Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminały. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminały. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Umierasz i cię nie ma - Mariusz Ziomecki.

Zanim o książce Mariusza Ziomeckiego, kilka słów wyjaśnienia, dlaczego mnie tu nie było.
Rok temu był wpis i zniknęłam jak sen jaki złoty. Dostawałam od Was maile i wiadomości na fejsie, odpisywałam na wszystkie, ale tu też należy się wyjaśnienie.
Otóż okazało się, że doba zrobiła się za krótka na wszystkie projekty, które sobie założyłam do realizacji. Pisałam powieść, to jest jednak czasochłonne, szczególnie, kiedy równocześnie się pracuje na wielu frontach. Wiem, teraz wielu z Was wsadziło dwa palce i zwymiotowało, kolejna blogerka pisze, czepiło się gówno statku i mówi płyniemy. No cóż, dajcie mi szansę, będziecie mogli mnie zjechać spektakularnie, kiedy książka się już ukaże i zdecydujecie się ją przeczytać. Nie będę strzelać fochów, można walić prawdę między klawisze. Sroce spod ogona nie wypadłam, blogowanie to nie była moja jedyna pisarska działalność, a można powiedzieć, że ostatnia w łańcuchu pokarmowym moich palców na klawiaturze. W każdym razie słowo stało się ciałem, napisałam, będzie wydana w tym roku w kwietniu przez Prószyńskiego i S-kę, tytuł -  'Poza czasem szukaj'. To tyle w tym temacie.
Dodam tylko, że rok przerwy dał mi też czas na przemyślenia o blogowaniu i stwierdziłam, że ten oddech mi był potrzebny. Nie będę już sprawdzać statystyk, nie będę walić głową w mur, że czegoś tam za mało lub za dużo, będę się tym cieszyć, czytać co chcę, pisać, o czym chcę, niezależna, wolna, szczęśliwa jak gwizdek. Lubię to, że pojadę fejsem :-)

A teraz przechodzę do pana Ziomeckiego i jego nowej powieści. Tym razem kryminał.



"Umierasz i cię nie ma". Pierwsza z cyklu czterech. Witaj majowa jutrzenko - zanuciła Kasia z moherowym zacięciem i poleciała po beret do szafy. Przecież wiecie, że mam nabożny stosunek do Herr Ziomeckiego od czasu jego poprzedniej - "Mr Pebble i Gruda". Aż mi głupio, ale co poradzę, że sobie tę powieść zaanektowałam do serca na ament. Wprawdzie ołtarzyka jeszcze nie mam, ale nową książkę zakupiłam ręcami koleżanki, która przebywała akurat w Polsce i na kolanach odebrałam. 
Problem w tym, że jak dla mnie Mariusz Ziomecki za wolno pisze. Uparta i oporna bestia, niczym nie zmusisz do zwiększenia tempa - ani groźby, ani błagania, zastraszanie, podkówki, mina spaniela, na Jezusa frasobliwego - NIC. Niepotrzebnie mnie do znajomych na fejsie przyjął, bo teraz się ze mną ma, ciągle pytam, kiedy następna?

Nie będę streszczać. Oł noł, tego ode mnie nie oczekujcie. Jest zbrodnia. Trzeba ją rozwikłać. Padło na Romana Medynę, bo na kogoś musiało. 

Roman jest trochę jak jego imię - taki rOOOman - myślę, że gdybym go poznała, to tak właśnie bym wyglądała - z rozdziawioną gębą i oczami wielkim jak spodki. Przystojny, odpowiedzialny, mądry, porządny, trochę szalony, czuły, seksowny, dobry w te klocki, o bogu, aż mi się gorąco zrobiło i musiałam ten beret zdjąć.  Każda kobieta by takiego chciała i każdy facet taki chciałby być. 
Baśka niestety też fajna, chciałabym powiedzieć, że zdzira i oczywiście ja byłabym bardziej odpowiednia, ale niestety nie, fajna z niej babka i zamiast odbijać jej faceta (mission impossible poza tym) wolałabym mieć taka przyjaciółkę.

Miejsce akcji - Warszawa i okolice, głównie Zalew Zegrzyński. Autor pisze o miejscach, które zna, więc tu żadnej ściemy nie ma, za to jest dużo szczególików smakowitych i niesamowicie akuratne i zmysłowe wpasowanie osób dramatu w scenerię. Okolice Zalewu po sezonie są tak opisane, że czuć ostatnie ciepło powoli odchodzące w niebyt, dające pola chłodnym nocom późnej jesieni i zimy. 
Miejsca ludne na wiosnę i w lecie, są całkiem inne potem, jakieś takie biedne i zdekompletowane, tutaj to czuć. Zimna woda jest zimna nie dlatego, że tak nam autor powiedział, ale dlatego, że czujemy to zmysłem wzroku. Jazdy Romana motorem po szosach do stolicy są tak nakreślone słowami, że nie dość, że zagryzałam wargi ze strachu, że nie wyrobi na zakrętach, to czułam wiatr na ciele i dyskomfort długiego rajdu w niesprzyjających warunkach. Mariusz Ziomecki niby jest oszczędny w słowach w tych opisach, ale nie na tyle ascetyczny, żeby to wyglądało na pozę, silenie się na męską surowość. Narracja jest oczywiście męska, ale nie brak tu czułości - zawsze mnie to u Ziomeckiego zachwyca, że potrafi te sprawy połączyć - utrzymać maskulinowy charakter swojej prozy, ale z domieszką miękkości właściwej kobietom, a jednak u niego nigdy nie ma to cech babskiej ckliwości ani tym bardziej podlizywania się czytelniczkom. 
Momentami jest groźnie, momentami lekki oddech - śledzimy życie prywatne i problemy z budową pensjonatu, bywa zabawnie, czasem obrzydliwie, jak np sceny w burdelu. Bardzo to wszystko prawdziwe, nawet chwilami reporterskie bardziej niż powieściowe. To zaleta. 

Poza tym zawsze zachwycały mnie u niego dialogi, we wcześniejszych powieściach też. Gdzieś czytałam, na blogu którejś z was, że nie za bardzo tu udane, nie zgadzam się z tym - ma autor ucho, zmienia rytm i styl wypowiedzi w zależności od tego, kto mówi. Gdzie trzeba jest poprawny, gdzieś tam się zatnie, tam gdzie prawdziwiej zaklnie. Są nieprzegadane, żywe, wartkie jakby powiedział dziadek mojej przyjaciółki. 

Lubię, kiedy pisarz ma rozpoznawalny styl, nie interesują mnie ci, którzy 'z twarzy są podobni zupełnie do nikogo'. Dlatego zawsze będę słaniać się na nogach z radości na widok nowego Pilcha, rozpoznam Mellera, Talkę (Talko? jeśli się nie odmienia to przepraszam), Twardocha i jeszcze kilku innych, jak przychodzi do wymieniania, to zawsze ciemność widzę. Przypomni mi się zaraz po opublikowaniu, jak znam życie :-)

Pewnie, że to nie druga Gruda, i dobrze, nie ma tego nawet co porównywać. 
To jest kryminał par excellence, żadnej obsuwy, piękny przykład gatunku. A przecież o to chodzi, czytelnik kupuje i dostaje, co mu obiecano. 
Czekam na kolejne tomy serii... i tu następuje seria spanieli, podkówek i 'Jezusów frasobliwych' :-)


sobota, 10 listopada 2012

Samotność szpiega, podobno całkiem prawdziwego

Nie da się ukryć, szpieg byłby ze mnie jak z koziego zadu trąba. Jestem za szczera, uczucia mam wypisane od razu na twarzy, nie umiem kłamać, a jak próbuję coś ukryć, natychmiast wszyscy to widzą.
Tym bardziej podziwiam takich, którzy potrafią wszystko to, co szpieg umieć musi, a jak jeszcze wprowadzają to w życie, w sensie w praktyce sprawdzają i na zawał nie zeszli (o zagrożeniach realnych, jak kula w łeb nie wspominam), to już w ogóle jest to poza granicami mojego pojmowania.
Vincent V. Severski podobno w branży robił ponad 20 lat, więc musiał być dobry, że go nie złapali, nie zdemaskowali, nie zabili, nie ośmieszyli, że chodzi teraz wolno i nam opowiada o tym, co w szpiegowskiej trawie piszczy.
Trochę mi się to we łbie nie mieściło, że były oficer operacyjny ujawnia swoją twarz (nazwisko na pewno nie jego prawdziwe), pisze książkę, mówi w wywiadach o tym, co robił (w zarysie, przecież nie szczegóły) i to wszystko jest w porządku, wolno mu. Zawsze wydawało mi się, że szpieg, nawet były, już zawsze pozostaje w cieniu, chyba, że zaczyna pracować w rządzie i zamienia się w gadającą głowę.
Inna rzecz, że mnie, kobiecie, ten przystojny mężczyzna z przeszłością Jamesa Bonda imponuje, że kupuję jego historię, niezależnie ile w niej prawdy, bo zawsze gdzieś w głębi duszy pozostanie we mnie marzenie o romansie z Winetou, Jankiem Kosem i właśnie kimś takim wstrząśniętym, niezmieszanym jak rasowy szpieg.

Ale wszystkie te informację o autorze dotarły do mnie dopiero pod koniec słuchania książki, wcześniej nie czułam potrzeby dowiadywania się czegoś o pisarzu, aż przeczytałam notkę u Agnieszki na blogu i mnie zdziwko chapło.
Kiedy sklep Audeo.pl zgłosił się do mnie z propozycją wypróbowania zakupów u nich, szalałam na ich stronach  jak dzieciak w cukierkach. Podobało mi się, że można odsłuchać fragmentu książki, zobaczyć, czy pasuje lektor, 'pomacać' przed zakupem. Do tej pory kupowałam w normalnych księgarniach, gdzie audiobooki są między książkami papierowymi, trudno się połapać, co wydano w wersji audio, a co nie. Tutaj zaskoczyło mnie, ile książek jest nagranych, ta różnorodność powoduje, że chyba zupełnie przestanę słuchać muzyki na mp3, szkoda czasu, to można robić podczas czytania papierowej książki w domu, a poza - w samochodzie, przy sprzątaniu, gotowaniu -  postanowiłam już tylko czytać uszami. Do tej pory myślałam, że to jest niszowa część wydawnictw, że niewiele, szczególnie nowości, jest w wersji audio, wydawało mi się, że to jest forma, z której możemy korzystać przy okazji, a głównie dotyczy pomocy dla niewidomych i niedowidzących, a tu taka niespodzianka i radość - mnogość tytułów i wspaniali lektorzy przyprawiają o zawrót głowy. Bardzo się cieszę.

Wracając do książki, pierwsze wrażenie - uffff. Ponad 30 godzin słuchania,  musi być niezłą cegłą - pomyślałam. Aż sprawdziłam ile ma stron - 812.


Teraz widzę ten tytuł, jak również kontynuację pt. Niewierni, wszędzie, ale kiedy wybierałam z listy po prostu spodobała mi się intryga i fakt, że czyta Krzysztof Gosztyła. Nic o niej nie wiedziałam, mało tego, myślałam, że może odkryłam coś wyjątkowego i się z Wami tym podzielę :-)

Jak to na byłego wywiadowcę przystało, książka jest o wywiadzie, szpiegostwie, podwójnych tożsamościach, głównie o 'nielegałach' czyli szpiegach przebywających na terenie danego kraju jakby 'poza rejestrem'. Poza tym o odnalezionym przedwojennym archiwum, które trzeba wydobyć z ruin twierdzy brzeskiej i to zanim inni zainteresowani je dorwą. Poznajemy polskiego oficera Konrada Wolskiego, jego współpracowników, poza tym wiele innych postaci z międzynarodowej sieci wywiadów, gdzie jest wielu wrogów, ale też i przyjaciół, o ile można powiedzieć, że w tym zawodzie ludzie się przyjaźnią. Powiem szczerze, boję się Wam przybliżać treść, bo nie wiem, czy nie odwalę spoilera, a poza tym, czy czegoś nie pokiełbaszę. Tam jest tyle szczegółów, ludzi, latania od współczesności do historii, w te i we wte, od Berii do czasów obecnych, że mi czacha dymi, kiedy to próbuję ogarnąć.

Przyznam szczerze, nie jestem fanką powieści szpiegowskich w tym sensie, że ich nie tropię na półkach księgarskich. Może właśnie z tego względu postanowiłam spróbować czegoś nowego. I nie zawiodłam się, z jednym zastrzeżeniem - lekkie dłużyzny. Myślę, że można było spokojnie coś tam urwać. Dużo jest monologów wewnętrznych szpiegów, o ich życiu, dosyć daleko w tył, o tym, co myślą. Ciekawe. Potem opisy akcji, spotkań, retrospekcje, też ciekawe. Ale dużo. Jest w każdym razie wrażenie, że za.
Z drugiej strony po przeczytaniu nie ma się poczucia straconego czasu, a nawet się ucieszyłam na wieść, że jest już druga część, a będzie i trzecia.

Jedno jest pewne, autor wie, o czym mówi i to się czuje. Miejsca, sposoby, metody - ja mu wierzę. Poza tym językowo w porządku, nic nie zgrzyta. Czegóż chcieć więcej?
Polecam tę trylogię, bo w planach jest i trzecia. Mamy wreszcie swojego Ludluma czy Folleta. Zresztą z 'Igłą' tego drugiego trochę mi się fragmentami ta powieść kojarzyła. To komplement.

poniedziałek, 5 listopada 2012

Trzy książki w koszyku, nie licząc wywiadów

Wczoraj obejrzałam na stronie Xięgarnia.pl nowy odcinek, tym razem z Markiem Bieńczykiem, którego Książka Twarzy, ze względu na  autora, na to, co mówi i jak, nie tylko tutaj, ale wcześniej w Hali Odlotów, a nie ze względu na NIKE, jawi mi się jako jedną z 'most wanted' pozycji obecnie na rynku. Do koszyka.

 
Z tą stroną Xięgarni jest tak, że jak człowiek zacznie oglądać i czytać, końca nie ma. Przeszłam więc do wywiadu z Miłoszewskim, jakoś mi umknął wcześniej, potem z Mikulskim, bo mnie jego książka też ciągnie do siebie, a na koniec, na deser, noc mnie zastała z Janem Jakubem Kolskim .
Wywiad niesamowity. Nie widać zadającego pytania, jedynie twarz Kolskiego. Wszystko na niej wypisane, chociaż pewnie by nie chciał. Szczerość jego wypowiedzi, mądrość, wyważenie, ale też i pewna zadziorność, momentami ból, wszystko tam widziałam. Oczy! Zwierciadło.  Jako widz poczułam się niezwykle uprzywilejowana, że mogłam tego posłuchać. 
Tym bardziej jestem ciekawa jego powieści 'Egzamin z oddychania'. Druga do koszyka


Z tego linku możecie przejść na stronę Xięgarnia.pl i obejrzeć oba odcinki wywiadu. Uprzedzam łatwo nie będzie, żadnego pitu pitu, ale czy kiedykolwiek ten twórca nam pitu pitu proponował? NIGDY.
Kocham jego filmy za to, że 'pasie' moją wrażliwość mądrymi treściami i nigdy się na nim nie zawiodłam. Gdybym miała wymieniać ulubione jego obrazy, nie umiałabym jednoznacznie wskazać. Na pewno Historia kina w Popielawach, ale zaraz mi Jasminum przychodzi na myśl, a potem myślę, gdzie tam, Pornografia, to było coś, eeeee, Afonia i Pszczoły mi się podobała, a potem sięgam po jego najstarsze filmy i też wszystkie na swój sposób mnie urzekły. Wobec Kolskiego nie umiem być rzeczowa, wytrąca ze mnie rozum, natomiast uwydatnia rolę serca i intuicji. Przy jego filmach mogę być znowu widzem-dzieckiem, które nie pyta tak naprawdę dlaczego, po prostu przyjmuje film takim, jaki jest i wzrusza się, cieszy, klaszcze w dłonie, tupie nogami, jak w teatrze na Śpiącej Królewnie. Chociaż bajki to już nie są, łatwo nie jest.
W wywiadzie słucham i martwieję - Kolski mówi, że wierność swojemu stylowi mało go nie rozsypała, że teraz trzeba inaczej. Jak to, zakrzyknęłam, to już nie będzie tego Kolskiego, którego znam, na którego się szło w ciemno, constans, a jednak zawsze coś innego tam można było znaleźć? To co ja biedna pocznę, jak ja się w tym odnajdę, czy wszystko musi być nowoczesne???
Wspomina też Krzysztofa Majchrzaka, za którym strasznie tęsknię, najukochańszy mój aktor, a zniknął zupełnie, od dekady odrzuca propozycje, szkoda. 
Tak się przejęłam, ze mi się to jeszcze w nocy śniło.
Książki jestem ciekawa, inny środek wyrazu, ale Kolski ten sam, chociaż wiele doświadczył, przecież nie wszystek się zmienił. Mam nadzieję. Niezależnie od skórki, ogryzek zawsze jest taki sam.

A na koniec, ale nie najmniej ważna, pozycja rozrywkowa, bo nie samymi bólami egzystencjalnymi człowiek żyje, nawet się tak nie da, nowa powieść Hagena, czyli wydało się już, że Leszka Talki tak naprawdę - Dzień zwycięstwa. Trzeci tom, po Granatowej krwi i Długim weekendzie, z komisarzem Nemhauserem w roli główniej. Do koszyka.


Na razie to tylko wirtualne zakupy, bo moniaków ni ma, ale ja zawsze mam w pogotowiu taką listę, bo jakby jaki cud, natychmiast rzucam się do zamawiania. Tylko nie wiem, czy nie oleju do grzania domu. Zima dla mnie nie jest łaskawa jeśli chodzi o wydatki książkowe.
A na razie trzy filmy Kolskiego już leżą na stoliku obok telewizora, pooglądam, pomyślę o nim ciepło.

sobota, 3 listopada 2012

Rozmyślania o e-czytaniu, Meller mnie 'nakręcił'. A poza tym Annica się zbliża

Właśnie skończyło się Drugie Śniadanie Mistrzów, mój ukochany program sobotni, który z namaszczeniem oglądam, niespiesznie popijając kawę, a w nim na samym końcu rozmowa o e-czytnikach, w ogóle o gadżetach współczesnych.
I tak mi się po głowie tłucze, co z tym e-czytaniem, całkiem nowym obliczu czytelnictwa i molowania.
Od razu powiem, że jestem fanką czytników, ale jednocześnie absolutnie nie rezygnuję, nie mam zamiaru, z książek papierowych. A to dlaczego?
Ano bierze się to stąd, że są takie powieści, że one po prostu muszą po przeczytaniu stanąć na półce. Ma to wiele zastosowań. Przywołuje wspomnienia - przechodzisz obok regału z książkami, zatrzymujesz się obok znajomej okładki i jak na zawołanie, kiedy bierzesz książkę do ręki, wraca tamten czas, zapach, smak zajadanych 'amarettek', paluszków lub mandarynek, czas świąteczny lub letni, można tam znaleźć ziarenka piasku między stronicami, stare bilety wejścia na sztukę teatralną, albo kolejowe z sypialnego Koszalin-Warszawa. Emocje, wspomnienia, uczucia do książki pojawiają się wraz z jej obecnością namacalną, a nie wirtualnym tytułem na ekranie komputera. Niestety.
Druga rzecz - lubię swój dom i cudze, gdzie jest wiele książek. Lubię na nie zerkać, kiedy siedzę w fotelu, u znajomych przeglądać co tam mają, nie zawsze macać, bo czasem sobie ludzie tego nie życzą, ale patrzenie przecież nikogo nie boli. Dom bez książek jest dla mnie pusty. Czytnik tego nie załatwia. Natomiast załatwia brak miejsca na półkach i w tym jest nie do przebicia, ile by tych książek nie było, nie można powiedzieć, że się nie mieszczą. Gorzej, jeśli szlag trafi nasz dysk twardy, toż to jak pożar w domu, wszystkie książki zakupione jako e-booki idą w siną dal i tyle je widzieli. Nawet dysk zewnętrzny nie gwarantuje trwałości. Zastanawiam się nad tym, czy je na płyty wrzucić? Sama nie wiem, a Wy co robicie?

Książka na czytniku, kiedy w czytaniu, nie budzi dodatkowych emocji związanych z okładką i papierem, co ma dobre i złe strony. 'Cegły', albo wydane tak, że nie daję rady czytać, bo oczy, bo ręce, bo coś tam, wolę czytać na czytniku. Ale są takie książki, jak opisana dopiero co przeze mnie 'Książka' Łozińskiego, że gdybym nie miała ich w ręku, jedna trzecia przyjemności by odpadła. Nie najważniejsza, ale ważna bardzo. Nie nauczyłam się jeszcze cieszyć na moment otwarcia czytnika, a często mi się to zdarza, kiedy zbliżam się do książki leżącej na stoliku. Stare powieści, które mam wydane marnie, rozsypujące się, śmierdzące kwasem (papier książek wydawanych w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych tak jakoś dziwnie daje po nozdrzach, do tego mnie uczula i mi oczy łzawią) - te chciałabym mieć w formie e-booka. Chociaż Wszystko dla Pań Zoli wolałabym piękne płócienne wydanie, które widziałam na jednym z blogów.

Czy tylko mnie się wydaje, że grube tomiska szybciej czytają się na czytniku? Czasem książka jakoś tak myk-myk i już koniec. 

Zdaję sobie sprawę, że do e-czytania po prostu trzeba się przyzwyczaić. Uważam, że kryminały, do których nigdy nie wracam, świetnie nadają się do tego, żeby je tak czytać. Tylko jak nauczyć się emocjonować 'spisem treści' czytnika?
No i kupowanie straciło na emocjach też. Papierowe - wygląda się paczki, listonosza, koperty, a ebooki masz  w mig. Oczywiście jest to plus, kiedy nam na czasie zależy.
O takich sprawach jak wożenie książek na wakacje w jednym małym 'plastikowym listku', czyli nic nie ważą, a są, wspominać nawet nie będę. Ale co z tym ziarenkiem piasku między stronicami?
Jak widać nowe walczy u mnie ze starym, lubię oba sposoby, ale jeśli idzie o nowoczesność mam problem z odarciem jej z tej magii, jaka niesie książka, na rzecz technicznego podejścia do przyjęcia tekstu do głowy.



A poza tym przyznam się, tym szczególnie, którzy mnie zachęcali, że oszalałam na punkcie nowego serialu brytyjskiego Sherlock. Całe szczęście, że Ale Kino+ zapodał(o), bo inaczej na dvd czy jakoś inaczej, bym się nie postarała. A tak czekamy na kolejny odcinek. Pasuje mi muzyka, aktorzy (chociaż twarz Benedicta Cumberbatch'a mnie doprowadza do rozpaczy (grymasy, niesymetryczności odwracają moją uwagę, ale i tak mniej niż w Parade's End), wszystko mnie zachwyca.


Równie niezmiernie cieszę się na nowy serial skandynawski oparty na powieściach Lizy Marklund (sześć z dziewięciu sfilmowano), już w niedzielę na tym samym kanale.




środa, 15 sierpnia 2012

Lato serialami stoi

Czy ja mówiłam, że w lecie nie oglądam telewizji prawie, że wcale nie? Tak było, ale w tym roku jakoś dziwnie się nie trzymam tej reguły.
Po pierwsze zaliczam mnóstwo starych filmów na Kino Polska, TVP Kultura, powtórki szwedzkich na Ale Kino i innych filmów też. TVP Seriale Wallandera puszcza,  zdarzają się też seriale z lat siedemdziesiątych, też oko zawieszę.
Czy mi się wydaje, czy w poprzednich latach niewiele było w TV nowosci, za to same powtórki?
Tym razem jest inaczej - premiera za premierą.
Po pierwsze primo bardzo przyjemny serial na Canal+ Pan Am - stewardesy, linie lotnicze, lata sześćdziesiąte, zimna wojna, piękne kobiety, panowie jak z reklamy whisky lub Marlboro, sama przyjemność.


Jakby tego było mało, na HBO zaczął się Newsroom z Jeffem Danielsem, którego kiedyś bardzo lubiłam, a jakiś mi zniknął z horyzontu.


To jest dopiero serialowa broń masowego rażenia. Świetny, trzyma w napięciu od pierwszej minuty i to każdy odcinek, nie ma gorszych. Tempo ma jak Japończyk pracujący na akord, aż czasem zapominam oddychać. Wiele tam prawdy, trochę mydlenia oczu, jak to dobry pan chce załatwić złych panów, ale bez przesady, znam ja i takich, którzy robią coś dla idei i z przekonania i podkładają głowę pod topór, chociaż udaje im się czasem przy okazji zarobić. W politykę nie wnikam, wiadomo, że będą tam przemycać te swoje - ci dobrzy, tamci be - ale nas to nie dotyczy, my możemy mieć ubaw to wszystko obserwując.  Tutaj jest wszystkiego po trochu, jak w dobrej drożdżówce - dobrze wyrobione ciasto telewizyjne, bez zakalca. Polecam szczególnie

Ale Kino nas tego lata też rozpieszcza, najpierw Sprawy Jacka Tylora, serial irlandzki, dzieje się w Galway. Mogę zaświadczyć, że dużo tam prawdy, dużo realiów, dobre kino, nie ma ściemy. Ciekawe zagadki kryminalne, klimat Galway i okolic zachowany, dużo obserwacji społecznych, nie tylko dla Polonii w Irlandii ciekawe, to na pewno


Jakby tego było mało, niedawno zaczął się kolejny ciekawy serial na Ale Kino - Trupia farma. Niektórzy z Was czytają książkę o tym samym tytule, ja nie wpadłam na jej ślad, ale film mi to rekompensuje z nadwyżką. Połączenie CSI z brytyjskimi serialami kryminalnymi, takimi jak ten na wyspie Jersey, jak mu tam na imię było? W każdym razie świetny i trudno przejść obojętnie, kiedy się wie, że zaraz będzie nadawany.


No i te premiery filmów - oczekiwany przeze mnie od długiego czasu W Brighton na podstawie powieści Grahama Greena o tym samym tytule. Czytałam ją w latach osiemdziesiątych w Łebie, nie mogę się doczekać obejrzenia. Drugi, podobno hit, ale ja nie słyszałam wiele, z opisu wnoszę, ze bardzo ciekawy - Nic do oclenia, no i Niebo nad Saharą z Marion Cotillard i Guillaume’em Canetem. Kocham Canal+ za tak duży wybór filmów francuskich.

Jak na zamówienie lato w tym roku do niczego, więc nic mnie nie omija, w innym przypadku niewiele bym z tego widziała, musiałabym liczyć na powtórki. Chociaż czy ja wiem, może bym nagrywała i nocami oglądała? Bo filmy i seriale naprawdę dobre.

sobota, 16 czerwca 2012

Staruszki są różne, i różowe, i sportowe, a czasami...


Anna Fryczkowska mnie zaskoczyła, a można by powiedzieć, że czwarta powieść nie powinna być już niespodzianką raczej potwierdzeniem tego, za co się lubi autora. Bo, że lubię, to każdy z Was, którzy czytają Notatki Coolturalne, wie. A jak ktoś tu trafił niedawno, to teraz tu mówię, że Anny Fryczkowskiej przeczytałam wszystko i przeczytam w przyszłości każdą następną, bo dobra jest i już.
Nawet nie zaglądałam do noty wydawcy, pobieżnie i niecierpliwie przeleciałam tylko oczami opis w necie, że o babci jakiejś, że o młodym człowieku, co z nią mieszka i tyle.
Spodziewałam się kryminału, bo tak o powieści mówiła sama autorka, ale znając ją powinnam wiedzieć, i w sumie ta akurat rzecz mnie nie zaskoczyła, że kryminał w wykonaniu Anny F. jest tylko po to, żeby mieć powód do opisania pewnych zjawisk. Nie o śledzenie kto, tu bowiem chodzi, chociaż też, ale jeśli ktoś się spodziewa kryminału sensu stricte, może odczuć niedosyt. Chociaż? Czy można być zawiedzionym po przeczytaniu dobrej książki?

'Starsza Pani wnika', jak sam tytuł sugeruje,  za bohaterkę ma babcię Halinę i jej wnuka Jarka. Prawie trzydziestoletni mężczyzna nadal mieszka u babci, jest jej zupełnym przeciwieństwem. Ona energiczna, typ sportowy, zorganizowana z planem na każdą okazję. On rozmemłany, utyty, z kompleksami, które wiodą go wprost do samozagłady, bo nie dość, że bezrobotny, to nawet bez pomysłu na siebie. Dla młodego człowieka to jest zabójcze, tak nie wiedzieć, w którą stronę swoje życie poprowadzić.
Babcia pomaga mu jak umie, ale jest bezsilna, tym bardziej przyjmuje z ulgą fakt, że Jaro zaangażował się w sprawę odnalezienia byłego męża pewniej kobiety, a zaraz okazuje się, że jest to też sprawa o morderstwo. Równolegle ma inne zlecenie, odnaleźć zaginioną  matkę zleceniodawczyni, która jest koleżanką z pracy tej pierwszej.Trochę nie po kolei, bo najpierw ma zlecenie, a potem zakłada agencję detektywistyczną, powoli zabiera się za rozwiązywanie zagadek, a w tym skutecznie sekunduje mu babcia, pomagając incognito. Do czasu.
Powieść roi się od starszych pań, Halina nie jest jedyną. To jest pewne novum, bo do tej pory pisarze nie uważali tej grupy wiekowej za szczególnie atrakcyjną,  a jeśli to już bardziej w roli ujutnych białowłosych pań, na fotelu bujanym z drutami lub w fartuszku w kuchni, a w tle zapach ciastek z maszynki.
Tutaj nic takiego nie znajdziecie, autorka stworzyła pełnokrwiste postacie, które chcą być kochane i kochać, również fizycznie, chcą być aktywne, również umysłowo, mają marzenia, walczą z materią, żeby być atrakcyjnymi, chociaż różnie to wychodzi, bo jednak wiek robi swoje, a gust pozostaje taki, jak za młodu. Nie zawsze różowa szminka służy poprawieniu wizerunku, nie zawsze koronki opinają biust, bo on już nie taki jędrny, ale ciągle chce się żyć pełną piersią, nawet jeśli trochę sflaczała. 

Dla mnie jest to właściwie powieść obyczajowa, ze świetnym okiem do wychwytywania szczegółów z życia codziennego, brakiem przekłamywania rzeczywistości, jeśli coś śmierdzi i jest krzywe, to takie jest, kobiety raz piękne, raz nie, facetom jedzie z ust, ale też niektórzy zmieniają się na lepsze, świat wygląda raczej tak, jak z filmów Tarantino, niż z filmów z Meg Ryan (nawet tych o umieraniu), a wszystko to okraszone fantastycznym językiem, bogatym w różne smaczki. Kocham Fryczkowską za jej sposób pisania, dobór słów i porównań, nie raz podczas czytania aż mlaskałam, jakbym dostała łyżeczkę małmazji na język.

Świat oczami autorki czasem mnie zaskakuje. Nie raz zastanawiałam się, czy bym miała odwagę tak otwarcie pisać o masturbacji, cielesnych żądzach starszych ludzi czy okrucieństwie wobec zwierząt. Ale przyznaję tutaj, że inaczej nie ma sensu, chyba, że człowiek chce stworzyć sztuczną historyjkę owocową. Życie takie jest, możemy go z premedytacją podkolorowywać, ale pisarz jest też po to, żeby czasem powiedzieć - patrz, to wszystko gdzieś jest, tylko Ty ze swojego kąta tego nie widzisz, albo nie chcesz widzieć.

Poza tym nikt nie jest doskonały. Nikt też nie jest taki, na jakiego wygląda, czasem niedołężny przeciwnik może być groźny, a ten groźny całkiem żałosny. Bywa brutalnie, bywa śmiesznie. Bo ta książka nie wieje grozą z każdej kartki, niektórzy nawet porównują jej fragmenty do powieści Chmielewskiej. Mnie się tak nie kojarzy, ale faktycznie bywa, że jest wesoło i lekko, ale zaraz robi się poważnie, jak to w życiu.

Polecam tę powieść, jak i poprzednie Anny Fryczkowskiej. Nie zawiodła mnie nigdy i mam nadzieję na jeszcze wiele jej kolejnych książek.

sobota, 24 marca 2012

Mężczyzna, od którego wszystko się zaczęło. A starocie już niedługo znajdą nowy dom.

I co ja mogę napisać o tej książce? Wszystko już było.
Zacznę od tego, że przynajmniej na rynku anglojęzycznym, od tej trylogii wszystko się zaczęło. Wiem, Mankell był wcześniej wydany, ale to Larsson ruszył ludzi do księgarń w poszukiwaniu kryminałów skandynawskich.
Nie wiem, co on takiego ma, czego nie mają inni? Przecież każdy ma jakiegoś bohatera, jak nie policjanta, to dziennikarkę. Każdy ma wątki miłosne lub seksualne, każdy morderstwo lub inne przestępstwo, więc diabeł musi tkwić w stylu.
Ale i on nie jest jakiś nowatorski, wyjątkowy i odkrywczy.
Więc pomysł?
Po pierwszym tomie myślałam, że duet Sallander - Blomkvist jest tu kluczem, ale teraz widzę, ze to jednak sama Lisbet Sallander trzyma tę trylogię w kupie (chociaż dopiero zaczęłam czytać trzecią, więc może potem będę inaczej śpiewać) i świadczy o jej wyjątkowości. bo o ile inne postaci w skandynawskich kryminałach są ciekawe, nikt nie wymyślił tak wielowarstwowej i przyciągającej uwagę.
Wszystkie znaki wskazują, że ona powinna być tak zwichrowana, ze nie do przyjęcia, a jednak lubimy ją, sekundujemy jej i przyjmujemy z całym dobrodziejstwem inwentarza. Pięknie ją Stieg ulepił.

W drugiej książce cyklu nie brak napięcia, gwałtownych zwrotów, ale i obrazków z życia Lisbet, jakbyśmy się mieli do niej przyzwyczaić na dłużej. Moze Larsson chciał ten cykl rozszerzyć na kilka tomów, nie jedynie trzy? Podobało mi się, że mogliśmy z nią odbyć część jej podróży, pobyć w jej głowie i dowiedzieć się, co tam siedzi. Te rozdziały to była powieść obyczajowa wewnątrz kryminału. Bardzo udane połączenie.

Czytałam uszami. Byłam tak ciekawa treści, ze sobie wynajdywałam rzeczy do wyczyszczenia, umycia, czy co tam zwykle robię, kiedy słucham, tylko żeby dłużej z tą książką obcować, dowiedzieć się, co dalej?
Wiedząc, że mam ją w w odtwarzaczu, aż mi się gęba śmiała na dłuższy spacer ( normalnie nie lubię łażenia dla zdrowotności, mąż się śmieje, że ja bym zasuwała, ale od księgarni to księgarni z kuponami rabatowymi w kieszeni, schudła bym wtedy w mig :-).
Jeśli w ogóle jeszcze ktoś jest, kto tego, nie czytał, polecam.
Ja się tak ociągałam, bo w tym czasie, kiedy kupiłam drugi tom, mama miała udar i moja córka powiedziała, że tam dużo jest o tym prawniku, który też po udarze, to może lepiej nie, bo się będę stresować, czytając o tym. A jak zwlekałam z drugim, to i siłą rzeczy z trzecim. Właśnie go słucham.

*^*^*

Z innej beczki. Będę w kraju, postanowiłam sobie w związku z tym sprawić kilka książek, które bardzo chciałam mieć, kosztują grosze na Allegro, a nie mogłam kupić, bo nie wysyłali zagranicę. I powiem tak, jak się mieszka w Polsce, to Allegro na starocie jest fantastycznym miejscem i już mnie nie dziwi, że Wy mi czasem mówicie - nie wiem, co masz za problem, przecież na Allegro jest.

Ano jest, ale na 20 sprzedawców, jeden wysyła do mnie, a inni mnie 'stawiają do kąta' - nie wysyłam, nie robię wyjątków, przecież zaznaczałem w opisie itd. W ogóle coś dziwnego jest w tym miejscu, że ja, jako kupujący, czuję się dyscyplinowana i stawiana na baczność, wcale nie komfortowo. A jak już kupisz, to natychmiast pędź i zostaw dobry komentarz. 
Nigdy tego nie miałam, ani na ebay, ani innych pomniejszych. O takich jak Amazon czy Play, gdzie też sprzedają z drugiej ręki książki i filmy to już w ogóle nie mówię, tam wszystko jest na zasadzie - kurczę, jak się cieszę, że kupiłaś ode mnie.
Nie mówię broń Boże o tych, od których kupiłam teraz, wcześniej miałam dziwne co najmniej doświadczenia. To chyba wynika z tego, że u nas nadal pokutuje postawa - kupuj i spieprzaj, tak naprawdę to ja ci robię przysługę. Inna rzecz, że tym razem kupowałam
Postanowiłam kupić sobie kilka książek Ludwiki Woźnickiej (o jej siostrze pisałam w którymś ze wcześniejszych wpisów), oprócz tego dwa tytuły Jeremiego Bożkowskiego, bo mam tylko Mszę za mordercę i brakującą mi Rillę ze złotego brzegu w płóciennej oprawie (dzięki Wam i zakupom na Allegro brakuje mi już tylko dwóch). Niestety 'Ostatnie dni Aranjuezu' Pruszkowskiej chyba mi przejdą koło nosa, bo są dwa egzemplarze, jeden za 99 zł, a drugi za ok. 35 zł, mam na nią chęć, ale to jest za dużo dla mnie.
Cieszę się z tamtych za to.
I to by było na tyle, poza tym, że czytanie mi zupełnie nie idzie, zamiast tego oglądam seriale. Czas Honoru z mężem tłuczemy, mało mi serce nie siądzie, bo ja jestem strasznie wrażliwa i jak oni na akcję, to ja umieram. Twórcy tego serialu byliby dumni z takiego widza :-)

Dziewczyna, która igrała z ogniem była szóstą książką przeczytaną w ramach wyzwania Z półki

piątek, 27 stycznia 2012

Biała Lwica Henning Mankell - Wallander odsłona trzecia.

Konsekwentnie czytam kolejno opowieści kryminale Mankella i za każdym razem jestem zachwycona.
Trzecia część, w sensie chronologicznym, to 'Biała lwica'. Akcja dzieje się w RPA i w Szwecji, dotyczy planowanego zamachu i spisku z tym związanego, a szkolenie przyszłego zamachowca ma się odbyć na terenie Szwecji przez byłego rosyjskiego KGB-owca.
Trudno pisać o takich powieściach, żeby niczego nie zdradzić, a zachęcić.
Ta akurat powieść jest grubaśna, objętościowo większa niż dwie poprzednie, ale czyta się migiem. Jedyny problem, jaki miałam, ale to już ze mną jest coś nie tak, to fakt, że ja nie bardzo gustuję w opowieściach z Afryki i problemach społecznych tamże. Co mam wiedzieć, żeby nie uchodzić za ignoranta, to wiem, ale nie lubię o tym czytać i roztrząsać tematu. Tutaj umęczyłam się tylko umiarkowanie, czyli dla kogoś nielubiącego takich klimatów, Mankell dokonał rzeczy prawie niemożliwej, czyli przekonał mnie do książki, mimo tematu skazanego na klęskę.
Nie jestem taka niereformowalna, jak myślałam.
W 'Białej lwicy' Wallander się normalnie rozszalał. Czego on tam nie wyprawiał, mamy też kolejna odsłonę historii z ojcem, no i o córce dowiadujemy się troszkę więcej.
Pan Mankell mnie nie zawiódł, sięgnę wkrótce po kolejną część, już się na to cieszę, ale jednocześnie smucę, bo to już czwarta, do końca niby daleko, ale już go widać, a ja tak bym nie chciała tracić tego bohatera na zawsze. No cóż, cieszę się tym, co mam jeszcze przed sobą, ciekawa jestem natomiast, co nowego Mankell wymyśli, może nowego policjanta? Czy ktoś coś wie na ten temat?

Jest to czwarta książka przeczytana w ramach wyzwania Z półki (baner w zakładce z lewej)

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Miłoszewski na bis - Ziarno prawdy

Mam nauczkę, powinnam się już znać siebie na tyle, żeby wiedzieć, że o książce muszę pisać zaraz po jej przeczytaniu, bo zdecydowanie wolę, kiedy emocje biorą górę. Teraz, po prawie dwóch tygodniach, kiedy myślę o tym, co napisać, zaczynam kombinować, ą, ę, że styl taki, że tło społeczne, że bohater ...
Ale nie, nie będę się na nic silić, powiem tylko, że druga część jest świetna.
Sandomierz nie powinien się w ogóle boczyć na autora, bo dopiero teraz wydaje mi się wyjątkowo ciekawy do odwiedzenia, wcześniej tylko był dla mnie piękny, taki pocztówkowy.
Po drugie polubiłam bohaterów dodanych do Szackiego. Jak zwykle niejednoznaczni, trudno być ich fanem, ale jak się człowiek przyzwyczai, to jest ok, a nawet tęsknię.
Ale najbardziej podoba mi się sam Miłoszewski, a właściwie to, co znajduję z autora w jego tekście. Powtórzę się, ale ciekawy z niego facet, a ja nade wszystko lubię rzeczy napisane przez ciekawych ludzi.
Monologi wewnętrzne podane tak, jakby tylko facet sam w myśli coś do siebie powiedział, to mnie zafascynowało, bo przecież nie mam zbyt wielu okazji, a raczej powinnam powiedzieć, że nie mam okazji wcale, w męską duszę zajrzeć.
Nic mi nie przeszkadzało, ani jego obcesowość, ani brutalność, ani świntuszenie. Wszystkiego było dla mnie w sam raz, nie przekroczył granicy dobrego smaku, a nadał powieści cech prawdziwych, bez jakichś wydumanych dialogów i walki wewnętrznej bohatera, która to walka nikogo nie obchodzi, bo jest po prostu z czapy wytrzaśnięta.
Ta książka jest jak rzepa - trzyma się kupy i mocno zasadza się w świadomości czytelnika.
Nie wiem, jak Wy, ale ja czekam na kolejną powieść, i kolejną, i kolejną, bo jest to przyjaźń na lata.

Jest to trzecia książka przeczytana w ramach wyzwania Z półki 

wtorek, 3 stycznia 2012

Uwikłana w Miłoszewskiego


To jest moje pierwsze spotkanie z tym pisarzem, akurat ta powieść - Uwikłanie - wyszła już jakiś czas temu, ale ja, z racji przebywania poza krajem, jestem czasem opóźniona w zaliczaniu nowości i stąd te zachwyty, bynajmniej nie odgrzewane, a całkiem świeże.
Zdjęcie autora zapożyczyłam ze strony internetowej wydawnictwa WAB, mam nadzieję, że mnie z tego powodu nie będą ścigać międzynarodowym listem gończym. Lubię wiedzieć, jak wyglądają ludzie, którzy piszą książki, które ja potem zapraszam pod swój dach, do swojej głowy, a na końcu do serca (albo i nie, bo tam trafia tylko jakiś odsetek).
Widuję też czasem pisarza, jako gościa w sobotnim Drugim Śniadaniu Mistrzów u Marcina Mellera, w TVN24, ciekawy facet (oba dwa ciekawi).
No, ale wielu ciekawych już znałam, a pisać nie umieli, więc wcale nie jest to tożsame.

Wzięłam 'Uwikładnie' na tapetę i oszalałam. Wszystko mi pasuje, i prokurator jako główny bohater, i bardzo męski punkt widzenia (bo mój mózg ma płeć damsko-męską), i język, i swoiste poczucie humoru, tempo, i Warszawy tam było w  sam raz (nie lubię topograficznego terroryzmu), no i brawo za to, że nie ma tu powielania tego, co już było u setki innych. W kryminałach o to trudno, bo jak czytelnik tłucze polskie, skandynawskie, amerykańskie i rosyjskie, to mimo woli porównuje je do siebie, a ja tutaj nie miałam nawet takiego przebłysku, a jak próbowałam na siłę, to nic nie znalazłam. Nawet sobie myślałam przed czytaniem, że Szacki ma żonę i córkę, gania po Warszawie, napisane to niedawno, to pewnie mi się będzie z Hagenem kojarzyć cały czas. A figa, ani skojarzeń, ani porównań, Szacki mną zakręcił i liczy się tylko on, haha.
Jak to 40+ szczęśliwie mężata, skorzystałam z okazji, żeby się bezkarnie poślinić 'na widok' Szackiego, wiedziałam, że film nakręcono, więc sobie imaginowałam, jak to też on będzie wyglądał i jak ja się w nim będę, całkiem jak w Janku Kosie, kochać. I tu druga figa, cały kosz zaraz, bo w wersji filmowej Szacki to baba. Wypraszam sobie, a gdzie moje fantazje zaplanowane?
Tak czy siak, zanim jeszcze film, z początkiem roku zamknęłam ostatnią stronę książki z poczuciem wielkiego ukontentowania. Smakowało mi jak ulubiona ryba w Wigilię. Zaraz przygarnęłam do siebie 'Ziarno prawdy', kolejną powieść Miłoszewskiego z Szackim, tym razem w Sandomierzu. Mój ci on, zanim mi na ekranie zniewieścieje, 'zaliczę' faceta bez mrugnięcia okiem.
Tak to ja mogę rok zaczynać :-)

P.S. Słów kilka jeszcze o płci mózgu - jest teoria naukowa, że mózg takową posiada. Zrobiłam sobie testy i wyszło, że u mnie mieszana, stąd pewnie, przy całej kobiecości, uwielbienie dla konkretnych, nie ściemniających facetów

Jest to pierwsza książka przeczytana w ramach wyzwania - Z półki (szczegóły w zakładce).

czwartek, 20 października 2011

Psy z Rygi - czyli romans z Kurtem trwa. Henningu Mankellu jesteś cudny

Jak mówiłam, słucham kolejno Mankella i jak na razie muszę przyznać, że jestem oczadziała z radości, że wcale się na nim nie zawiodłam, że jest taki, jak się spodziewałam i niepotrzebnie bałam się zderzyć z legendą. Myślałam, że niemożliwe, żeby ktoś był aż tak dobry, miałam obawy, że czar pryśnie i mi zostanie tylko wielki zawód, a tu całkiem na odwrót.
Zawsze, kiedy włączam kolejny rozdział jego powieści do słuchania, wzdycham, acham i ocham, całkiem jak ta laska w reklamie szamponu pod prysznicem, nie mogę się normalnie opanować.

Tym razem Wallander musi rozwiązać zagadkę śmierci dwóch facetów w garniturach, znalezionych w pontonie, który przydryfował do brzegów Szwecji. Wydwałoby się, że wizyta policjanta z wydziału zabójstw z Łotwy to już wszystkie niespodzianki przygotowane przez Mankella, ale nie, zaraz okazuje się, ze okoliczności zmuszają Wallandera do wyjazdu na Łotwę, a tam się dzieje, oj dzieje.
Ciekawe jest zderzenie rzeczywistości kraju opływającego w dobrobyt z nadbałtyckim, który dopiero wydobywa się spod radzieckiego 'skrzydła'. Jak to u Mankella, nie tylko mowa o zbrodni, ale też wiele obserwacji socjologicznych i mądrości życiowej.Zawsze, kiedy się pisze o kryminalnej intrydze trzeba uważać, żeby za wiele nie powiedzieć, ale zapewniam was, że akcja pędzi jak avalanche express, aż dech zapiera.
Słuchałam jej z wielką ciekawością, jak już dawno nie. Przy okazji przypomniałam sobie jaka jest różnica między świetną powieścią, a taką sobie. I postanowiłam, że postaram się nie tracić czasu na te drugie.
Dla wszystkich, którzy jeszcze nie znają cyklu mam jedną radę - walcie do księgarni, pędźcie do półek księgarni lub swoich własnych, bo z doświadczenia wiem, ze wiele osób ma w domu te powieści czekające w kolejce do czytania, szturmujcie biblioteki publiczne, róbcie co chcecie, ale przeczytajcie. Jak powiedział klasyk - naprawdę warto

A z innej beczki - zapraszam na portal Zbrodnia w Bibliotece do przeczytania mojego felietonu o czytelnictwie kryminałów na Zielonej Wyspie

 Baza recenzji Syndykatu ZwB

sobota, 1 października 2011

Jak ci się wiedzie Szwedzie? Czyli moje początki z pewnym Kurtem

Już nie jeden mądry post tutaj był na temat Kurta Wallandera i książek Mankella. Ja do tej pory tylko oglądałam serial i marzyłam o takiej ilości czasu, zeby te wszystkie części zaliczyć bez oglądania się na inne ksiażki czekające w kolejce. Pewnego dnia pomyślałam sobie - będzie tego! - i zapodałam sobie do słuchania pierwszą część z serii - Mordercę bez twarzy.
O Jezusie, dlaczego ja tak długo czekałam???!!!
Normalnie wynajdywałam sobie różne rzeczy do zrobienia, zeby tylko mieć powód do posłuchania kolejnego fragmentu, bo za sprawą mojej ulubionej audiobookowej dostarczycielki, miałam to właśnie w tej formie.
Zachwyca mnie jego sposób narracji, prowadzenie akcji i rozwój intrygi. Wiem, że ja tu Ameryki nie odkrywam i nic nowego wam nie objawię, ale chcę dołożyć swoją cegiełkę zachwytu do serii Mankella, bo a nuż widelec ktoś jeszcze się waha i nie wie, czy czytać, czy się może ograniczyć do obejrzenia serialu?  Koniecznie przeczytajcie książki.
Już się nie mogę doczekać drugiej części, mam nadzieję, że koleżanka ma.
Dodam tylko, że lektor czytający Mordercę bez twarzy - Marcin Popczyński - jest świetny, mam nadzieję,  ze kolejne też są czytane przez niego.
Nic dodać, nic ująć - świetna, polecam

 Baza recenzji Syndykatu ZwB

środa, 17 sierpnia 2011

Anna Fryczkowska - Kobieta z twarzą autorki bestsellerów

RECENZJA BIERZE UDZIAŁ W KONKURSIE ZORGANIZOWANYM PRZEZ SERWIS ZBRODNIA W BIBLIOTECE
Już wcześniej pisałam o powieściach Anny Fryczkowskiej - jej debiutanckiej "Straszne historie o otyłości i pożądaniu" oraz drugiej Trafiona-Zatopiona. W obu opiniach byłam zgodna, że jest to pisarka świetna, fantastyczna i cieszę się, na kolejne jej powieści. Jakże mi miło, że jej najnowsza produkcja, tym razem kryminał, thriller i obyczaj w jednym - "Kobieta bez twarzy", nie tylko jest równie dobra, ale chyba nawet przebija wszystkie poprzednie. Czyli autorka rozwija się i wciąż zaskakuje.
Przypomina mi ta powieść Kołysankę Machulskiego (film) i powieść Olgi Tokarczuk 'Prowadź pług swój przez kości umarłych". I to jest wielki komplement, bo obie produkcje podobały mi się, każda z innych powodów, wyjątkowo.

Już pierwszy akapit powieści wprowadził mnie w ekstazę:
"Ewa Maliwa od dawna miała ochotę go zabić. Uczucie narastało, kiedy wracał po pracy, wtaczał się, bodąc brzuchem powietrze, brzemienny swoim zmęczeniem, siadał, aż krzesło jęczało, podpierał głowę lewą ręką, prawą chwytał łyżkę i rozpoczynał transport do ust, tak sprawny, że siorbanie nie milkło nawet na chwilę. Dwie minuty i już po ogórkowej, którą szykowała przez trzydzieści minut. Pięć minut i już po drugim, czyli schabowym z pieczarkami, ziemniakami, marchewką z groszkiem, któremu poświęciła półtorej godziny. Pożerał nie tylko to cholerne mięso, ale i dziesiątki godzin jej życia, nawet nie zwracając na to uwagi"
Bodąc brzuchem powietrze - jakie to obrazowe, jak oddaje ducha tego, co czuje ta kobieta do jej męża, dalszy opis to tylko potęguje, a przecież nic tam w sumie nie ma, schabowy, pieczarki, strata czasu - ale jaka to strata czasu, jak znienawidzony jest ten schabowy i jego 'pożeracz"! Już te pierwsze słowa wprowadziły mnie w takie drżenie czytelnicze, że do tej pory nie mogę się z tego otrząsnąć. Dozowałam sobie lekturę tej powieści, ostatnio jakoś tak się dzieje, że zwalniam zamiast przyspieszać, że chcę zostać dłużej w świecie powieści, mam więcej szczęścia niż pecha do dobrych książek. Mam więcej szczęścia niż pecha, że się urodziłam w kraju, w języku którego piszą świetni pisarze i ja to mogę czytać.

Nie mam do tej powieści dystansu, do pisarki nie mam dystansu, bo normalnie kocham ją czytelniczą miłością największą jaka w przyrodzie występuje. Toteż nie napiszę wam co autorka miała na myśli, co nam sprawnie przedstawia, jak świetną jest obserwatorką, jak umiejętnie łączy i rozdziela ... Bo  nie jestem krytykiem literackim, bo mi nikt nie zlecił rzetelnej recenzji i nic nie muszę. Mogę sobie piać peany, mogę stawiać pomniki, składać kwiaty w dzień urodzin i nic nikomu do tego.

Pewnie jesteście ciekawi o czym jest ten kryminał? Hanna Cudny zostaje nagle i nieodwołalnie  wdową z dwójką dzieci. Nie ma planu na to, jak przeżyć tę tragedię, stara się jakoś posklejać życie, chociażby ze względu na dzieci. Chwyta się pomysłu wyjazdu, zmiany otoczenia, rozpoczęcia wszystkiego od początku, a na miejsce tej odmiany wybiera małą wieś podlaską, w której kiedyś nie raz spędzała z ojcem wakacje i gdzie czuła się bezpiecznie i dobrze. Już po niedługim czasie orientuje się, że wszystko można powiedzieć o jej nowym życiu, ale nie to, że jest bezpieczne, spokojne i dobre. Nic nie idzie jak należy, a do tego wokół trup ściele się gęsto, a odkrywany jest w spektakularnych okolicznościach, niestety przez jej dzieci. A wieś - daleko jej do sielskiej, anielskiej, wsi wesołej. Natomiast blisko do koszmaru.

Czytając tę powieść czułam się jak dziecko w sklepie ze słodyczami z otwartym kontem na wydatki. Mlaskałam przy każdym smakowitym zdaniu, przy ciekawych porównaniach, przy interesujących woltach stylistycznych. Podobało mi się rozdzielenie narracji na Hannę-matkę i Michalinę-kilkuletnią córkę. Od razu po stylu poznawałam, ktora to która, w wypadku różnych narratorów taka dyscyplina stylistyczna u pisarza jest nieodzowna i Annie Fryczkowskiej to się udało, nie było żadnej skuchy w tym temacie.  Pewnie imię córki, takie jak mojej, spowodowało, że traktowałam jej relację bardzo emocjonalnie, bo to przecież tak, jakby to moje dziecko do mnie mówiło. Chociaż akcja i sposób jej opisywania był taki obrazowy, że gdyby córka miała na imię Beatka tez pewnie bym się przejmowała tak samo.
Kilkakrotnie pisarka zafundowała mi taki zwrot akcji, że sobie mało języka raz nie połknęłam. Ja jestem okropny straszak i mnie nie jest trudno przerazić, ale to raczej na filmach, bo książki mogę czytać najstraszniejsze. Pewnie dlatego, ze film nam podaje na tacy przerażające rzeczy, a wyobraźnia wytwarza je tylko do takiego stopnia, jaki jesteśmy w stanie znieść. Jednakże sposób, w jaki autorka opisuje rzeczy trafiał do mnie jakoś tak cichaczem, zaskakiwały mnie niektóre obrazy i bywało, że się dławiłam własną śliną. Nie wiem, czy kiedykolwiek mi się to wcześniej przytrafiło. W każdym razie ciśnienie miałam wysokie i bez kawy.
Gdyby Anna Fryczkowska żyła w Rosji czy w Ameryce byłaby bogata, czczona i wożona limuzynami z truskawkami i szampanem na pokładzie (w Rosji na pewno). Życzę jej tego z całego serca. A jeśli nie limuzyn, chociaż tego, że się będą o nią wydawnictwa bić, że ją agent będzie musiał bronić przed tłumami fanów i nadmiarem wywiadów, że będzie hołubiona i kochana przez swojego wydawcę i na koniec tego, ze będzie wynagrodzona adekwatnie do tego, jak dobrze pisze.
Ja poproszę, żeby autorka była zaopiekowana, zeby mogła pisać jak najwięcej i żebym ja mogła jeszcze wiele języków połknąć i wiele łez wzruszenia czy rozbawienia wylać. Rolnicy do bron, pisarze do laptopów (może powinnam powiedzieć piór?)

A na koniec chciałam dodać, że wydawnictwo Prószyński pięknie wydało tę powieść (zresztą widzę, że to seria, tym większe brawo), książka jest taka mięsista w dotyku, co potęguje dobre wrażenie i przyjemność czytania. Lubię to!

 Baza recenzji Syndykatu ZwB

niedziela, 7 sierpnia 2011

Lisa Marklund - Rewanż vel Zamachowiec

RECENZJA BIERZE UDZIAŁ W KONKURSIE ZORGANIZOWANYM PRZEZ SERWIS ZBRODNIA W BIBLIOTECE
Nie znam nic Lisy Marklund, tym bardziej się ucieszyłam, kiedy dostałam ją do wysłuchania. Byłam bardzo na tak, tym większe było moje rozczarowanie.
Ale od początku. Bohaterką przewodnią jej powieści jest reporterka tabloidu Annika. W pogodni za dobrym materiałem próbuje być dwa kroki przed policją, wiedzieć więcej niż inni dzienikarze, napisać jak najlepszy, najbardziej sensacyjny materiał. W tym wypadku sprawa dotyczy wybuchu na obiekcie olimpijskim, duże zniszczenia, a olimpiada w Szwecji tuż tuż. Okazuje się, że są ofiary i to w strzępach, a na dodatek ustosunkowane, bo sama przewodnicząca komitetu olimpijskiego. A zaraz po niej kolejna....

Wydawało mi się, że głos Darii Trafankowskiej będzie do tej powieści świetny. Niestety nie bardzo. Pani Daria miała na początku (w połowie jej to przeszło), dziwną i denerwującą manierę kończenia wszystkich zdań znakiem zapytania. Tych oznajmujących też. Jakoś tak 'wywijała' głosem na końcu zdań. Myślałam, że sobie wszystkie włosy z grzywki powyrywam.

Po drugie sposób narracji, nie wiem, czy to tłumaczenie do pupy, czy sama pisarka jeszcze niedoskonała, ale niektóre rzeczy mnie tak raziły, że aż prychałam i wzdychałam pod nosem. Na przykład jeden z mężczyzn, którego w pewnym momencie dużo, wciąż w chwilach stresu chwyta się obiema rękami stołu. Coś mu powiedzą, a on wytrzeszcz i chwyta za stół. To jakaś jednostka chorobowa psychiatryczna, o której nie wiem?
Albo siedzą dwie kobiety w barku redakcyjnym i jedna z nich, główna bohaterka, odpowiada tej drugiej na pytanie 'opychając się kukurydzą'? Dosłownie jest taki tekst - odpowiedziała jej opychając się kukurydzą, czy zapytała opychając się kukurydzą, już nie pamiętam. Czy ktoś widział kiedykolwiek, żeby się ktoś opychał kukurydzą? W kolbach się nie da opychać, można co najwyżej zawzięcie obgryzać, a sypkiej tym bardziej, bo by trzeba było szuflować łyżką od zupy lub obiema rękami.

Książka nie podobała mi się wcale, wprawdzie druga część, czyli mniej więcej od połowy, ratuje honor, ale generalnie mogłabym żyć bez poznania treści tej powieści. W sumie ta historia miała większy potencjał, ale napisana była najzwyczajniej w nudny sposób, ziewałam i gdyby nie to, ze słuchałam jej robiąc co innego, pewnie bym usnęła nie raz. Jeszcze może gdybym w tym samym czasie, to znaczy nie słuchając, ale równolegle na papierze, nie czytała Fryczkowskiej Kobiety bez twarzy i nie miała porównania, to może bym tak nie narzekała. Ale niestety miałam i wiem, kiedy książka jest zajmująca i aż sobie człowiek palce gryzie, kiedy czyta, a kiedy jest po prostu ledwo interesująca. Reasumując - Lisa Marklund podobno wydała kilka książek po polsku i te inne są lepsze, może tę po prostu omińcie? Zresztą zrobicie jak zechcecie, pewnie jest dużo takich, którzy są zachwyceni tą lekturą, ja niestety nie, dlatego dopisuję do kategorii - szkoda czasu i atłasu.
A na koniec tylko powiem, że nie rozumiem, dlaczego ta powieść została wydana pod tytułem Rewanż, ze wstrętną okładką zresztą, a potem pt. Zamachowiec. Tylko wodę ludziom z mózgu robią. 

 Baza recenzji Syndykatu ZwB

wtorek, 26 lipca 2011

Wiktor Hagen - Długi Weekend. Nemhauser powraca :-)


RECENZJA BIERZE UDZIAŁ W KONKURSIE ZORGANIZOWANYM PRZEZ SERWIS ZBRODNIA W BIBLIOTECE
Gdyby to chodziło o inną książkę, to bym sobie spać już poszła i wcale o niej dzisiejszej nocy nie pisała, ale pomyślałam, że to jednak zbrodnia wielka odłożyć pisanie o niej na kolejny dzień.
Jestem zagoniona jak chart na wyścigach, hmm, nihil novi, ale tym razem jakoś straszno się zrobiło, bo ani nie czytam, ani TV nie oglądam, DVD ani hu hu, magazynów nowych nawet nie dotknęłam, a na nic czasu.
Czytanie 'Długiego weekendu' było jednak taką przyjemnością, że ciemną nocą, kiedy już doczołgiwałam się do łóżka, koniecznie chciałam przeczytać kilka kolejnych rozdziałów, żeby nie wiem co, żeby oczy plastrami przylepiać. Zresztą plastry nie były potrzebne, ciekawa była, męża raczej powinnam jakoś spacyfikować, bo na mnie strasznie krzyczał, że druga w nocy, a ja czytam, a następnego dnia się nie podniosę do pracy.

Czekałam na tę premierę cały długi rok i wcale się nie zawiodłam. Wszystko mi się podobało, Nemhauser jest wdzięcznym bohaterem do lubienia, inteligentny, kochający ojciec, dobry mąż, żadnych wad chyba nie ma. Mario, jego partner policjant, może i przerysowany chwilami, ale czy ja wiem? Jakoś wierzę autorowi, w końcu tacy faceci się zdarzają. Trochę mi mało życia i rozgrywek wewnątrz komendy, ale w końcu to jednotomowe wydawnictwo, więc się czepiać nie będę, bez sensu by było dostać 600 stron do czytania tylko po to, żeby wewnątrz-smaczki były.
Ta powieść przypomina mi trochę skandynawski serial, które leci teraz na Ale Kino! - pt. Komisarz Winter. Tak sobie tam chodzą, pytają ludzi, pogadają tu, pogadają tam, przepytają tego i owego, pogrzebią w papierach, czasem główny bohater w łeb dostanie (Nemhauserowi Hagen tego zaoszczędził, ale mógłby w trzecim tomie wystawić go na jakieś bęcki czy przeczołgać pod kilem, tak dla 'wesołości'), takie normalne śledztwo, bez spektakularnych wyścigów rodem z amerykańskich filmów, a jednak wciąż ciekawe. A przy tym życie prywatne samego Nemhausera, ale i trochę tajemnic Maria i próba uczłowieczenia Potockiego. No właśnie, życie prywatne naszego głównego - bliźniaki, które mnie do rozpaczy doprowadzały. Wiem, że takie dzieci istnieją, mimo spokojnych i próbujących rozsądnie opanować sytuację rodziców, sama byłam świadkiem takich smagań u znajomych, ale wiedzieć, a o tym czytać ze szczegółami to dwie inne rzeczy. Normalnie gdybym była policjantem i miała broń w domu, naboje na wszelki wypadek zostawiałabym w samochodzie zaparkowanym dzielnicę dalej. Do tego stopnia podnosiły mi adrenalinę, że trzeźwiałam mimo zmęczenia. A podczas tytułowego długiego weekendu komisarz zostaje z dziećmi sam, bo jego żona jedzie do Amsterdamu by tam wziąć udział w wyścigu o pracę w Polsce. Naokoło wszyscy dyskutują, gdzie spędzą wolny czas, a Nemhauser zostaje na straży w komendzie i w domu. Jak pech, to pech, zostaje zamordowany ekolog i to dopiero początek. A komisarz jeden, Mario wyjechany, Dunia, zawsze tak pomocna i pod ręką, też już spakowana i jedną nogą poza Warszawą ... tak tu cicho o zmierzchu.
Ach ta Warszawa, u Hagena jak żywa. Mieszkałam tam kilka lat, wiem jak wygląda i jaki ma klimat, kiedy jest wyludniona w długie weekendy lub letnią porą. Zakamarki, uliczki, to wszystko tam jest z dokładnością kartografa, ale nienachalnie nakreślone.
'Rozmowa' o tej książce nie byłaby pełna gdyby nie wspomnieć o Czarnym Tadku i kulinarnych występach Nemhausera tamże. Tym razem nie dość, że musi godzić pracę, opiekę na dziećmi i wieczory w kuchni u Jasia, to jeszcze dostaje cynk, że restaurację odwiedzi znany krytyk kulinarny, który kosi wszystkie miejsca, w których jada, jedno po drugim. Suchej nitki na nich nie zostawia. Nic dalej nie zdradzę.

Trudno mi o tej powieści pisać, bo z każdą kolejną częścią tracę dystans, zaczynam traktować bohatera jak znajomego od którego co jakiś czas dostaję wieści -'jak sprawy, jak zlewy'? - i smutno mi, kiedy musimy znowu, nie wiadomo na jak długo, stracić się z oczu. Normalnie mam nadzieję, że się będę wraz z Nemhauserem starzeć.
Byłam zachwycona pierwszą powieścią Hagena - pt Granatowa Krew (pisałam o niej TU), 'Długi weekend' też pozostawia mnie wielce kontentą. Polecam z całego serca - polskie i dobre. Proszę o więcej :-)

 Baza recenzji Syndykatu ZwB

piątek, 10 czerwca 2011

Czarna lista - Aleksandra Marinina, tym razem ze Stasowem w roli głównej

RECENZJA BIERZE UDZIAŁ W KONKURSIE ZORGANIZOWANYM PRZEZ SERWIS ZBRODNIA W BIBLIOTECEMarinina dała wolne major Kamieńskiej, o której były wszystkie jej dotychczasowe powieści (uwielbiam tę postać) i "pojechała" za policjantem Władikiem Stasowem do kurortu czarnomorskiego. Jego była żona przebywała tam na festiwalu filmowym i chciała żeby ich wspólna córka mogła spędzić ten czas w zdrowym klimacie z ojcem, czyli Stasowem właśnie, a ona by dochodziła w miarę wolnego czasu. Na początku wszystko szło według planu, ojciec z dzieckiem codziennie na plaży, matka z owocami przychodziła ich tam odwiedzać, aż do dnia, kiedy zamordowano młodziutką, utalentowaną aktorkę i spokój policjanta szlak trafił. Niby jeszcze starał się ignorować ten incydent, w końcu są miejscowi stróze prawa, ale okazało się, że po przesłuchaniu jego żony przez nich,  miał coś ważnego do dodania w sprawie. Niby tylko wpadł na chwilę do komendy i wszystko wydaje się proste, ale nic takie ostatecznie nie jest i do końca nie wiadomo, kto i dlaczego zabija kolejne osoby z festiwalu.
Wątek zabójstw to jedno, ale jest też wątek obyczajowy - relacje ojca z córką, a także romansowy, bo na tych wywczasach Stasow poznaje pisarkę kryminałów i prokurator w jednym - Tatianę.
Podobała mi się ta powieść Marininy, chociaż wielu jęczało, ze bez Kamieńskiej to nie to samo. Pewnie, że nie to samo, ale nie znaczy, że gorzej. Inaczej po prostu.
Historia trzyma klasę, jest fajna atmosfera kurortu, realia wypoczynku obywateli byłego ZSRR ciekawie opisane, do tego cała galeria interesujących postaci, które umilają lub ubarwiają opowieść.
Roch Siemianowski czyta gładko, jego głos świetnie wpasował się w wyobrażenie głosu Stasowa, wszystko cuzamen do kupy świetnie współgra.
Książka akurat na wczasy, szczególnie nad morzem, bo się idealnie wpisze w klimat i atmosferę. Cieszę się, ze częściowo słuchałam jej spacerując z kijkami nad brzegiem oceanu, bo miałam dzięki temu dodatkowe wrażenia dźwiękowe.
Moja ukochana Marinina i tym razem mnie nie zawiodła.

 Baza recenzji Syndykatu ZwB

niedziela, 20 marca 2011

Na rosyjską nutę

Za moich czasów w szkołach uczono języka rosyjskiego.  Zaczynało się w czwartej klasie i tak do końca liceum.  Traktowano ten przedmiot poważnie, więc nie można było tak po prostu przebrnąć byle jak przez ten cykl, trzeba było wykazać się znajomością.  Wprawdzie matury nie musiałam zdawać z rosyjskiego, ale zaliczyć przedmiot, żeby być dopuszczonym do matury to już tak.  W podstawówce miałam nauczycielkę, która wszystko traktowała bardzo serio, a swój przedmiot to już w ogóle. Wyglądała jak żywcem wyjęta z filmów rosyjskich, kiedyś byliśmy przekonani, że jest ze Związku Radzieckiego, teraz wiem, że tak nie było, po prostu była wtedy taka ‘demoludowa’ moda.
W moim domu rodzinnym nie uprawiało się polityki, wprawdzie rodzice nie należeli do partii i nie sprzyjali ustrojowi, ale też nie latali po ulicach z ulotkami i nie odbywały się u nas zebrania działaczy podziemnych.  Nigdy nie usłyszałam od nich, że język rosyjski, czy ich kultura to jest wielkie G, wręcz przeciwnie, słuchało się u nas ballad rosyjskich Żanny Biczewskiej, Okudżawy i Wysockiego, czytało rosyjskich klasyków, uwielbiało rosyjskie dramaty teatralne, a ZSRR było destynacją naszych wypadów wakacyjnych.  Wiadomo, kraj ten zrzeszał wtedy te wszystkie, które teraz są osobnymi jednostkami, czyli odwiedzanie Gruzji, Azerbejdżanu, Uzbekistanu, Syberii, Petersburga nazywało się wyjazdem do Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Moi rodzice uważali te miejsca za fascynujące, a ludzi tam mieszkających, za niezwykle ciekawych i przyjaznych.  Oczywiście ciągnęło nas na Zachód, ale to nie przekreślało atrakcyjności kierunku wschodniego.  Rodzicie oddzielali politykę od sympatii do samego kraju i ludzi tam żyjących. 
Jedną z najwspanialszych przygód wakacyjnych był dla mnie rejs po portach Morza Czarnego. Kiedyś już o tym tu pisałam, ale może nie wszyscy to czytali. Miałam chyba z 8 lat, nie pamiętam dokładnie. Pływaliśmy statkiem "Szota Rustaweli" -  Odessa, Batumi, Suchumi, Soczi i tak dalej.  Na tymże statku był Włodzimierz Wysocki ze swoją żoną Mariną Vlady.  Chociaż u mnie w domu często grało się pieśni Wysockiego (na adapterze z płyt winylowych), nie wiedziałam jak on wygląda i mało mnie to w sumie obchodziło. Tam na statku był basen, który po środku miał bar.  „Osiadłam na mieliźnie” i jadłam loda.  W pewnym momencie tak liznęłam nieszczęśliwie, że mi wpadł do wody i go straciłam.  Smutno mi było, bo te rosyjskie lody strasznie dobre były.  Wysocki kupił mi drugiego i wręczył z zawadiackim uśmiechem.  I takiego go właśnie pamiętam.  I to, że strasznie byli zakochani, on i Marina.  To był chyba ich najlepszy czas. Mój też, dzieciństwo przeważnie dobrze się wspomina. 

Czy można, więc mi się dziwić, że nie mam do języka ani kultury rosyjskiej urazu, że wręcz przeciwnie, darzę tamte rejony swoistą estymą i łowię wszędzie różne rusofilskie klimaty, a to książkę wygrzebię, a to film sobie w oryginale obejrzę, nie tylko te stare, ale i nowe ich produkcje staram się na bieżąco zaliczać. Poza tym zauważyłam, że wiele świetnych powieści rosyjskich jest nietłumaczonych na polski, a już najbardziej wkurza mnie to, że moja ulubiona Marinina jest w Polsce wydawana nie chronologicznie, czyli raz dostaję jej powieść o Kamieńskiej, kiedy ta jest zamężna, a kolejna powieść pokazuje panią major, jako pannę.  Zgłupieć można.  Pomyślałam – a dlaczego nie miałabym wrócić do dawno zarzuconej przeze mnie umiejętności czytania w oryginale? Dałoby mi to swobodę czytelniczą, o jakiej marzę.  Jak zapewne wiecie, nie jest to takie łatwe, bo litery alfabetu rosyjskiego nie są takie, jak nasze, więc trzeba mi będzie od nowa do nich przyzwyczaić i nauczyć sprawnie odczytywać.  Miałam to w planach, w bliżej niesprecyzowanej przyszłości, ale kiedy podczas kursu dla tłumaczy, poznałam Irinę i Dmitrija, postanowiłam te mrzonki wprowadzić w życie – poprosiłam ich o sprzedanie mi jednej czy dwóch książek.
Po tygodniu Irina przytargała ze sobą trzy powieści, jedną Doncowej, jedną nowej pisarki, dopiero wchodzącej na rynek, a trzecią Chmielewskiej przetłumaczoną na rosyjski.  Ucieszyłam się bardzo, ale i stropiłam, bo gdy zajrzałam na stronice, wiedziałam, że wprawdzie odwrotu już nie ma, bo jak Panna sobie coś postanowi, to prędzej umrze niż odpuści, ale dochodzenie do jakiej takie sprawności w czytaniu po rosyjsku będzie długie i bolesne. Jak na razie przeczytałam jedną stronę i się tak zmęczyłam, jakbym alpinistą była.  I już sama nie wiem, co jest gorsze, czy to, że sobie znowu jakieś wyzwanie wymyśliłam, czy fakt, że zapuściłam znajomość języka obcego, a przecież to była wartość dodana jakby nie było. Teraz będę musiała te straty nadrobić. 


 Na koniec chciałam poinformować, że dowiedziałam sie u źródła, czyli w wydawnictwie WAB, ze w lipcu będzie wydana kolejna powieść Marininy, tym razem major Kamieńska powraca. Hura! Właściwie powinnam powiedzieć Urra!








To jest jedna z piękniejszych pieśni, moja ulubiona, może dlatego, że mój tata, który już nie żyje, zwykł śpiewać ją wraz z Biczewską lecącą z płyty. I do tego pięknie gwizdał w momentach, kiedy ona nuci.

sobota, 12 lutego 2011

Marika - Krzysztof Kotowski

Nie wiem, czy Wam już mówiłam, ale audiobooków nie wybieram do końca świadomie, wymieniam się z koleżanką, która ode mnie bierze papierowe. Piszę 'nie do końca świadomie', bo przecież mogłabym nie słuchać wcale, ale jednak nie ja je wybierałam z tysięcy innych.
Tej powieści byłam ciekawa, bo Kotowski jest chwalony, a ja lubię polskie kryminały, więc tym bardziej. Tyle, że ta powieść nie jest kryminałem, a raczej z gatunku szpiegowskich, typu Ludlum czy Clancy. A tych, to ja nie trawię. Walki wywiadów wrogich mocarstw nie interesują mnie za grosz, chyba, że ktoś napisałby prawdę, dokument. A to się nigdy nie zdarzy, przynajmniej nie tak, jak ja to sobie wyobrażam.
Można powiedzieć, że w każdej takiej powieści jest ziarno prawdy, pewnie tak, ale jest też wiele massa tabulette, które niekoniecznie mnie interesuje.
No, ale to nie wina Kotowskiego, on pisał dla ludzi interesujących się tym tematem i gdyby ominąć to, że ja nie doczytałam informacji o tej powieści i rzuciłam się jak szczerbaty na gwoździe, to uważam, że ta pozycja jest całkiem ok. Strawna znaczy. Nawet dla takiego, co nie lubi. W każdym razie, nie krzywiłam się za każdym razem, kiedy wznawiałam odsłuchiwanie audiobooka. Treść wspierał głos czytającego, niski, lekko chropowaty, trochę modulowany na 'tego złego, co go zabił'. Dobrze dobrany. Brawo.
Pewnie dlatego tak się działo, że zagadka zawarta w tej historii mnie zaintrygowała. Zaczyna się od tego, że w lesie ginie człowiek, świadkiem tego jest młody chłopak, który sam odniósł obrażenia, a to, co opowiada, jest niewiarygodne. Jednakże dzieciak jest tak przerażony, a obrażenia nie z gatunku spadłem-z-drzewa-podglądając-sąsiadkę, ze wysłany do niego dziennikarz mu wierzy. Historia jest pokazywana z perspektywy różnych osób, tego dziennikarza, ale też i rosyjskiego, a raczej radzieckiego szpiega, jego kolegów, którzy go teraz śledzą, oraz jednostki policji, która próbuje się dowiedzieć, skąd tak wzmożony ruch agentów rosyjskich i to teraz, tyle lat po zakończeniu zimnej wojny. Dziennikarzy próbuje drążyć temat zaginięcia ludzi, bo okazuje się, że dokładnie w tym samym miejscu zdarzyło się to wiele razy. Sposób, w jaki giną, budzi grozę. Wygląda tak, jakby byli zdmuchnięci przez potężną falę uderzeniową i z wielką siłą, napotykając drzewo na przykład, rozbici na strzępy. Do tego poparzeni. Już pomijając, że byli i tacy, którzy znikali nagle, na oczach świadków, bez śladu, po prostu rozpływali się w powietrzu. Nikt nie potrafi racjonalnie wytłumaczyć  takich obrażeń. Jednocześnie cały czas obserwujemy rajd Aleksandra, oficera KGB, przez cały kraj, a gdzieś w ślad za nim, innych trzech, też z KGB, którzy najpierw szukają Mariki, a potem jej córki. Ta znowu, została porzucona przez matkę w młodych latach i oddana do rodziny zastępczej (może domu dziecka, nie pamiętam), a teraz jest dość luksusową prostytutką. Dlaczego oni jej szukają?
Ta intryga jest dosyć ciekawa i na tyle interesująca, zeby nawet takiego ludzika jak ja, który nie lubi tego gatunku, przekonać, że na życzenie raz można.
Tylko końcówka trochę ckliwa i patriotyczna (na rosyjską modłę) mnie nie przekonała i trochę nawet rozdrażniła, bo mi zepsuła obraz całości. Ale to tylko kilka zdań, jedna scena zaledwie i nie będę się za bardzo czepiać.
Suma sumarrum, jak mawiała moja ukochana profesor Początek, może być. Bez fajerwerków, ale też i bez poczucia straconego czasu.

 Baza recenzji Syndykatu ZwB