Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czytadła. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czytadła. Pokaż wszystkie posty

sobota, 17 maja 2014

Magnolia - niby drzewo jak to drzewo, a jednak nie. Festiwalowe czytanie.

Będę szczera jak pole - zobaczyłam opis, że ucieczka, że w głuszę, że pensjonat, tyle, że facet, a nie babka i mnie zemdliło?
Znowu?
Ileż można domków, hoteli, ucieczek, tajemnic, jeszcze kufer z listami znajdzie i w ogóle się pochoruję.
Skąd u nas taka mała fantazja, że jak jedna się rozwodzi i ucieka, to zaraz cały tabun za nią? Już innych tematów nie ma?
Jakoś nie zaobserwowałam tego na Zachodzie, żeby wszyscy o tym samym pisali.
Tak sobie utyskiwałam pod nosem.
No, ale panie u mnie w bibliotece zachwycone autorką, wszystkie jej książki mamy i są rozchwytywane. Kupuję, bo mają wzięcie, ale nigdy żadnej tej autorki nie czytałam.
Dzięki festiwalowemu zadaniu, okazało się, że książka może i opis ma taki, jak inne, ale jednak udało się autorce przedstawić temat w sposób nietuzinkowy.
I to nawet nie chodzi o to, że jakoś tak specjalnie inaczej, ale po jej przeczytaniu, wrażenie cuzamen do kupy jest takie, że warto było, ba, ten świat mi pasuje, chciałabym tam wrócić, dlatego zasadzam się na drugą część, która wychodzi na dniach.

W pierwszym tomie Magnolii historia opowiada o facecie, któremu się świat wali, nie dość, że zdrowie mu szwankuje, co go dyskwalifikuje z zawodu pilota,  to i żona odchodzi i do tego chyba ma rację. Nic nie jest tak, jak powinno. Tu dla mnie trochę nierealne, ale może faktycznie ludzie tak robią, że koleś sprzedaje wszystko i jedzie przed siebie, wybierając drogę losowo. A jak już trafia w Bieszczady na pewną stację, okazuje się, że jest do kupienia pensjonat Magnolia.
I tu już miałam gorzko w gardle, myślałam, nie dam rady.
Ale w tym momencie dopiero się zaczęło dziać, i do dobrze dziać. W sensie ciekawie i już się oderwać nie mogłam.
W Magnolii bowiem spotkałam świetne babki, Czesię, zarządzającą kucharkę uwielbiającą szybką jazdę jeepem, Małgorzatę, która przychodzi na kawę dwa razy dziennie i czyta gazety przeterminowane o tydzień lub dwa (całkiem tak ja jak i jak ja podnieca się starymi aferami :-)
Dojeżdża do nich Doris, bardzo barwna postać, rowerem przybywają jeszcze dwie postacie - nastoletnia maniaczka książek i młoda żona starszego, na dodatek sparaliżowanego męża, bywa też pewien mecenas i absztyfikant Doris. Ale to nie wszystko, bo i o wsi i jej mieszkańcach co nie co się dowiadujemy.
Nie będę więcej streszczać, bo sama tego nie lubię u innych, nie po to są te zapiski, żebym Wam tu zdradzała koleje losu bohaterów.
Nic nowego, ktoś powie o treści, ale tu się nie zgodzę, albowiem Grażyna Jeromin-Gałuszka okazała się utalentowaną konstruktorką i postaci, i fabuły. Zaskoczyła mnie pozytywnie,  wciągnęła mnie w stworzony przez siebie swiat do tego stopnia, że traktuję to jakbym tam była na wakacjach i cieszę się, że jestem umówiona na kolejny pobyt w lecie.
Nawet nie potrafię powiedzieć, co mi się tam konkretnie podobało.
I to jest dla mnie wyznacznik dobrej książki, bo jak dobra kiecka, ma zachwycać i świetnie leżeć, nie trzeba nam wiedzieć, którędy wiodą szwy.
Drugi tom przeczytam na pewno. Poprzednie książki tej autorki sukcesywnie też, podoba mi się jej styl i jeśli tylko będę miała ochotę na ten rodzaj literatury, najpierw sprawdzę co też nowego wydała właśnie Grażyna Jeromin-Gałuszka.

sobota, 14 grudnia 2013

O dwóch takich, co ukradły mój czas

Czego oczekuję od czytanej powieści? Odpowiedź na to pytanie jest ważna ze względu na to, co dalej chcę napisać.
Otóż czytam powieści różne, lżejsze, poważniejsze, ostatnio dorosłam do biografii, dzienników i opowieści non fiction. Reportaży kiedyś czytałam dużo, potem mniej, wracam ostatnimi zakupami, znowu mam na nie ochotę. Muszą mieć jeden mianownik - chciałabym, żeby w  swojej kategorii były dobre, poruszające, napisane językiem nie zgrzytającym w oczach, oczekuję emocji.
Chcę zapłakać, chcę się uśmiać, zadumać (nie wszystko w jednej, ale chociaż albo to, albo to), a po skończeniu powieści przytulić i westchnąć ze smutku, że to już koniec.
Czy oczekuję zbyt wiele? Nie wydaje mi się, jeśli książka jest inna, jeśli nie porusza żadnej ze strun, ani tej wesołej, ani smutnej, ani melancholijnej, ani poznawczej, to po co ją czytać? Na co tracić czas?

Książki, o których tu teraz wspomnę, mogłabym pominąć milczeniem, ale tego nie zrobię, bo mam tu takich czytelników, którzy wiedzą, że je czytałam i czekają na moją ocenę, chociażby dlatego, że mamy podobny gust, a dobrze mieć kogoś, kto ostrzeże przed wtopą, kompletną stratą czasu, szczególnie kiedy na półkach masa nieprzeczytanych książek, a kompulsywne kupowanie nowych nie pomaga tego rozładować w czasie dającym się bliżej określić.

Mowa będzie o dwóch powieściach - 'Studni bez dnia' Katarzyny Enerlich i 'Dworek pod lipami' Anny Szepielak.

Pierwsza opisuje perypetie kobiety, która dopiero co została porzucona przez męża, dzieje się w Toruniu, który to bardziej mnie zaciekawił i do tej powieści przyciągnął niż treść, o której nie wiadomo było za wiele z doniesień czy informacji na okładce.

Druga to opowieść o szczęśliwej (?) mężatce, która postanawia odpocząć od męża z obciążeniami po poprzednim małżeństwie, bo jak łatwo można się domyślić, trudno się temu świeżemu związkowi rozwijać, kiedy demony przeszłości są wciąż obecne. Akcja dzieje się w dwóch nurtach czasowych, część druga w dziewiętnastym wieku, przeplata się ze sobą, wydawało mi się to ciekawe, chociaż jak teraz o tym myślę, nie mam pojęcia dlaczego? Chyba z rozpędu i uwielbienia dla kostiumowych powieści i seriali BBC.

Obie powieści czytałam w związku z Festiwalem Literatury Kobiecej, tak więc wybór nie był całkiem przypadkowy, jedynie kolejność czytania tak, te poszły na pierwszy ogień, bo oczekiwałam od nich wiele.
Naiwności siostro moja rodzona.

Obie napisane sprawnie, czepić się nie mogę, zdania gładko płyną w głowie, nic nie sterczy, nic nie dziabie w oczy, wydawałoby się pełen sukces. Niestety i jedna, i druga, są po prostu nudne i nijakie, nic mnie tam nie zaskoczyło, nie poruszyło, żeby chociaż zirytowało, ale nie, przeszło gładko i poooooszło. Już żadnej nie pamiętam, nie porusza żadnej struny, nie mam nawet dobrych, chociaż niejasnych wspomnień.
Nie czekałam w napięciu co dalej, nie przewracałam z niecierpliwością stronic, nie sekundowałam żadnej z postaci opowieści, było mi doskonale obojętne, co oni tam robią, żadna z tych powieści nie zaangażowała mnie emocjonalnie, nie pozostawiła żadnego wrażenia poza jednym - szkoda czasu i atłasu, ot co.

I tyle, pastwić się nie będę, albo one po prostu nie dla mnie, albo niestety słabe. Nastawienie miałam dobre, chęci wielkie, nie można mi zarzucić, że się nabzdyczyłam zanim jeszcze zaczęłam.
A może ostatecznie wyrosłam z takich powieści?
Ale jak w takim razie wytłumaczyć, że 'Coraz mniej olśnień' czy 'Wytwórnia wód gazowanych' tak mnie zachwyciły? Pamiętam do dziś, a kiedy przechodzę obok nich w polskiej bibliotece, zatrzymuję się na chwilę, żeby pogłaskać po grzbiecie. A przecież to jest ta sama kategoria. Nie będę się tu biczować, moim zdaniem słabe to i już.





czwartek, 21 listopada 2013

Coraz mniej olśnień - na szczęście nie tym razem

Czasami, kiedy nie jestem wystarczająco uważna w wyborze lektur, albo mam narzucone do czytania tytuły, wydaje mi się, że mógłby to być podtytuł mojego bloga. Świetny jest, czyż nie?
Na szczęście to uczucie nie towarzyszy mi zbyt często, jeśli chodzi o książki, więc kraść go nie będę, natomiast opowiem Wam o jednym z największych zdziwień ostatnich miesięcy, jeśli nie ostatniego roku.

Otóż dostałam książkę do biblioteki naszej polskiej, wysłała ją autorka, napisała nawet piękną dedykację. Mam zwyczaj czytać otrzymane tytuły, chyba, że wiem, że całkiem nie są w moim guście. Dodatkowo ta książka była nominowana przez wydawcę do Festiwalu Pióro i Pazur, a byłam jedną z blogerek oceniających książki, więc tym bardziej się za nią zabrałam.
Zobaczyłam okładkę i oczekiwałam czegoś zupełnie nie dla mnie, w stylu młoda, drapieżna, znalazła faceta i zasmakowała w rodzicielstwie; albo szuka, szuka, nieszczęśliwa, gdzie jest to upragnione wspaniałe życie; albo szczęście tak, ale na moich warunkach, praca i rodzina muszą być doskonale zbilansowane; albo dostała dom i jedzie uporządkować swoje życie...
Czyli należało zmówić modlitwę, żeby mnie szlag podczas czytania nie trafił, bo po prostu już nie zdzierżę więcej.
A tu taka niespodziewanka.
Trzy bohaterki, trzy historie, chwilami się przeplatające. To już było, szczególnie w literaturze anglosaskiej jest to niezwykle modna konstrukcja. Na szczęście tutaj nie wydaje się niczym tuzinkowym, wręcz przeciwnie, dzięki twistowi w akcji, zaczyna nas fascynować to połączenie trzech światów i koniecznie chcemy wiedzieć, po co to wszystko, co się stanie, jak w finale się to wszystko spotka i czy w ogóle tak będzie?

Na skrzydełku książki czytam, że są trzy bohaterki - Lena stylistka z magazynu 'stajlowego', Maria dziennikarka i Alina, kucharka w barze mlecznym. Ja dodałabym jeszcze jedną - Ślepellę - niewidomą poetkę po straszliwych przejściach, w których to własnie straciła wzrok.

Zaczyna się od Leny. Od razu zachwyciło mnie to, że język tej powieści nie jest szczebiotliwy, nie jest też 'pochylony z troską na losem kobiety', nie ma udawania. Jeśli słuchamy monologów wewnętrznych, to są one takie, jakby człowiek sam sobie szczerze coś powiedział - o sytuacji, o kimś innym, o tym, co obserwuje. Czasem złośliwe, czasem rażąco niepoprawne obyczajowo, politycznie itp, ale czy tak właśnie nie jest, czy nie myślimy - o Boże, jakie tamta babka ma straszne kudły na głowie, taka teraz moda?
Ałbena Grabowska-Grzyb potrafi poza tym pisać o seksie. Nie jest to łatwe, niejeden się na tym wyłożył. Albo wychodzi sztucznie, albo jak w pornolu klasy D, albo jak w rozprawce na temat życia w rodzinie. Tutaj po prostu jest, jak jest.
A scena gwałtu to po prostu majstersztyk. Czuć upodlenie kobiety, wiadomo, co się działo, aż mi dech zaparło, kiedy czytałam, co było z dziewczyną po, jak ona sobie z tym poradziła, ale nie ma epatowania traumą, nie ma przesady, jest wszystko poza histerią i głupim gadaniem w kółko jakie to straszne. Szacun.

Lena to mężczyzna w spódnicy, tak by można rzec. Ale znaczy to tylko tyle, że łamie stereotyp kobiety i zachowuje się dokładnie tak, jakby miała mózg i wolę faceta, robi co chce, używa swojego ciała do czego chce, nie znaczy to, ze jej z tym dobrze, ale z drugiej strony źle też nie. Nie roztkliwia się, nie rozdziela włosa na czworo, jest zadaniowa i wie do czego dąży. W miłości też, nie miękną jej nogi na widok pierwszych lepszych spodni. Ale serce ma.

Maria to inna para kaloszy. Kiedyś bardzo popularna dziennikarka, jeden błąd (czy to w ogóle był błąd, może głupie zrządzenie losu?) przekreśla jej karierę. Sypie się wszystko, odchodzi mąż, ginie w wypadku jej przyjaciółka. Chociaż Maria uważa, ze to niemożliwe, czepia się tej myśli i stara ustalić fakty. W końcu to umie robić najlepiej. Maria podobała mi się najmniej, ale to nie znaczy, że nie interesowało mnie to, co się z nią dzieje.

Alina - zaniedbana, przygarbiona, mistrzyni pasztetów i pierogów w barze mlecznym. Napisałam i sama się dziwię, jak mleczny to nie pasztety. A wydawało mi się cholerka, że mleczny. Samotna, małomówna, wiadomości o niej trzeba wyrywać z kartek na siłę, wydłubywać ze zdań pincetą, ale warto, bo co szczegół, to zaskoczenie.

Poetka to czwarta kobieta, o której właśnie nic na skrzydełku nie było, bonus czyli. Równie ciekawa, równie ważna w tej opowieści, z tajemnicą, ale nie w kufrze, nie na strychu i nie w zapomnianym kartonie na pawlaczu. Po prostu z tajemnicą i już. Nie chcę za wiele o nich pisać, zeby niczego nie zdradzić.

Podoba mi się, że nic w tej książce nie jest sztampowe, chociaż by się mogło takie wydawać, chociażby zasugerowane przez okładkę, która niestety nie oddaje ducha powieści.
Styl Ałbeny Grabowskiej-Grzyb jest świetny, babski w najlepszym tego słowa znaczeniu, babski babskością najlepszej jakości, gdzie trzeba dosadnie, gdzie trzeba delikatnie, gdzie należy niedopowiedziany, a gdzie się nie da inaczej - po męsku, kawa na ławę.

Czekam z niecierpliwością na kolejną powieść dla dorosłych (jest też seria dla dzieci tej autorki, również bajka terapeutyczna dla dzieci z epilepsją), już wiem, że będę czytać każda kolejną pozycję tej autorki. Takiego głosu w literaturze popularnej mi trzeba było. To jest dowód na to, że tzw. rozrywka w powieści nie musi być ani ckliwa, ani głupia, ani szczebiotliwa i nie trzeba od razu robić słoików i wyjeżdżać na wieś (nie ma nic do takich książek, ale co za dużo, to nie zdrowo), żeby było kobieco w dobrym stylu.
Poproszę o więcej.





poniedziałek, 12 sierpnia 2013

W telewizji o Pilipiuku, niestety nic dobrego

Jakoś się nie mogę pozbierać. Wyjazdy, powroty, stresy, zamieszanie, wszystko to spowodowało, że nie mogę wrócić na blogowy szlak. Zapewniam Was, że nie ma dnia, żebym w duchu nie dyskutowała z Wami o oglądanym filmie, czy nie obiecywała sobie, że zaraz muszę o tej czy innej książce napisać. Listę tytułów, które czekają na opisanie, musiałam zacząć prowadzić, żeby o nich nie zapomnieć.
Znalazłam ją dzisiaj i za głowę się złapałam, ile tego czeka na uwagę.
Podczas mojego pobytu w czerwcu w Polsce wzięłam udział w programie telewizyjnym 'W twardej oprawie', jak nazwa wskazuje o książkach. Nadaje go koszalińska telewizja Max, nie da się go zobaczyć online. Może i dobrze, bo mogę Wam wcisnąć kit, że wypadłam świetnie :-)
Żart.

Rozmawialiśmy o książce Andrzeja Pilipiuka 'Wampir z MO"
Napaliłam się na nią jak szczerbaty na suchary, dostałam do przeczytania zawszasu, na tydzień przed nagraniem programu i jak tylko znalazłam miejsce, żeby kupić pyszną kawę i w kąciku się z nią i książką zedekować, natychmiast rozpoczęłam lekturę.
Pilipiuka znam i lubię, może nie spodziewam się po nim wyżyn intelekturalnych, ale dobrej zabawy na pewno, tym bardziej, że temat taki wspomnieniowy, bo MO wskazuje na PRL. Nie czytałam Wampira z M-3, stoi u córki, od razu tego pożałowałam, ale pomyślałam, że chyba nie będzie jakiejś wielkiej ujmy, gdyby okazało się to kontynuacją.
Ujmy nie było, nic nie było, bo książka jest po prostu do chrzanu. I nie będę owijać w bawełnę, gdyż akurat ten autor takiego babola popełnić nie powinien był.
Od drugiego rozdziału podśpiewywałam pod nosem (trawestując słowa piosenki Republiki) - taaaa pooowieść jest, pisana dla-pie-nię-dzy, tlala-la-lala
Banalna, nudna, pełna dziwacznych porównań, opisów wcale nie śmiesznych (wachlował się uszami, że niby jak Urban) - a mogło być tak pięknie.
W książce Pilipiuk wykorzystuje różne kody współczesnej kultury, jak na przykład film Ring i wychodzącą z ekranu dziewczynkę czy sagę Zmierzch. Wyszło blado, chociaż uważam, że zaczyn był. To jakby zacząć robić obrus na duży stół okrągły, rozpocząć kółeczkiem, szydełkować dalej i dalej, dojść do -nastego rzędu i zrezygnować. Dokończyć na kolanie lub wcale, ale nie rezygnować z położenia go na przyjęcie gości przybywających na przyjęcie z drogimi prezentami (przecież zakup książki nie jest tani). Tak się czułam, jakbym siedziała przy porcelanie ustawionej na niedokończonym obrusie, a w tej porcelanie drugie parzenie kawy fusiastej. Gdybym kupiła tę książkę, szlag by mnie trafił jasny.
Nawet nie będę o niej więcej pisać, bo szkoda mojego czasu na pisanie, a Waszego na czytanie.
Nie polecam. Tylko niewyrobiony czytelnik może się tym zbiorem opowiadań zachwycić.



wtorek, 28 maja 2013

Houston mamy problem wymiata

Zacznę od tego, że z Katarzyną Grocholą łączy nas uczucie. Ona o tym oczywiście nic nie wie :-)
Są takie pisarki, każdy ma ich kilka lub chociaż jedną, że niezależnie, co by napisały, każdą ich książkę przeczytacie. I to nieważne, czy one są wybitne czy mniej, czy każda książka jest świetna czy mniej, po prostu mus mieć, mus zaliczyć.
Chemia między czytelnikiem a pisarzem to fakt, nie mit. Trudno to określić jednym zdaniem, paragrafem nawet, a esejów na ten temat nie ma sensu tutaj pisać, to jest po prostu tak jak w życiu, poznajecie kogoś i po prostu trybi jak cholera. Wszystko Wam pasuje, jak wygląda, jak wyraża myśli, poglądy, jakby można było, to by się człowiek jak huba przyczepił i tak sobie czas razem spędzał.
Mam kilka takich pisarzy i pisarek, Grochola jest w tej grupie.
Ona była pierwsza. Przed nią nie mieliśmy pań piszących współcześnie coś dla kobiet, poza Nepomucką, wznawianymi starszymi pisarkami, czytaliśmy głównie amerykańskie. Nic mnie to nie rusza, że ją ludzie krytykują (często a priori, bo tak wypada), pierwszą 'Nigdy w życiu!' przeczytałam w bardzo trudnym dla mnie okresie, pomogła i od tego czasu wierna jestem Grocholi jak przyjaciółka z podstawówki, na lepsze i na gorsze (książki).
Proszę więc o powstrzymanie się od komentarzy, że nie moja bajka, nie czytam tej pani, nie lubię tej pisarki itp, bo ja wiem, że są i tacy, ale nic mojego zdania nie zmieni, szczególnie po odsłuchaniu tej powieści. Zresztą znam takie panie, które nie lubią jej poprzednich, a tę wychwalają.
Tym razem Katarzyna Grochola napisała książkę, gdzie narratorem jest mężczyzna, a kobiety są jedynie w tle - matka, narzeczona, z którą się rozstał, przyjaciółka lesbijka, sąsiadki - żadna nie ma głosu, nie poznajemy ich myśli, widzimy je jedynie oczami Jeremiasza.
Nie mam złych doświadczeń jeśli chodzi o mężczyzn, toteż nie pomstuję, nie wysyłam na drzewo, a wsłuchuję się w to, co mówią, staram się zrozumieć, przyjąć ich tok myślenia. Myślę, że dosyć dobrze rozumiem, w jaki sposób się od nas różnią, jak postrzegają świat i różne zjawiska, szczególnie w relacjach międzyludzkich. Panowie są inni, nie lepsi czy gorsi, inni.
Od pierwszych linijek czytanych przez Wojciecha Mecwaldowskiego, zostałam kupiona bez reszty. Zakochałam się w każdym zdaniu. Jakbym tego faceta widziała, tam nic nie było przerysowane, chociaż może się takie wydawać. Tylko, że to jest głównie monolog, a facet tak właśnie (tak sobie wyobrażam) myśli w duchu, kiedy widzi jakąś laskę, kiedy rozmawia z kolegą, kiedy dzwoni do matki (i nie musi się pilnować).  Klnie ile wlezie, myśli, co mu się podoba, a nie co wypada.
Dużą część tej książki odsłuchałam w towarzystwie syna, też Wojciecha (wszystkie Wojtki to fajne chłopaki), obserwując jego reakcję. Jechaliśmy samochodem, dwa razy musiałam znacznie zwolnić, tak się zaśmiewałam, że mi łzy z oczu ciurkiem ciekły, nic nie widziałam. Pytam go, czy to Cię nie bawi? A on na to - cóż w tym zabawnego (uśmiechał się, ale daleko mu było do mojego tarzania po samochodzie) - przecież to normalne. Czujecie? Facet nie widział w tym nic dziwnego, bo to jest to, co on sam pewnie by pomyślał.
Ach te dialogi, bo monolog owszem, ale i dialogi są, rasowe! Rozmowy facetów, Jeremiasza z lesbijką, Jeremiasza z sąsiadką, córką sąsiadki, z księdzem - majstersztyk.
Kobiety się wściekają na tę książkę, że on jest taki niepozbierany i do tego nie rozumie, co się do niego mówi, a i jeszcze na dodatek nie domyśla się, co miała na myśli matka, jakie mu znaki dawała.
No właśnie! Nie domyśla się, bo mężczyźni generalnie się nie domyślają, co kobiety sobie tam wydumały. Nawet jawnych znaków, oczywistych zdarzeń nie przyjmują tak, jakbyśmy my, kobiety, się spodziewały. I w tym tkwi jedna z głównych różnic. Oni są po prostu wrażliwi inaczej. Już dawno się tego nauczyłam i staram jasno określać uczucia, oczekiwania, a przede wszystkim je artykułować.
Jeremiasz ma problem. Co ja mówię - wór problemów. Głównie z tym, że go dziewczyna zdradziła oraz nie mniej ważny, że był reżyserem, dobrze mu szło i się coś ze....ło, teraz naprawia i montuje anteny sateliterne, kablówkę i sprzęt w domu. Kicha, czyż nie?  Powoli dowiadujemy się, co się stało w jego życiu prywatnym, co zawodowo, co u matki, a jak kumple. Śmiech śmiechem, ale jego życie do totalna katastrofa, a Jeremiasz stara się jakoś w tym wszystkim odnaleźć, pozbierać. Nie jest wcale mięczakiem.
Opisy jego wizyt montażowych czy fuchy w zakresie naprawiania sprzętu są fantastyczne. Wspomnienia filmowe świetne. Jego relacja z psem matki - przejmująca. Jego związki / rozwiązki opisane prawdziwie. A kumpelskie nie mniej, do tego tak śmieszne, ze trudno to wyrazić. Słuchałam książki przy sprzątaniu, popijałam kawę, kiedy nastąpił opis wyjazdu z kumplem w góry czy gdzie tam, w każdym razie miało być dziko, obserwowanie ptaków i te sprawy. Jakoś wieczorem panowie zaczynają się licytować, kto jest większym snobem. Wszystkie szafki w kuchni oplułam tą kawą, jak mi Jeremiasz z tekstem wyjechał, sprzątania miałam dwa razy więcej, ale mi do głowy nie przyszło, żeby się skarżyć, bo miałam więcej słuchania po prostu.
W życiu, wiem, co mówię - w całym swoim, nie śmiałam się tak często, tak głośno, tak serdecznie, jak podczas słuchania tej książki. Wzruszyłam się też nie raz. Uwielbiam słuchać, ale nigdy po skończeniu mi nie żal. Po prostu czytam tyle, że takie życie, jedna się kończy, inna zaraz zacznie, czego tu płakać?
W wypadku tej powieści zastanawiałam się, kiedy wypada słuchać jej od nowa, żeby nie było obciachu, że wciąż to samo w słuchawkach leci. Tak mi było żal.
Złego słowa nie dam powiedzieć na tę książkę, bo ona jest po prostu genialna.

sobota, 18 maja 2013

Bluszcz prowincjonalny z kartaczami w tle.

Kiedyś niefortunnie, a już na pewno nie zamierzenie, odniosłam się do książek takich, owakich, o domkach, bluszczach itp. I dostałam od autorki maila z pytaniem, czy czytałam? Bo krytykuję. Skonfundowana nieco, w ogóle nie wiedziałam, o co chodzi, aż wynalazłam, że jest taka książka, której tytuł musiał mi się gdzieś podprogowo w głowie wydrukować (stąd to odniesienie, chociaż o książce nie wiedziałam), a autorka maila jest równocześnie autorką rzeczonej książki.
Głupio mi się zrobiło, tym bardziej, że mail był przemiły, no bo faktycznie, nie ma prawa krytykować ten, który nie zna.
Na dodatek dostałam tę powieść, jak również poprzednią i cały karton innych książek do biblioteki.
Na ambit mnie Renata Kosin wzięła, cwana sztuka :-)

Jak tylko dostałam książkę do ręki, bo długą drogę przebyła i nie było to takie hop siup, zabrałam się za czytanie. Opornie mi szło, nie ze względu na treść, ale wydanie. Wydawca normalnie sobie jaja robi, maleńki druczek, zbite to to wszystko do kupy, ciasno, byle mniej kartek, byle taniej. Darowanemu w zęby się nie zagląda, ale też i nie darczyńcę ganię, a wydawnictwo. Toż to okropne, zważywszy, że duża część czytających musi nosić okulary do czytania.
W takiej sytuacji wolałabym ebooka, ale nie znalazłam w żadnym sklepie, więc postanowiłam brnąć dalej w tym niesprzyjającym druku.
Historia sama w sobie nie jest oryginalna. Kobieta zostaje porzucona przez męża, ma dwójkę dzieci, trochę się maże, ale jednak postanawia jechać do mamy na jakiś czas i tam odzyskać siły. Mama mieszka na Podlasiu. Bałam się tego 'niczego nowego', ale na szczęście autorka nie poprowadziła swej opowieści tak, że dostajemy przewidywalny obraz rodziny po rozpadzie.
Podlasie - to przykuło moją uwagę najbardziej. W Siedlcach spędziłam pięć lat życia, podróżowałam trochę po tym regionie i mam najmilsze wspomnienia z tamtych lat. Odnalazłam tę atmosferę, chociaż opisywane tereny leżą z innej strony Podlasia, jakie znam i pewnie z tego powodu troszkę się to różni.
Powieść czytało się gładko, moim zdaniem za, bo ja ostatnio lubię, jak mi książka trzewia wyrywa.
Z innej strony jest tam dużo miłości, tej rodzinnej, której mi brak, bo ja mam tak,że jak sobie sama jej nie stworzę, to jej nie mam. Już dawno nie jestem dzieckiem. A kiedy się przestaje być dzieckiem? Kiedy nie ma starych ludzi do tego, aby cię kochać. Zazdrościłam Ani - głównej bohaterce - matki, ojca, tego, że jest zaopiekowana, chociaż wydaje się, że jak na zapaść nerwową na początku, zbyt szybko z tego wychodzi. Z drugiej strony, może ja nie doczytałam, może dostała antydepresanty i tak działały? Wiecie, ten druk wpływał na percepcję.
Podobał mi się powrót do przyjaźni szkolnych. Wiadomo, nic nie jest takie jak było, ale da się ułożyć stosunki na innej płaszczyźnie, jeśli tylko przetną się ścieżki ludzi i jest wola.
Mądra matka, ojciec zajmujący się wnukiem, córka blogerka modowa, ciekawe sprawy u sąsiadów, zawirowania u przyjaciółek, dawny facet na horyzoncie, do tego galeria wielu innych ciekawych postaci, a w tle zwierzaki, nad losem których uroniłam niejedną łzę.
No właśnie, nad nimi tak, a nad ludźmi nie i tego mi brakowało.
Poza tym wszystko na swoim miejscu, pięknie napisane i pozostawia takie trudne do określenia, ujutne wrażenie ciepła i zapachu ciasta. Aż się chce powzdychać.
Dziękuję autorce za książkę. Ucieszyły mnie ostatnie strony z przepisami, bo strasznie brakuje mi sękacza, a tam jest recepta na takiego domowego. Wykorzystam.

poniedziałek, 6 maja 2013

Hanna Cygler w znakomitej formie - W cudzym domu

Mam słabość do Hanny Cygler. Jej styl przypomina mi ten z lat siedemdziesiątych, powieści Muszyńskiej-Hoffmanowej czy Fleszarowej-Muskat. Takie dobre obyczaje. Nikt wtedy nie znał pojęcia 'literatura kobieca', nikt nie nazywał tego też 'romansami', po prostu wiadomo było, bez nadawania łatek i wkładania do szuflad, że powieść obyczajowa, czy to współczesna, czy odwołująca się do dawnych czasów, jest dobra jak kawa pita w niedzielny poranek. Rewolucji nie uświadczysz, ale ile przyjemności.
W ogóle kiedyś wszystko było prostsze, książka się podobała albo nie, co najwyżej zarzucano komuś, że się sprzedał, bo myśli socjalistyczne za bardzo chwali. A teraz kłócą się czytelnicy, środowiska literackie, wydawcy, blogerzy, dziennikarze; jest wszechobecny imperatyw klasyfikowania. Nie wiem, czy to świadczy o większej świadomości, czy zacietrzewieniu? Oczywiście są książki, które powinny prowokować dyskurs społeczny, ale są też takie, które prowokują dobre samopoczucie.

I tu wracam do autorki i jej powieści - W cudzym domu.
Mój ulubiony wiek XIX. U nas akurat zimno, wieje, leje, a ja w kocu w kratę, z psem w nogach, który co jakiś czas wydaje zadowolone pomruki i mi w łydkę łapy wpija, kiedy się przeciąga (to już mniej przyjemne), do tego gorąca kawa lub - to już rozpusta - marcepanowo czekoladowy budyń do picia. Radio Złote przeboje lub Chilli Zet i powieść o dziewczynie, która z Francji przyjeżdża do Polski i dzielnie próbuje sobie jakoś poradzić w niełatwym dla kobiet świecie.
U Hanny Cygler uwielbiam to, że jej postaci są wyraziste, ale jednocześnie niejednoznaczne, co daje czytelnikowi komfort polubienia jednego czy innego bohatera, sekundowania im, ale jednocześnie oni zaskakują na tyle, że nie jest nudno. Od razu pamięta się imiona, wytwarza w głowie obraz tych ludzi, miejsc. Człowiek się zaprzyjaźnia z jednym, kręci nosem na innego, a to go jakaś kobieta denerwuje, a to inny facet zawiódł. Przeżycia, przeżycia.
Mnie się najbardziej podobała część syberyjska, ale to żadna niespodzianka. Gdyby autorka napisała tylko o tym, wcale bym się nie pogniewała. Och jaka pełnokrwista była Wiera, a współ-zesłańcy Joachima, chociaż mało obecni na kartach, nawet do nich można się było 'przyzwyczaić'.
Jedyna wada, to mało zadowalający obraz Szuszkina. Niby w jakiś tam sposób kluczowa postać, sprawca wielu sytuacji, zwrotów akcji, a w sumie nie wiadomo, czy on lubił Polskę, czy nie, bo niby nie, ale jednak tak. Sugestia jest taka, że nie tylko kobieta go do nas przekonała, ale z drugiej strony enigmatyczny to człowiek, a ja bym marzyła o więcej.
Dużo fajnych smaczków z epoki, z obyczajowości, obrazki z mrocznych klatek schodowych, dworków, salonów, garsonier - dla każdego coś ciekawego. A do tego suspens kilka razy.
'W cudzym domu' to powieść udana, zadowoli czytelniczki młodsze i takie jak ja, czyli 'równie młode'.
Cieszę się, że miałam okazję ją przeczytać tak szybko, a to też dlatego, że autorka poprosiła wydawnictwo o wysłanie jej do naszej biblioteki w Donegalu. A tu od razu poszła w tryby czytelniczek, praktycznie każda powieść tej autorki jest zaraz pochłaniana przez wszystkie zapisane panie. W przeciwnym razie czekałabym dopiero do zakupów czyli do lata. Tym większe dzięki. 

wtorek, 26 marca 2013

Zaopiekuj się mną - wspomnienia o Ameryce widzianej z fotela

Ciekawa byłam tej książki z wielu względów.
Po pierwsze dlatego, że przebywałam w USA przez 6 miesięcy w 1990 roku. Poznałam wtedy wiele osób wykonujących prace takie same lub podobne jak wspomniane w książce. Spotkałam też wielu Polaków, którzy odbiegali znacznie od tych, których znałam wcześniej, zmieniała ich ta Ameryka i nic dziwnego, po odmianę przecież pojechali.
Tylko, że nam (byłam tam z mężem), wyrwanym z komuny, bo ona wtedy dopiero skonała, a w naszej głowie jeszcze żywa była, wydawali się Ci ludzie dziwni. Z jednych względów słusznie, z innych nie, po prostu ich nie rozumieliśmy.

Bardzo prawdziwa ta książka. Realiów samego kraju mało, bo też i tytułowa opiekunka mało bywała poza domami swoich podopiecznych. Ale trochę o rodakach było, a najwięcej o starszych ludziach, z którymi te kilka miesięcy spędziła. Starość jest wszędzie taka sama, trochę bogatsza tam, biedniejsza gdzie indziej, ale koniec końców - bezradna, samotna i do niczego.
Dziewczyna z Polski tamtych lat, w trudnej sytuacji finansowej i osobistej, była równie bezradna, samotna i rozedrgana, ale powoli widzimy, jak się zbiera w sobie, jak 'mężnieje' z czasem i wraz z większymi umiejętnościami językowymi, staje się świetnym partnerem dla swoich pracodawców, wręcz darem bożym. Imponowała mi ta Lucyna, że nie została, jak wielu Polaków, na etapie ani be, ani me, że jeździła samochodem, chociaż się bała, że jak mogła dostosowała się do życia w Chicago. A Ameryka potrafi człowieka pożreć żywcem, oj potrafi.
Jedni wracają z tarczą, ale wielu na tarczy. Cieszę się, że Lucy zwyciężyła pod każdym względem.
Żal mi, że ta książka taka krótka, chciałabym wiedzieć, co było dalej, po powrocie do Polski. Jak się miały sprawy w kraju, w czasie, kiedy ona była w Stanach. Rozumiem, że taka jest ta relacja, prawdziwe to zdarzenia, autorka wybiera to, co chce powiedzieć, ale za mało mi było, bo niezwykle dobrze mi się to czytało.
Ta książka jest inna od tych na wpół zmyślonych, na wpół nie, od niemieckich łóżek i londyńskich zmywaków. Dzieje się dawniej, czyli załapuje się w barwy niegdysiejszej emigracji, bez skype'a, internetu w ogóle, bez komórek, smsów, szerokiego zasięgu wymiany informacji, tym większa jest samotność tam, obawa o poczucie porzucenia u bliskich w kraju. List szedł wieki, wiadomości dochodziły z opóźnieniem, czasem mleko już się wylało, kiedy odbiorca dopiero otrzymywał list z wołaniem o radę. Pamiętam siebie, jak pisałam kilometrowe listy, czułam się jakbym na inną planetę wyjechała, a że byłam w tym czasie w ciąży, układ nerwowy miałam na wierzchu, wszystko przeżywałam sto razy bardziej. Także rozumiem Lucy i bardzo ją podziwiam.
Ale uwaga - nie spodziewajcie się tu kompleksowego obrazu Polonii Amerykańskiej typu 'Szczuropolacy' Redlińskiego, to jest bardzo prywatny przekaz osoby, która spędziła tam trochę czasu i wszystko opisuje z punktu widzenia osoby 'uwięzionej' ze starszymi podopiecznymi w ich domu. Nie jest to literatura drogi, rozliczenie emigracji lat osiemdziesiątych, analiza tamtych lat, to po prostu wyjątek z życia zwyczajnej kobiety, która podzieliła się z nami opowieścią o tym.
Lucyna Olejniczak gościła w Dzień Dobry TVN, video do obejrzenia TU


czwartek, 24 stycznia 2013

Stara kamienica, mieszkanki stare, tajemnice też, ale powieść całkiem nowa. I dobra.

Wciąż mi się wydaje, że zaskoczyć mnie trudno, przynajmniej w kwestii czytania.
Okazuje się, że nie tak znowu. Wzięłam do ręki książkę Andrzeja Gumulaka 'Drugie piętro' i wsiąkłam.

Lubię starszych ludzi. Zawsze tak było. Przyjaźniłam się, oczywiście na odpowiednim poziomie, z rodzicami niektórych moich przyjaciółek, zawsze lgnęłam do towarzystwa bardziej doświadczonych, a ich opowieści zawsze mnie interesowały.
Nic więc dziwnego, że jak tylko zorientowałam się, że głównymi bohaterkami są dwie kobiety w wieku mocno balzakowskim - Lidia i Helena, pozostało mi tylko umościć się wygodnie, bo zapowiadała się uczta.
Lidia to emerytowana baletnica i nauczycielka baletu. Helena niegdysiejsza diva operowa. Obie zetknął los jeszcze na początku wojny, razem przyjechały do Warszawy i zaczęły pracę w tym samym teatrze. Prawie siostry. Co więc się stało, ze teraz jedna mieszka na drugim piętrze, druga na trzecim, nie rozmawiają ze sobą od wielu lat i działają sobie na nerwy? U Lidii mieszka młody dziennikarz, zaczynający dopiero karierę w stolicy, ale już o dosyć ugruntowanej pozycji, do tego w dziele kulturalnym, czyli to, co tygrysy lubią najbardziej. Lidia traktuje go nie tylko jak lokatora, ale prawie jak rodzinę. Zresztą swojej nie ma. Pewne upalne wczesne popołudnie zmieni bieg wydarzeń i będzie przyczynkiem do wzmożonych działań, a te znowu przywiodą wspomnienia i dowiemy się czegoś więcej o tym, co działo się w czasie wojny, wczesnych latach PRL, a także skąd ta niechęć obu pań.
Powieść ma atmosferę gawędy starszej ciotki albo sąsiadki. Nie jest jednak płaczliwa, ani pełna jęczącego rozpamiętywania, jesli tego się obawiacie. Lidia, chociaż ledwo człapie, wciąż przekrzywia jej się peruka (zawsze miała słabe włosy), ma pełno energii i pomysłów na życie. Nie biadoli, tylko działa. Najpierw jesteśmy przekonani o jej dobrych intencjach, potem tracimy to przekonanie, a jak się ostatecznie okazuje, musicie doczytać sami (całkiem jak w tej reklamie cyfryzacji - a mordercą jest...)

Powieść jest po prostu dobra. Czyta się gładko, wprawdzie zastanawiało mnie, czy trzeba tak ciągle trzymać nas w 'niepewności' skoro i tak podejrzewamy, o co chodzi, ale potem sobie odpuściłam - taka wola autora, niech mu. Zresztą nie to mnie najbardziej frapowało, co ukryte, tylko co dalej ze starszymi paniami. Do tego wspominki PRL-owskie - uwielbiam, wojenne - nie wiem, czy nie bardziej. 
Polecam z czystym sumieniem i będę wyczekiwać kolejnych powieści tego autora.

Na koniec spytam - czy możecie mi wyjaśnić, co jest na okładce. Co ona ma na ramieniu?

niedziela, 30 grudnia 2012

Kronika zapowiedzianej zdrady

Nie wiedziałam, czego się spodziewać. Właściwie szczerze mówiąc, nie myślałam o tym, po prostu potraktowałam tę powieść jako lekkie czytadło, bo wcześniejsze takie były, a ja przed samymi swiętami takich właśnie szukałam. Wzięłam do ręki i z marszu dostałam między oczy. Od razu zorientowałam się, że nie będzie lekko, nie będzie fajnie, nie będzie wesołych obrazków z wiejskich pensjonatów, kobiet, którym się same sklepy otwierają, a przyjaciele walą drzwiami i oknami.

I dobrze.

W zamian dostałam dobrą powieść, dojrzałą, kobiecą, nic nie udającą, świetnie napisaną kronikę zdrady.
W zdradzie nie ma nic pięknego, nie można tam wstawić wesołych wstawek, ujutnych obrazków, bo się po prostu nie da.
Zdrada zawsze jest klęską. Zawsze ma ojca i matkę, przeważnie polega na tym, że ludzie, którzy się ze sobą wiążą, mają inne oczekiwania, inne plany i cele i nie mają ani mądrości w sobie, żeby to zauważyć, ani wreszcie odwagi, kiedy już się zorientują, żeby się do tego przyznać. W przypadku bohaterki powieści jest łatwiej, bo nie ma dzieci, gdyby były, książka musiałaby mieć dwa razy więcej stron. Dobrze, że tak nie jest, bo skoncentrowanie się na parze dwojga ludzi, którzy budują (?), a potem rozwalają związek, jest bardzo ciekawe i pewnie dla niektórych pouczające i oczyszczające. Zresztą mamy tu trzy zdrady, bo jeszcze i wątki poboczne też nam dodają dużo w tym temacie. Bardzo to ciekawe.
Książka szczera, chociaż nie sugeruje, że oparta na faktach z życia. Szczera w tym względzie, że niczego nie próbuje kamuflować, tłumaczyć, zdrada to zdrada, związek do kitu, to związek do kitu, a inercja, jest po prostu tym czym jest i nie ma na nią usprawiedliwienia. Jest tylko nadzieja, że się kobieta lub mężczyzna obudzą  z letargu i coś uczynią, bo tak dalej być nie może.

Magdalena Witkiewicz bardzo mnie zaskoczyła tą powieścią, odeszła daleko od wizerunku pisarki łatwej i przyjemnej, na rzecz bardziej wymagającej literatury kobiecej. Nie ma nic złego w czytadłach, ale w moim wieku nie ukrywam, że szuka się już czegoś więcej niż ukrytych za bluszczem domów.
Bardzo smakowita to była lektura, chociaż z łyżką dziegciu, chociaż może niełatwo, naprawdę warto, jak mawia klasyk. Zresztą panowie też by mogli poczytać, dowiedzieliby się więcej o kobietach.  Polecam.

Dodam, że jest ładnie wydana, miła dla dłoni faktura okładki i bardzo poręczna, bez problemu zmieści się w damskiej torebce. Wszystko w niej jest takie ciepłe i puchate, jakby miało złagodzić treść.

sobota, 15 grudnia 2012

Wakacje z duchami - Jestem blisko

Trzy kryteria przesądziły o wyborze tego tytułu do czytania:
1. Dzieje się w Irlandii, a ja zawsze śledzę, co się wydaje w Polsce o tej tematyce
2. Autorka polska, lubię polskie
3. Miało być lekko i przyjemnie, bo się ostatnio zawaliłam poważnymi tematami do przemyśleń (u Tyrmanda w Dzienniku o komunie, w Korektach o życiu i starości).

Pomyślałam sobie - będzie tego. Rozrywki mi trzeba.
Książka budzi różne emocje w sieci, tym bardziej trzeba sprawdzić.
Najsamprzód, mam nadzieję, że się autorka nie obrazi, powiedziałam sobie, że ta powieść będzie głównie lekka, przyjemna, na zasadzie 'oddech wojownika' - nie oczekiwałam Prousta, chociaż momentami dostałam Ulissesa. Tego mi trzeba było, świadomie ją wzięłam ze stosu, toteż do nikogo nie miałam pretensji, że nie była to rozprawa filozoficzna.
Pierwsze, co mi się rzuciło w oczy, że się tak wyrażę, to podobieństwo do moich wczesnych lektur, takich jak Pan samochodzik, Kapelusz za sto tysięcy, Zaginiony talizman itp. Nie chodzi tu o zniżenie się do poziomu dziesięciolatka, raczej o typ 'afery', że bohaterowie gdzieś jadą na wakacje, czy w innych niewinnych celach, a spotyka ich coś niespodziewanego i się dzieje - policja (wtedy milicja), tropy, gubienie śladów, zagadka, a w tle inne zdarzenia. I tu mamy dorosłą wersję takiej właśnie powieści.
Jest też inna rzecz, która mi młodość przypomina i moje pierwsze zachwyty powieściami Chmielewskiej, gdzie autorka czyniła siebie bohaterką, nawet jeśli nie były one identycznie i nie były to przygody samej autorki, i tak wydaje się czytelnikowi, że dostępuje zaszczytu zajrzenia do wspomnień, do prawdziwego życia, jakby się z nią przyjaźnił. Na własny użytek nazywam to 'zabiegiem chmielewskim'.  Podobało mi się to, bo też i podobała mi się Lucyna i jej partner Tadeusz. Fajna para.
Czyli dobra nasza, mamy bohaterów, których lubimy, mamy Irlandię, którą kochamy, aferę, dobrą herbatę, psa w nogach, choinkę w kącie i pierniczki kupne marki Lidl.
Chrzanić, co kto tam gada, czy to wysokich lotów, niskich, krzywych czy wirujących - Lucyna Olejniczak podarowała mi kilka godzin lektury, która mnie zrelaksowała. Czasami tylko o to mi chodzi i pod tym względem nie zawiodłam się.
Jeśli idzie o realia Zielonej Wyspy, wprawdzie wychudzonych krów i koni nigdzie nie widziałam, ale podobno na południu występują, więc czepiać się nie będę. Reszta wiarygodna. Jedynie mnie nazwy zastępcze dla partnera irytowały, bo ja nie lubię, kiedy ludzie mówią o swoim facecie - mój luby, mój miły, kochanie moje lub zdrobniale (to ostatnie tu nie występowało), ale to już moje osobiste dziwactwo, nie ma nic wspólnego z oceną książki. Jedno mnie tylko dziwiło, bardzo zimne lato musiało być, kiedy autorka wizytowała Irlandię, bo tam się wszyscy ogacali jak na zimę. Biorąc pod uwagę, że na południu jest cieplej niż u mnie na północy, dziwiły mnie te wszystkie kurtki, swetry, czapki, wiatry i deszcze doprowadzające do choroby. W czerwcu? No chyba, że...

sobota, 17 listopada 2012

Maeve Binchy - Heart and Soul - czy polskie żelazko ma duszę?


Bardzo byłam jej ciekawa, bo po pierwsze była wydana po długiej przerwie, która okazało się była spowodowana chorobą serca autorki, po drugie jedną z bohaterek Maeve uczyniła Anię, dziewczynę z Polski, a po trzecie - kocham tę pisarkę i czekam na każdy jej nowy tytuł. Wprawdzie zmarła, ale zanim - oddała do druku ostatnią swą powieść i w te święta ostatni raz będę trzymać w rękach coś nowego od niej.W tym całym zdaniu 'ostatni' jest najsmutniejszym słowem.

Nie wiem, czy to stan autorki tak wpłynął na książkę, ale akurat ta była trochę ckliwa, a najgorsze, że miało się wrażenie, że ona tą książką żegna się z czytelnikami. To wszystko nie znaczy, że ta powieść jest zła, ale lekko inna, zupełnie jak nie jej. Binchy zawsze pełna uśmiechu, teraz wydawało się, że pisze z łezką w oku. Przedwcześnie się martwiła, bo jeszcze kilka lat po jej wydaniu przeżyła, a i dwie powieści zdążyła napisać.

Akcja kręci się wokół nowo powstałego oddziału opieki nad pacjentami po zawałach i z innymi przypadłościami związanymi z sercem, jak to się tu nazywa out-patient, czyli wychodzisz ze szpitala, ale jesteś monitorowany przez jednostkę, która cały czas dba o to, żeby drugiego zawału nie było. Porady dietetyka, ćwiczenia kardio, regularne kontrole - to główne zadania. Szefową kliniki zostaje Clara, która jest w trakcie rozwodu. Dołączają do niej pielęgniarki, lekarz Declan i Ania, którą spotyka przypadkiem i okazuje się, że jest miejsce dla młodej Polki, która przyjechała do Irlandii w wyniku okoliczności natury osobistej, przykrych - dodawać chyba nie trzeba.

Jak to u Maeve Binchy, dowiadujemy się, co u jednych, co u drugich, u ich rodzin, losy różnych ludzi się przeplatają i tu najbardziej widać to żegnanie się autorki z czytelnikami, bo wprowadza nam bohaterów z innych powieści, a to właściciele restauracji Quentins z 'Jej największa miłość' (durne tłumaczenie tytułu, który stanowi po prostu nazwę restauracji), a to ksiądz z 'Głogowego gaju', a to pielęgniarka Fiona z 'Nocy deszczu i gwiazd', para prowadząca firmę kateringową z 'Miłość i kłamstwa' (kolejne nietrafione tłumaczenie). No, czyż to nie jest przegląd książki adresowej w celu powiedzenia 'żegnam'?

Ania jest jedną z kluczowych postaci, ale niestety jej losy, a raczej opis jej sytuacji i życia rodzinnego jest bardziej irlandzki niż polski, czego nie dało się pewnie uniknąć. Jak to mówiła Jane Austen do swojej bratanicy - nie pisz o Irlanczykach, bo nie masz o nich pojęcia. To samo powinien ktoś powiedzieć Maeve - nie zagłębiaj się w Polskie obrazki, bo polegniesz. Nie było tak źle, ale trąciło prowincją irlandzką raczej, a na dodatek autorka zrobiła jednego babola - napisała, że Ania kiedyś prasowała uszyte przez mamę ubrania żelazkiem, które stawiało się na kuchni, żeby je zagrzać. A Ania jest młoda i przebywa w Irlandii teraz, więc to niemożliwe, żeby nawet 10 lat wcześniej prasowała żelazkiem z duszą. Autorka chciała wykazać, jak im było ciężko, ale posunęła się o jeden most za daleko. Podobno miała polską konsultantkę, no cóż, nie wykonała ona swojej roboty jak należy.

Reasumując, dla oddechu od czegoś poważniejszego, idealna, ale niestety nie najlepsza w dorobku pisarki. 


czwartek, 27 września 2012

Zupa za lekko strawna, wbrew tytułowi

Lubię powieści Moniki Szwai, za ich dobre fluidy, za pogodę, za lekkie historie, które zawsze się dobrze kończą. Wiem, że to może dla pisarki okropne, ale sięgam po nie zawsze w okresie obniżonego poziomu stresu, kiedy nastrój wisielczy i na nic innego człowiek nie ma ochoty. Nigdy mnie nie zawiodła.
No cóż, ale zawsze jest pierwszy raz, mam nadzieję, że ostatni.
Książka napisana sprawnie, jak to u Pani Moniki, nie ma się czego czepić, tylko temat moim zdaniem potraktowany trochę zbyt lekko, zbyt strawnie, jak na jego wagę.
In vitro budzi u nas wiele emocji. Jestem za, deklaruję krótko i nie wchodzę w szczegóły światopoglądowe, bo nie miejsce po temu. Inaczej sprawa się ma, moim zdaniem, jeśli chodzi o surogatki. Już nie potrafię tak zdecydowanie opowiedzieć się na tak, czy na nie. Niby rozumiem motywy działania i decyzji, po jednej i po drugiej stronie, ale uważam, że tam gdzie dwa istnienia, a nawet więcej, bo dwie matki, dziecko przynajmniej jedno, do tego mąż, czasem dwóch, to już się robi tłok, który jest kłopoto-twórczy. Tu się musi coś schrzanić.

Ciekawa byłam, jak Monika Szwaja podejdzie do tematu, szczerze mówiąc spodziewałam się tym razem poważniejszej lektury. Niby wiem, że o wszystkim można opowiedzieć lekko, ale bez przesady.
Zdaję sobie sprawę, że to masło maślane, bo sięgam po jej książki, żeby się odstresować, a potem zarzucam, że się za mało stresowałam podczas czytania, ale o ile perypetie miłosne kilku kobiet są łatwe do opisania w ten czy inny sposób, to sprawa poglądów na temat życia poczętego, już nie jest taka łatwa i elastyczna do tego, żeby ją w ramy 'skocznej piosenki harcerskiej' ująć.
Bohaterowie powieści są jednowymiarowi, jak fajowski, to po prostu super, od razu ma przyjaciół, nawet jak się nie stara; jak obrzydliwy to do imentu i nawet nie wiemy dlaczego, wychodzi na to, że tak bo tak. Matka poddająca się in vitro, a potem szukająca surogatki, niby ma obiekcje, stąd zarzucenie prób zapłodnienia, ale przychodzą one z czasem, po dość długim okresie bezrefleksyjnym i trochę do mnie metoda uświadomienia sobie problemu, nie trafia.
Powieść ma klimat, ale on się nie klei do tematu, gdyby była o tym, jak młodym ciężko startować w dorosłe życie, nie byłoby się czego czepić, może tylko tego, że wiele sytuacji z tragicznych podejrzanie łatwo przechodzą w szczęśliwe.
Zresztą nie wiem, może to jest po prostu powieść pt. 'życzę wam wszystkiego najlepszego, jakoś to będzie', a nie pt. 'zobaczcie, jak życie potrafi czasem dokopać'. Może moje doświadczenia, obserwacje przeszkadzają w dziewiczym odbiorze książki? Znowu okazałam się za stara? Ale przecież autorka też nie jest dwudziesto-kilkulatką, mogłam się od niej spodziewać optymizmu, ale może też i większej powierzchni stycznej z rzeczywistością. Mogłam czy przesadzam?
Czytałam uszami, dzięki temu nie miałam ochoty odłożyć i nie wracać, ze słuchaniem jest trochę inaczej, nie siedzi człowiek i nie ślepi, tylko robi co innego i mimo chodem dostaje historię zapodaną do ucha. Przeważnie, kiedy słucham innych powieści, ciekawa jestem, co dalej, cieszę się na jazdę samochodem czy szorowanie prysznica w najmniejszych szparach, bo interesuje mnie, co też się wydarzy w kolejnym rozdziale? Poza tym lubię powieści, w których mam przynajmniej jednego bohatera, który mnie do historii przywiązuje emocjonalnie - lubię go lub wręcz przeciwnie, zaskakuje, denerwuje, nie jest mi obojętny. Tutaj nic takiego nie miało miejsca, nie było chemii między powieścią a mną, czyli czytelnikiem. I to jest chyba największy mój zarzut. Ale jak to z chemią bywa, u mnie nie zaiskrzyło, ale u innych może tak, więc nie polecam, nie odradzam, przekonajcie się sami.

poniedziałek, 23 lipca 2012

Dziesiątka na maksa - układamy listę czytadeł

Agnesto zaprosiła mnie do ułożenia listy dobrych czytadeł, ją z kolei poprosiła o to jej blogowa koleżanka Klaudia, tutaj są szczegóły i ten post. Nie ma sprawy, mogę podać kilka tytułów, fajnie, że mnie zaprosiłyście, lato sprzyja takim zabawom. Oczywiście nie ma takiej możliwości, żebym w dziesięciu punktach zmieściła wszystkie tytuły, które uwielbiam i warto przeczytać, podaję więc te, które mi do głowy przyszły pierwsze. Uwaga, nie wszystkie będą nowościami, specjalnie starałam się wynaleźć takie, o których mogłyście nie słyszeć, ale coś tam kiedyś, ale nie pamiętacie już o nich. Dziwna to będzie lista, ostrzegam, od sasa do lasa, kilka książek, które mnie urzekły na różnych etapach mojego czytelniczego życia i z jakichś powodów zostały w pamięci. Kolejność przypadkowa.

1. Fred Mustard Steward - Tytan. Napisał też świetną Wyspę Ellis, ale chyba w Polsce była jako serial, a jako książka dostępna jest tylko po angielsku.

2. Maeve Haran - Mieć wszystko! Czytałam ją w wieku dwudziestu kilku lat, chyba ze trzy razy (ale nie jest ona skierowana do młodego czytelnika), uwielbiałam tę powieść. Mam ją na półce, ale boję się do niej wrócić, nie wiem, jakbym odebrała teraz. Na Allegro jest za grosze.

3. Anatolij Rybakow - Dzieci Arbatu 4 tomy. Lubię rosyjskie klimaty, tutaj będzie jeszcze wiecej

4. Krystyna Nepomucka - jej seria Doskonałe /Niedoskonałe. Lubię stare polskie klimaty, powojenne osiedlanie się na Ziemiach Odzyskanych, praca, życie, powrót do normalności.

5. Stanisława Fleszarowa-Muskat Pasje i Uspokojenia. Wybrana na chybił trafił, bo ja lubię jej wszystkie powieści

6. Maeve Binchy - Droga do Tary. Też wybrałam losowo, bo i jej W kręgu przyjaciół, i Noce deszczu i gwiazd, wszsytkie po prostu są świetne

7. Aksionow - Moskiewska Saga. Kultowa trzytomowa saga o rodzienie radzieckiego lekarza. Też świetny serial

8. Moja ukochana - Pokonani - Irina Gołowkina. Co się dzieje po wybuchu rewolucji październikowej z arystokracją

9. Jacqueline Susanne - Dolina lalek, Bez zobowiązań i Raz to za mało. Przedwcześnie zmarła pisarka amerykańska, trzy dobre czytadła, pierwsza powieść absolutnie kultowa.

10. Anne Rivers Siddons - Uciekłam na wyspę. Ale i tu mogę polecić wszystkie tej autorki

Udaję, że mi się numerki nie skończyły i podaję jeszcze kilka
- Mr. Pebble i Gruda - Ziomeckiego (!!!)
- Bikini - Wiśniewski
- Medicus i Szaman - Noah Gordon (wszystko zresztą)
- Hanna Cygler, co Wam nie wpadnie w ręce
- Zofia Stulgińska - Gruszki na wierzbie, Mąż z ogłoszenia, Czeki bez pokrycia
- Rodzina Muskatów i druga - Cienie nad rzeką Houston - Singera
- Bracia Dalcz i S-ka - Dołęgi Mostowicza
- Buddenbrookowie - Thomasa Manna

Ja bym tak mogła bez końca, lepiej zakończę tę nierówną walkę :-)

To jest strasznie frustrujące, kiedy się człowiek orientuje, że i tak wszystkiego innym nie przekaże, kiedy go o coś takiego pytają. Idę sobie kawę zrobić.

Poproszę o dopisanie swoich tytułów:

Bookfę
Papryczkę
Książkowca
Dabarai
Padmę
Joannę - Kalio


poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Nie ma to jak dobre babskie czytadło na przełamanie impasu.

Przynajmniej ja tak mam, że jak mi czytanie idzie opornie, to powinnam odłożyć wszystko, co mam pod ręką i wziąć z półki coś zupełnie niezaplanowanego i najlepiej gwarantującego dobry 'poślizg' przy czytaniu, żebym znowu nie utknęła.
Szczęśliwie złożyło się, że pocztą przyszła najnowsza powieść Hanny Cygler 'Bratnie dusze'. Ta autorka nigdy mnie nie zawiodła, jeśli coś ma pójść szybko, jeśli guilty pleasure, czyli jak dobra paczka cukierków zjedzona w ukryciu, to tylko babskie czytadło, z dużym wątkiem romansowym, równie dużym tajemniczo-kryminalnym, damską przyjaźnią, o której wszyscy marzymy, to tylko ona.

Nie zawiodłam się. Na początku czytałam i myślałam - co ja tu tak o tych romansach, co mnie to obchodzi? Jak człowieka tumiwisizm połączony ze stresem egzystencjalnym opanują, to nie ma zmiłuj. Ale zaczęłam się wciągać, bo i ta miłość nieoczywista, i intencje też niejasne, to ciekawość zżera, co dalej?

Michalina (imienniczka mojej córki, więc od razu uszu nastawiłam :-), Aldona i Weronika przyjaźnią się od lat. Pierwsza dziennikarka kulturalna, dwie kolejne są malarkami. Przy okazji wystawy, którą zorganizowała Weronika dla siebie i Aldony, ta ostatnia poznaje mężczyznę swojego życia. Wdowa, z dorosłą prawie córką Mają, sprawiającą kłopoty wychowawcze, jak to dorastające córki (mnie jakoś ominęło, ciekawe, czy jeszcze dopadnie?), wpadła w ten romans od razu obiema nogami. Zaniedbuje przyjaciółki, a te najpierw się boczą, ale potem zaczynają martwić. Same też mają różne życiowe zawirowania, Weronika nawet, wydaje się większe niż Ada, ale o tym wszystkim dowiecie się już z książki.

Hanna Cygler zawsze pisze jakby od niechcenia, żadnego zadęcia, czasem wydaje mi się, że jakoś to wszystko za prosto idzie. Ale zaraz zaczyna się komplikować i już człowiek nie może książki odłożyć. Czyta się szybko, zawsze zostaje dobre wrażenie. Warto mieć jej powieści w zanadrzu, zawsze kiedy Was weźmie ochota na coś lekkiego do czytania, będzie jak znalazł. Mnie dodatkowo przyciąga fakt, że dzieje się w realiach polskich, co dla kogoś mieszkającego zagranicą tyle lat, jest dodatkowym smaczkiem.

Poza tym książka jest pięknie wydana. Chociaż ma kobietą stojącą tyłem, patrzącą w okno, tym razem nie będę się tego czepiać. Chociaż uważam, ze graficy mogliby sobie już te kobiety patrzące w dal, stojące lub siedzące tyłem, darować. Czyżby naprawdę nie było innych motywów do wykorzystania?