Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szkoda czasu i atłasu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szkoda czasu i atłasu. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 lutego 2014

Ostrzegali, ostrzegali, a ja i tak nochala w te rzygi wsadzilam

Będzie na spokojnie, wzięłam Persen forte i jestem w stanie zen, nie mylić ze skrótem od Zenek.
Aż mi żal, ze nie wzięłam tej tabletki wcześniej, podczas lektury 'Obywatela i Małgorzaty'.
Nie wiem, dlaczego sięgnęłam po tę pozycję? Nigdy nie byłam fanką Republiki czy Grzegorza Ciechowskiego solo. Nie jestem też fanką literatury a'la pudelek, kozaczek i inne '-ek'. Małgorzata Potocka, cokolwiek ona o sobie nie opowiada w tej książce, nie kojarzy mi się z jakimś wybitnym twórcą, aktorką totalną, na którą się idzie do kina. Ot fajna babka, nie przeszkadza w filmie czy serialu, ale poza rolami wczesnymi, niezbyt znacząca.
Kilka razy myślałam o kupnie tej książki. Ale ciągle coś było lepszego, a pieniędzy na wszystko brak. Potem Monika z Błękitnej biblioteczki skomentowała mój wpis o wspomnieniach Małgorzaty Tusk, że prawdziwy hardcore to jest książka Potockiej i już nie dało się zatrzymać lawiny ciekawości, tym bardziej, że mi tę książkę od ręki pożyczyła. Gdybym chociaż musiała tygodniami czekać na okazję przeczytania, pewnie by mi przeszło.



O Bogu, co to za książka. To się po prostu w pale nie mieści.
Małgorzata Potocka powinna się była kopnąć w potylicę i zapaść w śpiączkę na miesiąc, a potem nie pamiętać co to ona miała do powiedzenia. Wszyscy by jej żałowali i nie stworzyłaby tego obrazu siebie samej i Obywatela GC, jaki teraz mam w głowie. A tak, mam niesmak, jakbym się jej wymiocinami wysmarowała. Napisała, że ta rozmowa była po to, żeby Grzegorz nie wszystek umarł, żeby ludzie wiedzieli jaki był, żeby o nim pamiętali, że jest mu to winna. Łatwo się mówi, jak facet leży sześć stóp pod ziemią i już jej przywalić z bejsbola nie może za to, co ona o nim napisała.

Ta książka to jest wielki pean na to, jaką wspaniałą osobą i artystką jest Potocka, jak to ona Ciechowskiego stworzyła, jak to ona go wyrwała z okowów nieśmiałości, mieszczaństwa, obudziła w nim jeszcze większego artystę niż był. A tak naprawdę wychodzi na to, że ta książka jest świadectwem, że pani obywatelowa MP jest nikim bez obywatela GC, że jak sobie poszedł, to najpierw trzeba było jęczeć jakie to straszne, że własna służąca odebrała jej męża, taka żmija na łonie wychowana od wczesnych lat nastoletnich, a jak umarł trzeba było po latach przypomnieć się ludziom wspomnieniami o nim czyli o niej.

Kiedy Małgorzata porzucała męża, tak się biedna tłukła z myślami, że o mało ducha nie wyzionęła. Grzegorz też po prostu zatruł swą duszę zamartwianiem się, co też on czyni swojej pierwszej żonie. Tak się zamartwiali do imentu, że musieli się pocieszać, tak się pocieszali, że aż musiało to być w łóżku i domu pierwszej żony, że aż musiała ich nakryć i przeżyć to upokorzenie. Po prostu nie można było w tym wszystkim mieć odrobiny przyzwoitości, bo już w tych zmartwieniach nie było na nią miejsca.
Dziecko przemieszczane po domach i ludziach jak lalka. A oni szał ciał i twórcza erupcja. No i bezustanna erekcja.
Zęby sobie starłam o połowę, tak zgrzytałam. Ale masochizm mnie jakiś napadł, nie mogłam się oderwać, bo wbrew wiedzy, którą miałam, nadzieja jakaś się tliła we mnie, że Potocka napisze coś, co mi tę gorycz czytelniczą zneutralizuje ( i zęby przywróci).

Aż nadeszła część opisująca przejście przez życie pary Gośka i Grzesiek (dalej zwanych GG) - fanfary - jak to Grzesiek nauczył się jeść prawidłowo przy stole u państwa ambasadorostwa w Paryżu, używać widelczyków i takich tam. Jak to pani G ubrała pana G, w najlepsze ciuchy (które po porzuceniu rozdała bezdomnym), jak to nie miała czasu na gotowanie i sprzątanie, ale nie było problemu, bo dali klucze fankom, a one były przeszczęśliwe, że mogły im gotować, układać, prać gacie i wąchać grześkowe koszule. Swoją drogą to baby mają czasami porąbane, żeby usługiwać muzykowi po to tylko, żeby być bliżej. Szał tworzenia, wszyscy do nich lgnęli, na dzieci jakoś mało czasu było, ale to szczegół. Kochali je przecież.

I to się po prostu musiało stać. Zatrudniona do dziecka opiekunka zbliżyła się do jego ojca. Ileż razy to już było? Nie lepiej było zatrudnić grubej baby w różowych galotach z PDT do kolan, bez dwóch zębów z przodu? Za to śpiewającej kołysanki ze wschodnim zaśpiewem, lepiącej najlepsze ruskie i z miękką, obszerną klatką piersiową do przytulania. Fanki do wszystkiego, no to dlaczego nie do łóżka? A jeśli Obywatel GC raz już bezwzględnie porzucił, dlaczego nie miałby tego zrobić po raz drugi?
Potocka mówi, że kiedy ona robiła wszystko dla niego, wisiała na drabinie i trzymała reflektor w trakcie koncertu, Ania w pierwszym rzędzie, w pożyczonej od niej sukience, wgapiała się w niego i to musiało się tak skończyć, bo to uwielbienie go po prostu przyciągało. Pożyczona sukienka - synonim dziewczęcia z Nowolipek, biednego i zahukanego.
A potem Potocka utyskiwała, że gdyby on ją chociaż z kimś ważnym zdradził, z Meryl Streep, ale ze służącą, z takim nikim?
I tu już po prostu pękła mi guma w dresach. Nie wytrzymałam. Kim jest Potocka, żeby mieszać z błotem, akurat w ten sposób, kobietę, która ją zastąpiła, po tym, jak ona sama odebrała go innej? Matką Zenusia w Barwach szczęścia. Ktoś ją kojarzy?
Nie ujmuję się za żadną ze stron. Cóż ja wiem o takich sprawach? Jestem żałosna, bo z tym samym mężem dwudziesty ósmy rok, bez skoków w bok, doprawdy nuda. Nie wiem, jak to jest się zakochać nagle w innym i dać się ponieść wodospadowi namiętności i nieuniknionemu. Nie wiem, jak to jest stracić ukochanego na rzecz innej kobiety, ale to wszystko właśnie chciałam zrozumieć. Oczekiwałam jednak klasy, dystansu po tych wszystkich latach, nie prania brudów i budowania pomników sobie i byłemu, kosztem tej drugiej. Ale jak cwanie, z pierwszą żoną się lubimy i ściskamy, kiedy się spotkamy, a z drugą żoną już nie (Potocka nigdy nie była zamężna z Ciechowskim), bo ta zdzira przecież ogłupiła Ciechosia i sobie poszedł. A tak Małgorzatę kochał do samej śmierci.
Czy naprawdę trzeba było to wszystko czytelnikom wyjawiać? Czy nie wystarczyło opowiedzieć o swoim życiu ze zdolnym muzykiem, o sobie w tym wszystkim, o ludziach, którzy byli dla nich ważni, czy to rodzinnie, czy innych twórcach i muzykach, o koncertach, o wyjazdach, tak jak pięknie zrobiła to Urszula Dudziak?
Gdybym nie czytała tych drugich wspomnień, o Urbaniaku (który ją przecież zostawił dla innej), o Kosińskim, który ją też zostawił popełniając samobójstwo, o dzieciach, o tworzeniu, może nie wiedziałabym, że można to zrobić pięknie i z klasą. A tak, no cóż, idę zeskrobać resztę tych rzygów z moich włosów. To było straszne doświadczenie czytelnicze. Nigdy więcej!

sobota, 1 lutego 2014

Słabizna aż piszczy

Jestem chyba najdłużej czekającą osobą na świecie na obejrzenie tego filmu. Aktywnie czekającą, czyli za każdym razem, kiedy widziałam okładkę książki 'Syberiada polska', w duchu zawodziłam jak płaczka grecka, że nie miałam jeszcze okazji zobaczyć ekranizacji.
Książka mi się szalenie podobała, historia kilku rodzin wywiezionych na Syberię z Podola, od pierwszych kart tej opowieści, budziła u mnie takie emocje, że mi kilka razy serce siadało. Płakałam okrutnie, martwiłam się, a jak tylko pomyślałam o tym, co ja bym zrobiła, jak ja bym przetrwała, moje dzieci - miałam ochotę rzucić się krzyżem w kościele w podziękowaniu, że to wszystko nie jest naszym udziałem.
Wiedziałam o ekranizacji, widziałam zajawki w TV, trailer na You Tube - tyle miesięcy musiałam obejść się smakiem. Aż dostałam od znajomego dvd do obejrzenia.
Rodzinnie mam trochę zawirowań, ciężki czas, stresujący, ale nie mogłam się oprzeć i jednak włączyłam wczoraj do obejrzenia. Napisy początkowe lecą, a ja myślę - czy ja dam radę, czy to dobry moment, może powinnam dzisiaj odpuścić? Ciekawość zwyciężyła.
Zaczyna się - wywózka, myślę, jak pokażą scenę z gospodarzem, który się powiesił w stadninie ukochanych koni, bo nie mógł zdzierżyć tego, co się dzieje, że go z nimi rozdzielają, że mu się świat wali, zawału dostanę. Naprawdę nastawiłam się na to, że będę musiała wyłączyć, że nie dam rady.
Co dostałam w filmie? Nic. Żadnych emocji. Przyszli, kazali się zbierać, pojechali, w pociągu sobie usiedli i tyle. Ludzie! Opis wywózki w książce, podróż jest szalenie obrazowa i smutna niemożebnie, a tu nic. Dobra, myślę sobie, film ma swoje prawa, nie może być za dużo o tym, bo na nic innego nie zostanie miejsca. Przyszło mi do głowy, że może serial byłby lepszy?
Oglądam dalej, matka choruje. Ojciec gdzieś poszedł, w powieści ta jego droga po leki jest szalenie emocjonująca, dzieciaki same zostały, głodują, wodę z gałęzi malinowych piją, a tutaj gdzieś się tam ojciec błąka, trochę mu zimno, wrócił, wkurwił się, tyle. A dzieci były dokarmiane i było im całkiem ciepło i przyjemnie. No żesz cholera jasna.
Sorry, za przeklinanie, ale mi po prostu guma w dresach strzela, kiedy o tym filmie myślę.
Piękna, złożona postać kobieca, którą gra Sonia Bohosiewicz w filmie się obroniła. Ale jacy oni wszyscy piękni, jak gustownie ubrani, kożuchy, lica rumiane, chyba śnię.
Praca w tajdze - mordercza w książce, zaledwie ciężka w filmie.
Ale za to romansu dużo. Mąż na moje utyskiwanie powiedział - bo to film o miłości jest, a nie o ciężkim losie wywiezionych ludzi.
W książce to wszystko było przeciwstawione - nowe miejsce a dom na Podolu, ciężka praca w trudnych warunkach, a żyzne ziemie podolskie, okropny los i w tym wszystkim miłość.
A tutaj wszystko takie ładne, głód też ładny, a właściwie nieobecny, wszyscy ludzie dobrzy, Rosjanie też, a komendant troszku tylko srogi. Na to wszystko Polacy i Żydzi ręka w rękę ciężki los dzielą. Brakowało tylko Murzyna co podaje rękę białemu i zbliżenie.
Syberiada polska w reż. Janusza Zaorskiego idzie u mnie pod etykietę 'słabe jak herbata babci klozetowej'. Jedyne dobre dwa elementy filmu to Sonia Bohosiewicz w roli Ireny i Paweł Krucz jako Staszek Dolina. Aktorzy grający Rosjan też dobrzy. Reszta mi po prostu przepadła w odmętach bylejakości.
Nie spodziewałam się tego po takim reżyserze i po tym materiale. Nie ma tam nic, co w książce mnie urzekło, nie ma tych wielkich emocji, wszystko po łebkach, jeśli reżyser się zorientował, ze nie zmieści w dwie godziny, trzeba było nie robić w ogóle albo robić serial. Ten film to obciach i tyle.
Jestem pewna, że jeśli ktoś oglądał najpierw film i ma teraz sięgnąć po książkę, najpewniej tego nie zrobi. A szkoda.





sobota, 14 grudnia 2013

O dwóch takich, co ukradły mój czas

Czego oczekuję od czytanej powieści? Odpowiedź na to pytanie jest ważna ze względu na to, co dalej chcę napisać.
Otóż czytam powieści różne, lżejsze, poważniejsze, ostatnio dorosłam do biografii, dzienników i opowieści non fiction. Reportaży kiedyś czytałam dużo, potem mniej, wracam ostatnimi zakupami, znowu mam na nie ochotę. Muszą mieć jeden mianownik - chciałabym, żeby w  swojej kategorii były dobre, poruszające, napisane językiem nie zgrzytającym w oczach, oczekuję emocji.
Chcę zapłakać, chcę się uśmiać, zadumać (nie wszystko w jednej, ale chociaż albo to, albo to), a po skończeniu powieści przytulić i westchnąć ze smutku, że to już koniec.
Czy oczekuję zbyt wiele? Nie wydaje mi się, jeśli książka jest inna, jeśli nie porusza żadnej ze strun, ani tej wesołej, ani smutnej, ani melancholijnej, ani poznawczej, to po co ją czytać? Na co tracić czas?

Książki, o których tu teraz wspomnę, mogłabym pominąć milczeniem, ale tego nie zrobię, bo mam tu takich czytelników, którzy wiedzą, że je czytałam i czekają na moją ocenę, chociażby dlatego, że mamy podobny gust, a dobrze mieć kogoś, kto ostrzeże przed wtopą, kompletną stratą czasu, szczególnie kiedy na półkach masa nieprzeczytanych książek, a kompulsywne kupowanie nowych nie pomaga tego rozładować w czasie dającym się bliżej określić.

Mowa będzie o dwóch powieściach - 'Studni bez dnia' Katarzyny Enerlich i 'Dworek pod lipami' Anny Szepielak.

Pierwsza opisuje perypetie kobiety, która dopiero co została porzucona przez męża, dzieje się w Toruniu, który to bardziej mnie zaciekawił i do tej powieści przyciągnął niż treść, o której nie wiadomo było za wiele z doniesień czy informacji na okładce.

Druga to opowieść o szczęśliwej (?) mężatce, która postanawia odpocząć od męża z obciążeniami po poprzednim małżeństwie, bo jak łatwo można się domyślić, trudno się temu świeżemu związkowi rozwijać, kiedy demony przeszłości są wciąż obecne. Akcja dzieje się w dwóch nurtach czasowych, część druga w dziewiętnastym wieku, przeplata się ze sobą, wydawało mi się to ciekawe, chociaż jak teraz o tym myślę, nie mam pojęcia dlaczego? Chyba z rozpędu i uwielbienia dla kostiumowych powieści i seriali BBC.

Obie powieści czytałam w związku z Festiwalem Literatury Kobiecej, tak więc wybór nie był całkiem przypadkowy, jedynie kolejność czytania tak, te poszły na pierwszy ogień, bo oczekiwałam od nich wiele.
Naiwności siostro moja rodzona.

Obie napisane sprawnie, czepić się nie mogę, zdania gładko płyną w głowie, nic nie sterczy, nic nie dziabie w oczy, wydawałoby się pełen sukces. Niestety i jedna, i druga, są po prostu nudne i nijakie, nic mnie tam nie zaskoczyło, nie poruszyło, żeby chociaż zirytowało, ale nie, przeszło gładko i poooooszło. Już żadnej nie pamiętam, nie porusza żadnej struny, nie mam nawet dobrych, chociaż niejasnych wspomnień.
Nie czekałam w napięciu co dalej, nie przewracałam z niecierpliwością stronic, nie sekundowałam żadnej z postaci opowieści, było mi doskonale obojętne, co oni tam robią, żadna z tych powieści nie zaangażowała mnie emocjonalnie, nie pozostawiła żadnego wrażenia poza jednym - szkoda czasu i atłasu, ot co.

I tyle, pastwić się nie będę, albo one po prostu nie dla mnie, albo niestety słabe. Nastawienie miałam dobre, chęci wielkie, nie można mi zarzucić, że się nabzdyczyłam zanim jeszcze zaczęłam.
A może ostatecznie wyrosłam z takich powieści?
Ale jak w takim razie wytłumaczyć, że 'Coraz mniej olśnień' czy 'Wytwórnia wód gazowanych' tak mnie zachwyciły? Pamiętam do dziś, a kiedy przechodzę obok nich w polskiej bibliotece, zatrzymuję się na chwilę, żeby pogłaskać po grzbiecie. A przecież to jest ta sama kategoria. Nie będę się tu biczować, moim zdaniem słabe to i już.





poniedziałek, 12 sierpnia 2013

W telewizji o Pilipiuku, niestety nic dobrego

Jakoś się nie mogę pozbierać. Wyjazdy, powroty, stresy, zamieszanie, wszystko to spowodowało, że nie mogę wrócić na blogowy szlak. Zapewniam Was, że nie ma dnia, żebym w duchu nie dyskutowała z Wami o oglądanym filmie, czy nie obiecywała sobie, że zaraz muszę o tej czy innej książce napisać. Listę tytułów, które czekają na opisanie, musiałam zacząć prowadzić, żeby o nich nie zapomnieć.
Znalazłam ją dzisiaj i za głowę się złapałam, ile tego czeka na uwagę.
Podczas mojego pobytu w czerwcu w Polsce wzięłam udział w programie telewizyjnym 'W twardej oprawie', jak nazwa wskazuje o książkach. Nadaje go koszalińska telewizja Max, nie da się go zobaczyć online. Może i dobrze, bo mogę Wam wcisnąć kit, że wypadłam świetnie :-)
Żart.

Rozmawialiśmy o książce Andrzeja Pilipiuka 'Wampir z MO"
Napaliłam się na nią jak szczerbaty na suchary, dostałam do przeczytania zawszasu, na tydzień przed nagraniem programu i jak tylko znalazłam miejsce, żeby kupić pyszną kawę i w kąciku się z nią i książką zedekować, natychmiast rozpoczęłam lekturę.
Pilipiuka znam i lubię, może nie spodziewam się po nim wyżyn intelekturalnych, ale dobrej zabawy na pewno, tym bardziej, że temat taki wspomnieniowy, bo MO wskazuje na PRL. Nie czytałam Wampira z M-3, stoi u córki, od razu tego pożałowałam, ale pomyślałam, że chyba nie będzie jakiejś wielkiej ujmy, gdyby okazało się to kontynuacją.
Ujmy nie było, nic nie było, bo książka jest po prostu do chrzanu. I nie będę owijać w bawełnę, gdyż akurat ten autor takiego babola popełnić nie powinien był.
Od drugiego rozdziału podśpiewywałam pod nosem (trawestując słowa piosenki Republiki) - taaaa pooowieść jest, pisana dla-pie-nię-dzy, tlala-la-lala
Banalna, nudna, pełna dziwacznych porównań, opisów wcale nie śmiesznych (wachlował się uszami, że niby jak Urban) - a mogło być tak pięknie.
W książce Pilipiuk wykorzystuje różne kody współczesnej kultury, jak na przykład film Ring i wychodzącą z ekranu dziewczynkę czy sagę Zmierzch. Wyszło blado, chociaż uważam, że zaczyn był. To jakby zacząć robić obrus na duży stół okrągły, rozpocząć kółeczkiem, szydełkować dalej i dalej, dojść do -nastego rzędu i zrezygnować. Dokończyć na kolanie lub wcale, ale nie rezygnować z położenia go na przyjęcie gości przybywających na przyjęcie z drogimi prezentami (przecież zakup książki nie jest tani). Tak się czułam, jakbym siedziała przy porcelanie ustawionej na niedokończonym obrusie, a w tej porcelanie drugie parzenie kawy fusiastej. Gdybym kupiła tę książkę, szlag by mnie trafił jasny.
Nawet nie będę o niej więcej pisać, bo szkoda mojego czasu na pisanie, a Waszego na czytanie.
Nie polecam. Tylko niewyrobiony czytelnik może się tym zbiorem opowiadań zachwycić.



piątek, 24 maja 2013

Co słonko widziało według Marii Ulatowskiej

O Marii Ulatowskiej słyszałam wiele, zanim jeszcze sięgnęłam po jej powieści. Nawet wygrałam dwie w zeszłym roku, dostałam z dedykacją, ale co ja będę ściemniać, nigdy mi to nie wychodzi, utknęły w stosie obok łóżka i je tylko co tydzień, z dwudziestką innych, odkurzam.
Jawi mi się ona jako osoba empatyczna, o wielkim sercu dla ludzi i zwierzaków, mądra wiekiem i zdobytym doświadczeniem, toteż kiedy sięgnęłam po Kamienicę przy Kruczej, odczuwałam nic poza wielką ekscytacją z nadchodzącego spotkania - mnie, czytelnika z autorką, oraz z historią o domu, ludziach tam mieszkających, takie lubię najbardziej.

Jakież było moje rozczarowanie, bodaj największe w całym moim czytelniczym życiu. Siedzę od dwóch dni z nosem na kwintę i się zastanawiam, co począć, co napisać? Dawno temu, kiedy zakładałam ten blog, postanowiłam - tylko szczerze. I tak też będzie, ale postaram się merytorycznie wyłożyć, dlaczego mi się ta powieść nic a nic nie podobała. Chociaż trudno będzie, bo takie emocje mną targają, mam ochotę tupać jak mała dziewczynka, że tak się po prostu czytelnikowi nie robi, to nie fair.

Otwieram książkę, pięknie miękko wydana, przyjazna, a okładka cudo. Mimowolnie, jako fanka serialu 'Dom', uśmiecham się do obrazka, bo mam nadzieję, że dostanę na piśmie coś podobnego do filmu. Ale też i nie mam oczekiwań, że to będzie powtórka z rozrywki. Wiem, że Warszawa to naturalne środowisko Marii Ulatowskiej, więc czekam na niepowtarzalny klimat, na utrwalenie ulotnych smaczków tego miasta, jak tylko ktoś, kto tam mieszka i lubi to miasto, potrafi najlepiej.

Zaczyna się - pierwsze stronice, dziewczyna dowiaduje się, że nie jest dzieckiem ludzi, których do tej pory miała za rodziców, kolejne stronice przynoszą opowieść z roku 1940, jak to pani Parzyńska znajduje zawiniątko, które szybko okazuje się żydowskim dzieckiem oddanym przez małżeństwo Kornblumów pod opiekę dobrym ludziom. Wiadomo, zaczyna się wojna, straszne czasy dla Żydów, chcą by przynajmniej ich dziecko miało lepsze życie i szansę na doczekanie końca tej zawieruchy. Cóż za historia, aż ręce zatarłam. Pognałam kurcgalopkiem do kuchni zrobić sobie kawę, z książką w ręku, przecież się nie mogłam ani na chwilę rozstać z tą historią. Poznajemy bliżej rodzinę Kornblumów, ona katoliczka, więc okazuje się, że i dziecko nieżydowskie, no ale dla najeźdźców różnicy nie ma, biorą wszystkich jak leci. On lekarz, ortopeda, bardzo ceniony. O jeżu, myślę sobie, ale to będzie ciekawe, jak ja lubię, kiedy bohater jest lekarzem.
Szybko okazało się, że lubić sobie mogę, ale bohater znika. Zanim się zaczęło, już się skończyło - i to w zasadzie motyw przewodni tej książki. Żadnych emocji, chociaż na to czekałam. W powieści pojawia się Piotr Tarnowski, na jednej stronie ma lat 13, zaraz już 17 - myślę, zacznie się, teraz się zacznie, Piotr to wielkie pole do popisu. Faktycznie przewija się przez powieść, raz ma kalosze, raz już kamasze za duże, coś tam w getcie, traci rodziców, wymiotuje na widok trupów w powstaniu warszawskim, jest ranny, dostaje ciuch od przygodnej staruszki, wychodzi z miasta z innymi powstańcami, jest w obozie jenieckim, od obrotnej ciotki dostaje cebulę na szkorbut, wracając z niewoli poznaje Elżbietę w ciąży, będącej wynikiem gwałtu przez bauera, żeni się się z nią, przyswaja dziecko, na początku jest fajnie, potem beznadziejnie, romans... Za szybko, beznamiętnie? Tak jest właśnie w książce. Nie daje nam autorka żadnych emocji, po prostu wygląda to tak, jakbyśmy dostawali listę tego, co widziała mucha na ścianie lub co słonko widziało.
Tosia poznaje prawdę o sobie, mała jest, nic nie rozumie, dowiaduje się w późniejszych latach, co spotkało Żydów, czyli jej ojca prawdopodobnie, ale jakoś przechodzi to bokiem, potem traci kolejno rodziców, wychodzi nieszczęśliwie za mąż, wszystko to zarysowane, jakieś migawki, rozmowy, nieudolne to takie. No popatrzcie sami - spotyka po latach Piotra, 13 lat od niej starszego, zawiązuje się między nimi uczucie, a ona do niego w takie słowa:
"- Piotrze, przepraszam za wścibstwo, ale widzisz, my, kobiety, musimy, no rozumiesz, po prostu musimy wszystko wiedzieć. Nie gniewaj się więc, że pytam, tylko odpowiedz z własnej i nieprzymuszonej woli: czy ty się rozwiodłeś? Bo gdyby twoja żona umarła, dowiedziałabym się o tym choćby z jakiegoś nekrologu. delikatnie więc pytam, co z panią Elżbietą? " (str.217)
Wydawałoby się, że historia Tosi, dziecka przygarniętego w tak dramatycznych okolicznościach, z tak ciekawym pochodzeniem, potem trudnym życiem, która poszła w ślady prawdziwego ojca i też została ortopedą, w pogmatwanym związku z mężem partyjnym kacykiem, w politycznie trudnych czasach to gejzer emocji i całej ferii uczuć. Nic bardziej mylnego. Im bardziej tam zaglądał, tym bardziej go tam nie było.
Cały czas dawałam tej książce szansę, nie mogłam uwierzyć, że tak się toczy i toczyć będzie. Aż doszło do sceny, kiedy ona, bo lubi teatr, klaszcze na stojąco na spektaklu 'Dziadów' w 1968, wraz z mężem wysoko postawionym działaczem i oboje nie wiedzą, co za historia rozgrywa się wokół tej inscenizacji i dlaczego te rozruchy. Ona niby słucha Wolnej Europy, a on na samej wierchuszce. I tak sobie klaszczą i nic nie wiedzą, poszli do samochodu, widzą manifestację i konwersują w samochodzie, on, że rozrabiają, ona się oburza na te słowa, ale jakoś tak jak anemik na meczu piłki nożnej. To była strona 250, nie zdzierżyłam, rzuciłam książkę w kąt - będzie tego. Jak się nic do tego momentu nie stało, chociaż milion razy mogło, a jedyne emocje odczułam na wieść o tym, że Kornblumowie zastrzelili ukochanego psa, bo by ich zdradził, kiedy się ukrywali, to szkoda czasu i atłasu, mam milion lepszych książek na półkach. Za stara jestem na to, żeby ciągnąć tę nierówną grę.
Obiecywałam sobie po niej dużo, a dostałam placebo literackie. Łykałam jedną scenę za drugą, z wielkimi nadziejami, ale bez żadnego efektu, bo to tylko jakieś tam składniki słodzące i massa tabulette, faktora głównego, czyli uczuć - zero. Jakaś wyliczanka jedynie - Tosia, Piotr, Aniela, enedue konfacela, piesek, kotek i Pawełek, a Ludwika prze-go-ni-my  won. Do tego jeszcze tyle innych nazwisk, ludzi i miejsc, o zdarzeniach i latach nie wspominając. Czasem naprawdę mniej znaczy więcej, a więcej znaczy katastrofa.
Autorka na samym początku pisze, że wprawdzie akcja rozgrywa się na tle wielkich wydarzeń historycznych, ale ona ich opisywać nie będzie, bo już wcześniej zrobili to inni. Toteż ja wcale nie chcę, żeby mi Maria Ulatowska opowiadała o pakcie Ribbentrop - Mołotow, ale jak się ma Warszawę w trakcie powstania, wojny, getto i takie fajne postaci, to może by z nich coś wycisnąć, a nie latać między bohaterami i latami jak, nie przymierzając jej własny Dawid Szelenbaum po pustym sklepie.
Z tej mąki mogła być powieść, która by mi serce wyrwała, przemieliła i wstawiła w klatkę piersiową z powrotem, i to bez znieczulenia. A dostałam długi, żmudny marsz i obtarłam sobie piętę. Za mało, za słabo. Tak mi przykro.

piątek, 14 września 2012

Nie wszystko złoto, co się świeci, czyli dlaczego nie interesuje mnie żadna z twarzy Greya

Nie słyszałam o tej książce wiele, zanim nie zaczęłam zauważać komentarzy, że a to jedna, a to druga babka ją właśnie  skończyła i że 'łoł'. Zwróciłam na to uwagę, bo największe 'łoł', oczywiscie również na FB, pochodzi od osób, które w ogóle nie czytają nic innego, ani hu hu. Aż tu nagle trzy tomy, na wyścigi, szuuuu, w kilka nocy. Nie wiem, czy z wypiekami na twarzy, ale tak mi się kojarzy niestety - gospodyni domowa, zwykle lekturę zaczynająca i kończąca na Z życia wzięte i Show, tutaj Hello i Ok, w porywach do krzyżówek, nagle trzy tomiszcza zalicza i oczywiście staje się natychmiastową znawczynią literatury dobrej, a pierwsze trzy miejsca na ich liście bestsellerów okupuje Grey i jego biedne, wyeksploatowane twarze.
Dostałam fragment do przeczytania, z dużą atencją zaliczyłam kilkanaście stron i tylko potwierdziły się moje przypuszczenia, że to porno-wypociny bez żadnego znaczenia. Nic na to nie poradzę, że nie dałam rady dalej czytać i nawet nie będę próbować. Za dużo mam naprawdę dobrych książek albo lepszych czytadeł, żebym się miała z biednym Christianem 'zabawiać' choćby kilka dni. Strata czasu.
I to nie dlatego, że jestem taka porządnicka i mnie ta książka gorszy. Ona mnie po prostu zniesmacza i w ogóle nie jestem ciekawa, co dalej.
Jedno mnie tylko zastanawia, co te kobiety w tym widzą? O ile mogę zrozumieć mole książkowe, które próbują wszystkiego dla zasady odkrywania nowych lektur, nie rozumiem tych wszystkich panien i mężatek, które zrobiły dla tej książki wyjątek i raz w życiu przeczytały książkę, a nawet trzy. 
Zajrzałam do polskich księgarni internetowych sprawdzić, czy wydali już wszystkie, czy dopiero pierwszą i zaskoczona skonstatowałam, że nawet cena sprzyja okazjonalnym czytaczom, bo o ile inne książki o takiej objętości, nowości, kosztują ponad 35 zł, a coraz częściej ponad 40, to ta zaprasza wszelkie nimfy wodne do przeczytania za jedyne 28 złotych. Wiadomo, zależy wszystkim, żeby trafiły pod strzechy.

W każdym razie ogłaszam, że nie tknę żadnej z 50 twarzy Greya.

A poza tym dostałam informację, że książki 'Tost' będą wysłane do zwycięzców na początku przyszłego tygodnia, a tym, którzy nie mieli szczęścia wygrać jej u mnie, polecam blog Notatnik Kulturalny, gdyż tam też można tę książkę wygrać.


wtorek, 7 sierpnia 2012

Sklepik Bogusi - czyli o tym, jak ważna jest kwestia wyboru

Ostatnio utonęłam w lekturach i filmach, które traktują o bardzo poważnych sprawach, a moje syberyjskie podróże wraz z tam zesłanymi to już w ogóle gehenna ludzka, więc dla odmiany łaknęłam lektury niewymagającej aż takiego zaangażowania emocjonalnego, nic tylko przyjemnej, dającej wytchnienie.
Zapomniałam, że ze wszystkim można przesadzić, że lektura może być ZA prosta, ZA mało wymagająca i nie dająca nic w zamian poświęconego czasu.
Mam wrażenie, że Pani Michalak nie docenia inteligencji czytelnika i serwuje nam lekturę tak prostą i sztywną, jak prze-krochmalony imieninowy obrus ciotki. A było tam kilka tematów, które można było fajnie pociągnąć, jak chociażby powroty młodych ludzi z zagranicy i trudy urządzania się na własnym, czy depresja ojca.
W tej opowieści wszystko jest zaledwie omiecione wzrokiem i rażąco naiwne. To całe zakładanie sklepu, wynajęcie domu, natychmiastowe przyjaciółki masowo pozyskiwane i od razu najlepsze na świecie, nierealność sytuacji, żadnego utyskującego na wieczny remont sąsiada, żadnej przeszkody, nic tylko ludzie chodzili wokół i róże słali. No proszę was, baśnie są dobre dla dzieci. Pochodzę z tamtych rejonów, urodziłam się i wiele lat mieszkałam w Koszalinie, małe miasteczka jak Pogodna znam, bo miałam znajomych rozsianych po całym województwie. Życie tam tak nie wygląda. Zresztą my nawet nie wiemy z tej książki, jak wygląda życie w takim mieście, jaka jest jego specyfika, więc trudno porównywać, kolejna powierzchowność tu wychodzi. Raczej miałam na myśli, że w miejscowościach na Ziemiach Odzyskanych, poniemieckich, nie ma tak, że każdy obcy to od razu znajomy, dobry znajomy, po kilkunastu godzinach najlepszy przyjaciel. To jest tak naiwne, że aż w zębach zgrzyta.
Miałam czytanie tej powieści w połowie zarzucić. Aż tu ojciec miał wypadek i pomyślałam, teraz mi autorka zrekompensuje te pierwsze sto ileś stron massy tabulette. Ale nie, to tylko taka podpucha była.

No nic, jak widać w nagłówku, moim zdaniem nie ma złych książek, są nietrafieni czytelnicy i tu dochodzę do tezy z tytułu - żeby nie wiem jak było nam trzeba określonego rodzaju literatury, czy odpoczynku, czy wyzwania czy horroru, trzeba uważnie i rozważnie wybierać. Dawno już nie miałam tak dużego poczucia straconego czasu. Nie dla mnie bajki pani Katarzyny i nie dla niej taka czytelniczka jak ja. I tyle.
I proszę, darujcie sobie rzucanie we mnie kamieniami, a autorka niech już nie pisze do mnie maili, bo popisała się poprzednio, wpędziła w poczucie winy i stąd lektura, czyli kolejna szansa dla jej książki. Ale to już ostatnie nasze spotkanie, każda z nas musi iść swoją drogą. Wiem, że ta autorka ma masę czytelniczek, wiec ubytek jednej nie powinien zaboleć.

sobota, 24 września 2011

Agencja Złamanych Serc - Irena Matuszkiewicz, czyli nie zawsze dobry gwarantuje dobre

Podobała mi się jej powieść kryminalna 'Nie zabijać pająków', miała klimat, momentami śmieszna, intryga akurat, może wielkich zaskoczeń nie było, ale przyjemność czytania a i owszem.
Pomyślałam więc, że trudny okres zaczynania nowej pracy jest na tyle stresujący, że taka obyczajówka polska będzie akurat do słuchania.
Mogłam sobie darować. Nie mam wiele do napisania o tej powiesci poza tym, że się naziewałam przy niej, kilka razy chciałam zrezygnować z jej słuchania, kilka razy musiałam cofać rozdział, bo się wyłączałam, co mi się prawie nigdy nie zdarza.
Pewnie gdybym przeczytała opis na książce, zrezygnowałabym od razu, ale mówiłam już nie raz, że mam taki układ z koleżanką, że ona kupuje audiobooki, ja papierowe i się wymieniamy, a ja przyjęłam zasadę, że biere co dają i się daję zaskakiwać, w odróżnieniu od papierowych, które staram się wybierać uważniej.
Historia jest o kobietach po przejściach, aczkolwiek młodych - Paulina, Agata, Kasia i Marta, każda jakoś skrzywdzona przez faceta. Postanawiają utworzyć grupę, której celem będzie zemsta. Wzór aż do bólu wyeksploatowany przez film i literaturę, ale jednakowoż wiecznie żywy, bo któż nie był chociaż raz porzucony i nie chciałby przeczytać o tym, jak inne babeczki wykręcają jaja ich prześladowcom?
Powieść wedłu opisu, który potem, za późno, przeczytałam, mówi -"Ddowcipna, żywo napisana powieść, osadzona w naszej rzeczywistości, ukazuje bezwzględny świat wielkich i niezbyt czystych interesów, gdzie liczą się tylko pieniądze i władza - z którym jednak skutecznie konkurują takie wartości, jak przyjaźń, uczciwość i lojalność, a przede wszystkim wielka miłość". I to jest sama prawda, ta powieść jest dokładnie taka sztampowa i słaba jak ten opis - z twarzy zupełnie podobna do nikogo, jak wiele innych przed nią i wiele kolejnych słabych po niej.
Ryzyko słuchacza hazardzisty - jedna powieść jest trafiona, inna udowadnia, że nie wszystkie jednego autora muszą być dobre. Nie, nie znielubiłam Pani Ireny Matuszkiewicz, sięgnę po jej Szepty i Czarna wdowa atakuje, ktore czekają na czytanie. Jednakże ta akurat jej powieść pozostanie dla mnie wspomnieniem straconego czasu.

niedziela, 7 sierpnia 2011

Lisa Marklund - Rewanż vel Zamachowiec

RECENZJA BIERZE UDZIAŁ W KONKURSIE ZORGANIZOWANYM PRZEZ SERWIS ZBRODNIA W BIBLIOTECE
Nie znam nic Lisy Marklund, tym bardziej się ucieszyłam, kiedy dostałam ją do wysłuchania. Byłam bardzo na tak, tym większe było moje rozczarowanie.
Ale od początku. Bohaterką przewodnią jej powieści jest reporterka tabloidu Annika. W pogodni za dobrym materiałem próbuje być dwa kroki przed policją, wiedzieć więcej niż inni dzienikarze, napisać jak najlepszy, najbardziej sensacyjny materiał. W tym wypadku sprawa dotyczy wybuchu na obiekcie olimpijskim, duże zniszczenia, a olimpiada w Szwecji tuż tuż. Okazuje się, że są ofiary i to w strzępach, a na dodatek ustosunkowane, bo sama przewodnicząca komitetu olimpijskiego. A zaraz po niej kolejna....

Wydawało mi się, że głos Darii Trafankowskiej będzie do tej powieści świetny. Niestety nie bardzo. Pani Daria miała na początku (w połowie jej to przeszło), dziwną i denerwującą manierę kończenia wszystkich zdań znakiem zapytania. Tych oznajmujących też. Jakoś tak 'wywijała' głosem na końcu zdań. Myślałam, że sobie wszystkie włosy z grzywki powyrywam.

Po drugie sposób narracji, nie wiem, czy to tłumaczenie do pupy, czy sama pisarka jeszcze niedoskonała, ale niektóre rzeczy mnie tak raziły, że aż prychałam i wzdychałam pod nosem. Na przykład jeden z mężczyzn, którego w pewnym momencie dużo, wciąż w chwilach stresu chwyta się obiema rękami stołu. Coś mu powiedzą, a on wytrzeszcz i chwyta za stół. To jakaś jednostka chorobowa psychiatryczna, o której nie wiem?
Albo siedzą dwie kobiety w barku redakcyjnym i jedna z nich, główna bohaterka, odpowiada tej drugiej na pytanie 'opychając się kukurydzą'? Dosłownie jest taki tekst - odpowiedziała jej opychając się kukurydzą, czy zapytała opychając się kukurydzą, już nie pamiętam. Czy ktoś widział kiedykolwiek, żeby się ktoś opychał kukurydzą? W kolbach się nie da opychać, można co najwyżej zawzięcie obgryzać, a sypkiej tym bardziej, bo by trzeba było szuflować łyżką od zupy lub obiema rękami.

Książka nie podobała mi się wcale, wprawdzie druga część, czyli mniej więcej od połowy, ratuje honor, ale generalnie mogłabym żyć bez poznania treści tej powieści. W sumie ta historia miała większy potencjał, ale napisana była najzwyczajniej w nudny sposób, ziewałam i gdyby nie to, ze słuchałam jej robiąc co innego, pewnie bym usnęła nie raz. Jeszcze może gdybym w tym samym czasie, to znaczy nie słuchając, ale równolegle na papierze, nie czytała Fryczkowskiej Kobiety bez twarzy i nie miała porównania, to może bym tak nie narzekała. Ale niestety miałam i wiem, kiedy książka jest zajmująca i aż sobie człowiek palce gryzie, kiedy czyta, a kiedy jest po prostu ledwo interesująca. Reasumując - Lisa Marklund podobno wydała kilka książek po polsku i te inne są lepsze, może tę po prostu omińcie? Zresztą zrobicie jak zechcecie, pewnie jest dużo takich, którzy są zachwyceni tą lekturą, ja niestety nie, dlatego dopisuję do kategorii - szkoda czasu i atłasu.
A na koniec tylko powiem, że nie rozumiem, dlaczego ta powieść została wydana pod tytułem Rewanż, ze wstrętną okładką zresztą, a potem pt. Zamachowiec. Tylko wodę ludziom z mózgu robią. 

 Baza recenzji Syndykatu ZwB

sobota, 21 maja 2011

Czytelniczka znakomita - Alan Bennett

Czytelniczka znakomita to ni mniej ni więcej sama Królowa Angielska, która odkrywa w sobie pasję czytelniczą. A właściwie nie odkrywa, tylko wyrabia w sobie nawyk czytania w późnych latach życia, a odkrywa, że jej to przynosi przyjemność, chociaż wcześniej nie widziała w czytaniu nic interesującego.
Dużo w tej książce o innych książkach, bo Królowa jako nowicjuszka na czytelniczej drodze, wyważa niejako drzwi dla wielu otwarte, czyli czyta Austen, Prousta, Hardy'ego czy Becketta. Jeśli się czegoś nie czytało, wpada człowiek w dół, że jeszcze i to trzeba zaliczyć, a jeśli jakaś pozycja już za nami, przywoływane są wspomnienia z okoliczności jej czytania.
Książę przeczytałam uszami. Wynudziłam się jak na Sumie w niedzielę. Nawet fakt, że to o książkach, nie pomógł. Monarchia brytyjska i jej perypetie nic mnie nie obchodzą. Ani nie pasjonowała mnie historia Diany, ani ślub Williama, a Królowa mnie obchodzi tyle, co babcia klozetowa z Dworca Centralnego. Szczerze mówiąc, nie wiedziałam nic o tej powieści, kiedy postanowiłam jej wysłuchać, poszłam na żywioł. Potem stwierdziłam, że może być całkiem ciekawa, ale opisy Królowej, która chowa książkę pod poduszką w karocy, a ta jest potem zabrana, bo nikomu się nie podoba, że ona czyta, to dla mnie za wiele.. Dwór, czyli doradcy, sekretarz, mąż, wszyscy oni koniecznie chcą, żeby przestała, uznają to za męczące dziwactwo. Opisy tego, jak chcą wykorzenić to z niej, a ona jest w sumie ubezwłasnowolniona i poddaje się woli innych (chociaż nie do końca), nudziły mnie okrutnie. Musiałam cofać kilka razy, bo traciłam koncentrację i nie wiedziałam, czego właśnie wysłuchałam, a co się przy tym naziewałam, to moje. Nie mogę powiedzieć, że to jest książka zła, ale nie trafiła w mój gust i w dla mnie to była jednak strata czasu.

niedziela, 20 lutego 2011

Tydzień, co mi się w prawie miesiac rozciągnął. Sebastian Faulks

Ufff, skończyłam. O mamusiu, jak ja się namęczyłam. W takim zagonionym okresie, jak mam teraz (nie będę się powtarzać, możecie sobie poczytać TU), powinnam była wybrać książkę z jednym bohaterem, góra jedną rodziną, plus kontr-bohaterem, kilkoma postaciami pobocznymi i szlus. Ja po prostu mam tak wygnieciony mózg w natłoku myśli, faktów do zapamiętania, rzeczy do zrobienia na już, na wczoraj, że dodatkowe obciążenie skutkowało przegrzaniem zwojów. Wiele razy musiałam wracać kilka rozdziałów, bo po powrocie do książki następnego dnia, nie miałam pojęcia o czym czytałam poprzedniego wieczoru.
A wszystko przez Sebastiana Faulksa i jego pazerność.
Wprawdzie jego historia dzieje się na przestrzeni tygodnia w grudniu (nic tam o świętach nie ma, to nie Love Actually, nie napalajcie się), więc zaledwie 7 dni, ale za to mnogość bohaterów rekompensuje mizerność czasu akcji.
I tak, czytamy o spekulancie giełdowym, zimnym robocie do zarabiania pieniędzy, z chłodną Brytyjką w roli żony i z powalonym na łeb, pogubionym kompletnie synem, który jest autonomicznym ko-bohaterem, z oddzielną historią. Jest też młoda dziewczyna, która prowadzi pociag w metrze, uwielbia czytać, mieszka z bratem, w sumie kupa nieszczęścia tylko o tym jeszcze nie wie, wiedzie życie realne w tunelach metra, a potem wirtualne w programie oferującym alter życie. Do tego prawnik na początku swojej kariery, który prowadzi sprawę samobójstwa w metrze, które jest kontestowane przez rodzinę i zakwalifikowane do sprawy o odszkodowanie z powodu wypadku w wyniku zaniedbania. Jest też polski piłkarz zaraz po przyjeździe do jednego z klubów w Londynie. I krytyk literacki, który też coś napisał. Mało? Jest też Pakistańczyk, którego rodzina prowadzi fabrykę pikli, self-made, do wszystkiego doszli sami, rodzice właśnie mają odebrać nagrodę, jakiś order, z rąk Królowej, w pałacu, a jakże, a synalek (tu znowu rodzina jest bohaterem i syn odzielnie też) chodzi na spotkania do meczetu i szykuje zamach bombowy. Przewala się też masa innych ludzi, którzy nic tak naprawdę nie wnoszą, są jak massa tabulette, muszą być, żeby jakoś historię sklecić, ale nie ma co się do nich przyzwyczajać. Nihil novi. Z tym, że przy tej masie charakterów, już nie wiesz, czy czytasz tylko o jakiejś tam sekretarce z faksem, czy ona będzie zaraz główną postacią, dlatego poświęcałam tym ludziom więcej uwagi, niż na to zasługiwali, a to z kolei tak mnie męczyło, że mi sie płakać chciało, taka byłam skołowana. Nie myślcie sobie, że się tak dałam bez walki, ale kiedy odpuszczałam, bo myślałam - a tu cię mam, to jest jakaś nieistotna postać, ten właśnie człowiek potem wypływał gdzieś tam w istotnym momencie, a kiedy wyglądało na to, że nie ma bata, ten to będzie na pewno grał pierwsze skrzypce, znikał gdzieś i go nie było przez resztę powieści (jak ten wspomniany piłkarz).
Powiem szczerze, napaliłam się na tę powieść jak szczerbaty na suchary wojskowe, ale tak naprawdę ani mnie ona nie zachwyciła, ani nie dała mi wypocząć, żadnej korzyści. Autor wprowadza masę ludzi do swojej historii, a potem nad nimi nie panuje. To się niby jakoś tam zazębia, ale bez przesady, nie tak, żeby to wszystko usprawiedliwiać. Dawno nie miałam do czynienia, a może nawet nigdy, z takim chaosem w książce. Znam takich, którym się podobała, ale ja uważam, że szkoda czasu i atłasu, jest dużo lepszych. Jedyne, co broni tę powieść to świetny język i gładka elegancja stylu. Ale konstrukcja się chwieje. Cieszę się, że mnie nie przywaliła.

Chociaż.... o dziwo nie mogłam jej odłożyć nieskończonej. Więc może coś w niej jednak jest, a dla mnie czas po prostu nie za dobry na takie tłumy wywalające się z kartek powieści? Nie sprawdzę, bo na pewno nie będę czytać po raz drugi. Ale pytanie tłucze mi się po głowie, nie przeczę.