Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczaj. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczaj. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 lipca 2013

O mieście, którego nie znam, o czasach, w których nie dane mi było żyć

Taki jestem cwaniutek, że z tym wpisem czekałam specjalnie na urodziny autorki, to już jutro, a także na czas bliższy wydania drugiego tomu, bowiem wielkimi krokami zbliża się jego premiera zapowiedziana na jesień (połowa października).

Małgorzatę Gutowską-Adamczyk pokochałyśmy z córką od pierwszego czytania jej powieści młodzieżowych. Za każdym razem powtarzam, że one są familijne i nadają się do czytania przez dorosłych i ich dzieci. 'Sto dziesięć ulic' i 'Niebieskie nitki' - nigdy nie zapomnę tych dwóch tytułów, od których zaczęła się nasza przygoda z twórczością tej autorki, jak również wspólne czytanie tych samych książek z córzydłem :-)

Pomstowałam trochę, że taka fajna pisarka, a nic dla dorosłych nie ma, bo wiadomo, człowiekowi zawsze mało. Ledwo pomyślałam, zaczęła wydawać również i dla mnie, zaraz córka dorosła i teraz znowu dla nas :-)

Cukiernia pod Amorem podbiła serca wielu czytelników, nie wiem jak Wy, ale ja dobrze zapamiętałam romans Róży z hrabią Zajezierskim i sprawę portretu, więc kiedy dowiedziałam się, że nowa powieść to taki 'spin off'* Cukierni, bardzo się ucieszyłam.

Tak, jak w Cukierni, akcja Podróży do miasta świateł rozgrywa się w dwóch planach czasowych - współcześnie i w Paryżu czasów belle époque.
Dowiadujemy się, co dzieje się z Igą Toroszyn, troszkę też o innych, ale są i nowe postacie - poznajemy Ninę, wykładającą historię sztuki, która na prośbę (powiedzmy, bo mama Niny o nic nie prosi, raczej rozkazuje) jedzie do Gutowa pochować ciotkę. Mimo, że dużo mniej o niej w tym akurat tomie, polubiłam Ninę i jej historię, a także uwiodły mnie zawirowania, które pozostawiają nas w niedosycie na koniec tomu pierwszego. Nina zostaje poproszona przez Igę o sprawdzenie, czy obraz, który wisi na ścianie hotelu jest autentyczny, czy może pochodzić spod pędzla Rose de Vallenord. Tak się mieszają losy tych dwóch kobiet i trzeciej - Róży Wolskiej, której czasy to inna bajka, bo akcja  dzieje się w dziewiętnastowiecznym Paryżu. Jej historię zaczynamy poznawać od dzieciństwa, kiedy to z matką jedzie do Paryża zamieszkać z wujem, ojciec pozostaje na zesłaniu na Syberii.
Matka Róży jest kobietą oschłą, pełną zahamowań, hołdującą konwenansom, niby umie się przystosować, a jednak nie, musi czasem polegać na córce, nawet już wtedy, gdy była mała. 
Oj dzieje się, dzieje. Mała Róża nie mówi (nie wiadomo dlaczego), ale jest uważnym obserwatorem. Jej oczami widzimy dawny Paryż, śledzimy obyczaje, jak to miasto się zmienia. Zaglądamy na salony, ale i do biednych kamienic czynszowych. Przechodzimy od ptasiego mleka do kromki suchego chleba na cały dzień. Trochę polityki też tu jest. Wszystko doskonale zbalansowane, a przede wszystkim ciekawe. Poza wartościami poznawczymi, to jest po prostu świetna powieść obyczajowa.

 Lubię, kiedy książka mnie poruszy, kiedy wstrzymuję oddech, albo sobie zapłaczę nawet. Tutaj emocji było co nie miara. Czytałam ją w zeszłym roku, u koleżanki wynalazłam audiobooka, wymieniłyśmy się płytami i postanowiłam jej posłuchać, odświeżyć przed drugim tomem. Czytała Anna Dereszowska, niestety nigdy się do niej, jako lektorki książek, nie przekonam. Już mi przy Carycy podpadła. Strasznie jęczy i ma tendencje do czytania dialogów tak, jak by nikt ich nie powiedział. Trochę robi to tak, jak w starym kinie, ze staromodną emfazą. Książce to nie zaszkodziło, ale mnie jako słuchacza wkurzało.


Lubię u Gutowskiej-Adamczyk to, że przybliża mi czasy i miejsca, których nie dane mi było przeżyć i zobaczyć. Przynajmniej nie tak, jak ona to widzi, bo co z tego, że byłam w Paryżu, jak niezaznajomiona z miastem, chodziłam tam, gdzie wszyscy, czyli do Luwru, pod wieżę, zobaczyć słynne dzielnice, coś tam zjeść, ale nie łudzę się, że poznałam to miasto od podszewki. Poza tym Paryż mnie nigdy nie fascynował, może to 'bluźnierstwo', ale nie. Teraz poznaję go poprzez powieść, poprzez książkę napisaną z Martą Orzeszyną, zadziwia mnie, interesuje, zostałam zarażona bakcylem.



*spin off - utwór np. serial, książka, w którym wykorzystuje się postać drugoplanową innego utworu, czyniąc ją pierwszoplanowym bohaterem. Może to być też miejsce, przedmiot, nie tylko osoba, mniej ważna gdzie indziej, w nowym utworze nabiera cech głównego bohatera

poniedziałek, 6 maja 2013

Hanna Cygler w znakomitej formie - W cudzym domu

Mam słabość do Hanny Cygler. Jej styl przypomina mi ten z lat siedemdziesiątych, powieści Muszyńskiej-Hoffmanowej czy Fleszarowej-Muskat. Takie dobre obyczaje. Nikt wtedy nie znał pojęcia 'literatura kobieca', nikt nie nazywał tego też 'romansami', po prostu wiadomo było, bez nadawania łatek i wkładania do szuflad, że powieść obyczajowa, czy to współczesna, czy odwołująca się do dawnych czasów, jest dobra jak kawa pita w niedzielny poranek. Rewolucji nie uświadczysz, ale ile przyjemności.
W ogóle kiedyś wszystko było prostsze, książka się podobała albo nie, co najwyżej zarzucano komuś, że się sprzedał, bo myśli socjalistyczne za bardzo chwali. A teraz kłócą się czytelnicy, środowiska literackie, wydawcy, blogerzy, dziennikarze; jest wszechobecny imperatyw klasyfikowania. Nie wiem, czy to świadczy o większej świadomości, czy zacietrzewieniu? Oczywiście są książki, które powinny prowokować dyskurs społeczny, ale są też takie, które prowokują dobre samopoczucie.

I tu wracam do autorki i jej powieści - W cudzym domu.
Mój ulubiony wiek XIX. U nas akurat zimno, wieje, leje, a ja w kocu w kratę, z psem w nogach, który co jakiś czas wydaje zadowolone pomruki i mi w łydkę łapy wpija, kiedy się przeciąga (to już mniej przyjemne), do tego gorąca kawa lub - to już rozpusta - marcepanowo czekoladowy budyń do picia. Radio Złote przeboje lub Chilli Zet i powieść o dziewczynie, która z Francji przyjeżdża do Polski i dzielnie próbuje sobie jakoś poradzić w niełatwym dla kobiet świecie.
U Hanny Cygler uwielbiam to, że jej postaci są wyraziste, ale jednocześnie niejednoznaczne, co daje czytelnikowi komfort polubienia jednego czy innego bohatera, sekundowania im, ale jednocześnie oni zaskakują na tyle, że nie jest nudno. Od razu pamięta się imiona, wytwarza w głowie obraz tych ludzi, miejsc. Człowiek się zaprzyjaźnia z jednym, kręci nosem na innego, a to go jakaś kobieta denerwuje, a to inny facet zawiódł. Przeżycia, przeżycia.
Mnie się najbardziej podobała część syberyjska, ale to żadna niespodzianka. Gdyby autorka napisała tylko o tym, wcale bym się nie pogniewała. Och jaka pełnokrwista była Wiera, a współ-zesłańcy Joachima, chociaż mało obecni na kartach, nawet do nich można się było 'przyzwyczaić'.
Jedyna wada, to mało zadowalający obraz Szuszkina. Niby w jakiś tam sposób kluczowa postać, sprawca wielu sytuacji, zwrotów akcji, a w sumie nie wiadomo, czy on lubił Polskę, czy nie, bo niby nie, ale jednak tak. Sugestia jest taka, że nie tylko kobieta go do nas przekonała, ale z drugiej strony enigmatyczny to człowiek, a ja bym marzyła o więcej.
Dużo fajnych smaczków z epoki, z obyczajowości, obrazki z mrocznych klatek schodowych, dworków, salonów, garsonier - dla każdego coś ciekawego. A do tego suspens kilka razy.
'W cudzym domu' to powieść udana, zadowoli czytelniczki młodsze i takie jak ja, czyli 'równie młode'.
Cieszę się, że miałam okazję ją przeczytać tak szybko, a to też dlatego, że autorka poprosiła wydawnictwo o wysłanie jej do naszej biblioteki w Donegalu. A tu od razu poszła w tryby czytelniczek, praktycznie każda powieść tej autorki jest zaraz pochłaniana przez wszystkie zapisane panie. W przeciwnym razie czekałabym dopiero do zakupów czyli do lata. Tym większe dzięki. 

sobota, 17 listopada 2012

Maeve Binchy - Heart and Soul - czy polskie żelazko ma duszę?


Bardzo byłam jej ciekawa, bo po pierwsze była wydana po długiej przerwie, która okazało się była spowodowana chorobą serca autorki, po drugie jedną z bohaterek Maeve uczyniła Anię, dziewczynę z Polski, a po trzecie - kocham tę pisarkę i czekam na każdy jej nowy tytuł. Wprawdzie zmarła, ale zanim - oddała do druku ostatnią swą powieść i w te święta ostatni raz będę trzymać w rękach coś nowego od niej.W tym całym zdaniu 'ostatni' jest najsmutniejszym słowem.

Nie wiem, czy to stan autorki tak wpłynął na książkę, ale akurat ta była trochę ckliwa, a najgorsze, że miało się wrażenie, że ona tą książką żegna się z czytelnikami. To wszystko nie znaczy, że ta powieść jest zła, ale lekko inna, zupełnie jak nie jej. Binchy zawsze pełna uśmiechu, teraz wydawało się, że pisze z łezką w oku. Przedwcześnie się martwiła, bo jeszcze kilka lat po jej wydaniu przeżyła, a i dwie powieści zdążyła napisać.

Akcja kręci się wokół nowo powstałego oddziału opieki nad pacjentami po zawałach i z innymi przypadłościami związanymi z sercem, jak to się tu nazywa out-patient, czyli wychodzisz ze szpitala, ale jesteś monitorowany przez jednostkę, która cały czas dba o to, żeby drugiego zawału nie było. Porady dietetyka, ćwiczenia kardio, regularne kontrole - to główne zadania. Szefową kliniki zostaje Clara, która jest w trakcie rozwodu. Dołączają do niej pielęgniarki, lekarz Declan i Ania, którą spotyka przypadkiem i okazuje się, że jest miejsce dla młodej Polki, która przyjechała do Irlandii w wyniku okoliczności natury osobistej, przykrych - dodawać chyba nie trzeba.

Jak to u Maeve Binchy, dowiadujemy się, co u jednych, co u drugich, u ich rodzin, losy różnych ludzi się przeplatają i tu najbardziej widać to żegnanie się autorki z czytelnikami, bo wprowadza nam bohaterów z innych powieści, a to właściciele restauracji Quentins z 'Jej największa miłość' (durne tłumaczenie tytułu, który stanowi po prostu nazwę restauracji), a to ksiądz z 'Głogowego gaju', a to pielęgniarka Fiona z 'Nocy deszczu i gwiazd', para prowadząca firmę kateringową z 'Miłość i kłamstwa' (kolejne nietrafione tłumaczenie). No, czyż to nie jest przegląd książki adresowej w celu powiedzenia 'żegnam'?

Ania jest jedną z kluczowych postaci, ale niestety jej losy, a raczej opis jej sytuacji i życia rodzinnego jest bardziej irlandzki niż polski, czego nie dało się pewnie uniknąć. Jak to mówiła Jane Austen do swojej bratanicy - nie pisz o Irlanczykach, bo nie masz o nich pojęcia. To samo powinien ktoś powiedzieć Maeve - nie zagłębiaj się w Polskie obrazki, bo polegniesz. Nie było tak źle, ale trąciło prowincją irlandzką raczej, a na dodatek autorka zrobiła jednego babola - napisała, że Ania kiedyś prasowała uszyte przez mamę ubrania żelazkiem, które stawiało się na kuchni, żeby je zagrzać. A Ania jest młoda i przebywa w Irlandii teraz, więc to niemożliwe, żeby nawet 10 lat wcześniej prasowała żelazkiem z duszą. Autorka chciała wykazać, jak im było ciężko, ale posunęła się o jeden most za daleko. Podobno miała polską konsultantkę, no cóż, nie wykonała ona swojej roboty jak należy.

Reasumując, dla oddechu od czegoś poważniejszego, idealna, ale niestety nie najlepsza w dorobku pisarki. 


czwartek, 27 września 2012

Zupa za lekko strawna, wbrew tytułowi

Lubię powieści Moniki Szwai, za ich dobre fluidy, za pogodę, za lekkie historie, które zawsze się dobrze kończą. Wiem, że to może dla pisarki okropne, ale sięgam po nie zawsze w okresie obniżonego poziomu stresu, kiedy nastrój wisielczy i na nic innego człowiek nie ma ochoty. Nigdy mnie nie zawiodła.
No cóż, ale zawsze jest pierwszy raz, mam nadzieję, że ostatni.
Książka napisana sprawnie, jak to u Pani Moniki, nie ma się czego czepić, tylko temat moim zdaniem potraktowany trochę zbyt lekko, zbyt strawnie, jak na jego wagę.
In vitro budzi u nas wiele emocji. Jestem za, deklaruję krótko i nie wchodzę w szczegóły światopoglądowe, bo nie miejsce po temu. Inaczej sprawa się ma, moim zdaniem, jeśli chodzi o surogatki. Już nie potrafię tak zdecydowanie opowiedzieć się na tak, czy na nie. Niby rozumiem motywy działania i decyzji, po jednej i po drugiej stronie, ale uważam, że tam gdzie dwa istnienia, a nawet więcej, bo dwie matki, dziecko przynajmniej jedno, do tego mąż, czasem dwóch, to już się robi tłok, który jest kłopoto-twórczy. Tu się musi coś schrzanić.

Ciekawa byłam, jak Monika Szwaja podejdzie do tematu, szczerze mówiąc spodziewałam się tym razem poważniejszej lektury. Niby wiem, że o wszystkim można opowiedzieć lekko, ale bez przesady.
Zdaję sobie sprawę, że to masło maślane, bo sięgam po jej książki, żeby się odstresować, a potem zarzucam, że się za mało stresowałam podczas czytania, ale o ile perypetie miłosne kilku kobiet są łatwe do opisania w ten czy inny sposób, to sprawa poglądów na temat życia poczętego, już nie jest taka łatwa i elastyczna do tego, żeby ją w ramy 'skocznej piosenki harcerskiej' ująć.
Bohaterowie powieści są jednowymiarowi, jak fajowski, to po prostu super, od razu ma przyjaciół, nawet jak się nie stara; jak obrzydliwy to do imentu i nawet nie wiemy dlaczego, wychodzi na to, że tak bo tak. Matka poddająca się in vitro, a potem szukająca surogatki, niby ma obiekcje, stąd zarzucenie prób zapłodnienia, ale przychodzą one z czasem, po dość długim okresie bezrefleksyjnym i trochę do mnie metoda uświadomienia sobie problemu, nie trafia.
Powieść ma klimat, ale on się nie klei do tematu, gdyby była o tym, jak młodym ciężko startować w dorosłe życie, nie byłoby się czego czepić, może tylko tego, że wiele sytuacji z tragicznych podejrzanie łatwo przechodzą w szczęśliwe.
Zresztą nie wiem, może to jest po prostu powieść pt. 'życzę wam wszystkiego najlepszego, jakoś to będzie', a nie pt. 'zobaczcie, jak życie potrafi czasem dokopać'. Może moje doświadczenia, obserwacje przeszkadzają w dziewiczym odbiorze książki? Znowu okazałam się za stara? Ale przecież autorka też nie jest dwudziesto-kilkulatką, mogłam się od niej spodziewać optymizmu, ale może też i większej powierzchni stycznej z rzeczywistością. Mogłam czy przesadzam?
Czytałam uszami, dzięki temu nie miałam ochoty odłożyć i nie wracać, ze słuchaniem jest trochę inaczej, nie siedzi człowiek i nie ślepi, tylko robi co innego i mimo chodem dostaje historię zapodaną do ucha. Przeważnie, kiedy słucham innych powieści, ciekawa jestem, co dalej, cieszę się na jazdę samochodem czy szorowanie prysznica w najmniejszych szparach, bo interesuje mnie, co też się wydarzy w kolejnym rozdziale? Poza tym lubię powieści, w których mam przynajmniej jednego bohatera, który mnie do historii przywiązuje emocjonalnie - lubię go lub wręcz przeciwnie, zaskakuje, denerwuje, nie jest mi obojętny. Tutaj nic takiego nie miało miejsca, nie było chemii między powieścią a mną, czyli czytelnikiem. I to jest chyba największy mój zarzut. Ale jak to z chemią bywa, u mnie nie zaiskrzyło, ale u innych może tak, więc nie polecam, nie odradzam, przekonajcie się sami.

czwartek, 5 lipca 2012

Caro, Elka, Wiśka i Mildred - cóż za doborowe towarzystwo


Trzyma się mnie ta piosenka od kilku dni i nie puszcza. Śpiewam pod prysznicem, kiedy się ubieram, kiedy robię makijaż - a to trudno, bo ze względu na rytm i podrygiwanie dupskiem, można sobie oko wydłubać. Nauczona doświadczeniem pilnuję się, żeby nie śpiewać w sklepach na głos, ale w samochodzie, kto mi zabroni?

Ale nie o tym miałam pisać.
Nie wiem, czy czasem bywacie na profilu Notatek na Facebook, tam pisałam, więc może dla niektórych się powtarzam, że mam wielką ochotę na czytanie, ale wszystko bym chciała na raz, więc rozedrganie we mnie wielkie i to mnie męczy. Książek do czytania bez liku. Pojechałam odwiedzić Monikę z Niebieskiej Biblioteczki, całą drogę z twardym postanowieniem, że żeby nie wiem co tam było, nie będę pożyczać, bo przecież dużo czeka. I co zrobiłam? Jak jakaś durna, jak tylko zobaczyłam te książki, poprosiłam o użyczenie na kilka tygodni. To jest nienormalne.


A tutaj książki przywiezione przez córkę. Nie miała miejsca w bagażu, jak wracają z Markiem z Krakowa, ile by mnie miała wykupione, będzie za mało, ale dla mamy zawsze na książki znajdzie miejsce i dzięki temu mam biografię naszej Noblistki, a obok biedniutko, w porównaniu z tym tomiszczem w twardej oprawie, wyglądająca Zofia Woźnickiej książka Było takie lato, którą tak przewodnikpokrakowie  polecała, że nie mogłam jej nie zdobyć. Na szczęście była do kupienia za grosze na Allegro. Jaka to dziwna historia z tymi starymi książkami, dziewczyna ją sprzedająca, nie jakiś antykwariat czy księgarnia, chciała się jej pozbyć i nie mogła, a ja tak bardzo chciałam kupić. Był problem z odebraniem w Polsce, nawet mówiła, że do Irlandii za nic pośle. No, ale się znalazł kanał przerzutowy i jest u mnie, nikt na tym nie stracił, a ja zyskałam takie malutkie czytadełko.


No dobra, to się pochwaliłam, a teraz o serialu, który właśnie z mężem obejrzeliśmy, a zasługuje on na większą uwagę - produkcja HBO 'Mildred Pierce'.
Kiedy był nadawany pierwszy raz na kanale HBO, przegapiłam pierwszy odcinek i jakoś mi się nie chciało nadrabiać. Dzięki powtórkom letnim wróciłam do niego teraz i ręce ku niebu wnoszę w okrzyku WHY? Dlaczego tak długo czekałam z obejrzeniem tak fantastycznego serialu? A przecież wiedziałam, że dostał on wszystkie możliwe nagrody.
Nie będę wklejać tu trailera, bo dużo w nim widać, a jak chciłabym, żebyście go obejrzeli nie spodziewając się niczego, jak mnie się to zdarzyło. Ależ to było rollercoaster emocjonalny!

Koniec prohibicji w USA. Mildred zostaje sama z dwójką dzieci, mąż opuszcza ją dla innej kobiety. W tamtych czasach, kiedy praca w usługach była dla wielu ludzi poniżeniem i upadkiem, w dobie czarnego kryzysu, kiedy firmy upadały jedna po drugiej, ona, niepracująca nigdy kobieta, zostaje na lodzie. I tu zaczyna się historia jej życia 'po mężu', pięć odcinków, duży przedział czasowy, dużo się dzieje, prywatnie, zawodowo, wszędzie.
Fantastycznie pokazane uczucia, bez żadnego kiczu, bez cukrzenia, bardzo prawdziwie. Życie Mildred nie oszczędzało, ale ona dzielnie dawała sobie radę. Aż do czasu... O nie, nic więcej nie napiszę.
Powiem tylko, że z mężem jeszcze z pół godziny po zakończeniu ostatniego odcinka siedzieliśmy milcząco w fotelach i przemyśliwaliśmy, co właśnie się tam zdarzyło. Nie wiem, może dlatego, ze mamy dzieci, tak nami to wstrząsnęło? Film po prostu trzeba zobaczyć. Seriale HBO, przynajmniej niektóre, to są istne majstersztyki, a każdy odcinek jest jak film, równie dobry, równie bogaty, równie pieczołowicie zrealizowany.

Spójrzcie jak Kate Winslet cieszyła się po otrzymaniu Emmy za rolę w tym filmie. Jakąż ona ma klasę, jak ona potrafiła to okazać. Kiedyś nie bardzo ją lubiłam, ale teraz uważam, że jest jedną z najlepszych aktorek, nie wyobrażam sobie nikogo innego w Lektorze na przykład.
Ten serial jest nawet dla tych, którzy nie lubią seriali, ma tylko pięć odcinków i zaspokoi nawet najbardziej wybrednych. 


niedziela, 1 lipca 2012

Lato nagich dziewcząt - Stanisława Fleszarowa-Muskat (audiobook)

Ach, cóż to była za letnia przygoda. Znowu byłam nad polskim morzem, w sukience w groszki, poznałam rzeźbiarza Grzegorza i jego przezabawnego psa Gwoździa, grupę młodziaków, którzy spotkali się w Sopocie przy okazji pozowania mu do jego ostatniego dzieła, a na dodatek jeszcze kilka innych postaci, które na zawsze pozostaną w mojej pamięci, kiedy tylko zawieje pierwsza letnia morska bryza, kiedy usłyszę mewy i szczekanie psa biegnącego po plaży za piłką, wrócą do mnie obrazy z tej powieści.

Fleszarowa-Muskat to jedna z moich ulubionych autorek, nad Bałtykiem, w Sopocie mieszkała i tworzyła. Czyż jest lepsza pisarka do stworzenia klimatu letniego miasteczka od niej? Może i jest, ale jak dotąd, nie czytałam fajniejszej letniej powieści. Do tego czytałam głosem jednej z moich ulubionych aktorek, Ewy Kasprzyk. Dwa grzyby w barszczu, ktoś by mógł powiedzieć, dla mnie po prostu przyjemność do kwadratu.

Akcja jest prosta i bezpretensjonalna. Nie ma żadnego nadęcia, rozrywania szat, grzebania w otwartych ranach i sypania po nich soli.
Do Sopotu przyjeżdża rzeźbiarz. Dostaje propozycję wzięcia udziału w konkursie na rzeźbę o młodości, nie chce rezygnować z lata, więc przyjmuje propozycję objęcia pracowni tamże, która jest wolna na czas wyjazdu artystów zagranicę. Zjeżdża do miasteczka z fasonem, zachodnim wozem, którego kupno wiąże się z ciekawą historią, a ta z psem. No właśnie - Gwóźdź. Jak napisała Agnesto u siebie - gwóźdź programu. Żałuję, że nie ja pierwsza wpadłam na to porównanie, bo jest bardzo celne. Czekałam na fragmenty opowieści oczami psa, na teksty jego językiem, spostrzeżenia właściwe zwierzakom.
Często udaję, że mówię to, co myśli mój pies. Na przykład - te człowieki nie mają za grosz rozumu, denerwują się, że po kąpieli w morzu tarzam się w piasku, jakby nie rozumieli, że to moja kąpiel właściwa, hello, nigdy nie myliście garnków piaskiem? - i robię to głosem 'frankowym'.
Dlatego wcale się nie zdziwiłam, kiedy autorka oddała głos Gwoździowi. Bardzo dowcipne i nadało niepowtarzalny charakter powieści.

Grupa młodych ludzi, dwie dziewczyny i dwóch chłopców - chociaż akcja to koniec lat pięćdziesiątych, widać w związku z tym różnice, ale problemy takie same jak i dziś, pewne rzeczy nigdy się nie starzeją.
Smaczki nadmorskie, panowie polujący na młode kozy fundując im zagraniczne drinki i z obłędem w oczach próbujący je zaciągnąć do hotelu, żony nie mniej napalone na przygodę, ludzie przechadzający się po Monciaku,  kafejki, parujące ciała zaraz po wyjściu z wody, te koce, kosze i parawany - to wszystko i ja pamiętam. Znam albo słyszałam opowieści.
Lata pięćdziesiąte, ciągle widać ślady wojny, jeszcze bieda, ścisk w mieszkaniach komunalnych, łatanie braków w zaopatrzeniu szyciem w domu, ale lato ma swoje prawa, młodość ma swoje prawa, upomina się o swoje.
W lecie nie może być mowy o poważnych sprawach, ale one i tak 'wychodzą na wierzch', bo lato nie trwa wiecznie, a życie nie poczeka.
Dużo jest śmiechu, swobody (również obyczajowej), ciepłych nocy, długich dni i beztroski pomieszanej z dorosłym spojrzeniem na sprawy. Wszystko bardzo gustownie, ze smakiem skonstruowane, żadnego epatowania seksem, a jednak tam jest, tak też można.
Dużo jest w ogóle u niej takich smaczków, a to szczegóły ubioru, a to menu w restauracji, a to wygląd budynków i mieszkań. Najbardziej rozbawił mnie tekst, kiedy narratorka mówi - Grzegorz myślał, że przegiął pałę - biorąc pod uwagę, ze pisane to było w roku 1960, to musiało być oznaka nowoczesności i swobody językowej.

Bardzo polecam tę powieść, szczególnie w ten czas. Najlepiej to czytać w upalne wieczory zajadając lody bambino na patyku. A kiedy się słucha, nie ma nic przyjemniejszego jak spacer nad morzem i słuchanie treści z jego szumem w tle.


poniedziałek, 21 maja 2012

Warszawskie Targi Książki - preludium

Targi to była wisienka na torcie mojego dwutygodniowego pobytu w Polsce. Specjalnie pozostawione na koniec, miały ukoić moje skołatane serce i tak też się stało.
W przeddzień przyjazdu do Warszawy urządziłam sobie jednodniowy wypad do Siedlec. O tym będzie na moim Co-Dzienniku Z babskiej perspektywy, ale jeszcze nie dziś, bo tam teraz inny wpis wisi.
Kiedy przyjechałam z powrotem do Warszawy, bo wcześniej w piątek przybyłam pociągiem, a potem busem na Podlasie i w sobotę znowu wylądowałam w hotelu w stolicy, okazało się, nie dziwota, bo to wcześnie dosyć było, że pokoje są jeszcze nie gotowe. Ja z upału siedleckiego najpierw, pod rynnę w Warszawie dosłownie wpadłam, bo ulewa była niezła, nie dałam się recepcjoniście wysłać do spraw swoich, urządziłam okupację holu (jego oczami tak to wyglądało, bo moimi to po prostu padłam na fotel w lobby i sięgnęłam po gazetę zrezygnowana i gotowa czekać jak długo trzeba będzie, bo przecież nie mogłam na targi taka po-targana nomen omen jechać, prysznic i makijaż to była absolutna konieczność) - czy ktoś widział dłuższą dygresję w nawiasie? Biłam rekord Guinessa. W kategorii dygresja i w kategorii nawias, hehe.
Recepcjonista, nie wiedzieć czemu, wcale nie taki jak z Hotelu 52 czy jaki mu tam numer w Polsacie nadali (hotelowi nie recepcjoniście), naburmuszony i do rozmowy nieskory, a ja przecież po irlandzku skora, bo u nas to afront się tak do ludzi w sklepach, stacjach benzynowych, hotelach czy restauracjach nie odzywać, o dzieciach trzeba pogadać, o tym co się nam przydarzyło po drodze, o pogodzie oczywizda, no więc ja do pana tratatata-tratatata, a pan do mnie plecami, czyli zapleczem do klienta. Kij ci w oko pomyślałam, oddaliłam się z godnościom osobistom na z góry upatrzone pozycje, zagarnęłam Gazetę Wyborczą do siebie, wściekłam się, bo mimo reklamy Wysokich Obczasów (jak mawia moja jedna kuleżanka), nie było, pocieszyłam się jednym czy dwoma artykułami wcale nie mniej ciekawymi niż wyżej wymienione, ale widocznie moja osoba niemiła panu była, bo czem prędzej mnie wyekspediował do cudem zmaterializowanego pokoju. Czem prędzej to znaczy po mniej więcej godzinie, ale wiecie, miotałam się trochę z walizami po tym lobby, a poza tym czytanie bez okularów z cieknącą wodą z włosów (trochę przesadyzacji musi być :-) też mi trochę zajęło.
Pokój dla odmiany nie był żadnym rozczarowaniem, był przestronny, czysty, była kawa, kubek i czajnik oraz ręczniki i suszarka (czasem trzeba o nią prosić, a ja się wzdrygałam na myśl, że będę z panem na dole musiała po raz kolejny rozmawiać), a to przecież tylko dwie gwiazdki (Campanille).

Jak się już doprowadziłam do stanu oglądalności dla innych, wskoczyłam rączo (trochę przesadyzacji po raz drugi nie zawadzi) w taxi, bo jakżebym w ten deszcz dała radę tramwajem, a zapobiegliwie nie chciałam brać kurtki, gdyż wiedziałam i miałam rację, że tam zaduch i gorąc będzie.

Wyrzucił mnie taksiarz, Warszawiak starej daty z dziada pradziada, z zaczeską i sygnetem, mówiący 'kielner, cuker proszę' - dosyć daleko od głównego wejścia do Pałacu Kultury i Nauki. Zarzuciłam więc na włosy szal swój zwiewny i pędzę jak wiatr, bez przesadyzacji, po prostu nie chciałam zmoknąć. Mało sobie nóg nie połamałam. Dobiegłam pod filary i natychmiast zaczęłam grzebać w torebce w poszukiwaniu telefonu, żeby zadzwonić do Agi po obiecaną wejściówkę, co ją dla nas Świat Książki, nieoceniony przyjaciel blogerów, w postaci Agi się materializujący, przygotował. Sięgam, dzwonię i inne figury wyczyniam, ale kątem oka, mimo tego szala, widzę obok piękną kobietę, co mi się znajoma wydaje. Bardzo nawet. Doszłam do wniosku, po zeskanowaniu pamięci podręcznej mojego mózgu, że to Małgorzata Warda, ale w towarzystwie była i nie odważyłam się, chociaż  w tym amoku targowym i z tej radości wielką ochotę miałam, na szyję się jej rzucić. Potem nawet się zgadałyśmy na FB i mówiła, że powinnam była. Odezwać się, nie na szyję rzucać.  Szkoda, że jej nie zaczepiłam, bo potem na podpisywanie nie dałam rady dojść. A tak powiedziałabym chociaż,, że jej książki lubię i ją też. No cóż, okazja pewnie jeszcze będzie.

A co się działo potem, opowiem w kolejnym wpisie. Tych, którzy tu się na-ten-tychmiast zdjęć i relacji bezpośredniej spodziewali, przepraszam, ale ja muszę to przeżyć jeszcze raz powoli i sumiennie. Szybko i skrótowo nie będzie. 


czwartek, 26 kwietnia 2012

Jak to robią twardzielki?

Mam świetnego Ziomeckiego w czytaniu, ale stres przedwyjazdowy tak mi się daje we znaki, że go odłożyłam na po powrocie. Poza tym ta powieść straszna cegła, w sensie gabarytów, a ja więcej poza domem i musiałam coś znaleźć do torebki. I żeby było moje, nie pożyczone, bo w torebce nie noszę niefrasobliwie czyichś tomów, żeby nie poniszczyć. Poza tym musiało być wesołe, krotochwilne, nie natrętne emocjonalnie, żebym zawału nie dostała, bo moje serce i tak obciążone nadmiernie, już nawet Kalmsa zaczęłam łykać.
Tak błądziłam wzrokiem po półkach i nagle oczy mi się zaświeciły - przecież ja mam jedną 'Mariolkę' nieprzeczytaną !!! Toż to idealna lektura na umęczoną duszę!


Po pierwsze - zaletą tej powieści jest humor. Po przeczytaniu pierwszej powieści Marioli Zaczyńskiej - Gonić króliczka - już wiedziałam z czym będę miała do czynienia. Uśmiech na twarzy, chwilami wybuchy dzikie, gwarantowane.
Po drugie - dzieje się w Siedlcach i okolicach, a ja tam spędziłam bardzo dobre pięć lat mojego dorosłego życia, poznałam wielu wspaniałych ludzi i to miasto na zawsze będzie miało swój pokoik w moim sercu. Tęsknię czasami, chociaż w ten sposób miałam okazję się tam przenieść.
Po trzecie - spełniła ona moje oczekiwania lektury lekkiej, zastrzyk optymizmu nie do przecenienia.

Tytułowe twardzielki to Brysia, policjantka, Gosia, dziennikarka i Sabinka, wykładowczyni na uczelni. Do tego mamy całą galerię ciekawych postaci, od fikcyjnych (???) jak Alberta, stara, ale jara reporterka TV, Wandeczka, mama Brysi, tajemniczy Boski i Konwicki, czyli element kryminalny, Bartek, narzeczony Sabinki, do postaci prawdziwych, jak na przykład pan Irek z Jagodnego, którego zresztą miałam przyjemność poznać, jego żona, właściciel hotelu i inni.
Mariola Zaczyńska jest nie tylko dziennikarką, ale też kształciła się w pisaniu scenariuszy i to widać. Książka jest niezwykle filmowa, akcja gna, zmieniają się osoby i okoliczności przyrody. Co chwila coś się dzieje, zmiany są jak kolejne ujęcia filmowe - krótki opis, didaskalia, a potem AKCJA! I gnamy na łeb na szyję wraz z bohaterami. Jedno Wam powiem, czyta się migiem i to nie dlatego, że litery duże (ale też bez przesady, co też doceniam, bo wiecie przecie, żem dziwnie ślepawa), ale też z tego względu, że ma się wrażenie, że trzeba tak szybko te kartki przewracać, jak autorka 'mówi'. To ma cechy bardzo energetycznego opowiadania przy stole u przyjaciół, kiedy to ktoś próbuje przybliżyć zdarzenie i wstaje, macha rękami, odgrywa scenki, zmienia głosy i chodzi jak stary furman. Z tego by była dobra komedia romantyczna na lato. Na pewno nie zmęczy, chyba, że ze śmiechu.
Scena z Wandeczką i Friendly Józkiem fantastyczna. Nic to,  że ten piesiołek w książce jest airedale terrierem, zachowuje się wypisz wymaluj jak mój Franek (Jack Russel Terrier) i za to go pokochałam. Przygoda Józka i golasów rozbawiła mnie do łez.
Rajd Szampania fantastyczny, koniecznie muszę dopytać, czy on się naprawdę odbywa? W Korczewie bywałam i potwierdzam, pięknie tam jest. 
Ciekawe były tez przebitki z wystaw psów, nigdy nie byłam i takie wejrzenie za kulisy bardzo było fajne, to samo tyczy się koni arabskich, zawsze czegoś się człowiek przy okazji dowie.

Po wydaniu książki, przyjętej bardzo entuzjastycznie przez czytelniczki, zawiązały się kluby Twardzielek

(zdjęcie autorstwa Piotra Giczeli, a na nim Autorka - druga od prawej nie licząc pana o kuli) Wszystkie panie w koszulkach twardzielek
Poniżej legitymacja przynależności do klubu, zdjęcie zaczerpnięte z bloga Marioli Zaczyńskiej. 

Wszystkie bohaterki książki nie mają życia usłanego różami, ale wspierają się i pokonują kolejne przeszkody życiowe, jedna po drugiej, konsekwentnie. Może i mają chwile załamania, ale uparcie podnoszą się z kolan. I jak to w takich powieściach, czasem nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Czego Wam życzę.
Ja też chcę do Twardzielek.

sobota, 24 września 2011

Agencja Złamanych Serc - Irena Matuszkiewicz, czyli nie zawsze dobry gwarantuje dobre

Podobała mi się jej powieść kryminalna 'Nie zabijać pająków', miała klimat, momentami śmieszna, intryga akurat, może wielkich zaskoczeń nie było, ale przyjemność czytania a i owszem.
Pomyślałam więc, że trudny okres zaczynania nowej pracy jest na tyle stresujący, że taka obyczajówka polska będzie akurat do słuchania.
Mogłam sobie darować. Nie mam wiele do napisania o tej powiesci poza tym, że się naziewałam przy niej, kilka razy chciałam zrezygnować z jej słuchania, kilka razy musiałam cofać rozdział, bo się wyłączałam, co mi się prawie nigdy nie zdarza.
Pewnie gdybym przeczytała opis na książce, zrezygnowałabym od razu, ale mówiłam już nie raz, że mam taki układ z koleżanką, że ona kupuje audiobooki, ja papierowe i się wymieniamy, a ja przyjęłam zasadę, że biere co dają i się daję zaskakiwać, w odróżnieniu od papierowych, które staram się wybierać uważniej.
Historia jest o kobietach po przejściach, aczkolwiek młodych - Paulina, Agata, Kasia i Marta, każda jakoś skrzywdzona przez faceta. Postanawiają utworzyć grupę, której celem będzie zemsta. Wzór aż do bólu wyeksploatowany przez film i literaturę, ale jednakowoż wiecznie żywy, bo któż nie był chociaż raz porzucony i nie chciałby przeczytać o tym, jak inne babeczki wykręcają jaja ich prześladowcom?
Powieść wedłu opisu, który potem, za późno, przeczytałam, mówi -"Ddowcipna, żywo napisana powieść, osadzona w naszej rzeczywistości, ukazuje bezwzględny świat wielkich i niezbyt czystych interesów, gdzie liczą się tylko pieniądze i władza - z którym jednak skutecznie konkurują takie wartości, jak przyjaźń, uczciwość i lojalność, a przede wszystkim wielka miłość". I to jest sama prawda, ta powieść jest dokładnie taka sztampowa i słaba jak ten opis - z twarzy zupełnie podobna do nikogo, jak wiele innych przed nią i wiele kolejnych słabych po niej.
Ryzyko słuchacza hazardzisty - jedna powieść jest trafiona, inna udowadnia, że nie wszystkie jednego autora muszą być dobre. Nie, nie znielubiłam Pani Ireny Matuszkiewicz, sięgnę po jej Szepty i Czarna wdowa atakuje, ktore czekają na czytanie. Jednakże ta akurat jej powieść pozostanie dla mnie wspomnieniem straconego czasu.