Dzisiaj mija pięć lat od dnia, kiedy poczyniłam pierwszy wpis na blogu, jeszcze na platformie Blox, na której zresztą nadal piszę (ukazują się tam te same wpisy, co tutaj).
Urodziny bloga świętowałam w teatrze, który gościł dzisiaj trupę z Abbey Theatre w Dublinie. Na afiszu sztuka 'Slive' dwudziestowiecznego dramaturga irlandzkiego Johna B. Keane'a.
Poczytałam trochę o niej i wiedziałam, że to coś dla mnie, bo jestem wielką admiratorką teatru klasycznego, może to i paszteciarstwo, ale co poradzę? Oczywiście oglądam spektakle awangardowe, ale nie wzruszam się na nich tak, jak na Szkole żon, Wiśniowym sadzie czy ostatnio spektaklu Teatru Telewizyjnego TVP pt. Brunch.
Nie udało mi się zrobić zdjęć scenografii, nie chcieli tego, więc światła były cały czas przygaszone, nawet podczas przerwy. Sztuka długa, trzy godziny, przerwa zaledwie 15 minut, więc prawie cały ten czas przeznaczony na spektakl.
Scenografia klasyczna, typowe pomieszczenie w irlandzkim domu początku XX wieku. Wielkie palenisko, wysokie, człowiek mógłby tam wejść bez problemu. Na specjalnym podwieszeniu kociołek na zupę, obok duży żeliwny czajnik i garnek do pieczenia chleba. Stara kobieta siedzi blisko ognia, pali fajkę.
Młoda krząta się po kuchni, mąż zaraz wróci z pracy, szykuje posiłek. Pod stołem kuchennym worki z mąką, ziarnami, woda w wiadrach, mleko w kance. Od razu wiadomo, że to farma, irlandzka wieś.
Synowa i teściowa bardzo się nie lubią.
Najpierw do domu wraca ze szkoły młodziutka, przepiękna dziewczyna. Zaaferowana opowiada, że szkolna furmanka znowu straciła koło, że musiała iść z daleka. Jeszcze dziecko, chociaż wygląda już coraz bardziej jak kobieta.
Babka z dziewczyną znikają w czeluściach domu, a na scenie pojawia się mężczyzna, który szybko okazuje się swatem przychodzącym z misją specjalną. Bogaty farmer, strasznie już leciwy, chce żony i Sive wyjątkowo się nadaje i bardzo mu się widzi. Za to zamążpójście rodzina dziewczyny dostanie 200 funtów, a swat 100. Majątek!
No i zaczyna się - festiwal obłudy, pazerności, ale też i trudnej, drastycznej prawdy, na co mogą sobie pozwolić ludzie biedni. A raczej czego absolutnie nie mogą mieć - marzeń i prawa wyboru.
Dziewczyna ma oczywiście ukochanego, który jest biedny, ale robotny.
Uwaga, dla moich znajomych z Dublina i innych miejscowości, gdzie zawita ta sztuka (między innymi Cork, Limerick), jeśli zamierzacie to obejrzeć, nie czytajcie dalej, będzie spoiler.
Nie chodzi tu o fabułę, bo bardzo łatwo można sobie wyobrazić, że nie kończy się to dobrze, dziewczyna popełnia samobójstwo w przeddzień ślubu.
Głownie fascynujące jest pokazanie, jak dochodzi do całej sytuacji. Rozmowy ciotki i wuja, który na początku jest przeciwny. Kolejne odwiedziny swata i bogatego farmera. Błagania dziewczyny, żeby jej tego nie robili, tłumaczenie ciotki, jakie jest życie i dlaczego kobiety z ich pozycją muszą poddać się losowi. To wszystko przerywane wizytami wędrownych handlowców, którzy przynoszą wiadomości w formie śpiewanej w towarzystwie energicznych uderzeń w irlandzki bęben.
Z takimi sztukami jest jak z oglądaniem po raz setny kolejnej inscenizacji Moliera, Czechowa czy Gogola. Niby wiemy, co się stanie, co musi mieć miejsce, bo takie po prostu było życie i już, ale i tak z zapartym tchem śledzimy akcję z nadzieją, że a nuż widelec tym razem będzie inaczej, może oni jednak nie wezmą tych pieniędzy, może ten stary sam się wycofa, albo młody porwie dziewczynę i uda im się wziąć potajemnie ślub? W życiu takich zakończeń raczej nie bywa, więc i tu nie ma. Żadnego słodzenia i schlebiania publice, to nie komedia.
Bardzo dużo emocji, Irlandczycy są zdystansowani na zewnątrz, ale jak widać w czterech ścianach swojego domu w takich razach iskrzy.
Najbardziej podobała mi się żywiołowa reakcja publiczności. Chwilami zachowywali się jak dzieci. Kiedy swat przechwycił list do Sive z rąk jej wuja i otworzył kopertę, z wielu gardeł wyrwało się 'Oł noł'. Potem pokrzykiwali, kiedy mężczyźni walczyli o ten list, mruczeli z dezaprobatą, kiedy go czytali, wreszcie kiedy zdecydowali się go spalić, słychać było oburzenie. Byłam w euforii, w Polsce to się chyba nie zdarza, przynajmniej nigdy nie byłam tego światkiem. Przypomniały mi się spektakle w moim rodzimy teatrze, kiedy byłam jeszcze dzieckiem i wszyscy krzyczeliśmy, żeby zły czarodziej zostawił królewnę. Aż miałam łzy w oczach.
Spektakl często przerywano oklaskami, z emocji, z uznania dla wyjątkowej sceny. Aktorzy zamierali wtedy na chwilę, wyczekiwali końca, a wyglądało to jak stary obraz. Umieli skubani się ustawić.
Najpiękniej wypadła scena finałowa, kiedy młodzieniec przynosi Sive do domu i kładzie ją na wielkim stole. Mokra, martwa, z włosami spływającymi ku podłodze, ułożona tak, że wyglądała zjawiskowo i malowniczo. Niewinność ujarzmiona, a jednak wolna. Uciekła im. Potem jeszcze była zatrzymana w kadrze poza starej kobiety nad wnuczką, cierpienie, ale i pogodzenie się z tym, że życie po prostu takie jest, ciężkie, raczej przynoszące więcej trosk niż radości.
Przez prawie trzy godziny dużo krzyku, emocji, a na koniec przejmująca cisza i powoli zapadająca ciemność. W tej szarości długo nic.
Piękny wizualnie, przejmujący obrazek.
Bardzo udany wieczór. Tym bardziej, że poprzedzony radosnymi przygotowaniami makijażowo muzycznymi, wizytą w Boots, gdzie odwiedziłam wymarzone perfumy, malutkim, takim tycim zakupkiem :-) urodzinowo blogowym powiedzmy, no i kolacją z dziewczynami, gdzie rozmowom końca nie było (aż dziw, że cokolwiek zdołałyśmy zjeść).
Oby więcej takich chwil.
All photos are from Abbey Theatre Website
http://www.abbeytheatre.ie/whats_on/media/abbey-theatre-on-tour-sive
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Irlandia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Irlandia. Pokaż wszystkie posty
sobota, 25 października 2014
sobota, 5 kwietnia 2014
Quietly - o wielkich sprawach, wielkich dramatach czasem mówi się po cichu.
Wirus, cholerstwo jakieś, jak kochanek erotoman, ciągnie mnie do łóżka codziennie o wczesnej porze, nie udaje mi się go zwalczyć, chociaż coraz to nowe kuracyje stosuję.
Przez to nie czytam, nie piszę, nie bywam w sieci, chyba, że na chwilę. Za to śpię tyle, że dostałabym rolę jednego z krasnali w przedstawieniu o Królewnie Śnieżce bez problemu, bez interwiew nawet.
Czytać, nie czytam, ale ostatnio przeglądałam listę w Kindlu, co to ja tam mam i się za głowę złapałam, bo książki niezwykle zacne, a ja zapomniałam, że je tam wrzuciłam. A wszystko przez to, że nie ma okładek, nie stoją na półce, lista do człowieka tak nie przemawia, nie woła, no to człowiek niby wie, że je ma, ale ich nie ma na uwadze. Okropne to jest. Nawet sobie kombinowałam, ze może jakiś folder sobie kupię, taki namacalny, koszulki plastikowe i będę drukować okładki,żeby wiedzieć, jakie ebooki to ja ostatnio nabyłam. Powstrzymuje mnie od tego tylko fakt, że to strasznie pracochłonne i niestety kosztowne by było. Jednak tusz do drukarki nie włosy, na głowie nie rośnie.
Z tego wszystkiego do tej pory, chociaż to już tydzień, nie udało mi się Wam napisać o sztuce, na którą wybrałam się w zeszły piątek. W nasze strony zawitał Abbey Theatre z Dublina, to coś w rodzaju naszego Teatru Narodowego, gdzie dba się szczególnie o klasykę, ale też i wprowadza współczesne sztuki rodzimych autorów.
Owen McCafferty to współczesny dramatopisarz, który zajął się tym razem problemem zrozumienia, wybaczenia i radzenia sobie z traumą w post-domowo-wojennym Belfaście, chociaż pewnie można by to przenieść na całą Północną Irlandię, która teraz przechodzi trudny proces gojenia ran po długo trwającym i czy zakończonym (?) konflikcie wewnętrznym.
Chyba nie ma nic gorszego od sytuacji, kiedy przeciwko sobie stają sąsiedzi, bracia, znajomi ze szkoły. Tylko dzielnica, wyznanie, przynależność klanowa determinują ich wzajemne stosunki. To wiele, chociaż gdyby spojrzeć na dwóch nastolatków, nie powinno to wszystko być dla nich aż tak istotne, żeby się nawzajem zabijać. Bo dla młodych ludzi, nie ustalonych światopoglądowo, liczy się w tym okresie co innego. No, ale to wtedy, kiedy nie ma silnych wpływów środowiska, a tam przez dziesięciolecia dużo bardziej liczyło się, w jakim środowisku i wyznaniu urodził się człowiek.
Punktem wyjścia do poszukiwań związanych z późniejszym powstaniem dramatu były badania na temat ilości samobójstw, informacja, że właśnie w Północnej Irlandii, szczególnie w Belfaście ilość ich, a także ilość osób leczących się na depresję, jest niewspółmiernie większa w stosunku do innych krajów Europejskich.
Podobno taka sytuacja jak w tym dramacie zdarzyła się naprawdę.
W pubie w Belfaście spotyka się trzech mężczyzn. Barman, Polak emigrant, dwóch gości umówionych wcześniej na spotkanie. Na zewnątrz pubu, na ulicy, niepokoje, do których tak przyzwyczajeni są ludzie tam żyjący, chociaż uważam, że akurat do poczucia zagrożenia, z jakim trzeba się zawsze liczyć podczas takich zajść, nie można na dobre przywyknąć. W środku mecz Polska-Północna Irlandia.
Mężczyzna i barman dyskutują na temat piłki nożnej, takie męskie rozmowy. Do pubu wchodzi trzeci mężczyzna i zaczyna się psychodrama. Okazuje się, że obaj goście są w jednym wieku i w przeszłości zdarzyło się coś, w co obaj byli bezpośrednio i pośrednio zaplątani, co zaważyło na całym ich życiu.
Niełatwa to rozmowa, chyba nie muszę tego mówić. Ale jak emocjonująca dla widza, jak ważna dla wielu, bo tutaj te rany są wciąż zaognione.
Z moim mężem pracuje kobieta, która jako młoda dziewczyna w Belfaście pół klasy straciła w bójkach, zamachach bombowych, działaniach zbrojnych IRA. Kiedy o tym mówi, ma zawsze łzy w oczach, czerwone plamy na szyi, suche gardło. Objawy najwyższego stresu pojawiają się już przy pierwszych słowach, zawsze krótkiej i lakonicznej opowieści.
W kulturze anglosaskiej nie ma miejsca na wywalanie flaków, na wywnętrzanie się ani znajomym, ani nieznajomym, nie przerabia się wielokrotnie tematu, nie epatuje swoim bólem, traumą, co powoduje, że Ci ludzie, wielokrotnie naznaczeni strasznymi wspomnieniami, nie dają sobie z tym rady.
Stąd depresja, stąd samobójstwa, stąd ta sztuka, próba omówienia problemu, wiwisekcji, wywrócenia wszystkiego do góry nogami, obrócenia w popiół, żeby potem pozbierać się na owo.
Bardzo to było dobre i cieszę się, że uparłam się na to jechać taki kawał, chociaż do ostatniego dnia myślałam, że idę na tę sztukę sama, bo znajomi nie bardzo byli zainteresowani tematem, albo nie mieli czasu. Cieszę się, że mogłam dzielić to doświadczenie z dwiema koleżankami, że mogłyśmy o tym potem pogadać, bo tyle emocji ciężko by mi było przerobić w pojedynkę.
Akcent polski, czyli grający barmana Robert Zawadzki, chociaż nieznany mi z polskich ról, bardzo dobrze wpasował się w przedstawienie.
Patrick O'Kane i Declan Conlon (wszyscy podlinkowani do swoich profili na stronie teatru) mogą poszczycić się wieloma rolami w teatrach irlandzkich, ale i w produkcjach międzynarodowych, takich jak Gra o Tron czy Borgiowie. Fenomenalnie zagrali, momentami aż serce zwalniało z emocji.
Może tym bardziej, że scena nasza jest kameralna, sztuka też i to wszystko mieliśmy na wyciągnięcie dłoni. Wydawało się, że również jesteśmy gośćmi w tym pubie.
Bardzo klimatyczna scenografia to wrażenie potęgowała.
Po spektaklu odbyło się spotkanie z autorem sztuki i aktorami. Ciekawe rozmowy o tym, co się dzieje i działo w Północnej Irlandii, o tym, jak człowiek, społeczeństwo, kraje, radzą sobie z takimi traumami. Nie obyło się bez porównań do polskiej historii, gdyż i Robert Zawadzki zabrał głos.
Bardzo ciekawy wieczór, będę pamiętać tę sztukę długo. Żałuję, że nie kupiłam programu, gdzie była ta sztuka też wydrukowana w formie książeczki. Szkoda mi było pieniędzy, a potem nie mogłam znaleźć ludzi, którzy ją sprzedawali.
Mieszkańcom Dublina bardzo polecam wytropić i zobaczyć. Wiem, że trupa jeździ po festiwalach, między innymi dostali nagrodę w Edynburgu, może będzie do zobaczenia też gdzieś indziej. Nie przegapcie.
Przez to nie czytam, nie piszę, nie bywam w sieci, chyba, że na chwilę. Za to śpię tyle, że dostałabym rolę jednego z krasnali w przedstawieniu o Królewnie Śnieżce bez problemu, bez interwiew nawet.
Czytać, nie czytam, ale ostatnio przeglądałam listę w Kindlu, co to ja tam mam i się za głowę złapałam, bo książki niezwykle zacne, a ja zapomniałam, że je tam wrzuciłam. A wszystko przez to, że nie ma okładek, nie stoją na półce, lista do człowieka tak nie przemawia, nie woła, no to człowiek niby wie, że je ma, ale ich nie ma na uwadze. Okropne to jest. Nawet sobie kombinowałam, ze może jakiś folder sobie kupię, taki namacalny, koszulki plastikowe i będę drukować okładki,żeby wiedzieć, jakie ebooki to ja ostatnio nabyłam. Powstrzymuje mnie od tego tylko fakt, że to strasznie pracochłonne i niestety kosztowne by było. Jednak tusz do drukarki nie włosy, na głowie nie rośnie.
Z tego wszystkiego do tej pory, chociaż to już tydzień, nie udało mi się Wam napisać o sztuce, na którą wybrałam się w zeszły piątek. W nasze strony zawitał Abbey Theatre z Dublina, to coś w rodzaju naszego Teatru Narodowego, gdzie dba się szczególnie o klasykę, ale też i wprowadza współczesne sztuki rodzimych autorów.
Owen McCafferty to współczesny dramatopisarz, który zajął się tym razem problemem zrozumienia, wybaczenia i radzenia sobie z traumą w post-domowo-wojennym Belfaście, chociaż pewnie można by to przenieść na całą Północną Irlandię, która teraz przechodzi trudny proces gojenia ran po długo trwającym i czy zakończonym (?) konflikcie wewnętrznym.
Chyba nie ma nic gorszego od sytuacji, kiedy przeciwko sobie stają sąsiedzi, bracia, znajomi ze szkoły. Tylko dzielnica, wyznanie, przynależność klanowa determinują ich wzajemne stosunki. To wiele, chociaż gdyby spojrzeć na dwóch nastolatków, nie powinno to wszystko być dla nich aż tak istotne, żeby się nawzajem zabijać. Bo dla młodych ludzi, nie ustalonych światopoglądowo, liczy się w tym okresie co innego. No, ale to wtedy, kiedy nie ma silnych wpływów środowiska, a tam przez dziesięciolecia dużo bardziej liczyło się, w jakim środowisku i wyznaniu urodził się człowiek.
Punktem wyjścia do poszukiwań związanych z późniejszym powstaniem dramatu były badania na temat ilości samobójstw, informacja, że właśnie w Północnej Irlandii, szczególnie w Belfaście ilość ich, a także ilość osób leczących się na depresję, jest niewspółmiernie większa w stosunku do innych krajów Europejskich.
Podobno taka sytuacja jak w tym dramacie zdarzyła się naprawdę.
W pubie w Belfaście spotyka się trzech mężczyzn. Barman, Polak emigrant, dwóch gości umówionych wcześniej na spotkanie. Na zewnątrz pubu, na ulicy, niepokoje, do których tak przyzwyczajeni są ludzie tam żyjący, chociaż uważam, że akurat do poczucia zagrożenia, z jakim trzeba się zawsze liczyć podczas takich zajść, nie można na dobre przywyknąć. W środku mecz Polska-Północna Irlandia.
Mężczyzna i barman dyskutują na temat piłki nożnej, takie męskie rozmowy. Do pubu wchodzi trzeci mężczyzna i zaczyna się psychodrama. Okazuje się, że obaj goście są w jednym wieku i w przeszłości zdarzyło się coś, w co obaj byli bezpośrednio i pośrednio zaplątani, co zaważyło na całym ich życiu.
Niełatwa to rozmowa, chyba nie muszę tego mówić. Ale jak emocjonująca dla widza, jak ważna dla wielu, bo tutaj te rany są wciąż zaognione.
Z moim mężem pracuje kobieta, która jako młoda dziewczyna w Belfaście pół klasy straciła w bójkach, zamachach bombowych, działaniach zbrojnych IRA. Kiedy o tym mówi, ma zawsze łzy w oczach, czerwone plamy na szyi, suche gardło. Objawy najwyższego stresu pojawiają się już przy pierwszych słowach, zawsze krótkiej i lakonicznej opowieści.
W kulturze anglosaskiej nie ma miejsca na wywalanie flaków, na wywnętrzanie się ani znajomym, ani nieznajomym, nie przerabia się wielokrotnie tematu, nie epatuje swoim bólem, traumą, co powoduje, że Ci ludzie, wielokrotnie naznaczeni strasznymi wspomnieniami, nie dają sobie z tym rady.
Stąd depresja, stąd samobójstwa, stąd ta sztuka, próba omówienia problemu, wiwisekcji, wywrócenia wszystkiego do góry nogami, obrócenia w popiół, żeby potem pozbierać się na owo.
Bardzo to było dobre i cieszę się, że uparłam się na to jechać taki kawał, chociaż do ostatniego dnia myślałam, że idę na tę sztukę sama, bo znajomi nie bardzo byli zainteresowani tematem, albo nie mieli czasu. Cieszę się, że mogłam dzielić to doświadczenie z dwiema koleżankami, że mogłyśmy o tym potem pogadać, bo tyle emocji ciężko by mi było przerobić w pojedynkę.
Akcent polski, czyli grający barmana Robert Zawadzki, chociaż nieznany mi z polskich ról, bardzo dobrze wpasował się w przedstawienie.
Patrick O'Kane i Declan Conlon (wszyscy podlinkowani do swoich profili na stronie teatru) mogą poszczycić się wieloma rolami w teatrach irlandzkich, ale i w produkcjach międzynarodowych, takich jak Gra o Tron czy Borgiowie. Fenomenalnie zagrali, momentami aż serce zwalniało z emocji.
Może tym bardziej, że scena nasza jest kameralna, sztuka też i to wszystko mieliśmy na wyciągnięcie dłoni. Wydawało się, że również jesteśmy gośćmi w tym pubie.
Bardzo klimatyczna scenografia to wrażenie potęgowała.
Po spektaklu odbyło się spotkanie z autorem sztuki i aktorami. Ciekawe rozmowy o tym, co się dzieje i działo w Północnej Irlandii, o tym, jak człowiek, społeczeństwo, kraje, radzą sobie z takimi traumami. Nie obyło się bez porównań do polskiej historii, gdyż i Robert Zawadzki zabrał głos.
Bardzo ciekawy wieczór, będę pamiętać tę sztukę długo. Żałuję, że nie kupiłam programu, gdzie była ta sztuka też wydrukowana w formie książeczki. Szkoda mi było pieniędzy, a potem nie mogłam znaleźć ludzi, którzy ją sprzedawali.
Mieszkańcom Dublina bardzo polecam wytropić i zobaczyć. Wiem, że trupa jeździ po festiwalach, między innymi dostali nagrodę w Edynburgu, może będzie do zobaczenia też gdzieś indziej. Nie przegapcie.
czwartek, 7 lutego 2013
Freedom of the City - Brian Friel znowu mnie uwiódł
Nie wiem, czy wspominałam, ale od jakiegoś czasu organizujemy sobie w kilka dziewczyn wyjścia do teatru. Obowiązki obowiązkami, dzieci i mężowie, praca i prasowanie, wszystko bardzo ważne, ale przyjemności też, a takie wyjścia w gronie kobiet szczególnie odprężają.
Tym razem padło na sztukę Briana Friela 'Freedom of the City' opartą na wydarzeniach sprzed ponad 40 lat, o których pamięć tu wciąż żywa, a to za sprawą nowego raportu prostującego historię, mowa o Krwawej Niedzieli w 1972 roku.
Prawdziwa historia jest taka, że 31 stycznia miał miejsce marsz przeciwko ograniczaniom praw w Irlandii Północnej, a najbardziej przeciwko temu, że każdy Irlandczyk podejrzany o terroryzm będzie mógł być internowany (wiadomo jak to z tymi podejrzeniami), a prawo do zgromadzeń nie istnieje.
Protestowało coś ponad 8 tysiącu ludzi. Wojsko najpierw lało wodą i gazem próbowali ich rozpędzić, co rozsierdziło tłum, wezwali posiłki, otoczyli ich i oddawali salwy ostrzegawcze, panika powstała, w wyniku czego zostało kilkanaście osób zabitych, w tym sześciu nie miało jeszcze 18 lat.
Po tych wydarzeniach został pospiesznie wydany raport w którym oświadczono, że do żołnierzy strzelano w z broni palnej i oni się tylko bronili, ale badania jasno wskazywały na to, że rany nie wyglądały na odniesione w walce, tylko podczas ucieczki (wiele w plecy). Dopiero niedawno premier Wielkiej Brytanii przeprosił i przyznał kraj do winy. Rodziny musiały czekać 40 lat na ten gest.
Brian Friel jest dramaturgiem irlandzkim, moim zdaniem zdecydowanie jednym z największych żyjących na świecie. Mam to szczęście, że pomieszkuje czasem w Donegalu i zdarzyło mi się widzieć go kilka razy. Jedna z jego sztuk - 'Dancing at Lughnasa' (tytuł polski "Tańce w Ballybeg:) została sfilmowana, a główną rolę zagrała Meryl Streep.
Mam ją na DVD i widziałam kilka razy, chodzę też na wszystkie inscenizacje w moim zasięgu, zawsze odnajduję coś nowego, czego wcześniej nie zauważyłam. Obok 'Trzech sióstr' i 'Wiśniowego sadu', jest to moja najukochańsza sztuka.
Tej o Bloody Sunday nigdy wcześniej nie widziałam, ale miałam pewność, że jak to jest jego, to na pewno dobre. I się nie pomyliłam.
Friel na wydarzeniach historycznych zbudował fikcyjne wydarzenie, przedestylował całą energię tego wydarzenia, dołączył jego poplątanie i niejasność (a pamiętajmy, że była ona pisana w tym samy roku, co samo wydarzenie, kiedy istniał tylko kłamliwy raport o uzbrojonych po zęby protestujących agresorach) i wyszła wzruszająca, niezwykle poruszająca i pozostawiająca niezatarte wrażenie, historia trójki ludzi chwyconych w szpony sytuacji, nad którą nie mają żadnej kontroli, mało tego nie mają nawet wyobrażenia, w co się może ona obrócić.
Od razu wiemy, na samym początku, że oni zginęli. Potem kolejne sceny wiodą nas w tył, retrospektywnie ukazując całą opowieść, włącznie z Widgery raport.
Jeśli wziąć pod uwagę, że Bloody Sunday zapoczątkowała całą serię, trwającą wiele lat, akcji odwetowych IRA, że jeszcze w 2000 roku regularnie sprawdzano pojazdy i autobusy jadące z Donegalu do Derry, każdego mogli wywlec z samochodu i przeszukać, wszystko to jest bardzo świeże tutaj, rany nadal żywe.
Bardzo mnie ta sztuka poruszyła. Brian Friel połączył politykę ze zwykłym człowiekiem, wielkie hasła z prostym żywotem zwykłych ludzi, którzy kochali się, śmiali, mieli dzieci, pracowali albo bumelowali, niby normalne zycie, ale nienormalne, bo czasy były dalekie od tego. Skąd my to znamy?
Dlatego pewnie tak rozumiemy Irlandczyków i łatwo nam nawiązać kontakt. Oni mieli swoje ograniczenia, my mieliśmy komunę i stan wojenny, podobne sprawy i zawirowania, a w tym wszystkim ludzie. Nie politycy, nie mundurowi, a farmerzy, matki, ślusarze i nauczyciele. I o nich jest ta sztuka. O nich z polityką w tle. I o kłamstwie wmawianym opinii publicznej na zawołanie, według potrzeb rządzących. Skąd my to znamy?
Tym razem padło na sztukę Briana Friela 'Freedom of the City' opartą na wydarzeniach sprzed ponad 40 lat, o których pamięć tu wciąż żywa, a to za sprawą nowego raportu prostującego historię, mowa o Krwawej Niedzieli w 1972 roku.
Prawdziwa historia jest taka, że 31 stycznia miał miejsce marsz przeciwko ograniczaniom praw w Irlandii Północnej, a najbardziej przeciwko temu, że każdy Irlandczyk podejrzany o terroryzm będzie mógł być internowany (wiadomo jak to z tymi podejrzeniami), a prawo do zgromadzeń nie istnieje.
Protestowało coś ponad 8 tysiącu ludzi. Wojsko najpierw lało wodą i gazem próbowali ich rozpędzić, co rozsierdziło tłum, wezwali posiłki, otoczyli ich i oddawali salwy ostrzegawcze, panika powstała, w wyniku czego zostało kilkanaście osób zabitych, w tym sześciu nie miało jeszcze 18 lat.
Po tych wydarzeniach został pospiesznie wydany raport w którym oświadczono, że do żołnierzy strzelano w z broni palnej i oni się tylko bronili, ale badania jasno wskazywały na to, że rany nie wyglądały na odniesione w walce, tylko podczas ucieczki (wiele w plecy). Dopiero niedawno premier Wielkiej Brytanii przeprosił i przyznał kraj do winy. Rodziny musiały czekać 40 lat na ten gest.
Brian Friel jest dramaturgiem irlandzkim, moim zdaniem zdecydowanie jednym z największych żyjących na świecie. Mam to szczęście, że pomieszkuje czasem w Donegalu i zdarzyło mi się widzieć go kilka razy. Jedna z jego sztuk - 'Dancing at Lughnasa' (tytuł polski "Tańce w Ballybeg:) została sfilmowana, a główną rolę zagrała Meryl Streep.
Mam ją na DVD i widziałam kilka razy, chodzę też na wszystkie inscenizacje w moim zasięgu, zawsze odnajduję coś nowego, czego wcześniej nie zauważyłam. Obok 'Trzech sióstr' i 'Wiśniowego sadu', jest to moja najukochańsza sztuka.
Tej o Bloody Sunday nigdy wcześniej nie widziałam, ale miałam pewność, że jak to jest jego, to na pewno dobre. I się nie pomyliłam.
Friel na wydarzeniach historycznych zbudował fikcyjne wydarzenie, przedestylował całą energię tego wydarzenia, dołączył jego poplątanie i niejasność (a pamiętajmy, że była ona pisana w tym samy roku, co samo wydarzenie, kiedy istniał tylko kłamliwy raport o uzbrojonych po zęby protestujących agresorach) i wyszła wzruszająca, niezwykle poruszająca i pozostawiająca niezatarte wrażenie, historia trójki ludzi chwyconych w szpony sytuacji, nad którą nie mają żadnej kontroli, mało tego nie mają nawet wyobrażenia, w co się może ona obrócić.
Od razu wiemy, na samym początku, że oni zginęli. Potem kolejne sceny wiodą nas w tył, retrospektywnie ukazując całą opowieść, włącznie z Widgery raport.
Jeśli wziąć pod uwagę, że Bloody Sunday zapoczątkowała całą serię, trwającą wiele lat, akcji odwetowych IRA, że jeszcze w 2000 roku regularnie sprawdzano pojazdy i autobusy jadące z Donegalu do Derry, każdego mogli wywlec z samochodu i przeszukać, wszystko to jest bardzo świeże tutaj, rany nadal żywe.
Bardzo mnie ta sztuka poruszyła. Brian Friel połączył politykę ze zwykłym człowiekiem, wielkie hasła z prostym żywotem zwykłych ludzi, którzy kochali się, śmiali, mieli dzieci, pracowali albo bumelowali, niby normalne zycie, ale nienormalne, bo czasy były dalekie od tego. Skąd my to znamy?
Dlatego pewnie tak rozumiemy Irlandczyków i łatwo nam nawiązać kontakt. Oni mieli swoje ograniczenia, my mieliśmy komunę i stan wojenny, podobne sprawy i zawirowania, a w tym wszystkim ludzie. Nie politycy, nie mundurowi, a farmerzy, matki, ślusarze i nauczyciele. I o nich jest ta sztuka. O nich z polityką w tle. I o kłamstwie wmawianym opinii publicznej na zawołanie, według potrzeb rządzących. Skąd my to znamy?
sobota, 15 grudnia 2012
Wakacje z duchami - Jestem blisko
Trzy kryteria przesądziły o wyborze tego tytułu do czytania:
1. Dzieje się w Irlandii, a ja zawsze śledzę, co się wydaje w Polsce o tej tematyce
2. Autorka polska, lubię polskie
3. Miało być lekko i przyjemnie, bo się ostatnio zawaliłam poważnymi tematami do przemyśleń (u Tyrmanda w Dzienniku o komunie, w Korektach o życiu i starości).
Pomyślałam sobie - będzie tego. Rozrywki mi trzeba.
Książka budzi różne emocje w sieci, tym bardziej trzeba sprawdzić.
Najsamprzód, mam nadzieję, że się autorka nie obrazi, powiedziałam sobie, że ta powieść będzie głównie lekka, przyjemna, na zasadzie 'oddech wojownika' - nie oczekiwałam Prousta, chociaż momentami dostałam Ulissesa. Tego mi trzeba było, świadomie ją wzięłam ze stosu, toteż do nikogo nie miałam pretensji, że nie była to rozprawa filozoficzna.
Pierwsze, co mi się rzuciło w oczy, że się tak wyrażę, to podobieństwo do moich wczesnych lektur, takich jak Pan samochodzik, Kapelusz za sto tysięcy, Zaginiony talizman itp. Nie chodzi tu o zniżenie się do poziomu dziesięciolatka, raczej o typ 'afery', że bohaterowie gdzieś jadą na wakacje, czy w innych niewinnych celach, a spotyka ich coś niespodziewanego i się dzieje - policja (wtedy milicja), tropy, gubienie śladów, zagadka, a w tle inne zdarzenia. I tu mamy dorosłą wersję takiej właśnie powieści.
Jest też inna rzecz, która mi młodość przypomina i moje pierwsze zachwyty powieściami Chmielewskiej, gdzie autorka czyniła siebie bohaterką, nawet jeśli nie były one identycznie i nie były to przygody samej autorki, i tak wydaje się czytelnikowi, że dostępuje zaszczytu zajrzenia do wspomnień, do prawdziwego życia, jakby się z nią przyjaźnił. Na własny użytek nazywam to 'zabiegiem chmielewskim'. Podobało mi się to, bo też i podobała mi się Lucyna i jej partner Tadeusz. Fajna para.
Czyli dobra nasza, mamy bohaterów, których lubimy, mamy Irlandię, którą kochamy, aferę, dobrą herbatę, psa w nogach, choinkę w kącie i pierniczki kupne marki Lidl.
Chrzanić, co kto tam gada, czy to wysokich lotów, niskich, krzywych czy wirujących - Lucyna Olejniczak podarowała mi kilka godzin lektury, która mnie zrelaksowała. Czasami tylko o to mi chodzi i pod tym względem nie zawiodłam się.
Jeśli idzie o realia Zielonej Wyspy, wprawdzie wychudzonych krów i koni nigdzie nie widziałam, ale podobno na południu występują, więc czepiać się nie będę. Reszta wiarygodna. Jedynie mnie nazwy zastępcze dla partnera irytowały, bo ja nie lubię, kiedy ludzie mówią o swoim facecie - mój luby, mój miły, kochanie moje lub zdrobniale (to ostatnie tu nie występowało), ale to już moje osobiste dziwactwo, nie ma nic wspólnego z oceną książki. Jedno mnie tylko dziwiło, bardzo zimne lato musiało być, kiedy autorka wizytowała Irlandię, bo tam się wszyscy ogacali jak na zimę. Biorąc pod uwagę, że na południu jest cieplej niż u mnie na północy, dziwiły mnie te wszystkie kurtki, swetry, czapki, wiatry i deszcze doprowadzające do choroby. W czerwcu? No chyba, że...
1. Dzieje się w Irlandii, a ja zawsze śledzę, co się wydaje w Polsce o tej tematyce
2. Autorka polska, lubię polskie
3. Miało być lekko i przyjemnie, bo się ostatnio zawaliłam poważnymi tematami do przemyśleń (u Tyrmanda w Dzienniku o komunie, w Korektach o życiu i starości).
Pomyślałam sobie - będzie tego. Rozrywki mi trzeba.
Książka budzi różne emocje w sieci, tym bardziej trzeba sprawdzić.
Najsamprzód, mam nadzieję, że się autorka nie obrazi, powiedziałam sobie, że ta powieść będzie głównie lekka, przyjemna, na zasadzie 'oddech wojownika' - nie oczekiwałam Prousta, chociaż momentami dostałam Ulissesa. Tego mi trzeba było, świadomie ją wzięłam ze stosu, toteż do nikogo nie miałam pretensji, że nie była to rozprawa filozoficzna.
Pierwsze, co mi się rzuciło w oczy, że się tak wyrażę, to podobieństwo do moich wczesnych lektur, takich jak Pan samochodzik, Kapelusz za sto tysięcy, Zaginiony talizman itp. Nie chodzi tu o zniżenie się do poziomu dziesięciolatka, raczej o typ 'afery', że bohaterowie gdzieś jadą na wakacje, czy w innych niewinnych celach, a spotyka ich coś niespodziewanego i się dzieje - policja (wtedy milicja), tropy, gubienie śladów, zagadka, a w tle inne zdarzenia. I tu mamy dorosłą wersję takiej właśnie powieści.
Jest też inna rzecz, która mi młodość przypomina i moje pierwsze zachwyty powieściami Chmielewskiej, gdzie autorka czyniła siebie bohaterką, nawet jeśli nie były one identycznie i nie były to przygody samej autorki, i tak wydaje się czytelnikowi, że dostępuje zaszczytu zajrzenia do wspomnień, do prawdziwego życia, jakby się z nią przyjaźnił. Na własny użytek nazywam to 'zabiegiem chmielewskim'. Podobało mi się to, bo też i podobała mi się Lucyna i jej partner Tadeusz. Fajna para.
Czyli dobra nasza, mamy bohaterów, których lubimy, mamy Irlandię, którą kochamy, aferę, dobrą herbatę, psa w nogach, choinkę w kącie i pierniczki kupne marki Lidl.
Chrzanić, co kto tam gada, czy to wysokich lotów, niskich, krzywych czy wirujących - Lucyna Olejniczak podarowała mi kilka godzin lektury, która mnie zrelaksowała. Czasami tylko o to mi chodzi i pod tym względem nie zawiodłam się.
Jeśli idzie o realia Zielonej Wyspy, wprawdzie wychudzonych krów i koni nigdzie nie widziałam, ale podobno na południu występują, więc czepiać się nie będę. Reszta wiarygodna. Jedynie mnie nazwy zastępcze dla partnera irytowały, bo ja nie lubię, kiedy ludzie mówią o swoim facecie - mój luby, mój miły, kochanie moje lub zdrobniale (to ostatnie tu nie występowało), ale to już moje osobiste dziwactwo, nie ma nic wspólnego z oceną książki. Jedno mnie tylko dziwiło, bardzo zimne lato musiało być, kiedy autorka wizytowała Irlandię, bo tam się wszyscy ogacali jak na zimę. Biorąc pod uwagę, że na południu jest cieplej niż u mnie na północy, dziwiły mnie te wszystkie kurtki, swetry, czapki, wiatry i deszcze doprowadzające do choroby. W czerwcu? No chyba, że...
czwartek, 29 listopada 2012
Irish Book Awards 2012
W sobotę odbyła się gala wręczenie nagród, ale ja nie dałam rady obejrzeć, nagrałam i zrobiłam to dopiero wczoraj. Nie o nagrodzonych tu chciałam, nie o sukniach pań i wysokości nagród, a o samym pomyśle i o tym, jak się pisarzy tu traktuje.
Człowiek pióra w tym kraju jest niezwykle ceniony, popularny, celebryta po prostu. Nie żeby oni tego chcieli, ale siłą rzeczy tak jest. Tu się czyta, niezależnie od wykształcenia, zawodu, zajęcia i dioptrii w oprawkach. Kocha się tych, których książki leżą na nocnych stolikach. Księgarnie z dumą prezentują półki pełne nowości irlandzkich autorów, od wejścia od razu je widać. Pisarze są zwolnieni od podatków.Marketing jest nastawiony na promowanie swoich najpierw, a dopiero w dalszej kolejności zagranicznych autorów.
Nagrody firmowane przez Bord Gas Energy, wręczane są raz do roku. Nagradzani są pisarze z wyższej półki, ale też i literatura popularna, faktu, książki kucharskie. Nie jest to wielki kraj, więc wielu setek autorów nie ma, ale wystarczająco dużo, jest z czego wybierać. Najważniejsze jest to, że każdy ma tu swojego faworyta i może się ucieszyć z jego wygranej. Wiele tygodni poprzedzających wręczanie nagród, w TV i radio, także w prasie odbywa się wiele plebiscytów mających na celu nominowanie tytułów do nagrody, emocje są wielkie.
Jeśli ktoś zainteresowany, pełną relację można obejrzeć na YT. Wiem, że to nie Booker, nie Nobel, ani inna wielka nagroda, ale dla nas tutaj ważna i cieszymy się co roku na obejrzenie gali i zobaczenie naszych ulubionych autorów w wieczorowych kreacjach, a przede wszystkim na okazję ich zobaczenia, dołączenia twarzy do nazwiska, jak tu się mówi.
Człowiek pióra w tym kraju jest niezwykle ceniony, popularny, celebryta po prostu. Nie żeby oni tego chcieli, ale siłą rzeczy tak jest. Tu się czyta, niezależnie od wykształcenia, zawodu, zajęcia i dioptrii w oprawkach. Kocha się tych, których książki leżą na nocnych stolikach. Księgarnie z dumą prezentują półki pełne nowości irlandzkich autorów, od wejścia od razu je widać. Pisarze są zwolnieni od podatków.Marketing jest nastawiony na promowanie swoich najpierw, a dopiero w dalszej kolejności zagranicznych autorów.
Nagrody firmowane przez Bord Gas Energy, wręczane są raz do roku. Nagradzani są pisarze z wyższej półki, ale też i literatura popularna, faktu, książki kucharskie. Nie jest to wielki kraj, więc wielu setek autorów nie ma, ale wystarczająco dużo, jest z czego wybierać. Najważniejsze jest to, że każdy ma tu swojego faworyta i może się ucieszyć z jego wygranej. Wiele tygodni poprzedzających wręczanie nagród, w TV i radio, także w prasie odbywa się wiele plebiscytów mających na celu nominowanie tytułów do nagrody, emocje są wielkie.
Jeśli ktoś zainteresowany, pełną relację można obejrzeć na YT. Wiem, że to nie Booker, nie Nobel, ani inna wielka nagroda, ale dla nas tutaj ważna i cieszymy się co roku na obejrzenie gali i zobaczenie naszych ulubionych autorów w wieczorowych kreacjach, a przede wszystkim na okazję ich zobaczenia, dołączenia twarzy do nazwiska, jak tu się mówi.
sobota, 17 listopada 2012
Maeve Binchy - Heart and Soul - czy polskie żelazko ma duszę?
Bardzo byłam jej ciekawa, bo po pierwsze była wydana po długiej przerwie, która okazało się była spowodowana chorobą serca autorki, po drugie jedną z bohaterek Maeve uczyniła Anię, dziewczynę z Polski, a po trzecie - kocham tę pisarkę i czekam na każdy jej nowy tytuł. Wprawdzie zmarła, ale zanim - oddała do druku ostatnią swą powieść i w te święta ostatni raz będę trzymać w rękach coś nowego od niej.W tym całym zdaniu 'ostatni' jest najsmutniejszym słowem.
Nie wiem, czy to stan autorki tak wpłynął na książkę, ale akurat ta była trochę ckliwa, a najgorsze, że miało się wrażenie, że ona tą książką żegna się z czytelnikami. To wszystko nie znaczy, że ta powieść jest zła, ale lekko inna, zupełnie jak nie jej. Binchy zawsze pełna uśmiechu, teraz wydawało się, że pisze z łezką w oku. Przedwcześnie się martwiła, bo jeszcze kilka lat po jej wydaniu przeżyła, a i dwie powieści zdążyła napisać.
Akcja kręci się wokół nowo powstałego oddziału opieki nad pacjentami po zawałach i z innymi przypadłościami związanymi z sercem, jak to się tu nazywa out-patient, czyli wychodzisz ze szpitala, ale jesteś monitorowany przez jednostkę, która cały czas dba o to, żeby drugiego zawału nie było. Porady dietetyka, ćwiczenia kardio, regularne kontrole - to główne zadania. Szefową kliniki zostaje Clara, która jest w trakcie rozwodu. Dołączają do niej pielęgniarki, lekarz Declan i Ania, którą spotyka przypadkiem i okazuje się, że jest miejsce dla młodej Polki, która przyjechała do Irlandii w wyniku okoliczności natury osobistej, przykrych - dodawać chyba nie trzeba.
Jak to u Maeve Binchy, dowiadujemy się, co u jednych, co u drugich, u ich rodzin, losy różnych ludzi się przeplatają i tu najbardziej widać to żegnanie się autorki z czytelnikami, bo wprowadza nam bohaterów z innych powieści, a to właściciele restauracji Quentins z 'Jej największa miłość' (durne tłumaczenie tytułu, który stanowi po prostu nazwę restauracji), a to ksiądz z 'Głogowego gaju', a to pielęgniarka Fiona z 'Nocy deszczu i gwiazd', para prowadząca firmę kateringową z 'Miłość i kłamstwa' (kolejne nietrafione tłumaczenie). No, czyż to nie jest przegląd książki adresowej w celu powiedzenia 'żegnam'?
Ania jest jedną z kluczowych postaci, ale niestety jej losy, a raczej opis jej sytuacji i życia rodzinnego jest bardziej irlandzki niż polski, czego nie dało się pewnie uniknąć. Jak to mówiła Jane Austen do swojej bratanicy - nie pisz o Irlanczykach, bo nie masz o nich pojęcia. To samo powinien ktoś powiedzieć Maeve - nie zagłębiaj się w Polskie obrazki, bo polegniesz. Nie było tak źle, ale trąciło prowincją irlandzką raczej, a na dodatek autorka zrobiła jednego babola - napisała, że Ania kiedyś prasowała uszyte przez mamę ubrania żelazkiem, które stawiało się na kuchni, żeby je zagrzać. A Ania jest młoda i przebywa w Irlandii teraz, więc to niemożliwe, żeby nawet 10 lat wcześniej prasowała żelazkiem z duszą. Autorka chciała wykazać, jak im było ciężko, ale posunęła się o jeden most za daleko. Podobno miała polską konsultantkę, no cóż, nie wykonała ona swojej roboty jak należy.
Reasumując, dla oddechu od czegoś poważniejszego, idealna, ale niestety nie najlepsza w dorobku pisarki.
sobota, 22 września 2012
Balyarr, Co. Donegal - zaproszenie na 211. urodziny do May - bratanicy Jane Austen
Tydzień czasu zajęło mi ochłonięcie po tej imprezie. I to nie dlatego, że się tak alkoholizowałam, że tydzień trzeźwiałam, nie dlatego, że zioło paliłam, nie dlatego, że piechotą do domu wracałam, dużo silniejsze niż wszelkie używki było dla mnie samo doświadczenie tej wizyty i musiałam to po prostu przetrawić. Nie mam, tak jak Padma, okazji wizytować miejsc, gdzie pisarki z poprzednich wieków bywały i żyły, dlatego nie jestem po prostu na takie wrażenia uodporniona. Tu nawet nie chodzi o pisarki, bo w tym przypadku mamy do czynienia z bratanicami Jane Austen, zaledwie i aż, które jak się okazało niedawno, żyły tutaj w Donegalu. May, Cassandra i Louisa wyjechały z Wielkiej Brytanii do Irlandii, co w tamtych czasach znaczyło tyle, co na Marsa. Nie wszystkie na raz. najpierw Cassandra poślubiona Lordowi George'owi Hill, potem Louisa, żeby zająć się dziećmi po śmierci siostry, a na końcu Marianne, czyli May, kiedy musiała opuścić dom, najpierw jeden, potem drugi i okazało się, że zupełnie nie ma się gdzie podziać. Ciężkie to były czasy dla kobiet, to wszystkie wiemy, bez mężczyzn nie znaczyły nic, musiał to być brat, mąż, ojciec lub szwagier, same żyć nie mogły i nie chciały. May, gdyby żyła, co oczywiście niemożliwe, obchodziłaby 15 września tego roku 211 urodziny. W ten dzień zebraliśmy się w kilkadziesiąt osób, nie wiem dokładnie ile, ale gdzieś około 50 pewnie, na urodzinach tej niezwykłej kobiety, którą opisała i przybliżyła nam wszystkim Dr. Sophia Hillan. To, czego dowiedziała się o życiu sióstr i ich związkach z Jane Austen, zawarła w książce
Zaczęło się od wizyty w bibliotece niedaleko miejsca, gdzie mieszkam, gdzie odbyła się prelekcja autorki na temat tamtych czasów, sióstr i ich śladów tutaj. Okazało się, że mąż Cassandry wybudował tutaj pierwszy hotel w Donegalu, i że ja znam ten hotel, wybrałam się tam kilka tygodni później na wesele. Zupełnie inaczej patrzyłam na niego, bo znajdowałam ślady dawnych czasów, wcześniej po prostu wiedziałam, ze jest stary, ale nie zdawałam sobie sprawy, że aż tak. Teraz w prywatnych rękach, rozbudowany, ale dowiedziałam się, która część stara i sobie z koleżanką ją obeszłyśmy. Niestety większość ciemna i zdjęcia nie nadają się do publikacji
Tak wygląda budynek z zewnątrz, nie zmienił się, tył jest rozbudowany
Hall główny, widziany od strony recepcji
A to jedyne dobrze oświetlone miejsce, z drzwi baru wejście do starej części hotelu, wąskie schody prowadzące do pokoi
Bardzo chciałam zobaczyć dom w Ballyarr, gdzie mieszkały siostry, ale jest on w prywatnych rękach i wiedziałam, ze to niemożliwe, na spotkaniu z pisarką byli właściciele, ale nie miałam śmiałości do nich podejść. Pewnego dnia dostałam maila od bibliotekarki z mojego miasteczka z informacją, że jest zaproszenie na imprezę upamiętniającą urodziny May, a odbywa się ona właśnie w Ballyarr. Jakże mogłam nie skorzystać? Na spotkaniu okazało się, że zaproszenie zostało wystosowane imiennie dla mnie, bo autorka pamiętała moją wizytę i naszą rozmowę w bibliotece, nie miała mojego adresu, znalazła mnie więc, poprzez bibliotekę. Miłe.
Jechałam tam dwa godziny, bo nie doszedł do mnie mail ze wskazówkami, jak tam dotrzeć. sama podróż to godzina, ale błądziłam, pytałam, szukałam, nikt z miejscowych nie wiedział, gdzie jest ten dom? Już w samym Ballyarr miałam problem, zdałam się więc na intuicję i wjechałam w bramę, o której myślałam, ze to musi być to miejsce i miałam rację. Jechałam kawałek aleją, aż zauważyłam, że na kamienistym parkingu stoi dużo samochodów i już wiedziałam, że jestem 'w domu'. Przywitali mnie uroczy gospodarze, pozwolili fotografować dom, obejść cały parter, rozgościć cię, jak to na urodzinach.
Niby pozwolenie było, ale mnie i tak głupio było tam fotografować i czułam się jak intruz, to jednak ich dom i widać, że nie muzeum, a zamieszkały.
Dla gości była przygotowana biblioteka. Ten róż na ścianach to typowy kolor dla Donegalu, lubią tak, wydaje im się pewnie, że ociepla pomieszczenie.
Wszędzie stare meble, żadne tam podróby, ale z różnych epok, wszystkie wygodne, klubowe fotele i dużo poduszek. Poniżej moja ulubiona miejscówka, obok regalu z książkami, z widokiem na park, idealna do czytania. Zresztą tam usiadłam, tylko fotel odwróciłam w stronę prelegentki
zajęłam miejscówkę i pognałam dalej, poniżej pokój do rysowania, czyli w tych czasach po prostu salon, pokój dzienny, bardzo stylowo urządzony przez gospodarzy
Ten sekretarzyk mógł być przywieziony przez kogoś z wojaży do różnych kolonii albo w interesach
Też fajna miejscówka do czytania, może wieczorami. Takie zawalone stoliki to też moda wyspiarska, porcelanowe bibeloty, zdjęcia, kwiaty, lampa, książkę czy filiżankę trudno byłoby tam umieścić. Wszędzie obrazy
Za taki pojemnik na drewno czy torf wiele bym dała, idealnie, schludnie wygląda, a w środku opał
Zrobiłam zdjęcie kominka, bo chcę Wam powiedzieć, że szokiem było znalezienie tam telewizora. Jakoś tak dziwnie było go tam zobaczyć. A poza tym kominek w każdym pokoju najważniejszy
Za plecami kanapy bateria trunków, nie piję, ale lubię wiedzieć, że gdybym chciała, są pod ręką. To takie posh
w tymże pokoju pianino, zwróćcie uwagę, że świeczniki są na świece, a nie na żarówki imitujące świece. I oni je zapalają, kiedy wieczorem muzykują
po wyjściu z pokoju dziennego zauroczył mnie podest nad schodami, od zawsze chciałam mieć książki 'on the landing', ale to jeszcze dopiero plany, najpierw mąż musi zrobić półki
Ciemnawa jadalnia, w rzeczywistości nie była aż tak mroczna, ale też nie jakaś słoneczna, najciemniejszy pokój w domu w każdym razie, bo z hallu z jednym oknem na końcu, wchodzi się do niej, a tam też jedno okno tylko, też na samym końcu pokoju. No, ale to nie jest do śniadań pokój, bo te jadają w kuchni
A kuchnia to mi się śnić będzie. Piękne kredensy, tam porcelana, na środku wielki stół, na jego końcu ściana z zamontowaną największą wersją AGI czyli takiej kuchenki, gdzie można gotować, albo piec jak w piecu starym, a na samym dole piekarnik w stylu 'slow', że wsadzasz pieczeń rano i wieczorem, po przyjściu z pracy masz jak znalazł, tam też ziemniaki i warzywa, w jednym dużym garnku, wszystko gotowe. Najwspanialsza rzecz do kuchni, kosztuje kilka tysięcy, wiec mogę zapomnieć. W wielu powieściach występuje AGA, nawet mówi się o nich AGA Saga, czyli obyczajowe, gloryfikujące ciepło domowego ogniska.
w tejże kuchni, przy samym wejsciu, stół robiący za biruko, a tam sami widzicie, uwielbiam takie miejsca
i znowu jesteśmy w bibliotece, autorka już szykuje się do przybliżenia nam tamtych czasów i osoby samej jubilatki
Z lewej dr. Sophia Hillan autorka i badaczka, po prawej obecna właścicielka domu. Kiedy go kupowali z mężem, nie wiedzieli, że mieszkały tam bratanice Jane Austen, wiedzieli jedynie, że mieszkał tam Lord George Hill. Pewnego dnia zapukała do nich Sophia i powiedziała, ze według jej badań tam mieszkały owe niewiasty i czy mogłaby wejść, opowiedzieć o swoich badaniach i zobaczyć dom. I tak się zaczęło.
Ulubiony 'mój' obraz w tym domu, wisi nad kominkiem w bibliotece
A to widok z okna tej miejscówki, co Wam pokazywałam wyżej. Tam bym sobie mogła całymi dniami siedzieć i myśleć, albo czytać, albo słuchać audiobooków. Ale tak dobrze to nie ma. Tego jednak dnia mogłam przez chwilę chociaż poudawać, że umiem podróżować w czasie. Skrzypiące podłogi, dywany nadszarpnięte zębem czasu, meble, które dla niejednego nadawałyby się tylko na śmietnik, tutaj pieczołowicie odrestaurowane, ale cudów nie ma, i tak nadają się tylko dla ludzi, którzy potrafią docenić ich przemijającą urodę.
Wiejskie posiadłości na dłużej zachowują klimat tamtych czasów, gdyż najmniej się wokół zmienia. Poza nowymi krzewami i dosianym trawnikiem, wyższymi drzewami, krajobraz pozostał taki sam.
Po prelekcji, niezwykle dowcipnej i ciekawej, przeszliśmy do kuchni, gdzie raczyliśmy się kanapkami z łososiem, bardziej tradycyjnymi z szynką itp, do tego domowej roboty sconesy, a jakże, i na końcu tort urodzinowy May. Kroi autorka i kobieta, która trzy siostry przywróciła naszej pamięci
Przyjęcie odbywało się w kuchni, piliśmy herbatę i kawę z prawdziwej porcelany, nie jakieś tam kubki, tylko filiżanka i spodeczek. To jeszcze dodawało uroku.
Ale można też było wyjść na oszkloną werandę, tam też były talerze z przekąskami i napitki.
Kiedy już pojedliśmy, nagadaliśmy się, opiliśmy się jak bąki i odśpiewaliśmy Happy Birthday, po dopchaniu się tortem, ruszyłam na łowy zdjęciowe wokół domu. Niestety było wiecej takich ludzi, więc nie mam zdjęć bezludziowych, a bardzo chciałam, bo sobie można by wyobrażać, że zaraz wyjdzie kobieta w sukni w stylu empire
Front domu, z tych okien na dole, z lewego - z pokoju do rysowania, z prawego - ta miejscówka do czytania, widać ogród i hektary zieleni i pól.
A tu już cmentarz, odkryte przez Sophię groby dwóch sióstr, autorka w środku, a pozostali do w prostej linii potomkowie bratanic Jane Austen. Jak widzicie groby są bardzo skromne, ale leżą na pięknie położonym cmentarzu, widok stamtąd zapiera dech w piersiach.
Mówili, że o skromności tych grobów wyżej świadczy fakt, że ten poniższy, ich służącej, jest o wiele okazalszy. To porównanie pokazuje, jakimi kobietami były siostry. Ja jednak myślę, że to kwestia stylu, że może kiedy one były chowane, takie krzyże było modne, a potem całkiem inne.
Groby te były zupełnie zapomniane i zarośnięte, Sophia jest odnalazła, oczyścili je z bluszczu i różnych samosiejek i teraz można je podziwiać w pełnej krasie.
Kiedy wychodziłam z cmentarza, jeszcze raz obejrzałam się za siebie, zobaczyłam dwa krzyże, większy, starszej Marianne, pochyla się nad grobem Louise. I tak sobie spokojnie razem tam spoczywają. Wzruszające.
Piękny to był dzień, pełen ciekawych informacji, rozmów, również z samą autorką, jej rodziną i innymi gośćmi. Dużo też wzruszeń, bo miejsce niezwykłej urody i stare, dom klimatyczny i duch tamtych czasów unosił się nad nami. Teraz czeka mnie mnie lektura książki, bardzo jestem jej ciekawa.
Zaczęło się od wizyty w bibliotece niedaleko miejsca, gdzie mieszkam, gdzie odbyła się prelekcja autorki na temat tamtych czasów, sióstr i ich śladów tutaj. Okazało się, że mąż Cassandry wybudował tutaj pierwszy hotel w Donegalu, i że ja znam ten hotel, wybrałam się tam kilka tygodni później na wesele. Zupełnie inaczej patrzyłam na niego, bo znajdowałam ślady dawnych czasów, wcześniej po prostu wiedziałam, ze jest stary, ale nie zdawałam sobie sprawy, że aż tak. Teraz w prywatnych rękach, rozbudowany, ale dowiedziałam się, która część stara i sobie z koleżanką ją obeszłyśmy. Niestety większość ciemna i zdjęcia nie nadają się do publikacji
Tak wygląda budynek z zewnątrz, nie zmienił się, tył jest rozbudowany
An Chúirt Hotel Gweedore
Hall główny, widziany od strony recepcji
A to jedyne dobrze oświetlone miejsce, z drzwi baru wejście do starej części hotelu, wąskie schody prowadzące do pokoi
Bardzo chciałam zobaczyć dom w Ballyarr, gdzie mieszkały siostry, ale jest on w prywatnych rękach i wiedziałam, ze to niemożliwe, na spotkaniu z pisarką byli właściciele, ale nie miałam śmiałości do nich podejść. Pewnego dnia dostałam maila od bibliotekarki z mojego miasteczka z informacją, że jest zaproszenie na imprezę upamiętniającą urodziny May, a odbywa się ona właśnie w Ballyarr. Jakże mogłam nie skorzystać? Na spotkaniu okazało się, że zaproszenie zostało wystosowane imiennie dla mnie, bo autorka pamiętała moją wizytę i naszą rozmowę w bibliotece, nie miała mojego adresu, znalazła mnie więc, poprzez bibliotekę. Miłe.
Jechałam tam dwa godziny, bo nie doszedł do mnie mail ze wskazówkami, jak tam dotrzeć. sama podróż to godzina, ale błądziłam, pytałam, szukałam, nikt z miejscowych nie wiedział, gdzie jest ten dom? Już w samym Ballyarr miałam problem, zdałam się więc na intuicję i wjechałam w bramę, o której myślałam, ze to musi być to miejsce i miałam rację. Jechałam kawałek aleją, aż zauważyłam, że na kamienistym parkingu stoi dużo samochodów i już wiedziałam, że jestem 'w domu'. Przywitali mnie uroczy gospodarze, pozwolili fotografować dom, obejść cały parter, rozgościć cię, jak to na urodzinach.
Niby pozwolenie było, ale mnie i tak głupio było tam fotografować i czułam się jak intruz, to jednak ich dom i widać, że nie muzeum, a zamieszkały.
Dla gości była przygotowana biblioteka. Ten róż na ścianach to typowy kolor dla Donegalu, lubią tak, wydaje im się pewnie, że ociepla pomieszczenie.
Wszędzie stare meble, żadne tam podróby, ale z różnych epok, wszystkie wygodne, klubowe fotele i dużo poduszek. Poniżej moja ulubiona miejscówka, obok regalu z książkami, z widokiem na park, idealna do czytania. Zresztą tam usiadłam, tylko fotel odwróciłam w stronę prelegentki
zajęłam miejscówkę i pognałam dalej, poniżej pokój do rysowania, czyli w tych czasach po prostu salon, pokój dzienny, bardzo stylowo urządzony przez gospodarzy
Ten sekretarzyk mógł być przywieziony przez kogoś z wojaży do różnych kolonii albo w interesach
Też fajna miejscówka do czytania, może wieczorami. Takie zawalone stoliki to też moda wyspiarska, porcelanowe bibeloty, zdjęcia, kwiaty, lampa, książkę czy filiżankę trudno byłoby tam umieścić. Wszędzie obrazy
Za taki pojemnik na drewno czy torf wiele bym dała, idealnie, schludnie wygląda, a w środku opał
Zrobiłam zdjęcie kominka, bo chcę Wam powiedzieć, że szokiem było znalezienie tam telewizora. Jakoś tak dziwnie było go tam zobaczyć. A poza tym kominek w każdym pokoju najważniejszy
Za plecami kanapy bateria trunków, nie piję, ale lubię wiedzieć, że gdybym chciała, są pod ręką. To takie posh
w tymże pokoju pianino, zwróćcie uwagę, że świeczniki są na świece, a nie na żarówki imitujące świece. I oni je zapalają, kiedy wieczorem muzykują
po wyjściu z pokoju dziennego zauroczył mnie podest nad schodami, od zawsze chciałam mieć książki 'on the landing', ale to jeszcze dopiero plany, najpierw mąż musi zrobić półki
Ciemnawa jadalnia, w rzeczywistości nie była aż tak mroczna, ale też nie jakaś słoneczna, najciemniejszy pokój w domu w każdym razie, bo z hallu z jednym oknem na końcu, wchodzi się do niej, a tam też jedno okno tylko, też na samym końcu pokoju. No, ale to nie jest do śniadań pokój, bo te jadają w kuchni
A kuchnia to mi się śnić będzie. Piękne kredensy, tam porcelana, na środku wielki stół, na jego końcu ściana z zamontowaną największą wersją AGI czyli takiej kuchenki, gdzie można gotować, albo piec jak w piecu starym, a na samym dole piekarnik w stylu 'slow', że wsadzasz pieczeń rano i wieczorem, po przyjściu z pracy masz jak znalazł, tam też ziemniaki i warzywa, w jednym dużym garnku, wszystko gotowe. Najwspanialsza rzecz do kuchni, kosztuje kilka tysięcy, wiec mogę zapomnieć. W wielu powieściach występuje AGA, nawet mówi się o nich AGA Saga, czyli obyczajowe, gloryfikujące ciepło domowego ogniska.
w tejże kuchni, przy samym wejsciu, stół robiący za biruko, a tam sami widzicie, uwielbiam takie miejsca
i znowu jesteśmy w bibliotece, autorka już szykuje się do przybliżenia nam tamtych czasów i osoby samej jubilatki
Z lewej dr. Sophia Hillan autorka i badaczka, po prawej obecna właścicielka domu. Kiedy go kupowali z mężem, nie wiedzieli, że mieszkały tam bratanice Jane Austen, wiedzieli jedynie, że mieszkał tam Lord George Hill. Pewnego dnia zapukała do nich Sophia i powiedziała, ze według jej badań tam mieszkały owe niewiasty i czy mogłaby wejść, opowiedzieć o swoich badaniach i zobaczyć dom. I tak się zaczęło.
Ulubiony 'mój' obraz w tym domu, wisi nad kominkiem w bibliotece
A to widok z okna tej miejscówki, co Wam pokazywałam wyżej. Tam bym sobie mogła całymi dniami siedzieć i myśleć, albo czytać, albo słuchać audiobooków. Ale tak dobrze to nie ma. Tego jednak dnia mogłam przez chwilę chociaż poudawać, że umiem podróżować w czasie. Skrzypiące podłogi, dywany nadszarpnięte zębem czasu, meble, które dla niejednego nadawałyby się tylko na śmietnik, tutaj pieczołowicie odrestaurowane, ale cudów nie ma, i tak nadają się tylko dla ludzi, którzy potrafią docenić ich przemijającą urodę.
Wiejskie posiadłości na dłużej zachowują klimat tamtych czasów, gdyż najmniej się wokół zmienia. Poza nowymi krzewami i dosianym trawnikiem, wyższymi drzewami, krajobraz pozostał taki sam.
Po prelekcji, niezwykle dowcipnej i ciekawej, przeszliśmy do kuchni, gdzie raczyliśmy się kanapkami z łososiem, bardziej tradycyjnymi z szynką itp, do tego domowej roboty sconesy, a jakże, i na końcu tort urodzinowy May. Kroi autorka i kobieta, która trzy siostry przywróciła naszej pamięci
Przyjęcie odbywało się w kuchni, piliśmy herbatę i kawę z prawdziwej porcelany, nie jakieś tam kubki, tylko filiżanka i spodeczek. To jeszcze dodawało uroku.
Ale można też było wyjść na oszkloną werandę, tam też były talerze z przekąskami i napitki.
Kiedy już pojedliśmy, nagadaliśmy się, opiliśmy się jak bąki i odśpiewaliśmy Happy Birthday, po dopchaniu się tortem, ruszyłam na łowy zdjęciowe wokół domu. Niestety było wiecej takich ludzi, więc nie mam zdjęć bezludziowych, a bardzo chciałam, bo sobie można by wyobrażać, że zaraz wyjdzie kobieta w sukni w stylu empire
Front domu, z tych okien na dole, z lewego - z pokoju do rysowania, z prawego - ta miejscówka do czytania, widać ogród i hektary zieleni i pól.
A tu już cmentarz, odkryte przez Sophię groby dwóch sióstr, autorka w środku, a pozostali do w prostej linii potomkowie bratanic Jane Austen. Jak widzicie groby są bardzo skromne, ale leżą na pięknie położonym cmentarzu, widok stamtąd zapiera dech w piersiach.
Mówili, że o skromności tych grobów wyżej świadczy fakt, że ten poniższy, ich służącej, jest o wiele okazalszy. To porównanie pokazuje, jakimi kobietami były siostry. Ja jednak myślę, że to kwestia stylu, że może kiedy one były chowane, takie krzyże było modne, a potem całkiem inne.
Groby te były zupełnie zapomniane i zarośnięte, Sophia jest odnalazła, oczyścili je z bluszczu i różnych samosiejek i teraz można je podziwiać w pełnej krasie.
Kiedy wychodziłam z cmentarza, jeszcze raz obejrzałam się za siebie, zobaczyłam dwa krzyże, większy, starszej Marianne, pochyla się nad grobem Louise. I tak sobie spokojnie razem tam spoczywają. Wzruszające.
Piękny to był dzień, pełen ciekawych informacji, rozmów, również z samą autorką, jej rodziną i innymi gośćmi. Dużo też wzruszeń, bo miejsce niezwykłej urody i stare, dom klimatyczny i duch tamtych czasów unosił się nad nami. Teraz czeka mnie mnie lektura książki, bardzo jestem jej ciekawa.
środa, 15 sierpnia 2012
Lato serialami stoi
Czy ja mówiłam, że w lecie nie oglądam telewizji prawie, że wcale nie? Tak było, ale w tym roku jakoś dziwnie się nie trzymam tej reguły.
Po pierwsze zaliczam mnóstwo starych filmów na Kino Polska, TVP Kultura, powtórki szwedzkich na Ale Kino i innych filmów też. TVP Seriale Wallandera puszcza, zdarzają się też seriale z lat siedemdziesiątych, też oko zawieszę.
Czy mi się wydaje, czy w poprzednich latach niewiele było w TV nowosci, za to same powtórki?
Tym razem jest inaczej - premiera za premierą.
Po pierwsze primo bardzo przyjemny serial na Canal+ Pan Am - stewardesy, linie lotnicze, lata sześćdziesiąte, zimna wojna, piękne kobiety, panowie jak z reklamy whisky lub Marlboro, sama przyjemność.
Jakby tego było mało, na HBO zaczął się Newsroom z Jeffem Danielsem, którego kiedyś bardzo lubiłam, a jakiś mi zniknął z horyzontu.
To jest dopiero serialowa broń masowego rażenia. Świetny, trzyma w napięciu od pierwszej minuty i to każdy odcinek, nie ma gorszych. Tempo ma jak Japończyk pracujący na akord, aż czasem zapominam oddychać. Wiele tam prawdy, trochę mydlenia oczu, jak to dobry pan chce załatwić złych panów, ale bez przesady, znam ja i takich, którzy robią coś dla idei i z przekonania i podkładają głowę pod topór, chociaż udaje im się czasem przy okazji zarobić. W politykę nie wnikam, wiadomo, że będą tam przemycać te swoje - ci dobrzy, tamci be - ale nas to nie dotyczy, my możemy mieć ubaw to wszystko obserwując. Tutaj jest wszystkiego po trochu, jak w dobrej drożdżówce - dobrze wyrobione ciasto telewizyjne, bez zakalca. Polecam szczególnie
Ale Kino nas tego lata też rozpieszcza, najpierw Sprawy Jacka Tylora, serial irlandzki, dzieje się w Galway. Mogę zaświadczyć, że dużo tam prawdy, dużo realiów, dobre kino, nie ma ściemy. Ciekawe zagadki kryminalne, klimat Galway i okolic zachowany, dużo obserwacji społecznych, nie tylko dla Polonii w Irlandii ciekawe, to na pewno
Jakby tego było mało, niedawno zaczął się kolejny ciekawy serial na Ale Kino - Trupia farma. Niektórzy z Was czytają książkę o tym samym tytule, ja nie wpadłam na jej ślad, ale film mi to rekompensuje z nadwyżką. Połączenie CSI z brytyjskimi serialami kryminalnymi, takimi jak ten na wyspie Jersey, jak mu tam na imię było? W każdym razie świetny i trudno przejść obojętnie, kiedy się wie, że zaraz będzie nadawany.
No i te premiery filmów - oczekiwany przeze mnie od długiego czasu W Brighton na podstawie powieści Grahama Greena o tym samym tytule. Czytałam ją w latach osiemdziesiątych w Łebie, nie mogę się doczekać obejrzenia. Drugi, podobno hit, ale ja nie słyszałam wiele, z opisu wnoszę, ze bardzo ciekawy - Nic do oclenia, no i Niebo nad Saharą z Marion Cotillard i Guillaume’em Canetem. Kocham Canal+ za tak duży wybór filmów francuskich.
Jak na zamówienie lato w tym roku do niczego, więc nic mnie nie omija, w innym przypadku niewiele bym z tego widziała, musiałabym liczyć na powtórki. Chociaż czy ja wiem, może bym nagrywała i nocami oglądała? Bo filmy i seriale naprawdę dobre.
Po pierwsze zaliczam mnóstwo starych filmów na Kino Polska, TVP Kultura, powtórki szwedzkich na Ale Kino i innych filmów też. TVP Seriale Wallandera puszcza, zdarzają się też seriale z lat siedemdziesiątych, też oko zawieszę.
Czy mi się wydaje, czy w poprzednich latach niewiele było w TV nowosci, za to same powtórki?
Tym razem jest inaczej - premiera za premierą.
Po pierwsze primo bardzo przyjemny serial na Canal+ Pan Am - stewardesy, linie lotnicze, lata sześćdziesiąte, zimna wojna, piękne kobiety, panowie jak z reklamy whisky lub Marlboro, sama przyjemność.
Jakby tego było mało, na HBO zaczął się Newsroom z Jeffem Danielsem, którego kiedyś bardzo lubiłam, a jakiś mi zniknął z horyzontu.
To jest dopiero serialowa broń masowego rażenia. Świetny, trzyma w napięciu od pierwszej minuty i to każdy odcinek, nie ma gorszych. Tempo ma jak Japończyk pracujący na akord, aż czasem zapominam oddychać. Wiele tam prawdy, trochę mydlenia oczu, jak to dobry pan chce załatwić złych panów, ale bez przesady, znam ja i takich, którzy robią coś dla idei i z przekonania i podkładają głowę pod topór, chociaż udaje im się czasem przy okazji zarobić. W politykę nie wnikam, wiadomo, że będą tam przemycać te swoje - ci dobrzy, tamci be - ale nas to nie dotyczy, my możemy mieć ubaw to wszystko obserwując. Tutaj jest wszystkiego po trochu, jak w dobrej drożdżówce - dobrze wyrobione ciasto telewizyjne, bez zakalca. Polecam szczególnie
Ale Kino nas tego lata też rozpieszcza, najpierw Sprawy Jacka Tylora, serial irlandzki, dzieje się w Galway. Mogę zaświadczyć, że dużo tam prawdy, dużo realiów, dobre kino, nie ma ściemy. Ciekawe zagadki kryminalne, klimat Galway i okolic zachowany, dużo obserwacji społecznych, nie tylko dla Polonii w Irlandii ciekawe, to na pewno
Jakby tego było mało, niedawno zaczął się kolejny ciekawy serial na Ale Kino - Trupia farma. Niektórzy z Was czytają książkę o tym samym tytule, ja nie wpadłam na jej ślad, ale film mi to rekompensuje z nadwyżką. Połączenie CSI z brytyjskimi serialami kryminalnymi, takimi jak ten na wyspie Jersey, jak mu tam na imię było? W każdym razie świetny i trudno przejść obojętnie, kiedy się wie, że zaraz będzie nadawany.
No i te premiery filmów - oczekiwany przeze mnie od długiego czasu W Brighton na podstawie powieści Grahama Greena o tym samym tytule. Czytałam ją w latach osiemdziesiątych w Łebie, nie mogę się doczekać obejrzenia. Drugi, podobno hit, ale ja nie słyszałam wiele, z opisu wnoszę, ze bardzo ciekawy - Nic do oclenia, no i Niebo nad Saharą z Marion Cotillard i Guillaume’em Canetem. Kocham Canal+ za tak duży wybór filmów francuskich.
Jak na zamówienie lato w tym roku do niczego, więc nic mnie nie omija, w innym przypadku niewiele bym z tego widziała, musiałabym liczyć na powtórki. Chociaż czy ja wiem, może bym nagrywała i nocami oglądała? Bo filmy i seriale naprawdę dobre.
piątek, 3 sierpnia 2012
Maeve Binchy 1940-2012 - light a penny candle
Moja ukochana Maeve dzisiaj idzie w swoją ostatnią drogę. Zapalimy dla niej świeczkę. Założę się, że całe miasteczko, gdzie żyła i będzie chowana, będzie wypełnione jej wiernymi fanami. Irlandczycy kochają swoich pisarzy, kiedy raz trafi do ich serca, nie zastanawiają się, czy przypadkiem nie za popularny, czy nie za dużo go w TV, czy nie za głupi, za mądry, za gruby, za bardzo rozwiedziony, jest to miłość bezwarunkowa. A Maeve Binchy była stworzona do kochania przez czytelników. Sprzedała ponad 40 milionów (nie pomyliło mi się MILIONÓW) kopii swoich książek, a nadal mieszkała w swoim Cottage w Dalkey, gdzie się urodziła. Wraz ze swoim mężem, też pisarzem, któremu dedykowała wszystkie powiesci - Gordonem Snelle'em, codziennie, biurko w biurko, zasiadali do pracy. Jadała lunch w tym samym pubie od lat. Była sławna na całym świecie, tłumaczona na wiele języków, mogłaby gwiazdorzyć, a zamiast tego była uśmiechnięta, skromna, życzliwa i gadatliwa, kiedy trzeba, a słuchająca, kiedy sytuacja tego wymagała.
Młodych ludzi zachęcała do pisania. Mawiała, że to jest łatwiejsze, niż się wydaje. Kiedy Patricia Scanlan, kolejna uznana pisarka irlandzka, zwróciła się do niej podczas spotkania, że napisała powieść i niedługo będzie wydana (było to w bibliotece, a Patricia kiedyś właśnie tam pracowała), Maeve zwróciła się do niej z entuzjastycznymi gratulacjami, dala kilka rad, obiecała wysłać namiary na agentów, w ogóle nie miała imperatywu 'trzymania tronu' dla siebie. Wiele innych pisarek podkreśla to samo. Byli z Gordonem bezdzietni, kiedyś przed świętami Maeve urządziła wspaniałe przyjęcie dla koleżanek po piórze i tego jednego dnia miasteczko na południe od Dublina zaroiło się od tłumu najwspanialszych, ale też i tych początkujących, pisarek zdążających ze stacji Dart w jednym kierunku, do domu Queen Maeve, jak ją nazywano. Zresztą, dygresja taka, pierwsza królowa Irlandii, której grób jest niedaleko Lissadell House pod Sligo, miała na imię Maeve, więc jest tu podwójne znaczenie tego przydomka.
Chciałabym być muchą na ścianie w jej domu, w tamtym momencie.
Każdy miał swoją Maeve Binchy. Wielu, tak jak ja, pamięta swój pierwszy kontakt z jej powieściami.
Dla mnie to była 'W kręgu przyjaciół' wydana przez Prószyńskiego w serii Biblioteczka pod Różą. Okładka jak na typowe romasidło, których nie lubię. Wiecie, z cyklu tych - chwycił ją w pas i ucałował ust korale, a ona mdlała w jego objęciach i mówiła - Nie, panie zatrzymaj się. Ale jej oczy mówiły co innego...
Na szczęście na okładce była para aktorów z filmu, na podstawie tej książki, Chris O'Donnell i Minie Driver. W tamtym czasie (zresztą nadal) bardzo ich lubiłam i to mi dało cynk, że może powinnam zajrzeć do środka i poczytać, o czym to jest.
Opis był bardzo enigmatyczny, autorka mi nieznana, ale bardzo spodobało mi się, że dzieje się w Dublinie. Teraz to 'druga stolica Polski', ale kiedyś był on daleki, nieznany, z reputacją miasta, gdzie wybuchają bomby, nie znasz dnia, ani godziny, wiadomo IRA.
No i wpadłam po uszy. Czytałam rano, w południe i wieczorem. Wtedy siedziałam w domu z małym Wojtkiem. On śniadanie i bajka, ja książka, on drzemka, ja książka, na obiad coś prostego, byle szybko i książka, wieczór w domu z mężem, gdzie tam, mąż sam, ja w sypialni z książką. Nie mogłam się oderwać. Cwanie skonstruowane są jej powieści, rozdziały nie są długie, a do tego ma krótkie podrozdzialiki, łatwo powiedzieć sobie - tylko do tej następnej przerwy, tylko kilka minut do końca rozdziału...
Wszyscy, którzy przyuważyli ostatnio w gazetach, a mówię tu o znawcach tematu, określenie na tę pisarkę, że pisała dla babek (chic-lit), zaprotestowali, bo Maeve Binchy zdecydowanie nie mieści się w tej kategorii. Nie pisała też romansów, chociaż i o miłości tam było. To były po prostu powieści obyczajowe. Ale jak obyczajowe! Ona potrafiła wytłumaczyć Irlandię ludziom nie znającym tego kraju, Irlandczykom przypomnieć, za co ją kochają, a wszystkim opowiedzieć o życiu i wszelkich jego przejawach. Jest miłość i zdrada, jest śmierć i narodziny, dobrzy sąsiedzi i plotkarze, uczciwy sprzedawca i oszust, dobry nauczyciel i surowa matka, lekkomyślne nastolatki i zahukane dziewczyny. Sama Maeve mówi o swoich bohaterach - 'u mnie nie znajdziecie brzydkich kaczątek zmieniających się w łabędzie, ale brzydkie kaczątka przeobrażające się w świadome swojej wartości, pewne siebie kaczki". Czyż to nie fajne stwierdzenie - taka mała próbka tego, jak pełna humoru i subtelnej ironii była Maeve Binchy. To widać w jej powieściach, ale najbardziej w anegdotach o niej samej.
Od tej pierwszej powieści zaczęła się nasza wspólna przygoda. Mam jej wszystkie kolejne wydane w Polsce, najpierw przez Prószyńskiego, a potem pałeczkę przejął Świat Książki. Do okładek, jak wielu innych autorów, to ona szczęścia nie miała, więc nie dajcie się im zwieść, jej powieści nie są takie, jakby sugerowały polskie okładki. Raczej spójrzcie na okładki wydań irlandzkich lub amerykańskich.
Kiedy przyjechałam do Irlandii pierwszą kupioną książką, była ówcześnie wydana "Quentins" jej autorstwa. Od tego czasu, wszystkie kolejne, kupowałam już w oryginale. Ach, co za uczta. Jak ona umiała pisać.
Była też autorką felietonów w The Irish Times. Niestety nie za moich czasów tutaj, niedawno udało mi się kupić wydanie antykwaryczne zbioru tychże, czekam na przesyłkę, miałam okazję przeczytać kilka z nich z okazji specjalnego wydania The Irish Times jej poświęconego i oszalałam. Jej lekkość pióra, jej poczucie humoru wprost powala na łopatki. Zresztą wszyscy to podkreślają, że jej książki czyta się tak, jakby ich napisanie było najłatwiejszą rzeczą na świecie. Nawet jedna z czytelniczek, zaraz po wydaniu debiutanckiej powieści Maeve Binchy, przy przypadkowym spotkaniu zarzuciła jej - fajna nawet, ale mam takie wrażenie, że mogłabym też taką napisać. Maeve podziękowała jej za uwagę, ale zaraz dodała - ale tego nie zrobiłaś, nieprawdaż?
Teraz, kiedy nie żyje, wiele osób opowiada, że czytało jej powieści w trudnych chwilach, że dodawały otuchy, wytchnienia. Sama Królowa Maeve mawiała, że nie ma złudzeń, wie, że jest 'pisarką lotniskową', czyli, że ludzie kupują jej powieści w drodze na wakacje 'i widziałam wielu z nich zasypiających nad nimi, zaraz po przeczytaniu kilku stron' - tu znowu jej poczucie humoru i dystans do siebie.
Od wielu lat nosiłam się z zamiarem napisania do niej listu, opowiedzenia jak bardzo ją cenię, że nauczyła mnie patrzeć na ten kraj z czułością i miłością, nauczyła rozumieć Irlandczyków. Zwlekałam, bo chciałam, żeby to był list wyjątkowy. Marzyłam, że może uda mi się ja namówić na wywiad. Nie udzielała ich ostatnio, zresztą kim ja jestem,żeby o to prosić, ale marzenia można mieć, czyż nie? I nie zdążyłam.
Przeżywam jej śmierć, jakby mi umarła daleka krewna, której nie widywałam zbyt często, ale wiedziałam, ze gdzieś jest i bardzo ją lubiłam. W tym momencie, kiedy piszę ten tekst, trwa jej pogrzeb. Irlandzkim zwyczajem zapaliłam świeczkę. Żegnaj kochana Maeve. Farewell
Młodych ludzi zachęcała do pisania. Mawiała, że to jest łatwiejsze, niż się wydaje. Kiedy Patricia Scanlan, kolejna uznana pisarka irlandzka, zwróciła się do niej podczas spotkania, że napisała powieść i niedługo będzie wydana (było to w bibliotece, a Patricia kiedyś właśnie tam pracowała), Maeve zwróciła się do niej z entuzjastycznymi gratulacjami, dala kilka rad, obiecała wysłać namiary na agentów, w ogóle nie miała imperatywu 'trzymania tronu' dla siebie. Wiele innych pisarek podkreśla to samo. Byli z Gordonem bezdzietni, kiedyś przed świętami Maeve urządziła wspaniałe przyjęcie dla koleżanek po piórze i tego jednego dnia miasteczko na południe od Dublina zaroiło się od tłumu najwspanialszych, ale też i tych początkujących, pisarek zdążających ze stacji Dart w jednym kierunku, do domu Queen Maeve, jak ją nazywano. Zresztą, dygresja taka, pierwsza królowa Irlandii, której grób jest niedaleko Lissadell House pod Sligo, miała na imię Maeve, więc jest tu podwójne znaczenie tego przydomka.
Chciałabym być muchą na ścianie w jej domu, w tamtym momencie.
Każdy miał swoją Maeve Binchy. Wielu, tak jak ja, pamięta swój pierwszy kontakt z jej powieściami.
Dla mnie to była 'W kręgu przyjaciół' wydana przez Prószyńskiego w serii Biblioteczka pod Różą. Okładka jak na typowe romasidło, których nie lubię. Wiecie, z cyklu tych - chwycił ją w pas i ucałował ust korale, a ona mdlała w jego objęciach i mówiła - Nie, panie zatrzymaj się. Ale jej oczy mówiły co innego...
Na szczęście na okładce była para aktorów z filmu, na podstawie tej książki, Chris O'Donnell i Minie Driver. W tamtym czasie (zresztą nadal) bardzo ich lubiłam i to mi dało cynk, że może powinnam zajrzeć do środka i poczytać, o czym to jest.
Opis był bardzo enigmatyczny, autorka mi nieznana, ale bardzo spodobało mi się, że dzieje się w Dublinie. Teraz to 'druga stolica Polski', ale kiedyś był on daleki, nieznany, z reputacją miasta, gdzie wybuchają bomby, nie znasz dnia, ani godziny, wiadomo IRA.
No i wpadłam po uszy. Czytałam rano, w południe i wieczorem. Wtedy siedziałam w domu z małym Wojtkiem. On śniadanie i bajka, ja książka, on drzemka, ja książka, na obiad coś prostego, byle szybko i książka, wieczór w domu z mężem, gdzie tam, mąż sam, ja w sypialni z książką. Nie mogłam się oderwać. Cwanie skonstruowane są jej powieści, rozdziały nie są długie, a do tego ma krótkie podrozdzialiki, łatwo powiedzieć sobie - tylko do tej następnej przerwy, tylko kilka minut do końca rozdziału...
Wszyscy, którzy przyuważyli ostatnio w gazetach, a mówię tu o znawcach tematu, określenie na tę pisarkę, że pisała dla babek (chic-lit), zaprotestowali, bo Maeve Binchy zdecydowanie nie mieści się w tej kategorii. Nie pisała też romansów, chociaż i o miłości tam było. To były po prostu powieści obyczajowe. Ale jak obyczajowe! Ona potrafiła wytłumaczyć Irlandię ludziom nie znającym tego kraju, Irlandczykom przypomnieć, za co ją kochają, a wszystkim opowiedzieć o życiu i wszelkich jego przejawach. Jest miłość i zdrada, jest śmierć i narodziny, dobrzy sąsiedzi i plotkarze, uczciwy sprzedawca i oszust, dobry nauczyciel i surowa matka, lekkomyślne nastolatki i zahukane dziewczyny. Sama Maeve mówi o swoich bohaterach - 'u mnie nie znajdziecie brzydkich kaczątek zmieniających się w łabędzie, ale brzydkie kaczątka przeobrażające się w świadome swojej wartości, pewne siebie kaczki". Czyż to nie fajne stwierdzenie - taka mała próbka tego, jak pełna humoru i subtelnej ironii była Maeve Binchy. To widać w jej powieściach, ale najbardziej w anegdotach o niej samej.
Od tej pierwszej powieści zaczęła się nasza wspólna przygoda. Mam jej wszystkie kolejne wydane w Polsce, najpierw przez Prószyńskiego, a potem pałeczkę przejął Świat Książki. Do okładek, jak wielu innych autorów, to ona szczęścia nie miała, więc nie dajcie się im zwieść, jej powieści nie są takie, jakby sugerowały polskie okładki. Raczej spójrzcie na okładki wydań irlandzkich lub amerykańskich.
Kiedy przyjechałam do Irlandii pierwszą kupioną książką, była ówcześnie wydana "Quentins" jej autorstwa. Od tego czasu, wszystkie kolejne, kupowałam już w oryginale. Ach, co za uczta. Jak ona umiała pisać.
Była też autorką felietonów w The Irish Times. Niestety nie za moich czasów tutaj, niedawno udało mi się kupić wydanie antykwaryczne zbioru tychże, czekam na przesyłkę, miałam okazję przeczytać kilka z nich z okazji specjalnego wydania The Irish Times jej poświęconego i oszalałam. Jej lekkość pióra, jej poczucie humoru wprost powala na łopatki. Zresztą wszyscy to podkreślają, że jej książki czyta się tak, jakby ich napisanie było najłatwiejszą rzeczą na świecie. Nawet jedna z czytelniczek, zaraz po wydaniu debiutanckiej powieści Maeve Binchy, przy przypadkowym spotkaniu zarzuciła jej - fajna nawet, ale mam takie wrażenie, że mogłabym też taką napisać. Maeve podziękowała jej za uwagę, ale zaraz dodała - ale tego nie zrobiłaś, nieprawdaż?
Teraz, kiedy nie żyje, wiele osób opowiada, że czytało jej powieści w trudnych chwilach, że dodawały otuchy, wytchnienia. Sama Królowa Maeve mawiała, że nie ma złudzeń, wie, że jest 'pisarką lotniskową', czyli, że ludzie kupują jej powieści w drodze na wakacje 'i widziałam wielu z nich zasypiających nad nimi, zaraz po przeczytaniu kilku stron' - tu znowu jej poczucie humoru i dystans do siebie.
Od wielu lat nosiłam się z zamiarem napisania do niej listu, opowiedzenia jak bardzo ją cenię, że nauczyła mnie patrzeć na ten kraj z czułością i miłością, nauczyła rozumieć Irlandczyków. Zwlekałam, bo chciałam, żeby to był list wyjątkowy. Marzyłam, że może uda mi się ja namówić na wywiad. Nie udzielała ich ostatnio, zresztą kim ja jestem,żeby o to prosić, ale marzenia można mieć, czyż nie? I nie zdążyłam.
Przeżywam jej śmierć, jakby mi umarła daleka krewna, której nie widywałam zbyt często, ale wiedziałam, ze gdzieś jest i bardzo ją lubiłam. W tym momencie, kiedy piszę ten tekst, trwa jej pogrzeb. Irlandzkim zwyczajem zapaliłam świeczkę. Żegnaj kochana Maeve. Farewell
Etykiety:
czytelnia,
dobre,
film,
guilty pleasure,
Irlandia,
Kino domowe,
literatura irlandzka,
o pisarzach,
smaki życia,
ulubione książki,
wspomnienia
wtorek, 18 października 2011
Leaving Ardglass - William King.
Bardzo polecana przez panią w naszej bibliotece. Skusiłam się, bo miałam nadzieję na klimatyczną powieść o irlandzkiej emigracji do Wielkiej Brytanii. Pod tym względem się nie zawiodłam, bo faktycznie smaczków tam dużo, aż za. W takim sensie, że trudno mi było zrozumieć ich rozmowy, bardzo hermetyczne dialogi, Irlandczycy oczywiście załapią w lot, ale inni, szczególnie kiedy czytane w oryginale, a dialogi prowadzone w różnych dialektach, orzą przez ten tekst jak pierwsi osadnicy w kamieniach.
Historia sama w sobie bardzo ciekawa. Młody mężyczna - Tom wyjeżdża ze swojego spokojnego miasteczka do Londynu, gdzie jego brat odniósł sukces jako właściciel przedsiębiorstwa budowlanego. Chce, aby tenże młodzieniec popracował w lecie u niego, a potem poszedł kształcić się na inżyniera i dołączył do imperium budowlanego. Wszystko byłoby jasne i proste gdyby nie to, że Tom inaczej wyobraża sobie swoją przyszłość, jest bardo inteligentny, bystry i chce zostać księdzem. I tu wydaje się, że powieść o księdzu w latach 60-tych w Irlandii będzie jak takich wiele, wiadomo o czym, o szkołach pełnych przxemocy i złych seksualnych praktyk lub o innych miejscach, gdzie się księża niestety nie wsławili w tamtych czasach. Mają tego tutaj aż nadto. Smaczku całej historii dodaje fakt, że tę powieść napisał ksiądz, który żyje i pracuje w parafii w Drumcondra.
Obawy, że ta książka okaże się kolejną pozycją jakich było już wiele, nie sprawdziły się. William King ma fantastyczny zmysł łączenia obserwacji z portretami psychologicznymi, obserwacjami socjologicznymi i odrobiną humoru, nie ironizując jednocześnie, ani nie nadając historii tonu cierpiętnictwa, chociaż jest o niesłusznie oskarżonych kolegach po fachu (ostatnie wydarzenia, gdzie księża masowo, jeden po drugim są pociągani do odpowiedzialności za molestowanie seksualne dzieci,przeważnie słusznie). King kreuje, a właściwie odtwarza świat, który już nie istnieje, ale nadal jest w pamięci i myślach ludzi tutaj urodzonych. Któż nie miał kiedyś wuja, ojca czy brata w Wielkiej Brytanii pracującego na całą rodzinę. Któż nie słyszał historii od Irlandczykach, którzy wykorzystywali swoich gorzej niż Brytyjczycy? Któż nie znał dobrych księży, którzy pomagali ludziom w potrzebie, ale i tych, od których lepiej było trzymać się z daleka (o ile się dało). King pokazuje dobre i złe strony stanu duchownego, ale też dobre i złe strony 'cywili'. I ta grupa społeczna, i ta, mają wbrew pozorom wiele wspólnych płaszczyzn, przecież ksiądz jest nadal tylko człowiekiem, a każdy człowiek może być również święty.
Dla Irlandczyków to bardzo ważna powieść, dla wszystkich innych ciekawa historia z wątkiem poznawczym. Polecam raczej tym, którzy sprawnie czytają po angielsku, a jeśli kiedykolwiek będzie przetłumaczona, wszystkim innym, bo dobrze czasem wejść w nieznane rejony i historie. Irlandia chociaż bliska wielu, bo albo tu są, albo byli, albo mają tu rodzinę (trochę tak, jak z tymi irlandzkimi emigrantami w UK), nadal jest mało znana.
Historia sama w sobie bardzo ciekawa. Młody mężyczna - Tom wyjeżdża ze swojego spokojnego miasteczka do Londynu, gdzie jego brat odniósł sukces jako właściciel przedsiębiorstwa budowlanego. Chce, aby tenże młodzieniec popracował w lecie u niego, a potem poszedł kształcić się na inżyniera i dołączył do imperium budowlanego. Wszystko byłoby jasne i proste gdyby nie to, że Tom inaczej wyobraża sobie swoją przyszłość, jest bardo inteligentny, bystry i chce zostać księdzem. I tu wydaje się, że powieść o księdzu w latach 60-tych w Irlandii będzie jak takich wiele, wiadomo o czym, o szkołach pełnych przxemocy i złych seksualnych praktyk lub o innych miejscach, gdzie się księża niestety nie wsławili w tamtych czasach. Mają tego tutaj aż nadto. Smaczku całej historii dodaje fakt, że tę powieść napisał ksiądz, który żyje i pracuje w parafii w Drumcondra.
Obawy, że ta książka okaże się kolejną pozycją jakich było już wiele, nie sprawdziły się. William King ma fantastyczny zmysł łączenia obserwacji z portretami psychologicznymi, obserwacjami socjologicznymi i odrobiną humoru, nie ironizując jednocześnie, ani nie nadając historii tonu cierpiętnictwa, chociaż jest o niesłusznie oskarżonych kolegach po fachu (ostatnie wydarzenia, gdzie księża masowo, jeden po drugim są pociągani do odpowiedzialności za molestowanie seksualne dzieci,przeważnie słusznie). King kreuje, a właściwie odtwarza świat, który już nie istnieje, ale nadal jest w pamięci i myślach ludzi tutaj urodzonych. Któż nie miał kiedyś wuja, ojca czy brata w Wielkiej Brytanii pracującego na całą rodzinę. Któż nie słyszał historii od Irlandczykach, którzy wykorzystywali swoich gorzej niż Brytyjczycy? Któż nie znał dobrych księży, którzy pomagali ludziom w potrzebie, ale i tych, od których lepiej było trzymać się z daleka (o ile się dało). King pokazuje dobre i złe strony stanu duchownego, ale też dobre i złe strony 'cywili'. I ta grupa społeczna, i ta, mają wbrew pozorom wiele wspólnych płaszczyzn, przecież ksiądz jest nadal tylko człowiekiem, a każdy człowiek może być również święty.Dla Irlandczyków to bardzo ważna powieść, dla wszystkich innych ciekawa historia z wątkiem poznawczym. Polecam raczej tym, którzy sprawnie czytają po angielsku, a jeśli kiedykolwiek będzie przetłumaczona, wszystkim innym, bo dobrze czasem wejść w nieznane rejony i historie. Irlandia chociaż bliska wielu, bo albo tu są, albo byli, albo mają tu rodzinę (trochę tak, jak z tymi irlandzkimi emigrantami w UK), nadal jest mało znana.
Subskrybuj:
Posty (Atom)








