli co, dobra ona, czy niedobra? - pewnie spytacie, bo tu coś modzę, a to, że entuzjazm, ale jednak schemat i tak w koło Macieju.
Trudno mi określić, bo słowo dobra, to nie jest dobre słowo, ona może nie jest jakaś wyjątkowa, ale uwodzi czytelnika, przyciąga, jak się już zacznie, człowiek wręcz się cieszy na myśl, że ona tam gdzieś leży i czeka, żeby kontynuować czytanie. W dobrym stylu napisana, świetne połączenie kryminału z literaturą obyczajową, monstrualnie się nie zdziwicie, ale ubaw po pachy.

Film o powstaniu książki, rozmowa z autorami TU   Z jakiegoś powodu nie mogę go tu wkleić, nie znajduje mi się w wyszukiwarce YT do włączenia na stronę. 


wtorek, 2 kwietnia 2013

O szkodliwości niektórych cnót - Mariola Zaczyńska

To, że podobają nam się rzeczy, które już znamy, to udowodniono dawno temu. Pewnie dlatego powieści dziejące się w Warszawie lub Krakowie mają takie wzięcie, bo ludzie znajdują tam siebie, swoje ścieżki, ulubione czy wręcz odwrotnie, miejsca, czują się 'jak na swoim'. Podoba się.
W stolicy mieszkałam tylko kilka lat, większość życia na prowincji, książki dziejącej się w moim mieście rodzinnym, jeszcze nikt nie napisał, ale za to w mieście, które mnie adoptowało na kilka lat, gdzie dobrze mi było bardzo, mieszka pewna niezwykła osoba - atomowa Mariola Zaczyńska. I tam właśnie dzieje się akcja jej nowej powieści.
Dlaczego Mariola jest atomowa? - bo ma napęd atomowy, kiedy się śpieszy przekracza prędkość światła, i w szybkości myślenia, mówienia, i chodzenia. Najbardziej waleczna, kiedy słabszym dzieje się źle, w szczególności zwierzętom. Ma w sobie wielkie pokłady optymizmu, starała się napisać coś poważnego i mrocznego, sama to przyznała, ale te klimaty nie leżą w jej naturze i wyszło jak zwykle - powieść pełna ciepła, humoru, z bohaterkami, jak ona - walecznymi, niepokornymi, walącymi prosto z mostu, lojalnymi w przyjaźni, a jednocześnie wrażliwymi i miękkimi gdzieś 'w ogryzku', czyli samym środku, o którym nikt nie myśli, kiedy widzi piękny owoc.
Wszystko dzieje się w ciągu tygodnia mody w Siedlcach. Kalina, dziennikarka z Warszawy, jedzie tam wysłana przez redakcję. Wcale jej się nie chce, ale zaraz po przyjeździe zaczyna się dziać - mnożą się nowe zdarzenia, przybywa postaci dramatu, czasem jest groźnie, czasem śmiesznie, niby można się domyślić, co oznaczają kolejne znaleziska, ale i tak są momenty zaskakujące. Nie o kryminał jednak chodzi w tej powieści, chociaż ma takie zapędy, jednakże gdyby wielbicielka Lackberg czy Holt wzięła do ręki tę pozycję i spodziewała się zakopanych zwłok i w związku z tym krwawego dramatu, srodze się zawiedzie.
Dlatego ważne jest wiedzieć, z czym (kim) ma się do czynienia.
Po prostu są takie osoby, które tak szeroko uśmiechają się do życia, że jakby się nie starały, wszystkie straszne rzeczy i tak mają dobre zakończenie. I taka jest właśnie autorka, nie da się, po prostu się NIE DA, żeby było non stop strasznie :-)
Zaczyńska pisze o miejscach, które zna, powołuje bohaterów, którzy mają swoje żyjące prototypy, ale też takich, którzy żyją naprawdę. Także można trafić do kliniki weterynaryjnej, o której pisze autorka, można zjeść pyszny posiłek w restauracji, w której Kalinie 'stoi w gardle' posiłek zjadany w towarzystwie prokuratora, a w niektórych postaciach, odnajdują się znajomi lub ludzie 'z terenu'. Taki 'zabieg chmielewski'. Uwielbiam to.
Tak się składa, że ostatnie święta wielkanocne, przed wyjazdem z kraju na emigrację, spędziłam w Siedlcach. W tym roku, też w ten czas, czytałam książkę tam się dziejącą. Nie mogłam się nie uśmiechnąć do tamtych czasów, do tego miasta, do tej książki.
Powieści Zaczyńskiej nadają się idealnie na wakacje, na czytanie na kocu na plaży, na leżaku w Chorwacji, w pociągu w drodze do babci na wieś. To już niedługo. Nie zapomnijcie, kiedy będziecie szukać czegoś, co Was uśmiechnie i zrelaksuje.

czwartek, 24 stycznia 2013

Stara kamienica, mieszkanki stare, tajemnice też, ale powieść całkiem nowa. I dobra.

Wciąż mi się wydaje, że zaskoczyć mnie trudno, przynajmniej w kwestii czytania.
Okazuje się, że nie tak znowu. Wzięłam do ręki książkę Andrzeja Gumulaka 'Drugie piętro' i wsiąkłam.

Lubię starszych ludzi. Zawsze tak było. Przyjaźniłam się, oczywiście na odpowiednim poziomie, z rodzicami niektórych moich przyjaciółek, zawsze lgnęłam do towarzystwa bardziej doświadczonych, a ich opowieści zawsze mnie interesowały.
Nic więc dziwnego, że jak tylko zorientowałam się, że głównymi bohaterkami są dwie kobiety w wieku mocno balzakowskim - Lidia i Helena, pozostało mi tylko umościć się wygodnie, bo zapowiadała się uczta.
Lidia to emerytowana baletnica i nauczycielka baletu. Helena niegdysiejsza diva operowa. Obie zetknął los jeszcze na początku wojny, razem przyjechały do Warszawy i zaczęły pracę w tym samym teatrze. Prawie siostry. Co więc się stało, ze teraz jedna mieszka na drugim piętrze, druga na trzecim, nie rozmawiają ze sobą od wielu lat i działają sobie na nerwy? U Lidii mieszka młody dziennikarz, zaczynający dopiero karierę w stolicy, ale już o dosyć ugruntowanej pozycji, do tego w dziele kulturalnym, czyli to, co tygrysy lubią najbardziej. Lidia traktuje go nie tylko jak lokatora, ale prawie jak rodzinę. Zresztą swojej nie ma. Pewne upalne wczesne popołudnie zmieni bieg wydarzeń i będzie przyczynkiem do wzmożonych działań, a te znowu przywiodą wspomnienia i dowiemy się czegoś więcej o tym, co działo się w czasie wojny, wczesnych latach PRL, a także skąd ta niechęć obu pań.
Powieść ma atmosferę gawędy starszej ciotki albo sąsiadki. Nie jest jednak płaczliwa, ani pełna jęczącego rozpamiętywania, jesli tego się obawiacie. Lidia, chociaż ledwo człapie, wciąż przekrzywia jej się peruka (zawsze miała słabe włosy), ma pełno energii i pomysłów na życie. Nie biadoli, tylko działa. Najpierw jesteśmy przekonani o jej dobrych intencjach, potem tracimy to przekonanie, a jak się ostatecznie okazuje, musicie doczytać sami (całkiem jak w tej reklamie cyfryzacji - a mordercą jest...)

Powieść jest po prostu dobra. Czyta się gładko, wprawdzie zastanawiało mnie, czy trzeba tak ciągle trzymać nas w 'niepewności' skoro i tak podejrzewamy, o co chodzi, ale potem sobie odpuściłam - taka wola autora, niech mu. Zresztą nie to mnie najbardziej frapowało, co ukryte, tylko co dalej ze starszymi paniami. Do tego wspominki PRL-owskie - uwielbiam, wojenne - nie wiem, czy nie bardziej. 
Polecam z czystym sumieniem i będę wyczekiwać kolejnych powieści tego autora.

Na koniec spytam - czy możecie mi wyjaśnić, co jest na okładce. Co ona ma na ramieniu?