Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Literackie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Literackie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 31 maja 2014

Potargowe stoses of shame

Obiecywałam sobie, że nie zaszaleję, nawet głównego bagażu nie kupiłam, wszystko po to, żeby chronić konto, mój kręgosłup przy targaniu walizy, no i honor czytelnika, który jednak więcej kupuje niż przerabia. A jak już czytam, to ciągle coś 'zawodowo'.
Wkleję trochę zdjęć, będę się chwalić, ale notki to wiecie, nie obiecuję szybko, bo moje wybory krętymi ścieżkami chodzą, a do tego czuję, że teraz co innego mnie bardziej zajmie niż czytanie. No i festiwalowe lektury cały czas są priorytetem.

Te książki nie zmieściły się w walizce i będę dosłane pocztą


Lot nisko nad ziemią Ałbeny Grabowskiej Grzyb od niej samej, niezwykle cenię sobie takie gesty i na pewno przeczytam z ciekawością, tym bardziej, że Ałbenę cenię jako pisarkę, zdecydowanie nie zaliczam jej do nurtu popularnego, chociaż może się też wpisać i ten gatunek.

Chwalipięta - rozmowy córki Anny z ojcem Jane Sztaudyngerem, panowie ze stoiska Wydawnictwa Literackiego ściągnęli to dla mnie, bo na stoisku nie było. Wspaniała obsługa, jak zwykle panowie i jedna pani (więcej nie widziałam), stanęli na wysokości zadania (czyli śmiali się z moich dowcipów).

Andrzej Mikołaj Grabowscy podarunek od Pani Anny z Grupy wydawniczej Zwierciadło. Pięknie wydana, ciekawa, bo już podczytałam, o braciach, których uwielbiam, każdego za coś innego.

Rozmowy z Martinem Scorsese - podarunek od Izusr z Czytadełka, czyli Izy, która pamiętała, że mi obiecała, a ja już zapomniałam, więc radość i niespodzianka duża. Iza!!! zapomniałam Ci piwo postawić. Dostałam od niej równiez Pożegnania Dygata, gdzieś tam na innym zdjęciu będą.

Dariusz Michalski - Starszy Pan A. opowieść o Jerzym Wasowskim. Tak się cieszę, że był dodruk i udało mi się to kupić. W ogóle stoisko wydawnictwa Iskry to było jedno z moich największych 'wodopojów'

Ja, kabareciarz. Marian Hemar. Od Lwowa do Londynu - Anny Mieszkowskiej. Zakup Allegrowy z wydawnictwa Muza, że okładka z wystawy. Ale dobry egzemplarz, więc się cieszę, bo nie była droga. A jak pięknie wydana!

Poniżej zdobycze Allegrowe, zbierane u znajomych w Polsce (bo tam przesyłki szły) przez ponad pół roku. Mąż odebrał i heroicznie przewiózł.


Drugie życie i Czas i miejsce Jurija Trifonowa
Miałam dar zachwytu Irena Szymańska, wspomnienia wydawcy
Wszystko przez wspomnienia STS-owe Jarosława Abramowa Newerlego - musiałam kupić wspomnienia Andrzeja Drawicza i Anny Prucnal też.
A po lewej zdjęcie stareńkiego wydania Herkulesów Stawińskiego, książki bardzo nie ten tego, słabej i komunistycznej, ale nie mogłam się oprzeć, bo takie rodzynki mnie rajcują.
Dalej książka o Barei Król krzywego zwierciadła i Życie w Przekroju Kominka, a na samym dole tomiszcze Czyżewskiego o Hłasce. Omnomnom.
Na niektóre polowałam wytrwale miesiącami, na wspomnienia pani Ireny latami.
Po prawe kilka pozycji Fleszarowej Muskat, moje guilty pleasure. Starotki w nowym wydaniu, a jedna naprawdę stara. Dorota mi odebrała z Allegro, a te trzy małe kupiła w Matrasie w jakiejś wyprzedaży po 5 za sztukę.

Marek Nowakowski niedawno zmarł. Był ulubionym pisarzem mojej mamy, pamiętam jego zbiory opowiadań u niej na stoliku. Nie mam tamtych książek, kupiłam tę, w czasie, kiedy jego zabrakło, u mnie go przybyło. Będę czytać. Wydawnictwo Iskry wydało kilka jego książek, w tym zapiski wspomnieniowe. Mam je w formie ebooka, tej ostatniej jeszcze nie, ale jedną chociaż chciałam mieć papierową.


Od dołu, Pokolenia od autorki dostałam, przekazana przez redaktorkę Teresę Drozdę z Polskiego Radia RDC. Tak coś czuję, że powieść Katarzyny Drogiej będzie mi droga.
Ludzie Philippe Labro kupione na stoisku Sonia Draga, bardzo mi się podoba opis na okładce, jakże mogłam ją przegapić wcześniej?
Czerwone niebo nad Wołyniem i Maria, dwa tomy opowieści Barbary Iskry Kozińskiej. Trudne karty historii w tle, to lubię.
Pożegnania Dygata od Izy
Listy Raszewskiego do Musierowicz
Starotka Jabłko granatu Auderskiej w wymianki LC, na którą pognała moja koleżanka, a ja skorzystałam.

Od Czarnej Owcy wydębiłam (no dobra, znowu tak błagać nie musiałam, bo Agnieszka ma miękkie serce) wspaniałą książkę, którą już podczytałam i której szukałam wszędzie, tylko nie na stoisku tego wydawnictwa, bo mi się kojarzyło głównie z kryminałami.
Bardzo polecana przez Filipa Bajona w Drugim śniadaniu mistrzów, poczytałam o niej dodatkowo i faktycznie warta uwagi.




Na deser moje największe miłości czytelnicze plus Michaśka, który/a musi sobie jeszcze na to zasłużyć. Ale lubię go bardzo, jeno nie kocham tak jak Pilcha, Karpowicza i Kisielewskiego. Jest jeszcze trzech panów, do których na kolanach, jak do Częstochowy, ale jeden nic ostatnio nie napisał, jeden w ogóle ze mną nie chciał gadać (ale jego książki i tak mi się podobają), a trzeci jest obecny w późniejszych relacjach.
Sońkę i Zbrodniarza i dziewczynę dostałam od Tosi Kozłowskiej, trafiła w dychę :-) Sońki sobie odmówiłam z bólem serca, bo bagaż. A tak, przed faktem dokonanym i musiała już jakoś przejechać.

I to by było na tyle. Ktoś w ogóle tu dotarł? Jeśli tak pokażę jeszcze wspaniały podarunek od redakcji Książek, nie wiem, ile osób dostało coś takiego, ale ja czuję się wyróżniona bardzo, ukochana wręcz. Nie wiem, czy pomysłodawca, wykonawca czy grupa, w ogóle sobie zdają sprawę, jakie to dla nas było miłe.


O targach napiszę w kolejnym wpisie, ten i tak już jest za długi.

wtorek, 28 maja 2013

Houston mamy problem wymiata

Zacznę od tego, że z Katarzyną Grocholą łączy nas uczucie. Ona o tym oczywiście nic nie wie :-)
Są takie pisarki, każdy ma ich kilka lub chociaż jedną, że niezależnie, co by napisały, każdą ich książkę przeczytacie. I to nieważne, czy one są wybitne czy mniej, czy każda książka jest świetna czy mniej, po prostu mus mieć, mus zaliczyć.
Chemia między czytelnikiem a pisarzem to fakt, nie mit. Trudno to określić jednym zdaniem, paragrafem nawet, a esejów na ten temat nie ma sensu tutaj pisać, to jest po prostu tak jak w życiu, poznajecie kogoś i po prostu trybi jak cholera. Wszystko Wam pasuje, jak wygląda, jak wyraża myśli, poglądy, jakby można było, to by się człowiek jak huba przyczepił i tak sobie czas razem spędzał.
Mam kilka takich pisarzy i pisarek, Grochola jest w tej grupie.
Ona była pierwsza. Przed nią nie mieliśmy pań piszących współcześnie coś dla kobiet, poza Nepomucką, wznawianymi starszymi pisarkami, czytaliśmy głównie amerykańskie. Nic mnie to nie rusza, że ją ludzie krytykują (często a priori, bo tak wypada), pierwszą 'Nigdy w życiu!' przeczytałam w bardzo trudnym dla mnie okresie, pomogła i od tego czasu wierna jestem Grocholi jak przyjaciółka z podstawówki, na lepsze i na gorsze (książki).
Proszę więc o powstrzymanie się od komentarzy, że nie moja bajka, nie czytam tej pani, nie lubię tej pisarki itp, bo ja wiem, że są i tacy, ale nic mojego zdania nie zmieni, szczególnie po odsłuchaniu tej powieści. Zresztą znam takie panie, które nie lubią jej poprzednich, a tę wychwalają.
Tym razem Katarzyna Grochola napisała książkę, gdzie narratorem jest mężczyzna, a kobiety są jedynie w tle - matka, narzeczona, z którą się rozstał, przyjaciółka lesbijka, sąsiadki - żadna nie ma głosu, nie poznajemy ich myśli, widzimy je jedynie oczami Jeremiasza.
Nie mam złych doświadczeń jeśli chodzi o mężczyzn, toteż nie pomstuję, nie wysyłam na drzewo, a wsłuchuję się w to, co mówią, staram się zrozumieć, przyjąć ich tok myślenia. Myślę, że dosyć dobrze rozumiem, w jaki sposób się od nas różnią, jak postrzegają świat i różne zjawiska, szczególnie w relacjach międzyludzkich. Panowie są inni, nie lepsi czy gorsi, inni.
Od pierwszych linijek czytanych przez Wojciecha Mecwaldowskiego, zostałam kupiona bez reszty. Zakochałam się w każdym zdaniu. Jakbym tego faceta widziała, tam nic nie było przerysowane, chociaż może się takie wydawać. Tylko, że to jest głównie monolog, a facet tak właśnie (tak sobie wyobrażam) myśli w duchu, kiedy widzi jakąś laskę, kiedy rozmawia z kolegą, kiedy dzwoni do matki (i nie musi się pilnować).  Klnie ile wlezie, myśli, co mu się podoba, a nie co wypada.
Dużą część tej książki odsłuchałam w towarzystwie syna, też Wojciecha (wszystkie Wojtki to fajne chłopaki), obserwując jego reakcję. Jechaliśmy samochodem, dwa razy musiałam znacznie zwolnić, tak się zaśmiewałam, że mi łzy z oczu ciurkiem ciekły, nic nie widziałam. Pytam go, czy to Cię nie bawi? A on na to - cóż w tym zabawnego (uśmiechał się, ale daleko mu było do mojego tarzania po samochodzie) - przecież to normalne. Czujecie? Facet nie widział w tym nic dziwnego, bo to jest to, co on sam pewnie by pomyślał.
Ach te dialogi, bo monolog owszem, ale i dialogi są, rasowe! Rozmowy facetów, Jeremiasza z lesbijką, Jeremiasza z sąsiadką, córką sąsiadki, z księdzem - majstersztyk.
Kobiety się wściekają na tę książkę, że on jest taki niepozbierany i do tego nie rozumie, co się do niego mówi, a i jeszcze na dodatek nie domyśla się, co miała na myśli matka, jakie mu znaki dawała.
No właśnie! Nie domyśla się, bo mężczyźni generalnie się nie domyślają, co kobiety sobie tam wydumały. Nawet jawnych znaków, oczywistych zdarzeń nie przyjmują tak, jakbyśmy my, kobiety, się spodziewały. I w tym tkwi jedna z głównych różnic. Oni są po prostu wrażliwi inaczej. Już dawno się tego nauczyłam i staram jasno określać uczucia, oczekiwania, a przede wszystkim je artykułować.
Jeremiasz ma problem. Co ja mówię - wór problemów. Głównie z tym, że go dziewczyna zdradziła oraz nie mniej ważny, że był reżyserem, dobrze mu szło i się coś ze....ło, teraz naprawia i montuje anteny sateliterne, kablówkę i sprzęt w domu. Kicha, czyż nie?  Powoli dowiadujemy się, co się stało w jego życiu prywatnym, co zawodowo, co u matki, a jak kumple. Śmiech śmiechem, ale jego życie do totalna katastrofa, a Jeremiasz stara się jakoś w tym wszystkim odnaleźć, pozbierać. Nie jest wcale mięczakiem.
Opisy jego wizyt montażowych czy fuchy w zakresie naprawiania sprzętu są fantastyczne. Wspomnienia filmowe świetne. Jego relacja z psem matki - przejmująca. Jego związki / rozwiązki opisane prawdziwie. A kumpelskie nie mniej, do tego tak śmieszne, ze trudno to wyrazić. Słuchałam książki przy sprzątaniu, popijałam kawę, kiedy nastąpił opis wyjazdu z kumplem w góry czy gdzie tam, w każdym razie miało być dziko, obserwowanie ptaków i te sprawy. Jakoś wieczorem panowie zaczynają się licytować, kto jest większym snobem. Wszystkie szafki w kuchni oplułam tą kawą, jak mi Jeremiasz z tekstem wyjechał, sprzątania miałam dwa razy więcej, ale mi do głowy nie przyszło, żeby się skarżyć, bo miałam więcej słuchania po prostu.
W życiu, wiem, co mówię - w całym swoim, nie śmiałam się tak często, tak głośno, tak serdecznie, jak podczas słuchania tej książki. Wzruszyłam się też nie raz. Uwielbiam słuchać, ale nigdy po skończeniu mi nie żal. Po prostu czytam tyle, że takie życie, jedna się kończy, inna zaraz zacznie, czego tu płakać?
W wypadku tej powieści zastanawiałam się, kiedy wypada słuchać jej od nowa, żeby nie było obciachu, że wciąż to samo w słuchawkach leci. Tak mi było żal.
Złego słowa nie dam powiedzieć na tę książkę, bo ona jest po prostu genialna.

sobota, 9 marca 2013

Zbiorowo o zakupach i prezentach czyli jak mawia mąż 'okładki, okładki'

Nie prezentuję tutaj zakupów zbyt często, bo ich nie robię. A jak tak, to korzystam z jakiś kosmicznych promocji, książki są słane do znajomych, albo znajomych znajomych i docierają do mnie z dużym opóźnieniem. Co ja będę wklejać zdjęcia jednej książki, nikomu nie zaimponuję, bo na blogach stosy całe. No, ale po kilku miesiącach coś się jednak nazbierało, a do tego, wraz z koleżankami wizytującymi mnie dopiero co, przybyło kilka prezentów. Pomyślałam, że może jednak zamieszczę, bo lubię oglądać Wasze zakupy, czasem wynajduję w nich coś dla siebie. Zresztą i poniższe książki, na pewno kilka z nich, były podsunięte do przegródki w mózgu pt. 'żyć bez tego nie mogę'. No to zaczynam.


Jeszcze na początku roku przyszła do mnie przesyłka od Kasi Sawickiej z bloga Moja Pasieka, pisała o tej książce, ja się oczywiście zapaliłam, ale nie chcieli do mnie słać, a Kasia kupiła i mi ją wysłała w podarku. Marii Zientarowej nie trzeba chyba nikomu przedstawiać (Wojna domowa, Drobne Ustroje). Bardzo cenne są dla mnie takie książki, tym bardziej gesty. Jak to Kasia powiedziała, ona posłała dla mnie, ja poślę komuś innemu, co będę miała, a będzie w sferze marzeń i rzecz się wyrównuje.
Mam nadzieję, że i ja będę mogła sprawić komuś radość taką, jak Kasia mnie.
Od Marty prawie w tym samym czasie, czyli choinkowym jeszcze, przyszła Katarzyna Wielka, Dobra krew (nie ma na zdjęciu, bo mąż mi gdzieś wywlókł), a na zdjęciu poniżej jest jeszcze książka o Paryżu, którą Marta właśnie napisała z Małgorzatą Gutowską -Adamczyk.
Miłość z kamienia została kilka dni temu przesłana przez koleżankę Ulę. Ale niespodzianka, bardzo chciałam to przeczytać.
Mad Women kupiona przeze mnie na fali miłości do Mad Men i tematu reklamy w latach sześćdziesiątych, dla mnie i dla córki gratka, zresztą dla męża też.
Dzienniki Anny Iwaszkiewiczowej, jak również trzeci tom Dzienników Iwaszkiewicza kupione jakiś czas temu, inaczej być nie mogło. Skorzystałam z wyprzedaży noworocznej.

 

Natanna z bloga Moje zaczytanie nagrodziła mnie podarkiem miesiąca, czy jakoś tak, dostałam od niej zakładkę z koralików, kamień na szyję (ale to zabrzmiało) i książkę Pawłowskiej, świetną, bardzo polecam tę autorkę.
Poniżej wielka radość podarunkowa, Ninga i Dorota mnie odwiedziły i to zwiozły na wyspę:
'Rozdzielone' o losie dzieci rozdzielonych z rodzicami za czasów komuny w NRD, wypatrzone na blogu Młodej pisarki
'Przepowiednia Romanowów' zapodane w zapowiedziach przez Martę (tę od Paryża)
'Dzień zwycięstwa' Hagena, inaczej być nie mogło, wreszcie mam
Najnowsza książka z reportażami Małgorzaty Szejnert 'My właściciele Teksasu'
Na samym dole, jak zwykle pięknie wydana przez Wydawnictwo Literackie, książka Tuszyńskiej o Irenie Krzywickiej.
Że ja nie zemdlałam to cud.

tym bardziej, że dostałam też gazetki, a Dorota zrobiła mi na szydełku do tego jeszcze jajka wielkanocne do powieszenia na bazie.

Na dole moje zakupy, poza Paryżem, o którym wspominałam wyżej, 'Tyrmand zły' Urbanka, biografia Antczaka, dwie pozycje Zofii Kucówny (ależ one smakowite, ileż tam anegdot z teatru, ale i o życiu, o uczeniu sztuki aktora), pierwszą książkę mam kupioną dawno, dawno, teraz dokupiłam dwie pozostałe, dalej biografia Bodo, 'Ta piękna mitomanka. O Izabeli Czajce-Stachowicz', 'Mikołajska. Teatr i PRL', ponoć świetna biografia aktorki i działaczki, dla miłośnika teatru pozycja nie do pominięcia, a na samym dole 'Kalina Jędrusik' Dariusza Michalskiego.


Jak pisałam, nie jest to zakup jednorazowy, tylko mozolnie wyszarpywane rzeczywistości finansowej książki. Albo podarunki, które mnie niezmiennie bardzo wzruszają i dają poczucie przynależności do wielkiej rodziny moli książkowych.

poniedziałek, 26 listopada 2012

Był taki dom, była taka wieś

Nie wiem, od czego zacząć? Od realizacji nagrania, czy od samej książki?
Od Adama może, przecież od niego wszystko... :-)

Adam Ferency czyta tę powieść. On nigdy niczego nie schrzanił - uwielbiam w języku polskim dopuszczalność wielokrotnego zaprzeczenia, jak to brzmi! I jako aktor, i jako lektor jest fenomenalny. Szczególnie do takiej powieści trzeba było kogoś z głosem pasującym do ostoi spokoju w czasie, kiedy najmniej spokojnie było.
Po wojnie Józef Bronowicz wraca do domu, ale nie odnajduje się w nowej rzeczywistości. Życie w niewoli, chociaż przez niektórych uważane za dużo lepsze od życia w obozie koncentracyjnym, i racja, dla więzionych lepsze nie było, bo zabranie wolności jest zawsze jednakowo trudne, a i o okropnościach w obozach wielu z nich nie wiedziało jeszcze. Zostawia żonę i emigruje na Mazury. Jak to emigruje?  - spytacie i będziecie mieli rację, przecież to nadal Polska. Ano wewnętrznie izoluje się od powojennej rzeczywistości dekując się na wsi i udaje, że tego wszystkiego nie ma. Trochę mi to przypomina chowanie głowy w piasek, ale ja to rozumiem, bo wydaje mi się, że i ja jestem teraz zadekowana w dalekiej prowincji Europy, izolując się od współczesności, która mnie trochę przeraża.
Czego nie rozumiem, to faktu, że oficer, ułan jazłowiecki, człowiek dumny i honorowy, podąża za tym swoim chceniem i pozostawia żonę z córką same w Warszawie. W tamtych czasach mężczyźni bardzo poważnie rozumieli swój obowiązek i wcale nie było to takie powszechne i pochwalane. No, ale z drugiej strony wojna różnie ludzi zmieniała.
Jeśli myślicie, że za dużo Wam zdradziłam, nie obawiajcie się, to wszystko jest w tle, bo akcja powieści toczy się wyłącznie na mazurskiej wsi, pokazuje życie niespieszne, wręcz idylliczne, przeplatane jedynie zdarzeniami bardziej dramatycznymi, jak spotkaniem ludzi z lasu albo konfliktem z kłusownikami, którzy z racji funkcji, są nietykalni. Na wieś przyjeżdża Tomek, wnuk Bronowicza, matka chce go tam ukryć, gdyż jej mąż został aresztowany przez bezpiekę i nie wiadomo, czy nie odbije się to na rodzinie, a gdyby zabrali także i ją, synowi groziłby dom dziecka. Dorastanie w tym spokojnym zakątku Polski, wyspie szczęśliwości zdawałoby się, bo przecież te powojenne czasy gdzie indziej, wszyscy wiemy, dalekie od idylli były, dojrzewanie wnuka, nawiązywanie się więzi między nim a dziadkiem, dziecięce dobrotki dnia codziennego - jazda konno, łowienie raków, gra w szachy, zabawa żołnierzykami, szkoła, zabawa z córką gospodyni - to wszystko składa się na opowieść, która plastrem miodu kładzie się na sercu i przypomina swoje dzieciństwo - prawdziwe lub takie, które chciałoby się mieć, o którym czytało się w książkach, Trochę przypominało mi to Dzieci z Bullerbyn, gdyby nie to, że i dziadek jest głównym bohaterem, jego życie, romans z gospodynią Urszulą, wizyty u współmieszkańców wsi i okolic, nowy potomek wreszcie, relacje z córką i na odległość z żoną.
Książka nie pozbawiona jest elementów społeczno-politycznych - mieszanie się z Ukraińcami, stosunek do Niemców i Mazurów, rozmowy z nauczycielką - można by się tego uczepić, ale ja nie mam w sobie nienawiści, żalu ani niechęci i nie będę tego w sobie teraz na siłę i sztucznie wzniecać. Moi rodzice, mama szczególnie, wyrażała się kiedyś bardzo niepochlebnie o naszej sąsiadce Ukraince, nie lubiła jej i robiły sobie na złość, a mnie to pamiętam męczyło i brzydziło. Kiedy już byłam dorosła, z dzieckiem w wózku na podwórku, zatrzymałam się przy płocie, porozmawiałam, wielokrotnie potem to robiłyśmy i bardzo sobie ceniłam jej życzliwość, empatię, łagodność, ludową mądrość i zachodziłam w głowę - po co matce była ta wieloletnia sąsiedzka wojna?
Wszystko we mnie zawsze się buntuje przeciw temu, dlatego powieść, gdzie pokazany jest świat, w którym ludzie współżyją w symbiozie, pomagają kiedy trzeba, nie wchodzą z butami w czyjeś życie, kiedy nie należy, bardzo mi pasuje i polecam.
Ostatni rozdział audiobooka odsłuchałam w nocy w łóżku, czego nigdy nie robię. Słucham wszędzie, poza fotelem i pozycją leżącą, bo usypiam, ale tym razem bardzo byłam ciekawa końca, poza tym mąż się wścieka, kiedy czytam przy zapalonym świetle, kiedy on chcę już spać, a ja tak chciałam coś jeszcze, zanim przyjdzie sen. Ciemno, że oko wykol, w uszach głos Ferencego, malujący obraz pożegnania, odjeżdżającej furmanki, psa jeszcze biegnącego chwilę za nią, mijanych ludzi i żalu po utracie - bardzo sugestywny język - nie lubię eksperymentów, wolę taki - piękny, magia, emocje, oczywiście spłakałam się jak bóbr. Jest to powieść bardzo intymna, pewnie wiele w niej wątków biograficznych, wydaje mi się, że z założenia miała być pochwałą prostego życia i tego, że nie należy go zbyt komplikować, bo to ludziom po prostu nie wychodzi.

Za możliwość odsłuchania dziękuję 



czwartek, 1 listopada 2012

Książka - czyli jak nie oceniać treści po rozmiarze.

Jakbym nie powiększała, zdjęcie nie odda urody okładki. I znowu Wydawnictwo Literackie, przypadkiem, goniłam za tytułem, nie za wydawcą, ale fakty są jakie są. I znowu wydanie wyjątkowe. Okładka mnie wciągnęła w wir historii, uwiodła jak Tulipan kobiety w latach siedemdziesiątych, dałam się wziąć w jasyr. Ale krótka by to była fascynacja, gdyby tylko o nią chodziło, na szczęście treść była równie fascynująca, jedno dopełniło drugie, tandem znakomity.
Tutaj tego nie widać, ale gładź okładki jest pokryta błyszczącymi kręgami (obok tych białych, które widać doskonale). Pierwsze skojarzenie - płyta winylowa. Potem, już w trakcie czytania, słoje całkiem jak na ściętym drzewie, świadczące o upływie lat, skrywające różne historie, jak te szuflady, które widać na zdjęciu. Poza tym układ słoneczny, w środku, to co najważniejsze, a potem satelity, drobne i większe momenty, opowieści, odczucia. A te krążki są wypukłe, naklejeczki takie, ale przez to jakby bardziej rzeczywiste, odczuwalne - Mikołaj, imię, to co człowieka dziwnie, bo przypadkowo określa na całe życie, potem nazwisko, już mniejszy, ale jednak, naturalny, przypadek. A może nie? Tajemnica przydziału dzieci do rodzin. A w samym środku, największy - tytuł Książka - w tym mieści się cała, ale nie cała, historia rodziny. Czy kiedykolwiek możliwe by było, żeby ona była skończona i całkowita? Nie, bo po pierwsze z punktu widzenia jednego człowieka napisana, a po drugie ona ciągle trwa, nadal ewoluuje, zmienia się, nawet to, co przeszłe, znaczenie tego, wraz z upływem lat i nabieraniem doświadczenia, zmianą perspektywy, poszerzaniem wiedzy i horyzontów, też nie pozostaje takie samo.
Wzięłam ją do ręki i przemknęła mi przez głowę myśl, jak ptak ulotna, taka była i jej nie ma - jak w takiej małej książczynie można zmieścić historię rodziny?  Po skończeniu wróciła do mnie już bardziej uchwytna, jak niedźwiedź w jaskini na zimowym legowisku - MOŻNA!

Na skrzydełku z tyłu zdjęcie autora. Mądre, 'widzące' oczy, okulary intelektualisty, takie Allenowskie, piękna twarz. Kiedy kobieta patrzy na takiego mężczyznę, wie, że mogłaby mieć z nim dzieci. Bezpieczny.
Pewnie dlatego, co by nie napisał w książce o swojej rodzinie, bezpiecznie trafia do czytelnika i jest całkowicie bezpieczne jeśli idzie o informację zwrotną. Patrzymy jego oczami na dzieje rodziców i dziadków, oraz pra- i nie mamy wcale ochoty oceniać ich surowiej niż sam autor, usprawiedliwiać ich bardziej niż on to robi, rozumieć ich inaczej niż sam zainteresowany, a jednocześnie angażujemy się w tę opowieść, odnosimy do własnych doświadczeń i historii.
Ja dodatkowo byłam bardzo zazdrosna, że Mikołaj Łoziński tak dużo wie o nich. Ja nie wiem o mojej prawie nic, a to co wiem, czasem, bo nie ma do tego odpowiedniego podkładu poznawczego, przeraża mnie i niepokoi. Takie trudne sprawy, trudna historia (bo i czasy niezwykle nieludzkie), ciężko czasem się w tym wszystkim połapać. I zrozumieć.
Młodsze pokolenia nie powinny jednoznacznie, radykalnie oceniać swoich bliskich, ale mają prawo to wszystko przetrawić, próbować pojąć motywy i nie powielać błędów, natomiast naśladować rzeczy dobre.

To jest mądra, piękna, przejmująca książka. Czasem, kiedy myślę o niej, aż mi się płakać ze szczęścia chce, że mogłam ją przeczytać. A to dzięki Lirael, która mi ją z rubieży Polski do tego mojego Donegalu wysłała. Czyż może być coś piękniejszego niż posłanie takiej historii człowiekowi na drugi koniec Europy? Takiej!!! Jolu, dziękuję z całego serca, Książka wkrótce wyruszy w podróż powrotną do Ciebie.

sobota, 27 października 2012

Był dom... O utracie, ale i paradoksalnie wolności wynikającej z tej utraty

Tę książkę dostałam do przeczytania od Moniki z błękitnej biblioteczki z poleceniem, że na pewno mi się spodoba i w ogóle jest świetna. Raz mi proponowała, ale wymówiłam się długą kolejką do czytania. Drugi raz mi do ręki dała i też chciałam się wymówić, ale pomyślałam, że my mole przecież zawsze mamy kolejkę do czytania i jak nie teraz, to kiedy? No niby można by kiedy indziej, ale wtedy też będzie co innego do czytania, bo ja po prostu ZAWSZE coś czytam i coś mam już na stoliku nocnym w stosie zabójczym, bo kiedyś mnie on przywali we śnie i mąż rano zimne nóżki zastanie.
Poniosłam ją więc ze sobą do domu. Zresztą jak trzy inne, bo tama puściła, a u Moniki człowiek się czuje jak alkoholik zamknięty na noc w monopolowym, jeden 'łyczek' i poooooszło...

Był dom... zachwycił mnie od pierwszych zdań, chociaż... ale o tym później. Nie wiem, co ze mną się dzieje ostatnio, ale lubię czytać biografie i dzienniki, to podobno jest znak wieku, jaki osiągnęłam, bo jak się jest młodym, to głównie idzie się w fikcję, a im człowiek starszy tym niej zainteresowany wymysłami, a bardziej życiem i dziejami innych. Jak widać będzie po lekturach, jestem w wieku średnim, fikcja nadal mnie pociąga, ale ręce mi się trzęsą do takich książek jak te wspomnienia Anny Szatkowskiej właśnie.

Anna jest córką Zofii Kossak, pisarki, działaczki, w czasie wojny mimo tego, że Niemcy bardzo chcieli ją dostać w swoje łapska i gdzieś unieszkodliwić, również bardzo aktywnej w tajnej organizacji katolickiej, między innymi ratowała Żydów.

Pierwsza część opowieści dotyczy domu w Górkach i beztroskich chwil przed wojną. Stanowi to kontrast do tego, co działo się potem, do czasów okupacji i wygnania. O tym ostatnim etapie mało pisze, tylko sygnalizuje, co się działo po 'wyzwoleniu'.

Anna była w czasie wojny nastolatką, świadomą już tego, co się dzieje, jednocześnie z jej zapisków wynika, że starającą się jak najlepiej odnaleźć w tamtej rzeczywistości, nie tracąc empatii, dobrego humoru, ludzkich odruchów i takiej podstawowej przyzwoitości ludzkiej, która sprawia, że człowiek może być zawsze z siebie dumy i śmiało patrzy w swoje odbicie w lustrze.

Była w Powstaniu Warszawskim, najpierw na Starówce, potem kanałami udało jej się uciec. Czytałam kilka innych pozycji będących świadectwem tamtego zrywu i pamiętam, jak na przykład podczas czytania Pamiętnika z powstania warszawskiego Mirona Białoszewskiego,  mało się nie pochorowałam z emocji. Tutaj tego nie było, jakoś tak zimne i wyważone jest to świadectwo. Poszli, wrócili, ktoś zginął, ktoś zagrał na fortepianie. Nawet opisy rannych, że robactwo w ranach, że na żywca krojeni, było zaskakująco beznamiętne. Po prostu Anna Szatkowska oddawała świadectwo prawdzie, ale jakby się blokowała przed traumą wspomnień i nie dawała dojść do słowa emocjom. Nie mnie oceniać, jak najlepiej o tym pisać, to był czas tak straszny, że każdy ma prawo opisywać to jak uważa, ale mnie to trochę zdziwiło, że jakoś gładko mi poszło czytanie o tym, co spodziewałam się przeżyć ciężko i odchorować jeszcze kilka dni potem.
Do tej pory pamiętam opisy tortur w Kolumbach u Bratnego, zapach powietrza w ogrodzie, kiedy na leżaku czytałam kolejny tom, jaką herbatę piłam, jak czas mi się zatrzymał i byłam tylko ja i ta historia. Śniło mi się to po nocach, ale wcale nie chciałam, żeby było lekko, oni się tak męczyli w czasie wojny, i ja mogłam się pomęczyć wchłaniając wiedzę o tamtym czasie.
Tu po prostu przyjęłam do wiadomości, co się działo i że było ciężko. 

Najbardziej wzruszyło i zastanowiło mnie to, co napisała pani Anna pod koniec książki, kiedy to opuszczały z mamą Szwecję i pierwszy raz od wielu lat musiały kupić walizkę, bo tyle rzeczy nagromadziły. Pani Anna pisze:
"Lecz przepadła całkowita swoboda, z jaką żyłyśmy przez ostatni rok i którą tak pokochałam - bez bagażu, bez własności, bez niczego, co mogłoby krępować nasza gotowość do działania. ...skończyła się nasza niezwykła wolność"
Rozumiem to, bo przez chwilę czułam tę wolność, kiedy przyjechałam tu do Irlandii, z jedną walizką na osobę, w której zamykało się dotychczasowe życie. Najpierw poczucie straty, a potem niesamowita przestrzeń i wolność właśnie. Długo to nie trwało, zaraz obrośliśmy w przedmioty, książki przyjechały i chociaż kocham je nad życie, wspominam z łzą w oku poczucie tej przestrzeni bez niczego.

W młodości dostałam kilka książek Zofii Kossak od babci, ale wstyd się przyznać, nie sięgnęłam po nie wtedy, a potem przepadły w zawierusze likwidowania moje domu rodzinnego. Jestem z tego powodu teraz zrozpaczona. Wiem jednak, że książka, którą najbardziej chciałabym przeczytać, czyli 'Z otchłani. Wspomnienia z lagru', nie była wśród tych zaginionych, a to tę właśnie najbardziej bym chciała poznać, więc czeka mnie teraz jej poszukiwanie. Innych tez, bo bardzo jestem ciekawa tej pisarki.

A na moim Co-Dzienniku piszę dzisiaj o wrażeniach z obejrzenia Wyspy Tajemnic. Zapraszam


czwartek, 25 października 2012

Cykl o wydawnictwach zaczynam, poza tym o jednej takiej nowości i jednej niezdobytej twierdzy rzecz ta będzie

Tak mi jakoś myśli błądzą po różnych tematach, miało być dzisiaj o książce jednej, ale nie będzie, bo się skupić w ogóle nie mogę.
Po pierwsze dlatego, że w Krakowie targi się zaczynają, a ja tam być nie mogę i serce mi się rozpada na tysiąc kawałków, kiedy widzę w sieci doniesienia z tej imprezy. Już nawet nie chodzi o zakupy, ale o atmosferę, o spotkania blogerów, z pisarzami, mam tam kilka osób wystawiających, do których serce lgnie, poza tym bliskie sercu pisarki podpisujące, ach jakże bym się chciała z nimi wszystkimi zobaczyć. I z samym Krakowem, który jest piękny, pewnie o tej porze roku tym bardziej, a z którym mam wiele wspaniałych wspomnień i stosunek do niego szczególny.
Siedzę i mam do siebie żal, że nie potrafiłam się w tyle ekstra dudków zaopatrzyć, żeby na nic nie zważając, polecieć tam na trzy dni.
Nic to, może w przyszłym roku?
Poza tym, oglądając zdjęcia stoisk różnych wydawnictw, pomyślałam o tym, żeby po kolei opisywać tutaj niektóre, te, które mnie czymś ujęły czy zaskoczyły. Zawsze piszemy o książkach, poszczególnych tytułach, ale wydawnictwa też są przecież ważne, bo bez ich starań, o kolejne dobre tytuły, o to, żeby książki wyglądały godnie i ciekawie, żeby się miło czytały i były przyjazne - nie mielibyśmy tyle przyjemności.
Oczywiście, są ebooki i czytniki, swoją drogą śmiesznie mi obserwować ochy i achy nad nimi, kiedy jeszcze niedawno w sieci było tyle oburzenia, że nie zastąpią papieru. Teraz ludzie przyjaźnią się ze swoimi czytnikami, nadają im imiona, głaszczą z czułością, zdobywają w pocie czoła, bo nie tylko drogie, ale i jeszcze trudne do sprowadzenia do Polski (niektóre). Kiedy ja nazwałam swojego Soniaka Marcel i o nim napisałam, od ludzi teraz uwielbiających taką formę czytania, dostałam tyle komentarzy na nie, że aż mnie to zszokowało. Widać poglądy są zmienne, i dobrze, bo ja jestem jak najbardziej za czytnikami, co nie znaczy, że o papierowych  wydaniach zapominam i je odrzucam. Wręcz przeciwnie. Niektóre, szczególnie te ze zdjęciami, wspomnieniowe, inaczej niż w tradycyjnej formie, mnie nie interesują.

I tu wracam do wydawnictw, które chciałabym dzisiaj pochwalić, za to jak wydają książki.

Na pierwszy rzut idzie Wydawnictwo Literackie



Pewnie dlatego zaczynam właśnie od niego, bo przytargałam z Polski Orianę i nie mogę przestać się radować na jej widok. Wcześniej z majowych Targów Książki przywiozłam Pra, która już zawsze będzie mi się kojarzyć z Martą Orzeszyną, która mnie sterowała przez telefon, gdzie jest stoisko Wydawnictwa Literackiego (zadekowali się na samej górze, za to na przeciwko Czarnej Owcy), dzięki niej doszłam tam i kupiłam tę pozycję. Zmachana, zziajana, dopadłam stoiska i nie miałam w ogóle siły wyartykułować, co chcę kupić. Ale tam była taka miła obsługa, że bawiąc mnie rozmową, najpierw dali mi się wydyszeć, a potem podali upragniony tytuł. Tak mi się śpieszyło, że nie miałam nawet czasu ani siły przegrzebać dokładnie zasobów, czego będę całe życie żałować. A do Krakowa nie jadę, buuuu.
Nawet sobie o tej gonitwie wpis w książce poczyniłam, przecież jej nigdy nikomu nie oddam, a zawsze, kiedy otwieram, wracają do mnie te chwile



Ich książki, nie dość, że pięknie wydane, to jeszcze przyjazne czytelnikowi, a przyznajcie, nie zawsze tak jest. Po pierwsze pięknie się rozkładają, są szyte więc nie ma problemu z tym, że się rozpadną. Można sobie położyć na stole taką książkę i nie zamyka się, co najwyżej kartki się podniosą, ale o ilu książkach coś takiego można powiedzieć? Mam teraz jedną w planach, która mi się nie daje w ogóle otworzyć, a co dopiero tak położyć na stole, będę musiała ją chyba 'rozłamać', może nawet się rozpadnie, ale przecież pół zamkniętej nie będę czytać.
Tutaj nic takiego nie ma miejsca. Do tego, na przykład okładka wspomnień Wałęsowej (na zdjęciu górnym), taka aksamitna, ze sama przyjemność w rękach trzymać. 'Pra' w twardej oprawie (zdjęcie dolne) leży już pięknie, i w rękach, i na stole. Sama przyjemność obcowania z tekstem. Książka sama zaprasza.



Możecie się śmiać, że to nieistotne, dla mnie tak, bo ja lubię czytać w różnych okolicznościach i denerwują mnie książki, które 'walczą' z czytelnikiem o dostęp do tekstu.
To samo tyczy się czcionki i odstępów oraz marginesów. Wydawnictwo literackie ma to świetnie zbalansowane. Nie mam pojęcie, jakiej czcionki używają, kiedyś to było zaznaczone w stopce lub informacjach na kolejnej stronie, ale już tego nie stosują, a szkoda, bo dla niektórych, szczególnie okularników, i wygląd tekstu ma znaczenie.
Najważniejsza zawsze jest oferta, bo co bym nam było po tych pięknych wydaniach, gdyby nas treść nie interesowała. A ta jest imponująca, bo i dla wymagającego czytelnika coś, i czytadła, wszystko jednak (prawie, ale o gustach się nie dyskutuje, co dla mnie jest nie do czytania, dla innych wyczekiwaną nowością) na poziomie przynajmniej dobrym, jeśli nie fenomenalnym.

I nie myślcie sobie, że ja z nimi współpracuję, że to jakiś tekst promocyjny czy coś w tym stylu, po prostu czasami wielka chętka pisać o czymś około-książkowym, zauważyć nie tylko treść, ale i 'oprawę tejże', co dla mola jest równie ważne, czyż nie?

Z innych spraw chciałabym powiadomić, że książka, którą swego czasu opisywałam tutaj, niestety wtedy nieprzetłumaczona na polski, ujrzała światło dzienne w naszym kraju, a jest to 'Ladacznica' Emmy Donoghue.   

A poza tym muszę się poskarżyć, że będąc w Polsce za Chiny nie mogłam dostać książki bardzo polecanej przez kilka osób, a mianowicie


Wydaje mi się jak skrojona dla mnie, ale co z tego, skoro w trzech Empikach, Matrasie, trzech księgarniach na lotnisku i po drodze na autobus, tego nie było. Zwariować można.