Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozmyślania o czytaniu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozmyślania o czytaniu. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

O kant tyłka potłuc akcje, kiedy znikąd pomocy

Czytanie pod chmurką, pięć minut dla książki, cała Polska czyta dzieciom - to nic nie da.

Taka prawda. Dziwimy się, że czytelnictwo spada, że więcej niż połowa Polaków nie miała w ręku książki w zeszłym roku, a z pozostałej połowy może mieli jedną - 50 twarzy Greya jak znam życie. I w tym roku będą mieli dwie, czyli dwieście procent normy - kolejne dwa tomy o twarzowym kochasiu trzeba przecież doczytać.
Szukamy winnych, że dom, że szkoła, że lektury do niczego, że za drogie książki. Sraty-taty. Książki są w bibliotekach, jak ktoś jest molem książkowym, to sobie butów odmówi, a książkę kupi. W końcu nie ma takiej biedy, jak to bywało kiedyś, a wtedy czytało się więcej.
Jest telewizja, jest internet - powiecie, młodzież woli kulturę obrazkowa, nie ma cierpliwości skupić się na dłuższym tekście... No to cała Polska czyta dzieciom, to ma coś zmienić.
Pewnie, te wszystkie 'ruchy w rajstopach' pozwalają jakoś książce utrzymywać nos ponad powierzchnią wody, ale i tak czarno to widzą eksperci od tego sektora.

Od jakiegoś czasu, mając na uwadze te wszystkie argumenty prowadzę 'badania w terenie', czyli tropię ślady książki w mediach i albo Siuks ze mnie marny, albo marnie z tymi śladami.
Od razu pomijam programy typu Xięgarnia, Hala Odlotów, Sztuka czytania, Hurtownia książek - one są dla niszowej grupy robione, albo nocą puszczane, ale kiedy nikogo nie ma w domu, albo mówią tam takim językiem, że może ze 2 procent ludzi to rozumie. Taka prawda. Robi się tam z książki i czytelnictwa zajęcie dla wybranych, nielicznych, inteligencji, ale też takiej z podziemia. Marynarki tweedowe, swetry na drutach półsłupami, albo pulowerki w serki i spróbujmy użyć jak najwięcej wyrazów ze słownika Kopalińskiego w jednym zdaniu. I wszyscy w okularach, oczy 'zjedli' czytając.
Żeby było jasne - nie krytykuję, próbuję na to spojrzeć oczami statystycznego Kowalskiego czy Kwiatkowskiej. Uwielbiam Halę Odlotów, oglądam z nabożeństwem każdy odcinek (nie tylko o książkach tam mówią), zresztą każdy program o literaturze śledzę. Po ciekawym odcinku staram się zachęcać do obejrzenia powtórki, mozolnie lajkuję, udostępniam i rozpowiadam, ale wiem, że to i tak interesuje nielicznych.
Telewizja ma moc. Może wypromować piosenkarza bez poczucia rytmu, to książki by nie dała rady? A lokowanie produktu, wiem płacą za reklamę, ale skoro tak się wszyscy martwią poziomem czytelnictwa, nie można by za darmo, pro publico bono, lokować książki w programach telewizyjnych i serialach?
Wspomniane 'badania w terenie' obejmowały uważne śledzenie różnych produkcji i wyławianie obecności książki, jako czegoś zwykłego, używanego codziennie do czytania (podkreślam, bo można by jako podpórki lub podkładki pod garnek). Nie ma. Gdyby to łowienie dotyczyło ryb na obiad, z głodu bym zdechła w imię kultury.
Ani 'Klan', ani 'Barwy szczęścia', 'M jak Miłość', 'Na Wspólnej' (kilka gdzieś tam w tle między wazonikami) 'Przyjaciółki', 'Ojciec Mateusz' (poza brewiarzem), 'Komisarz Alex', Agata co ma prawo, Lekarze, Na dobre i na złe, wszystko co tam w programie teraz jest - z lupą oglądałam i nigdzie żadnej biblioteczki, bohatera odpoczywającego przy książce, czytającego w kawiarni w oczekiwaniu na koleżankę czy chłopaka, ludzi w autobusie z książką, na ławce z książką, u żadnej dziewczyny w torebce książki - nie ma. Książka została wyrugowana z codzienności telewizyjnej. W serialu Przepis na życie było, o 'W poszukiwaniu straconego czasu' i 'Ulissesie', ale potem się okazało, że to taki kawał, facet sobie z jednej babki jaja robił, a ona durna czytała to wszystko, żeby mu zaimponować. No pewnie, co za pomysł przeczytać książkę! Do garów! Ewentualnie podziwiać faceta.
A jak Magda Gessler wylądowała kiedyś w restauracji, gdzie książki stanowiły tło dla serwowanych dań, nie mogła opanować wyrazu niesmaku na taki wystrój, natychmiast skrytykowała.
Raz przeczytałam w prasie, że będzie serial o młodych ludziach, którzy otworzyli razem księgarnię. Napaliłam się jak budowlaniec Radomskich, a jak przyszło co do czego, to o książkach i księgarni tam najmniej było, głównie ekspres do kawy pokazywali, poza tym oczywiście 'o życiu, a rano zrobimy jajecznicę' - szybko zdjęli z anteny. Dobrze im tak, ludzi tak w konia robić.
Programy poranne - czasem, przy okazji promocji książki, można zobaczyć pisarza. Raz w tygodniu Anna Dziewit Meller opowiada o nowościach w Dzień Dobry TVN, ale na kanapę nie zaproszą pisarza. Modelki, piosenkarzy, aktorów zapraszają. Sportowcy proszę bardzo, z fanfarami. Panie robiące na drutach i szyjące poduszki, fryzjerzy, kreatorzy mody oczywiście. Prezenterów radiowych ewentualnie też. Byli i obecni mężowie, porzucone żony, niekochane córki - wszyscy mają zawody dalekie od pisania. Czasami dziennikarka jest. A dlaczego pisarka czy pisarz nie mogliby przyjść i pogadać o swoim dzieciństwie, o wyborze samochodu, o chodzeniu na obcasach, nawet dwa razy w tygodniu. I nie w koło Macieju Grochola i Kalicińska, skądinąd świetne babki, ale przecież nie jedyne pisarki, ale więcej i z różnej półki. Dla jednych prof. Mikołejko i Pilch, dla innych Zaczyńska, Ulatowska czy wspomniana Grochola. A może Miłoszewski i Wroński. A jak o Paryżu w lecie to może Gutowską-Adamczyk z Martą Orzeszyną zaprosić, a nie tancerza, co tam właśnie brylował. Mamy wielu pisarzy w Polsce, w innych krajach się ich hołubi, zaprasza, wypytuje, w radio chociażby telefonicznie, a u nas rajdowiec, hodowca koni, skrzywdzony prezenter, porzucona żona Ibisza są gwiazdami. Wiecznie ci sami do tego.
Czasem zapraszana gwiazda przyznaje, że napisała książkę i wtedy jest to tak dziwne, jakby puściła bąka w towarzystwie. Do tego się kryguje, że może nie jakiś cud miód, ale za to szczerze. Jakby to wstydliwa przypadłość była.
Prasa o książkach trudna do kupienia, sama tego doświadczam, kiedy spędzam tydzień w Polsce i chcę wszystko na raz skompletować. Albo proszę kogoś o zakup w kraju i dostaję doniesienia z placu boju - byłam w empiku, Matrasie i nie ma, ale jeszcze lecę na dworzec, bo tam podobno dobry kiosk i pan Kazimierz ma wszystko. Nawet raz dzwoniłam do Agory, żeby mi Pani z działu dystrybucji powiedziała, gdzie kupić w takiej jednej małej miejscowości, bo koleżanki matka z balkonikiem po mieście posuwa i nigdzie nie ma, a wrócić do domu z pustymi rękami nie chce, bo się podjęła zakupu. Mission impossible cholera.
Kochani, chodzi mi o to, żeby książka nie była dla wybranych, tylko dla mądrych, tylko dla uczonych, żeby zauważyć, że są też panie kucharki, które zaczytują się w Sadze Ludzi Lodu, stolarze, którzy lubią Cobena, kierowcy zachwyceni nowym Krajewskim, zwykłe kobiety, które czytają powieści obyczajowe i żeby nie wpędzać tych ludzi w poczucie winy i że są czytelniczymi diskopolowcami. Żeby pisarze byli obecni w naszym życiu, książki równie często pokazywane jak kolejne modele komórek. Niech serialowe domy zostaną wyposażone w biblioteczki, Mostowiakowa poleca sklepowej nową powieść Michalak, niech facet wspomni, że nowy Pilch wymiata, niech ktoś się zachwyci biografią Kaliny Jędrusik, a dziecko idzie z ojcem za rękę i ma pod pachą bajki pana Perraulta. Przywróćcie książkę polskiej codzienności, wy - twórcy seriali, filmów, programów i reklam. Czytanie jak na razie zeszło do podziemia i to tak głęboko, że tylko blogerzy się podniecają kolejnymi wydawnictwami. Blogerzy - wyśmiewani przez prawdziwych krytyków, ale to oni właśnie dostają gorączki na wieść o Kronosie Gombrowicza, skrzykują się na targi, spotykają się przy wymiankach, zawzięcie dyskutują mailowo.
Ludziom czasem trzeba wskazać, jak żyć. Jeśli telewizja wywaliła ze swojej świadomości czytanie i książki, to jak można się spodziewać, że kolejne pokolenia będą po nie sięgać?
O i tak sobie pomstuję z okazji Międzynarodowego Dnia Książki.



środa, 27 lutego 2013

Poranek Pani Fisiowej

Obudziłam się rano, nie ma już słońca jak przez ostatni tydzień, ale ptaki dalej śpiewają jak szalone, nie wiem jak u Was, ale myśmy mieli prawdziwą wiosnę przez dziesięć dni. Przeciągam się zadowolona, że nigdzie się nie muszę dzisiaj spieszyć. Wprawdzie mam kilka rzeczy do zrobienia, ale nie na czas, to najważniejsze. Podczas tego przeciągania ręka natrafiła na książkę, nic w tym dziwnego, toż łatwiej u mnie natrafić niż nie natrafić. Wzięłam, przeczytałam rozdział, odłożyłam, bo natura mnie zawezwała do przybytku oczywistego w tych sprawach. Tam machnęłam sobie jeden artykuł z Książek (poprzedniego numeru, dopiero teraz mam okazję), po czym sięgnęłam po książkę, zawsze mam tam jedną na podorędziu i zaliczyłam ze dwa rozdziały (krótkie, ale i tak kółka odciśniętego na tyłku nie pozbędę się przez godzinę). Odłożyłam. Pościeliłam łóżko, otworzyłam szeroko okno, sięgnęłam na półkę po Dzienniki Pilcha i jak mam w zwyczaju od pewnego czasu, przeczytałam jeden wpis z tegoż. Jeden, bo ma mi starczyć ta książka na długo, w końcu ileż Dzienników może Pilch napisać? Nie minęła godzina, a ja miałam już przeczytane po kawałku trzy książki i artykuł w gazecie.

A i jeszcze zdążyłam sprawdzić pocztę, poczytać prasę w sieci, sprawdzić ile na Allegro kosztuje jedna taka książka, dowiedzieć się, że jej wysyłka (sama wysyłka, nie wraz z książką) została wyceniona przez sprzedawcę na 33 zł (65 dkg), zapłakać nad ciężkim losem czytelnika poza granicami kraju, utulić mojego kindla, bo taki pomocny w tej kwestii, a jak już mi się od tego tulania włączył (taką mam okładkę, że jak ruszę to się uruchamia), to sobie jeszcze jeden rozdział z rozmowy Szczuki z Marią Janion przeczytałam.

Fisia mam jak nic. Mój nick powinien brzmieć Pani Fisiowa. Kto wie, może jeszcze zmienię. Tylko proszę mi go nie kraść, wszelkie prawa niniejszym zastrzegam :-)

czwartek, 20 grudnia 2012

Koniec Świata pani Popiołkowa

Czasem nie lubię włączać się do sieci i odbierać wiadomości. Człowiek sobie chodzi zadowolony po ziemi, córka przyjechała, radość w dom, a tu buch w łeb - Świat Książki może zniknąć, jeśli nie znajdzie się inwestor. I nos na kwintę.
Lubię to wydawnictwo. Na początku, kiedy wyszły pierwsze katalogi, denerwowało mnie, że muszę z każdego coś kupić. I nie ma co ukrywać, czasem nie było co. Katalog być cienki, a książki albo nieciekawe, przynajmniej dla mnie, albo już je miałam inaczej wydane. Byłam w klubie od pierwszego miesiąca, na stronie księgarni znalazłam, że to był rok 1994, hmm mnie się wydawało, że wcześniej. Wydawnictwo szybko się rozwijało i nie wiem, kiedy okazało się, że problem już nie tkwi w tym, co zamówić, ale w tym, jak się nie dać zrujnować. Kiedy wyjeżdżałam zagranicę, dzwoniła, prosiłam, żeby mi nadal wysyłali katalogi do Irlandii, że nadal będę zamawiać. Nie udało się, bo poza granice Polski wydawnictwo z katalogiem i klubem nie wychodziło, ale nie pozbawili mnie członkostwa, jak sądziłam. Podczas pobytu na targach czy okazjonalnych wizyt w Polsce i zakupach w księgarni, nadal honorowali moją kartę i dostawałam zniżki.
Zawsze podobał mi się sposób wydawania książek u nich, fajnie było je trzymać w ręku, przyjazne czytelnikowi, litery i czcionka akurat, serie ładnie zaprojektowane. Nigdy mi na tym nie zależało, ale niektórzy też chwalili, że dobrze wyglądały razem na półce. Tam wydali moją ukochaną Maeve Binchy (przynajmniej część), niedawno Gaskell (ta poniżej jest wydana jak Donoghue w Stanach, z gładkimi, kremowymi stronami, ciężka jak kotary w dziewiętnastowiecznym domu)


Jestem wrażliwa na zapach książki (niektóre farby czy papier powodują u mnie łzawienie), również na fakturę papieru, jaki jest w dotyku. Te zawsze spełniały najwyższe kryteria w mojej osobistej skali przyjemności molowej.

Myślę o tym, jakie książki wydali i przychodzą mi na myśl od razu powieści Doncowej (byli pierwsi na rynku z serią o Daszy Wasiliewnej), Borysa Akunina, ale też i seria Historie ludzkie i kolejna ulubiona Anne Rivers Siddons między innymi. Zaklinacz koni kojarzy mi się z nimi, bo pamiętam do tej pory wrażenia, jakie mi towarzyszyły podczas lektury tej książki oraz okładkę. Zresztą do tej pory stoi na półce.

Ach, i wspaniały 'Mój sen o tobie' Nuali Faolain. Jeszcze nie wiedziałam, że będę mieszkać w kraju, który jest sub bohaterem tej książki.
Świat Książki cały czas trzyma poziom. Zarówno jeśli idzie o wydawane tytuły, jak i jakość wydań. Są tu pozycje dla wymagającego czytelnika, są też czytadła, poradniki, książki historyczne, wspomnieniowe, biografie. Dla każdego coś dobrego, nie wierzę, że mol wizytujący księgarnię firmową wychodził z pustymi rękami. No, chyba, że zapomniał portfela.
Ja przynajmniej nigdy nie wyszłam z mojej koszalińskiej filii (która szczęśliwie znajdowała się niedaleko mieszkania mojej mamy) bez zakupu.

Muszę też wspomnieć o wspaniałomyślnym wsparciu naszej polskiej biblioteki w Donegalu przez wydawnictwo. Najpierw pani Bogna, a potem Agnieszka, bez żadnych warunków, bez błagania i 'urabiania', co jakiś czas wysyłają dla nas książki.Nikt, kto nie był daleko od kraju, stęskniony polskiego słowa pisanego, nie zrozumie, ile to dla nas znaczy. Kiedy przynosiłam je do biblioteki, ludzie mieli wypieki na twarzach. Aż żal, że dziewczyny w wydawnictwie tego nie widziały.

A ich przyjęcie blogerów na targach - byłam tylko raz, ale jak miło nas potraktowali, dostaliśmy gadżety, mieliśmy okazję porozmawiać z ludźmi, których znaliśmy tylko z maili, były też podarunki książkowe, czuliśmy się dla nich ważni.

Kiedy dostaliśmy niedawno paczkę, siedziałam chyba z godzinę nad książkami i upajałam się łatwością z jaką poddają się czytelnikowi. Można podeprzeć się na stole, popijając kawę, czytać rozłożoną książkę - a rączki tutaj :-)


A te biografie jakie mają okładki, jaki papier. Aktorki, czego tu nie widać, z lekka podbłyszczane, jakby z łuską. 


Czytadła mięsiste, miłe, z meszkiem jakby brzoskwiniowym, nawet dziewczyny w bibliotece aż westchnęły, a żadna wcześniej nie wspominała o tym, że jest to dla niej ważne.




No i moja ukochana Kiersnowska i jej kolorowe obrazeczki w niezwykle przejmującej książce (z lewej), a obok wspomnienia Eustachego Sapiechy. Piękna publikacja. 'Ile wart jest człowiek' po prostu zapiera dech w piersiach = i tekst, i edycja.


Tyle tytułów, tyle książek, również polskich autorów, jak również audiobooków ze wspaniałymi lektorami, ciężko mi przyzwyczaić się do myśli, że to już koniec. Trudno uwierzyć. A ponieważ ten czas to najlepszy moment na życzenia i marzenia, chciałabym, żeby Świat Książki nie przestał istnieć.

wtorek, 18 grudnia 2012

Świąteczna lista życzeń - takie małe choinkowe przyjemności

Wszyscy opisują swoje typy na święta, albo to, co by chcieli. Ja też postanowiłam, bo mi to sprawia organiczną przyjemność, nawet jeśli mnie nie stać na ich kupno, powklejam sobie tutaj te książki i już mi lepiej. To nie jest też wpis martyrologiczny pod tytułem - nie mam, taka jestem nieszczęśliwa. Po prostu uwielbiam macać, chociażby przez ekran. Gdybym była w Polsce, poszłabym do księgarni, najchętniej takiej z kawą i do tego, żeby jakaś koleżanka ze mną była, żebyśmy się mogły razem ponakręcać. Jak się nie ma, co się lubi, do tego noga rwie (o tym na moim co-dzienniku), spać się nie da, to chociaż, jak to małżon mówi, okładki, okładki i jeszcze raz okładki.

Wymieszałam te moje marzenia-życzenia, trochę starych, które miałam nadzieję zdobyć, trochę nowych, pewnie tak wszyscy macie.

1. Słodkie życie - Ewa Morelle

pisał o niej Tyrmand, wspominali w książce o Czyżewskiej, ciekawe by było wiedzieć, co ona myślała. Poza moim zasięgiem allegrowym, za droga

2. Moje życie z książką tom 1. Mam drugi, ale nie chcę czytać bez zapoznania się z pierwszym. Nie mogę go nigdzie dostać, bywa na Allegro, ale przegrywam licytacje.





 3. Zamieć śnieżna i woń migdałów - Camilla Lackberg. Nowość, na święta jak znalazł


4. Powrót do Killybegs, powinno być w sumie na pierwszym miejscu. Moje strony, znam historię, znam podłoże, IRA - za mało wiem, ciekawa jestem bardzo.




5. Mam dwie pierwsze, muszę mieć i tę, któregoś dnia na pewno

6. Mam dwa tomy, trzeci koniecznie, a do tego żony







7. Miasto złodziei z wyd. Sonia Draga znowu, wydaje mi się dla mnie


8. Zawsze to chciałam mieć, ale ciągle coś innego wyskakuje, weź się w garść Kaśka!




9.  Wysłuchałam pierwszej, drugą też bym chciała, ale przed świętami nie da rada, jak mawiał jeden Irlandczyk sprzedający owoce.




10. Jak widać latam od rozrywki do poważniejszych tematów, płodozmian wskazany




 11. Opowieść o Izabeli Czajce-Stachowicz, przedwojenne klimaty, lubię




12. Po wysłuchani Dziennika Tyrmanda, ta książka jest po prostu must have dla mnie



13. Miałam w ręku, ciekawa, ale droga. W sferze marzeń, może kiedyś z Allegro?


14. Nic o tej kobiecie nie wiem, frajda poczytać o tej, która kształtowała moją wyobraźnię, kiedy byłam dzieckiem




15. Oba Siedliska bym chciała





16. Uwielbiam ją jako aktorkę, żyła w ciekawych czasach i z ciekawymi ludźmi, koniecznie - Diane Keaton autobiografia


17. Anna German o sobie
18. Ciekawa jestem








Zatrzymam się na dwudziestu.
W tle gra muzyka świąteczna. Ale fajnie mi było sobie tak grzebać w przechowalniach.
Wysoko na liście, chociaż tutaj kolejność też przypadkowa, była nowa powieść Bator, ale niespodziewanie dostałam ją od czytającej pisarki i tak się cieszę, że normalnie chyba będę spała z nią pod poduszką. Dzięki.


Jeszcze kilka w języku angielskim, które mam na oku


Też u pisarki przeczytałam o nich


Ostatnia jej powieść, wydana już pośmiertnie.



Życie mola jest bardzo szczęśliwe, jak nie ma to nie szkodzi, bo samo oglądanie i czytanie o tych książkach u Was na blogach, też jest przyjemnością.

Pozdrawiam wszystkich świątecznie,  pewnie to nie ostatni wpis przed godziną zero, ale gdyby, to wiedzcie, że o Was myślę w ten czas. O Waszych zakupach i prezentach też :-)

poniedziałek, 5 listopada 2012

Trzy książki w koszyku, nie licząc wywiadów

Wczoraj obejrzałam na stronie Xięgarnia.pl nowy odcinek, tym razem z Markiem Bieńczykiem, którego Książka Twarzy, ze względu na  autora, na to, co mówi i jak, nie tylko tutaj, ale wcześniej w Hali Odlotów, a nie ze względu na NIKE, jawi mi się jako jedną z 'most wanted' pozycji obecnie na rynku. Do koszyka.

 
Z tą stroną Xięgarni jest tak, że jak człowiek zacznie oglądać i czytać, końca nie ma. Przeszłam więc do wywiadu z Miłoszewskim, jakoś mi umknął wcześniej, potem z Mikulskim, bo mnie jego książka też ciągnie do siebie, a na koniec, na deser, noc mnie zastała z Janem Jakubem Kolskim .
Wywiad niesamowity. Nie widać zadającego pytania, jedynie twarz Kolskiego. Wszystko na niej wypisane, chociaż pewnie by nie chciał. Szczerość jego wypowiedzi, mądrość, wyważenie, ale też i pewna zadziorność, momentami ból, wszystko tam widziałam. Oczy! Zwierciadło.  Jako widz poczułam się niezwykle uprzywilejowana, że mogłam tego posłuchać. 
Tym bardziej jestem ciekawa jego powieści 'Egzamin z oddychania'. Druga do koszyka


Z tego linku możecie przejść na stronę Xięgarnia.pl i obejrzeć oba odcinki wywiadu. Uprzedzam łatwo nie będzie, żadnego pitu pitu, ale czy kiedykolwiek ten twórca nam pitu pitu proponował? NIGDY.
Kocham jego filmy za to, że 'pasie' moją wrażliwość mądrymi treściami i nigdy się na nim nie zawiodłam. Gdybym miała wymieniać ulubione jego obrazy, nie umiałabym jednoznacznie wskazać. Na pewno Historia kina w Popielawach, ale zaraz mi Jasminum przychodzi na myśl, a potem myślę, gdzie tam, Pornografia, to było coś, eeeee, Afonia i Pszczoły mi się podobała, a potem sięgam po jego najstarsze filmy i też wszystkie na swój sposób mnie urzekły. Wobec Kolskiego nie umiem być rzeczowa, wytrąca ze mnie rozum, natomiast uwydatnia rolę serca i intuicji. Przy jego filmach mogę być znowu widzem-dzieckiem, które nie pyta tak naprawdę dlaczego, po prostu przyjmuje film takim, jaki jest i wzrusza się, cieszy, klaszcze w dłonie, tupie nogami, jak w teatrze na Śpiącej Królewnie. Chociaż bajki to już nie są, łatwo nie jest.
W wywiadzie słucham i martwieję - Kolski mówi, że wierność swojemu stylowi mało go nie rozsypała, że teraz trzeba inaczej. Jak to, zakrzyknęłam, to już nie będzie tego Kolskiego, którego znam, na którego się szło w ciemno, constans, a jednak zawsze coś innego tam można było znaleźć? To co ja biedna pocznę, jak ja się w tym odnajdę, czy wszystko musi być nowoczesne???
Wspomina też Krzysztofa Majchrzaka, za którym strasznie tęsknię, najukochańszy mój aktor, a zniknął zupełnie, od dekady odrzuca propozycje, szkoda. 
Tak się przejęłam, ze mi się to jeszcze w nocy śniło.
Książki jestem ciekawa, inny środek wyrazu, ale Kolski ten sam, chociaż wiele doświadczył, przecież nie wszystek się zmienił. Mam nadzieję. Niezależnie od skórki, ogryzek zawsze jest taki sam.

A na koniec, ale nie najmniej ważna, pozycja rozrywkowa, bo nie samymi bólami egzystencjalnymi człowiek żyje, nawet się tak nie da, nowa powieść Hagena, czyli wydało się już, że Leszka Talki tak naprawdę - Dzień zwycięstwa. Trzeci tom, po Granatowej krwi i Długim weekendzie, z komisarzem Nemhauserem w roli główniej. Do koszyka.


Na razie to tylko wirtualne zakupy, bo moniaków ni ma, ale ja zawsze mam w pogotowiu taką listę, bo jakby jaki cud, natychmiast rzucam się do zamawiania. Tylko nie wiem, czy nie oleju do grzania domu. Zima dla mnie nie jest łaskawa jeśli chodzi o wydatki książkowe.
A na razie trzy filmy Kolskiego już leżą na stoliku obok telewizora, pooglądam, pomyślę o nim ciepło.

sobota, 3 listopada 2012

Rozmyślania o e-czytaniu, Meller mnie 'nakręcił'. A poza tym Annica się zbliża

Właśnie skończyło się Drugie Śniadanie Mistrzów, mój ukochany program sobotni, który z namaszczeniem oglądam, niespiesznie popijając kawę, a w nim na samym końcu rozmowa o e-czytnikach, w ogóle o gadżetach współczesnych.
I tak mi się po głowie tłucze, co z tym e-czytaniem, całkiem nowym obliczu czytelnictwa i molowania.
Od razu powiem, że jestem fanką czytników, ale jednocześnie absolutnie nie rezygnuję, nie mam zamiaru, z książek papierowych. A to dlaczego?
Ano bierze się to stąd, że są takie powieści, że one po prostu muszą po przeczytaniu stanąć na półce. Ma to wiele zastosowań. Przywołuje wspomnienia - przechodzisz obok regału z książkami, zatrzymujesz się obok znajomej okładki i jak na zawołanie, kiedy bierzesz książkę do ręki, wraca tamten czas, zapach, smak zajadanych 'amarettek', paluszków lub mandarynek, czas świąteczny lub letni, można tam znaleźć ziarenka piasku między stronicami, stare bilety wejścia na sztukę teatralną, albo kolejowe z sypialnego Koszalin-Warszawa. Emocje, wspomnienia, uczucia do książki pojawiają się wraz z jej obecnością namacalną, a nie wirtualnym tytułem na ekranie komputera. Niestety.
Druga rzecz - lubię swój dom i cudze, gdzie jest wiele książek. Lubię na nie zerkać, kiedy siedzę w fotelu, u znajomych przeglądać co tam mają, nie zawsze macać, bo czasem sobie ludzie tego nie życzą, ale patrzenie przecież nikogo nie boli. Dom bez książek jest dla mnie pusty. Czytnik tego nie załatwia. Natomiast załatwia brak miejsca na półkach i w tym jest nie do przebicia, ile by tych książek nie było, nie można powiedzieć, że się nie mieszczą. Gorzej, jeśli szlag trafi nasz dysk twardy, toż to jak pożar w domu, wszystkie książki zakupione jako e-booki idą w siną dal i tyle je widzieli. Nawet dysk zewnętrzny nie gwarantuje trwałości. Zastanawiam się nad tym, czy je na płyty wrzucić? Sama nie wiem, a Wy co robicie?

Książka na czytniku, kiedy w czytaniu, nie budzi dodatkowych emocji związanych z okładką i papierem, co ma dobre i złe strony. 'Cegły', albo wydane tak, że nie daję rady czytać, bo oczy, bo ręce, bo coś tam, wolę czytać na czytniku. Ale są takie książki, jak opisana dopiero co przeze mnie 'Książka' Łozińskiego, że gdybym nie miała ich w ręku, jedna trzecia przyjemności by odpadła. Nie najważniejsza, ale ważna bardzo. Nie nauczyłam się jeszcze cieszyć na moment otwarcia czytnika, a często mi się to zdarza, kiedy zbliżam się do książki leżącej na stoliku. Stare powieści, które mam wydane marnie, rozsypujące się, śmierdzące kwasem (papier książek wydawanych w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych tak jakoś dziwnie daje po nozdrzach, do tego mnie uczula i mi oczy łzawią) - te chciałabym mieć w formie e-booka. Chociaż Wszystko dla Pań Zoli wolałabym piękne płócienne wydanie, które widziałam na jednym z blogów.

Czy tylko mnie się wydaje, że grube tomiska szybciej czytają się na czytniku? Czasem książka jakoś tak myk-myk i już koniec. 

Zdaję sobie sprawę, że do e-czytania po prostu trzeba się przyzwyczaić. Uważam, że kryminały, do których nigdy nie wracam, świetnie nadają się do tego, żeby je tak czytać. Tylko jak nauczyć się emocjonować 'spisem treści' czytnika?
No i kupowanie straciło na emocjach też. Papierowe - wygląda się paczki, listonosza, koperty, a ebooki masz  w mig. Oczywiście jest to plus, kiedy nam na czasie zależy.
O takich sprawach jak wożenie książek na wakacje w jednym małym 'plastikowym listku', czyli nic nie ważą, a są, wspominać nawet nie będę. Ale co z tym ziarenkiem piasku między stronicami?
Jak widać nowe walczy u mnie ze starym, lubię oba sposoby, ale jeśli idzie o nowoczesność mam problem z odarciem jej z tej magii, jaka niesie książka, na rzecz technicznego podejścia do przyjęcia tekstu do głowy.



A poza tym przyznam się, tym szczególnie, którzy mnie zachęcali, że oszalałam na punkcie nowego serialu brytyjskiego Sherlock. Całe szczęście, że Ale Kino+ zapodał(o), bo inaczej na dvd czy jakoś inaczej, bym się nie postarała. A tak czekamy na kolejny odcinek. Pasuje mi muzyka, aktorzy (chociaż twarz Benedicta Cumberbatch'a mnie doprowadza do rozpaczy (grymasy, niesymetryczności odwracają moją uwagę, ale i tak mniej niż w Parade's End), wszystko mnie zachwyca.


Równie niezmiernie cieszę się na nowy serial skandynawski oparty na powieściach Lizy Marklund (sześć z dziewięciu sfilmowano), już w niedzielę na tym samym kanale.




czwartek, 25 października 2012

Cykl o wydawnictwach zaczynam, poza tym o jednej takiej nowości i jednej niezdobytej twierdzy rzecz ta będzie

Tak mi jakoś myśli błądzą po różnych tematach, miało być dzisiaj o książce jednej, ale nie będzie, bo się skupić w ogóle nie mogę.
Po pierwsze dlatego, że w Krakowie targi się zaczynają, a ja tam być nie mogę i serce mi się rozpada na tysiąc kawałków, kiedy widzę w sieci doniesienia z tej imprezy. Już nawet nie chodzi o zakupy, ale o atmosferę, o spotkania blogerów, z pisarzami, mam tam kilka osób wystawiających, do których serce lgnie, poza tym bliskie sercu pisarki podpisujące, ach jakże bym się chciała z nimi wszystkimi zobaczyć. I z samym Krakowem, który jest piękny, pewnie o tej porze roku tym bardziej, a z którym mam wiele wspaniałych wspomnień i stosunek do niego szczególny.
Siedzę i mam do siebie żal, że nie potrafiłam się w tyle ekstra dudków zaopatrzyć, żeby na nic nie zważając, polecieć tam na trzy dni.
Nic to, może w przyszłym roku?
Poza tym, oglądając zdjęcia stoisk różnych wydawnictw, pomyślałam o tym, żeby po kolei opisywać tutaj niektóre, te, które mnie czymś ujęły czy zaskoczyły. Zawsze piszemy o książkach, poszczególnych tytułach, ale wydawnictwa też są przecież ważne, bo bez ich starań, o kolejne dobre tytuły, o to, żeby książki wyglądały godnie i ciekawie, żeby się miło czytały i były przyjazne - nie mielibyśmy tyle przyjemności.
Oczywiście, są ebooki i czytniki, swoją drogą śmiesznie mi obserwować ochy i achy nad nimi, kiedy jeszcze niedawno w sieci było tyle oburzenia, że nie zastąpią papieru. Teraz ludzie przyjaźnią się ze swoimi czytnikami, nadają im imiona, głaszczą z czułością, zdobywają w pocie czoła, bo nie tylko drogie, ale i jeszcze trudne do sprowadzenia do Polski (niektóre). Kiedy ja nazwałam swojego Soniaka Marcel i o nim napisałam, od ludzi teraz uwielbiających taką formę czytania, dostałam tyle komentarzy na nie, że aż mnie to zszokowało. Widać poglądy są zmienne, i dobrze, bo ja jestem jak najbardziej za czytnikami, co nie znaczy, że o papierowych  wydaniach zapominam i je odrzucam. Wręcz przeciwnie. Niektóre, szczególnie te ze zdjęciami, wspomnieniowe, inaczej niż w tradycyjnej formie, mnie nie interesują.

I tu wracam do wydawnictw, które chciałabym dzisiaj pochwalić, za to jak wydają książki.

Na pierwszy rzut idzie Wydawnictwo Literackie



Pewnie dlatego zaczynam właśnie od niego, bo przytargałam z Polski Orianę i nie mogę przestać się radować na jej widok. Wcześniej z majowych Targów Książki przywiozłam Pra, która już zawsze będzie mi się kojarzyć z Martą Orzeszyną, która mnie sterowała przez telefon, gdzie jest stoisko Wydawnictwa Literackiego (zadekowali się na samej górze, za to na przeciwko Czarnej Owcy), dzięki niej doszłam tam i kupiłam tę pozycję. Zmachana, zziajana, dopadłam stoiska i nie miałam w ogóle siły wyartykułować, co chcę kupić. Ale tam była taka miła obsługa, że bawiąc mnie rozmową, najpierw dali mi się wydyszeć, a potem podali upragniony tytuł. Tak mi się śpieszyło, że nie miałam nawet czasu ani siły przegrzebać dokładnie zasobów, czego będę całe życie żałować. A do Krakowa nie jadę, buuuu.
Nawet sobie o tej gonitwie wpis w książce poczyniłam, przecież jej nigdy nikomu nie oddam, a zawsze, kiedy otwieram, wracają do mnie te chwile



Ich książki, nie dość, że pięknie wydane, to jeszcze przyjazne czytelnikowi, a przyznajcie, nie zawsze tak jest. Po pierwsze pięknie się rozkładają, są szyte więc nie ma problemu z tym, że się rozpadną. Można sobie położyć na stole taką książkę i nie zamyka się, co najwyżej kartki się podniosą, ale o ilu książkach coś takiego można powiedzieć? Mam teraz jedną w planach, która mi się nie daje w ogóle otworzyć, a co dopiero tak położyć na stole, będę musiała ją chyba 'rozłamać', może nawet się rozpadnie, ale przecież pół zamkniętej nie będę czytać.
Tutaj nic takiego nie ma miejsca. Do tego, na przykład okładka wspomnień Wałęsowej (na zdjęciu górnym), taka aksamitna, ze sama przyjemność w rękach trzymać. 'Pra' w twardej oprawie (zdjęcie dolne) leży już pięknie, i w rękach, i na stole. Sama przyjemność obcowania z tekstem. Książka sama zaprasza.



Możecie się śmiać, że to nieistotne, dla mnie tak, bo ja lubię czytać w różnych okolicznościach i denerwują mnie książki, które 'walczą' z czytelnikiem o dostęp do tekstu.
To samo tyczy się czcionki i odstępów oraz marginesów. Wydawnictwo literackie ma to świetnie zbalansowane. Nie mam pojęcie, jakiej czcionki używają, kiedyś to było zaznaczone w stopce lub informacjach na kolejnej stronie, ale już tego nie stosują, a szkoda, bo dla niektórych, szczególnie okularników, i wygląd tekstu ma znaczenie.
Najważniejsza zawsze jest oferta, bo co bym nam było po tych pięknych wydaniach, gdyby nas treść nie interesowała. A ta jest imponująca, bo i dla wymagającego czytelnika coś, i czytadła, wszystko jednak (prawie, ale o gustach się nie dyskutuje, co dla mnie jest nie do czytania, dla innych wyczekiwaną nowością) na poziomie przynajmniej dobrym, jeśli nie fenomenalnym.

I nie myślcie sobie, że ja z nimi współpracuję, że to jakiś tekst promocyjny czy coś w tym stylu, po prostu czasami wielka chętka pisać o czymś około-książkowym, zauważyć nie tylko treść, ale i 'oprawę tejże', co dla mola jest równie ważne, czyż nie?

Z innych spraw chciałabym powiadomić, że książka, którą swego czasu opisywałam tutaj, niestety wtedy nieprzetłumaczona na polski, ujrzała światło dzienne w naszym kraju, a jest to 'Ladacznica' Emmy Donoghue.   

A poza tym muszę się poskarżyć, że będąc w Polsce za Chiny nie mogłam dostać książki bardzo polecanej przez kilka osób, a mianowicie


Wydaje mi się jak skrojona dla mnie, ale co z tego, skoro w trzech Empikach, Matrasie, trzech księgarniach na lotnisku i po drodze na autobus, tego nie było. Zwariować można.

piątek, 5 października 2012

Pomniki pod strzechy czyli możliwa recepta na NIE-czytanie

Na fejsie u jednego z pisarzy znalazłam link do artykułu Katarzyny Tubylewicz pt. Smutne, polskie NIE-czytanie Najpierw chciałam dyskutować z pisarzem, potem pod artykułem, ale odpuściłam, co miałabym powiedzieć, że nikt nam nie będzie mówił, że czarne jest czarne, a białe jest białe? Odpuściłam. Męczy mnie już gadanie o mizerii polskiego czytelnictwa, kto czyta, ten czyta, kto nie czyta, ten nie czyta, jak przestaną publikować po polsku, będę czytać tylko po angielsku, a może nawet nauczę się wreszcie od nowa sprawnego czytania po rosyjsku. Obiecuję to sobie od lat i się do tego jeszcze nie zabrałam. W Rosji czytelnictwo ma się dobrze, w krajach anglosaskich też.
Ale mnie to męczyło, jak kornik drążyło mi myśli, aż dziś zaczęłam dyskutować z mężem o tym zjawisku.

Katarzyna Tubylewicz w leadzie do swojego artykułu pisze: "Polska była kiedyś, w sumie nie tak dawno, krajem, w którym walczyło się o zdobycie nowej, dobrej książki i w którym czytanie oznaczało jakiś prestiż. Dzisiaj znajdujemy się w europejskich forpocztach nędznego czytelnictwa, a polski rynek wydawniczy kurczy się w zastraszającym tempie. Czy to długotrwały efekt traumy transformacji, czy może chodzi o coś jeszcze zupełnie innego?"
Pamiętam te czasy, kiedy podczas prywatek pytaliśmy się nawzajem, co czytasz lub czy już przeczytałeś/aś jakąś książkę. Były mody na różne tytuły i wyrywaliśmy je sobie z rąk; bodajże w trzeciej klasie liceum  jedni po drugich czytaliśmy 'Mur' Sartra, albo 'Autostradę' Northa. To nie była kwestia - czy przeczytasz, a kiedy przeczytasz. W podstawówce kupowałyśmy lub zdobywałyśmy w bibliotece jedną i tę samą książkę i we trzy lub cztery koleżanki czytałyśmy ją na wyścigi. A potem spierałyśmy się o to, czy bohaterka powinna była powiedzieć ojcu o talizmanie schowanym w starym wazonie?

Pytam męża, co się stało? Dlaczego czytanie jest już niemodne? Dlaczego zdarza mi się słyszeć, czy widzieć tego typu komentarze - nie przeczytam, bo to nie moje klimaty, nie znam np. lat osiemdziesiątych byłam za mała. To znaczy co, o średniowieczu nie czytasz, o latach dwudziestych nie czytasz, bo nie pamiętasz tamtych czasów? Albo ktoś z książką w szkole to nudny 'nerd' z tłustymi włosami. Nerd to kujon. Tylko kujony czytają. A my przecież nie chcemy być kujonami, wszystkim przyszło samo i do tego dużo kasy zarabiamy... Brrrr, Aż się zaczęłam trząść z emocji, adrenalina mi skoczyła i nie mogłam się uspokoić. Zawsze tak mam, temat budzący emocje powoduje, że zaczynam szczękać zębami.
Mąż jest z tych, którzy czytają, ale o tym nie mówią. Tak jak się nie chwalą za każdym razem, kiedy zjedzą bułkę. Czytanie prasy czy książek jest bowiem naturalne, a rozmowa o tym raz tak, raz nie, zależy od nastroju.

Siedzę naprzeciwko niego i się pruję, że tutaj wszędzie ludzie z książkami i czytnikami, w parku, w pociągu, na lotnisku to już w ogóle. Nie tam gdzieś jedna czy dwie osoby, ale prawie każdy ma w ręku książkę lub ebooka, a jak się dochodzi do odprawy polskich pasażerów, to książki zanikają zupełnie. Jak w filmie science-fiction, było-klik-nie ma.
On na to, że Polska była biednym, zacofanym krajem, kiedy zaczynały u nas wchodzić komputery, ambicją każdego pana domu było wprowadzić go na salon do siebie, celem nie było kupienie książki, a komputera. I jego używanie. Zachłysnęliśmy się gadżetami, bo ich lata, dekady całe, nie mieliśmy. I książka w tym zachwycie gdzieś się zatraciła. A po drugie to trzeba odbrązowić książkę, nie traktować jej jako towaru, który jest dla wybranych, dla mądrych, dla myślących, jedynych i niepowtarzalnych. Książka jest bowiem dla każdego, czyli są czytelnicy 'wysocy' i ci bardziej 'przyziemni', ale dla każdego z nich jest odpowiednia lektura. A we wszystkich programach robi się z tego świątynię wiedzy, intelektu i czego tam jeszcze. Ignoruje się prostego odbiorcę, normalnego człowieka, który tego intelektualnego bełkotu nie rozumie, a jeśli rozumie, to mu się nie chce tego słuchać. Tylko nieliczni mają czas i ochotę na przysłuchiwanie się starzejącej feministce-literatce, żeby nie wiadomo, jak mądrze mówiła, mają tego już po dziurki w nosie. Nie ma zróżnicowania poziomu tych programów, albo na wysoką nutę, albo wcale. A nie ma co się oszukiwać, osiemdziesiąt procent z tych czterdziestu, które czytają, wolą lekturę lekką, odstresowującą, pozwalającą pomarzyć, pośmiać się, uciec w światy, które nie istnieją.

Powiedział, że gdyby były takie programy jak blogi o książkach, to może ludzie czytaliby więcej, trzeba  'literackiego disco polo', niech będzie lżej, rozgadanie, z pasją, dużo śmiechu, przewalania książek, i to nie tylko nowości, ale wracania też do klasyki, spierania się o Lalkę, jak u Książkowca, niech się dzieje.  A nie kilka usztywnionych osób starających się za wszelką cenę zaimponować erudycją sobie nawzajem i wszystkim swoim znajomym. To nie musi być od razu panel fachowców, niech ludzie się z tym identyfikują, a nie odchodzą zniechęceni, bo znowu nic nie rozumieją.Te programy są po prostu dla większości nudne.
Zamurowało mnie, ale po chwili stwierdziłam, że on ma rację. Kurczę, z ust mi to wyjął. Co ja mówię z ust, z serca, z trzewi, z głowy, do ust to nawet nie dotarło.  Książka powinna zejść z piedestału, z postumentów, bo one są tak naprawdę dla niej grobowcami. Literatura medialnie powinna iść pod strzechy!

                                                                     ***

A żeby nie było, że tylko jęczę i niczego nie doceniam, zachwycił mnie nowy program (przynajmniej dla mnie nowy, bo widziałam dzisiaj po raz pierwszy na TVP Kultura, a w sieci znalazłam jeszcze dwa odcinki tylko) - Hala odlotów. Nie tylko o książkach, ale dużo. I świetnie prowadzą tam rozmowy. Mądrze, ale bez zadęcia, z poczuciem humoru, bardzo polecam.
Oglądam i co słyszę od jednego z gości? - to samo o lotnisku, co ja dwie godziny wcześniej powiedziałam mężowi, że jak docierasz do strefy, gdzie nie czytają, to wiadomo, ze to Ryanair do Polski Pewnie dlatego tak mi się spodobał, haha.

poniedziałek, 1 października 2012

Rutyna mi się popsuła

Do tej pory miałam ulubione miejsca do czytania. A to w sypialni na naszym wielkim łożu, na brzuchu leżąc w poprzek. A to na balkonie, kiedy mieszkałam w Siedlcach na Poznańskiej, a on wychodził na ciche podwórko w kształcie litery U. W letnie, upalne noce stawiałam lampkę, siadałam na wygodnym leżaku i czytałam nawet do trzeciej w nocy, pogryzając jabłka pokrojone w cienkie plasterki. Albo przy stole w kuchni, w nocy, kiedy wszyscy spali, a ja jeszcze malinowa herbata i kilka stron, które przechodziły w kilka rozdziałów. Oczywiście też w łóżku przed snem, pod kołdrą, kocem, w ciepłych specjalnych skarpetach do spania, z psem po prawej. W ogrodzie na leżaku, najlepiej zaraz po skoszeniu trawy, kiedy zapach jeszcze w powietrzu. Na plaży chyba lepiej jednak słuchać audiobooków, bo można się obracać dowolnie do słońca albo brodzić w wodzie, nawet szum morza słychać, mimo 'zatkanych uszu', ale na skałach, kiedy mąż próbuje złowić rybę super się czyta. Kiedy dzieci były małe dużo czytałam w wannie, bo to było jedyne spokojne miejsce. Od niedawna w pokoju dziennym mam kącik - fotel bujany, lampka, regały z książkami, superowy, ale jeszcze nie oswojony.



Wszędzie, gdzie bym nie była, nie mieszkała, zaraz ustalam ulubione miejsca do czytania, ulubione siedziska spełniające wymagania, to jest najważniejsze. Gdzie indziej prasa, z rozróżnieniem na magazyny i 'wielko-płachtowe' gazety, gdzie indziej książki.
Ale ostatnio stało się jakoś tak, że mi się moja rutyna popsuła. Nigdzie nie jest mi dobrze. Jak na brzuchu, to mnie kręgosłup boli, albo łokieć, na plecach w łóżku wieczorem zasypiam, na bujaku w kąciku zaczyna mnie mdlić, coś chyba z błędnikiem, albo mi zimno, bo to chłodne miejsce. Przy stole w kuchni wieje mi po stopach, wieczorem nie bardzo, szczególnie nie w zimie. Ogród i plaża już odpadają, bo jesień. Czytam 'Ile wart jest człowiek', świetna i bardzo mi się podoba, ale duży format i ciężka i nie mogę sobie z nią miejsca znaleźć. Wczoraj oparłam ją sobie na pół leżąco na cyckach, to zostawiła mi pręgę taką, jakby mnie wiązali w scenie z 50 twarzy Greya. Mąż nie miał takiego problemu, przeczytał ją migiem, ale on jest twardy nie miętki, nic dziwnego.

Poza tym pora dnia na czytanie. Wieczór, szczególnie późny, to dla takiej starej baby jak ja, kiedy zaczynają się deszcze i wichry, ryzyko, bo mnie świsty za oknem i ogień w kominku usypiają. W dzień, ponieważ nie mam pracy etatowej, wstyd mi się rozwalić i czytać kilka godzin. W samochodzie, podczas sprzątania i gotowania czytam uszami, pewnie czytałabym w autobusie, gdybym dojeżdżała do pracy, ale jej nie mam. Starałam się o praktyki zawodowe w bibliotece, ale nie udało mi się dostać tego miejsca, a było płatne tyle, co zasiłek, widocznie więcej takich jak ja fanów się starało. A już widziałam siebie codziennie czytającą podczas dojazdów (godzina w jedną stronę).

I tak oto jestem w punkcie wyjścia, muszę sobie znaleźć nową rutynę, albo naprawić tę, którą posiadam. Balkonu już nie mam, więc tego nie odbuduję, ale koniecznie muszę znaleźć miejsce, gdzie będzie mi wyjątkowo dobrze i wygodnie. Fotel bym sobie jakiś superowy kupiła, ale zupełnie nie mam dla niego miejsca. Mieszkam wprawdzie w domu, ale maleńkim i mam ograniczoną powierzchnię, więc ustawienie fotela wiązałoby się z usunięciem innego mebla. A taki idealny fotel mola książkowego,  jest moim największym marzeniem.

Jęczę, bo się trochę zablokowałam, doszło do tego, że codziennie książki na półkach oglądałam, wyjmowałam, poczytywałam i chowałam z powrotem. Jedynie Pilcha codziennie kilka dni Dziennika przy kawie czytałam, a resztę udawałam. Kiersnowska mi nie leżała w rękach, bo jak mówiłam ciężka, a ja mam problem z łokciem, więc podczytywałam przy stole w kuchni. Ale żeby się tak zaczytać na śmierć, że nic ani nikt mnie nie może oderwać, to nie. Całkiem odwrotnie, oderwać potrafiło mnie wszystko, byle co.
No i wczoraj stał się cud, nie, rutyny nie znalazłam, ale odblokowałam się i kilka godzin czytałam w łóżku wieczorem "Był dom", który też już za długo nieprzeczytany wisi, a rano od przebudzenia od razu zatęskniłam do powrotu do lektury, z taką ulubioną u siebie niecierpliwością, co to ja szybko muszę zrobić, żeby trochę poczytać. Uwielbiam ten stan.

Może nie czułam się tak strasznie z tą blokadą tym razem, gdyż w mojej rutynie czytelniczej już na stałe zagościły audiobooki, tak więc łokieć i oczy może zawodzą, fotela może jeszcze nie mam, ale wszystkie czynności, które kiedyś były rażącą stratą czasu czytelniczego, czyli domowe obowiązki, już mi nie przeszkadzają, bo sobie czytam uszami. Ostatnio szczoteczką cierpliwie czyściłam prysznic, bo byłam w takim momencie Carycy, że mi się wcale nie chciało zmieniać pozycji i kończyć tej czynności szybko, bardziej interesowało mnie, czy bohaterki przypadkiem nie zgładzą? Albo w ostatni weekend spokojnie zwinęłam stos gołąbków, sama nie wiem, kiedy, taka ciekawa ta książka.
Niedawno Audeo zaprosiło mnie to skorzystania z ich oferty i przejrzenia możliwości sklepu i oszalałam, tyle tam ciekawych książek do słuchania. Jak wspominałam, wymieniałam wcześniej audiobooki z koleżanką, która ode mnie brała papierowe. Nie miałam za bardzo wpływu na to, co dostaję, bo mogłam wybierać tylko z tych, które akurat ona miała. Jak się teraz dorwałam do katalogu, to mi się w głowie zakręciło. Tak się cieszę, że tyle książek wydaje się również w formie audiobooków, że ta moda się rozszerza i upowszechnia, a nie zwija do lamusa, bo to jest najlepszy sposób na spędzanie czasu przy czynnościach, które kiedyś nie kojarzyły się z czytaniem.

Mam kolejkę książek do opisania, bo i tu się trochę zblokowałam, ale powoli nadrobię zaległości.
Ostatnio sobie czytam w towarzystwie mojego pięknistego storczyka