To już norma, że kiedy jestem w Warszawie i latamy z dziewczynami jak opętane po mieście, wracamy z Dorotą do jej domu późno, rodzina dawno w pieleszach, a my zaczynamy się tłuc po ścianach, a bo herbatka, a jeszcze włączę laptopa, zobaczę oferty na publio, a co jutro na targach będziemy zaliczać itd. Niby ciemna noc, a dla nas dopiero początek. W piątek poszłyśmy spać chyba o 3. Taka sytuacja.
Do soboty na targach trzeba się było przygotować. Najbardziej naładowany atrakcjami dzień. Sama nie wiedziałam, czy nastawić się na zaliczanie kolejnych spotkań z pisarzami, czy na luzie się przechadzać, czy polować na znajomych, czy sobie w łeb strzelić, bo klęska urodzaju zaczęła mnie przerastać.
Leciałam z nóg, ale jeszcze nochala wsadziłam w gazetkę targową i próbowałam bez okularów dojść, kto gdzie i o której. Nie zawsze czytam ubrana w szkła, ale ta gazetka jest wydrukowana (pewnie ze względu na masę tej informacji) tak małą czcionką, że potrzebne mi nie tylko okulary, ale dodatkowo jakieś szkło powiększające by się przydało, takie kupowane przez starszych ludzi do czytania etykiet na lekarstwach.
Chociaż nie powiem, upojenie piwem smakowym nieznacznie pomogło, w tym zakresie, że mi było wszystko jedno i jak tylko załapałam dwie pierwsze litery, zakładałam, że to PAwlikowska Beata na przykład. Nie dochodząc czy to nie przypadkiem PAwlak Romek. Po długości nazwiska koncypowałam.
Oczywiście pierwsze minuty na targach w sobotę zweryfikowały moje chcenia i niechcenia. Wiedziałam, że mam do zaliczenia trzy zdarzenia - spotkanie z Mariuszem Szczygłem, który podpisywał książki na stoisku Czarnego, zakupienie i podpisanie u autora najnowszej powieści Piekary dla mojej córki, a potem po 16 spotkanie z Markiem Dannerem prowadzone przez Remigiusza Grzelę. Reszta czasu była zaklasyfikowana - zobaczymy, co się da, co się zdarzy.
Na takich imprezach trzeba zachować zimną krew. To się po prostu w pale nie mieści, ile tam się dzieje i od razu trzeba się pogodzić z faktem, że nie zaliczy się wszystkiego. Priorytety trzeba określić, a reszta jak Bóg da.
I tak też się stało. Od wejścia pognałam kurcgalopkiem do Mariusza Szczygła. Ustawiłam się w kolejce zrozpaczona, że taka długa, bałam się, że nie zdążę do Piekary po podpis na książce dla Miśki, a to było równie ważne. Dorota mnie postanowiła wesprzeć, chociaż sama miała listę długą jak spektakle Lupy. Ustawiła się pod stoiskiem Olesiejuka, które gościło pisarzy z Fabryki Słów. Okazało się jednak, że pan Piekara był chory i wylądował w szpitalu. Żal. Oczywiście życzymy mu zdrowia, ale nie mogłam się oprzeć natrętnemu poczuciu ściemy, bo raptem kilka godzin wcześniej ukazała się na FB informacja, że Charlotte Link nie przyjedzie na targi, bo jest w szpitalu. A wcześniej inna pisarka, tym razem polska, też ciężko chora odwołała. Rozumiem, że to się mogło zbiec w czasie, ale jak się dostaje takie informacje jedną po drugiej to kojarzy się z tłumaczeniami związanymi z absencją na klasówce z matematyki (umarł mi dziadek - to ile Ty masz tych dziadków Jasiu?)
Tyle dobrego, że mogłam sobie spokojnie do tego Szczygła w kolejce czekać.
Gdybym miała pisać, za co cenię tego człowieka, musiałabym tu strzelić esej na kilka tysięcy słów, powiem więc tylko tyle - każdy z jego fanów, który podszedł do jego stolika, usiadł do podpisania książki, dostał od niego w tym momencie, w tej minucie czy trzech, maksimum uwagi. Już wiem, zawsze wiedziałam, ale to kolejny dowód, dlaczego ludzie mu ufają i pewnie dają się wciągnąć w rozmowę, zwierzenia, może nawet sami się z tym pchają, bo jak tylko się człowiek znajdzie w polu rażenia Szczygła, natychmiast ma ochotę rozebrać się do rosołu emocjonalnie. Wszystko mu powiedzieć. W sumie to przerażające.
Nie jestem osobą, która umie dojrzeć aurę u innych. Ale gdybym widziała, założę się, że u Mariusza Sczygła byłaby ona w kolorach najlepszych i najpiękniejszych - jakaś złoto-niebiesko-brzoskwiniowa. I jak się człowiek znajduje w jej zasięgu, to wszystko takie się właśnie staje - ciepłe, słoneczne, niebieskie jak letni dzień i aksamitne jak skórka greckiej brzoskwini. Taki jest Mariusz Szczygieł.
Na dodatek mądry i utalentowany.
Monopolista.
Dostałam i ja swoje kilka minut z czasu Pana Mariusza, piękny autograf do kajeciku (specjalny na ten cel przeznaczony Moleskine z kremowymi stronicami), ciepła rozmowa, szkoda, że tak krótko.
Po odejściu od stolika, zygzakami odeszłam w siną dal, całkiem nie wiedząc, co dalej. Już mi przestało na czymkolwiek zależeć. Poważnie.
I dobrze, bo wokół było pandemonium, najazd Hunów na stoiska, nie można było przejść alejką. Z jednej strony świetnie, bo to oznacza, że ludzie czytają, twórców kochają i w ogóle jest świetnie, tylko statystyki kłamią.
No i niech, w ten weekend zajmować się mizerią czytelnictwa i kłopotami wydawnictw niepodobna, w każdy inny dzień, tydzień roku tak, ale nie pod koniec maja.
Dalej na stoisku Zwierciadła znalazłam Ałbenę Grabowską-Grzyb, nie dość, że piękną, to jeszcze utalentowaną pisarkę, która promowała swoją nową powieść Lot nisko nad ziemią. Zachwyciła mnie jej powieść Coraz mniej olśnień (udany tytuł na dodatek) i mam nadzieję na równie udaną lekturę, tym bardziej, że dostałam tę książkę od autorki, niezwykle cenię sobie takie gesty.
A wraz z nią spotkałam tam inną, równie piękną i mądrą pisarkę Agnieszkę Walczak - Chojecką.
Od razu pożałowałam, że nie mam dwuczłonowego nazwiska, jak widać to pomaga pisać :-)
Miło mi było je zobaczyć, uściskać, porozmawiać chwilę. Ałbena była zajęta, ale przekazała mnie w ręce Pani Anny, specjalisty od sprzedaży w Grupie Zwierciadło.
Nawet nie wie, jaką mi przysługę uczyniła. Niezwykle cenię sobie rozmowę z mądrymi ludźmi, którzy słuchają, rezonują, podejmują ciekawą dyskusję, rozumieją w pół słowa i ja ich łapię w lot. Nic nie zgrzyta, nic nie uwiera jak drzazga pod paznokciem, nie ma zniecierpliwienia, nie ma granatów zaczepnych. Swoboda i czysta przyjemność z rozmowy.
I dużo wody, bo tam był niestety upał.
Nie zdziwicie się pewnie, kiedy powiem, że przesiedziałam i przegadałam tam dwie godziny, w ogóle nie czując upływu czasu i już trzeba było iść na spotkanie z Markiem Dannerem. Miałam też nadzieję na kilka minut rozmowy z Remigiuszem Grzelą.
Spotkanie było niezwykle ciekawe, nie znałam książki o masakrze w El Mazote w Salwadorze, ale słyszałam o niej i miałam nadzieję dowiedzieć się czegoś więcej, zanim po nią sięgnę.
Jak się potem okaże, takich spotkań zanim coś przeczytam, będzie więcej.
Autor okazał się niezwykle ciekawym opowiadaczem, to wcale nie jest takie oczywiste. Wprawdzie mówił po angielsku, ale miał fantastycznego tłumacza, który konsekutywnie przekazał wszystko to, co Mark Danner chciał, niezwykle dokładnie, nawet w tym samym stylu. Żałuję, że nie znam nazwiska, bo bym tu imiennie pochwaliła.
Dla mnie to było trochę trudne do przejścia, bo świetnie znam angielski i musiałam wszystkiego słuchać dwukrotnie, ale po jakimś czasie się rozluźniłam i w czasie, kiedy była wersja polska, miałam czas na rozglądanie się po sali.
Dwa rzędy przede mną siedziała kobieta, która mnie fascynowała swoim zachowaniem. Jakoś takie dziwne pozy przyjmowała. Raz myślałam, że zasnęła, raz, że umarła, a ona na koniec powstała i wypięła się na mnie prawie gołym tyłkiem, jedynie ubranym w niebieskie stringi. Nie wiem, jak ona to uczyniła, że jej się spódnica do pasa przylepiła.
Tak mnie to zaskoczyło, bo tu rozmowa o torturach, masakrze, o tym, jak kobieta widziała śmierć swoich dzieci, czyli mrozi krew w żyłach, a nagle prawie goła dupa. Aż wyrwało mi się bluźniercze w tej sytuacji - o Boże! Magda z Kącika z książkami też to zauważyła i zaczęła się obok mnie śmiać. I odbyło się to na zasadzie - nie patrz na Magdę, uspokój się, nie patrz na Magdę. A ona - nie patrz na Kaśkę, uspokój się, nie patrz na Kaśkę. Bo wyobraźcie to sobie, Mark Danner mówi o takich poważnych sprawach, a my, chyba na zasadzie odreagowania, dostajemy głupawki nie do opanowania na widok czyjegoś tyłka.
W rzędzie przede mną, lekko na lewo siedziała kobieta, która próbowała odwalić show pod tytułem - jestem człowiekiem walczącym i wywalę kawę na ławę. Miała w sobie coś z szaleńca, dopuszczono ją do głosu, ale szybko się zorientowali, że zacznie łapać figury i Remigiusz Grzela zgrabnie sobie z nią poradził. I elegancko, co nie było łatwe w tej sytuacji.
Niestety nie udało mi się porozmawiać z autorem Złodziei koni, trudno. Nie można mieć wszystkiego.
Po tym spotkaniu pognałyśmy na Grochów do Kici Koci na spotkanie blogerów. A tam znowu to samo, czyli osiemset piw smakowych z niezależnych browarów. Dobrze, że ja nie mieszkam w kraju, bo bym musiała na gruponie kupić pakiet na spotkania AA.
Poznałam fajnych ludzi, niektórych pierwszy raz, blogów nie znałam, a niektórzy to byli moi blogowi idole - Kasia Sawicka z Mojej Pasieki i Ela z Kombajnu Zakurzonej. Wzruszyłam się bardzo.
Jak to na takich spędach, trudno było ze wszystkimi pogadać. Tym bardziej, że one szybko poszły i tyle ich widział. Potem doszły dwie super laski, blogerki Iw-od nowa i Inwentaryzacja krotochwili. Więc otarłam łzy. Oczywiście byli też inni ważni dla nas, w tej grupie książkowej, wspomniana Magda i Agnieszka z Książkowo, Iza z Czytadełka. A także pisarki, ale chyba już wymieniać nie będę, bo się na tym na pewno wyłożę. Wiem, że wielu pominęłam, wybaczcie.
Siedzieliśmy w ogrodzie i dobrze Jolanta Kwiatkowska zauważyła, że to całkiem jak na działce u znajomych.
No i znowu powrót do domu Doroty, znowu ten sam rytuał, herbata, coś do jedzenia, plany na drugi dzień, prawie świt nas zastał. A w niedzielę to dopiero się działo.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wizyty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wizyty. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 2 czerwca 2014
niedziela, 19 sierpnia 2012
O wizytach na blogu rzecz ta będzie
Miałam zupełnie inny pomysł na dzisiejszego posta, bo chciałam Wam opowiedzieć o moim prywatnym projekcie Łapicki. Ale poczytałam różne wpisy gdzie nie gdzie o wizytach i komentowaniu, o tym, jak to niektórzy są zawiedzeni poziomem komentarzy, o nielubieniu tego czy owego jeśli idzie o ich treść i styl i jakieś ziarno mi dzisiaj w głowie, najpierw się zagnieździło, a potem podczas zmywania naczyń kiełkowało. Może to dlatego, że dużo wody i szorowania było. Jak mój mąż gotuje, to klękajcie narody, smaczne, ale zmywania potem na godzinę (zakładając, że część pójdzie do zmywarki).
Ale ad rem - mój głos w dyskusji będzie taki, pozwólcie, że pojadę Żuławskim średnim, tym od Zośki (on u siebie w felietonach dla TS co chwila pisał, bo a), bo b)...):
a) nie przeszkadzają mi ŻADNE wizyty, ani ŻADNE komentarze. Publikuję wpisy na blogu otwartym i każdy może tu wejść i powiedzieć, co myśli
b) jest jeden wyjątek do punktu 'a' - komentarze chamskie, złośliwe, również te ukrycie złośliwe, które próbują mi wmówić, że w istocie nie są, jedynie ja nie posiadam wystarczająco dużo inteligencji, dystansu i poczucia humoru. Logika zapożyczona od Wojewódzkiego. Te komentarze są czasem anonimowe, czasem nie, ale nieważne czy podpisane czy z określonymi nickami, poznaję po kilku słowach, nie czytam dalej, nie odpowiadam, czasem jak mi się chce, usuwam. Imponuje mi, że znajdują moje słowa tak interesującymi, że poświęcają czas na pisanie komentarzy i jak sami mówią, na wnikliwe czytanie wpisów. Ja, kiedy mi się jakiś blog nie podoba, nie po drodze mi z autorem, po prostu tam nie zaglądam, a na komentowanie tym bardziej nie miałabym czasu. No, ale żyję swoim życiem i pasjami, innym może nudno. Jak o tym pomyślę wnikliwiej, niech i oni sobie piszą, skoro to jedyna w ich mizernym żywocie rozrywka, uprzedzam jedynie, że nie odpowiadam, nie czytam, czasem jak jakiś dłuższy elaborat i zakładam, że może być toksyczny, usuwam w siną dal. Jeśli są zamieszczane po to, żeby mnie dotknąć, szkoda czasu i atłasu, bo ich treść jest mi obca, gdyż jak już wspomniałam, po prostu nie czytam.
c) jeśli idzie o komentowanie - nie uważam, żebyśmy prowadzili blogi i się na nich odwiedzali po to, żeby spełniać czyjeś oczekiwania i ambicje, co do wizytujących. Kiedy ktoś pisze, że takie czy inne komentarze są nie do przyjęcia ze względu na ich poziom, zaraz czuję, że i ja do wymaganego poziomu pewnie nie dorastam i odechciewa mi się interakcji z innym blogerem, a w konsekwencji, bywania na tym blogu. U mnie możecie pisać, co chcecie, że macie na liście, że chyba nie dla Was, że może kiedyś, że nie znam tej pani.... Kiedyś się zżymałam na takie oświadczenie, szczególnie dotyczące klasyków czy ludzi bardzo uznanych, jak Cybulskiego, Miłosza, Julii Hartwig ostatnio. Ale mi przeszło, bo przemyślałam temat i doszłam do wniosku, że dużo jest ludzi młodych tutaj, a nie ich wina, że się urodzili dużo wcześniej ode mnie. Nie ich również wina, że poziom edukacji i cięcia programu są takie, że nie znają wielu pisarzy czy myślicieli, czy aktorów i kończy się na tym, że nie mają pojęcia, kim był Cybulski czy Łapicki, jak ktoś ostatnio też zauważył. Natomiast jeśli ktoś napisze - nie interesuje mnie i koniec, żadnego merytorycznego argumentu, a uznaje za konieczne napisać coś takiego, to dla innych jest to znak, że chodzi tylko i wyłącznie o reklamowanie siebie, jako innego blogera
d) bywam na blogach dużo młodszych blogerów, gdyż kupując książki do biblioteki dla różnego odbiorcy, również młodszego, ciekawa jestem, co tam w trawie piszczy, ale nie zachwycam się wampirami itp, gdyz już jestem na to za stara, nie komentuję jednak, że nie dla mnie, że nie znam tego pana z zębami na wierzchu, bo po co? Natomiast czasem się włączam do dyskusji, kiedy ktoś bzdury wypisuje o jakiejś książce z klasyki, może nawet wybitnej, a nie widzi nic poza te swoje wampiry, no cóż, jestem tylko człowiekiem i mnie też niekiedy ponosi. Cenię sobie wtedy umiejętność opamiętania.
Kilka razy dyskusja poszła za daleko (na różnych blogach, nie tylko młodych czytelników) i przeprosiliśmy się z interlokutorem za porywczość w dobieraniu argumentów i ich prezentowaniu. Czasem małe słowo 'przepraszam' czyni cuda. Ze wstydem przyznaję, że dwukrotnie nie ode mnie pierwszej ono wyszło. Uczę się sztuki 'wstrzymywania koni', przy moim temperamencie dyskusyjnym i pasji do książek, czasem trudno. Nie od dawna wiadomo, że przepraszam jest czasem najtrudniejszym słowem, ale zachęcam, i siebie, i innych, do używania go częściej i odważniej.
e) pewnie, że wolałabym, żeby notki czytano wnikliwie, ale już takie czasy, ze młodzi szczególnie, nie mają cierpliwości i nie z braku szacunku, ale złego nawyku, czytają początek, trochę środka i koniec. Myślę, że mnie się to rzadko zdarza, żebym wyczuła brak znajomości treści notki, ale inni się na to skarżą często, stąd moje zdanie w tej sprawie - nic na to nie poradzimy.
Nie wymagam, zeby moje blogi czytali tylko chudzi, tylko mądrzy, tylko brunetki, tylko humaniści czytający dużo, tylko czytający kryminały, nie czytający romansów itp. Jeśli chociaż jedna osoba po przeczytaniu moich wrażeń z lektury, sięgnie po autora czy jakąś powieść i się zachwyci, to już jestem szczęśliwa.
f) generalnie, jesli widzę, że moje komentarze gdzie indziej pozostają bez odpowiedzi, nie raz, a taka norma, przestaję bywać, przestaję czytać. Nie chcesz mnie jako czytelnika, ignorujesz, nie ma mnie tam, gdzie nie ma tego, o co chodzi.
Kiedy zaczęłam pisać blogi i czytać innych, byłam prze-szczęśliwa, ze spotykam ludzi kochających książki czy podzielających takie same zainteresowania czy poglądy, a jeśli nie, umiejący o różnicach dyskutować. Nic mi nie przeszkadza, nic nie denerwuje, nie zawracam sobie głowy takimi sprawami. Po prostu czerpię radość z blogowania czego i Wam życzę.
A przez trzy lata, bo niedługo taką rocznicę będę obchodzić, spotkałam dzięki przebywaniu tutaj, wspaniałych, wrażliwych ludzi, których, mimo, że tylko na ekranie, traktuję jak dobrych znajomych, jak blogowe przyjaciółki i przyjaciół i nic mi tego nie odbierze, tym bardziej jeden czy dwa byle jakie komentarze. Zresztą czy w ogóle są byle jakie? - w każdym przypadku ktoś musiał poświęcić czas, żeby je zostawić. Generalnie powiem tak - więcej wyrozumiałości, a jeśli idzie o różnice - ekumenizm blogowy by się nam tu przydał. Pozdrawiam Was wszystkich, jesteście wspaniałym dopełnieniem mojego życia.
Ale ad rem - mój głos w dyskusji będzie taki, pozwólcie, że pojadę Żuławskim średnim, tym od Zośki (on u siebie w felietonach dla TS co chwila pisał, bo a), bo b)...):
a) nie przeszkadzają mi ŻADNE wizyty, ani ŻADNE komentarze. Publikuję wpisy na blogu otwartym i każdy może tu wejść i powiedzieć, co myśli
b) jest jeden wyjątek do punktu 'a' - komentarze chamskie, złośliwe, również te ukrycie złośliwe, które próbują mi wmówić, że w istocie nie są, jedynie ja nie posiadam wystarczająco dużo inteligencji, dystansu i poczucia humoru. Logika zapożyczona od Wojewódzkiego. Te komentarze są czasem anonimowe, czasem nie, ale nieważne czy podpisane czy z określonymi nickami, poznaję po kilku słowach, nie czytam dalej, nie odpowiadam, czasem jak mi się chce, usuwam. Imponuje mi, że znajdują moje słowa tak interesującymi, że poświęcają czas na pisanie komentarzy i jak sami mówią, na wnikliwe czytanie wpisów. Ja, kiedy mi się jakiś blog nie podoba, nie po drodze mi z autorem, po prostu tam nie zaglądam, a na komentowanie tym bardziej nie miałabym czasu. No, ale żyję swoim życiem i pasjami, innym może nudno. Jak o tym pomyślę wnikliwiej, niech i oni sobie piszą, skoro to jedyna w ich mizernym żywocie rozrywka, uprzedzam jedynie, że nie odpowiadam, nie czytam, czasem jak jakiś dłuższy elaborat i zakładam, że może być toksyczny, usuwam w siną dal. Jeśli są zamieszczane po to, żeby mnie dotknąć, szkoda czasu i atłasu, bo ich treść jest mi obca, gdyż jak już wspomniałam, po prostu nie czytam.
c) jeśli idzie o komentowanie - nie uważam, żebyśmy prowadzili blogi i się na nich odwiedzali po to, żeby spełniać czyjeś oczekiwania i ambicje, co do wizytujących. Kiedy ktoś pisze, że takie czy inne komentarze są nie do przyjęcia ze względu na ich poziom, zaraz czuję, że i ja do wymaganego poziomu pewnie nie dorastam i odechciewa mi się interakcji z innym blogerem, a w konsekwencji, bywania na tym blogu. U mnie możecie pisać, co chcecie, że macie na liście, że chyba nie dla Was, że może kiedyś, że nie znam tej pani.... Kiedyś się zżymałam na takie oświadczenie, szczególnie dotyczące klasyków czy ludzi bardzo uznanych, jak Cybulskiego, Miłosza, Julii Hartwig ostatnio. Ale mi przeszło, bo przemyślałam temat i doszłam do wniosku, że dużo jest ludzi młodych tutaj, a nie ich wina, że się urodzili dużo wcześniej ode mnie. Nie ich również wina, że poziom edukacji i cięcia programu są takie, że nie znają wielu pisarzy czy myślicieli, czy aktorów i kończy się na tym, że nie mają pojęcia, kim był Cybulski czy Łapicki, jak ktoś ostatnio też zauważył. Natomiast jeśli ktoś napisze - nie interesuje mnie i koniec, żadnego merytorycznego argumentu, a uznaje za konieczne napisać coś takiego, to dla innych jest to znak, że chodzi tylko i wyłącznie o reklamowanie siebie, jako innego blogera
d) bywam na blogach dużo młodszych blogerów, gdyż kupując książki do biblioteki dla różnego odbiorcy, również młodszego, ciekawa jestem, co tam w trawie piszczy, ale nie zachwycam się wampirami itp, gdyz już jestem na to za stara, nie komentuję jednak, że nie dla mnie, że nie znam tego pana z zębami na wierzchu, bo po co? Natomiast czasem się włączam do dyskusji, kiedy ktoś bzdury wypisuje o jakiejś książce z klasyki, może nawet wybitnej, a nie widzi nic poza te swoje wampiry, no cóż, jestem tylko człowiekiem i mnie też niekiedy ponosi. Cenię sobie wtedy umiejętność opamiętania.
Kilka razy dyskusja poszła za daleko (na różnych blogach, nie tylko młodych czytelników) i przeprosiliśmy się z interlokutorem za porywczość w dobieraniu argumentów i ich prezentowaniu. Czasem małe słowo 'przepraszam' czyni cuda. Ze wstydem przyznaję, że dwukrotnie nie ode mnie pierwszej ono wyszło. Uczę się sztuki 'wstrzymywania koni', przy moim temperamencie dyskusyjnym i pasji do książek, czasem trudno. Nie od dawna wiadomo, że przepraszam jest czasem najtrudniejszym słowem, ale zachęcam, i siebie, i innych, do używania go częściej i odważniej.
e) pewnie, że wolałabym, żeby notki czytano wnikliwie, ale już takie czasy, ze młodzi szczególnie, nie mają cierpliwości i nie z braku szacunku, ale złego nawyku, czytają początek, trochę środka i koniec. Myślę, że mnie się to rzadko zdarza, żebym wyczuła brak znajomości treści notki, ale inni się na to skarżą często, stąd moje zdanie w tej sprawie - nic na to nie poradzimy.
Nie wymagam, zeby moje blogi czytali tylko chudzi, tylko mądrzy, tylko brunetki, tylko humaniści czytający dużo, tylko czytający kryminały, nie czytający romansów itp. Jeśli chociaż jedna osoba po przeczytaniu moich wrażeń z lektury, sięgnie po autora czy jakąś powieść i się zachwyci, to już jestem szczęśliwa.
f) generalnie, jesli widzę, że moje komentarze gdzie indziej pozostają bez odpowiedzi, nie raz, a taka norma, przestaję bywać, przestaję czytać. Nie chcesz mnie jako czytelnika, ignorujesz, nie ma mnie tam, gdzie nie ma tego, o co chodzi.
Kiedy zaczęłam pisać blogi i czytać innych, byłam prze-szczęśliwa, ze spotykam ludzi kochających książki czy podzielających takie same zainteresowania czy poglądy, a jeśli nie, umiejący o różnicach dyskutować. Nic mi nie przeszkadza, nic nie denerwuje, nie zawracam sobie głowy takimi sprawami. Po prostu czerpię radość z blogowania czego i Wam życzę.
A przez trzy lata, bo niedługo taką rocznicę będę obchodzić, spotkałam dzięki przebywaniu tutaj, wspaniałych, wrażliwych ludzi, których, mimo, że tylko na ekranie, traktuję jak dobrych znajomych, jak blogowe przyjaciółki i przyjaciół i nic mi tego nie odbierze, tym bardziej jeden czy dwa byle jakie komentarze. Zresztą czy w ogóle są byle jakie? - w każdym przypadku ktoś musiał poświęcić czas, żeby je zostawić. Generalnie powiem tak - więcej wyrozumiałości, a jeśli idzie o różnice - ekumenizm blogowy by się nam tu przydał. Pozdrawiam Was wszystkich, jesteście wspaniałym dopełnieniem mojego życia.
poniedziałek, 11 lipca 2011
Niedzielna Tajemnica
Ale miałam weekend, najpierw przyjechała moja córka, a w niedzielę odwiedziła mnie Tajemnica prowadząca blog Między Książkami. Przyjechali wszyscy, ona, mąż i syn (pies został w Polsce, biedulek, a tyle tu plaż do biegania). Siedzę teraz przy piosenkach i Bajmu i wspominam.
Podział był idealny - my z Tajemnicą pogaduchy o książkach, faceci o rybach i czym tam jeszcze nie wiem, nie podsłuchiwałam, synowie, nota bene w tym samym wieku lat 15, na pokojach gdzieś w czeluściach domu, o grach i muzyce. My na zewnątrz, co skrzętnie wykorzystał mój piesiołek Franciszek, który nas 'zmusił' do aktywności w stylu 'rzuć mi piłkę - nie pożałujesz, zobaczysz jak szybko przyniosę.
Zdjęcie specjalnie takie zawoalowane drzewami, bo jestem w stanie odchudzania i nie będę się ujawniać przed uzyskaniem efektu pokazywalności. Tajemnica przeciwnie nie ma co się chować, ale padła ofiarą mojego chowactwa.
Ale faaaaajnie było. Jakie to dziwne, kiedy 'spotykamy' się tu na łamach blogów, a potem można nagle na żywo. Niby się kogoś zna, a nie zna, bo do tego, co napisane, dodaje się głos i całą resztę - gesty, sposób bycia, no sami wiecie, co ja wam tu będę wykłady robić.
To spotkanie w taki mnie dobry nastrój wprowadziło, dało zapomnienie od codziennych zmagań, że nowy tydzień śpiewająco dzisiaj zaczęłam (dosłownie). Od rana mnie prześladuje ta piosenka, zupełnie nie jak polska, a jednak polska. Ależ się ta Natalia Lesz wyrobiła :-) Idealna na lato.
I ta też jest fajna
Podział był idealny - my z Tajemnicą pogaduchy o książkach, faceci o rybach i czym tam jeszcze nie wiem, nie podsłuchiwałam, synowie, nota bene w tym samym wieku lat 15, na pokojach gdzieś w czeluściach domu, o grach i muzyce. My na zewnątrz, co skrzętnie wykorzystał mój piesiołek Franciszek, który nas 'zmusił' do aktywności w stylu 'rzuć mi piłkę - nie pożałujesz, zobaczysz jak szybko przyniosę.
Zdjęcie specjalnie takie zawoalowane drzewami, bo jestem w stanie odchudzania i nie będę się ujawniać przed uzyskaniem efektu pokazywalności. Tajemnica przeciwnie nie ma co się chować, ale padła ofiarą mojego chowactwa.
Ale faaaaajnie było. Jakie to dziwne, kiedy 'spotykamy' się tu na łamach blogów, a potem można nagle na żywo. Niby się kogoś zna, a nie zna, bo do tego, co napisane, dodaje się głos i całą resztę - gesty, sposób bycia, no sami wiecie, co ja wam tu będę wykłady robić.
To spotkanie w taki mnie dobry nastrój wprowadziło, dało zapomnienie od codziennych zmagań, że nowy tydzień śpiewająco dzisiaj zaczęłam (dosłownie). Od rana mnie prześladuje ta piosenka, zupełnie nie jak polska, a jednak polska. Ależ się ta Natalia Lesz wyrobiła :-) Idealna na lato.
I ta też jest fajna
Subskrybuj:
Posty (Atom)



