wtorek, 20 grudnia 2011

Różyczka - reżyseria Jan Kidawa-Błoński. DLA MNIE WSTRZĄSAJĄCY

Obejrzeliśmy go dopiero wczoraj wieczorem, chociaż czekał na płycie już od jakiegoś czasu. Nie wiem, czy jest tu jeszcze ktoś, kto nie widział tego filmu, ale jeśli tak, czym prędzej to uczyńcie, bo szkoda przegapić okazji na dobre kino.
Różyczka – Magdalena Boczarska jest po prostu piękna. A okazji do podziwiania jej wdzięków w tym obrazie dużo. Mimo, że film nie o tym, dużo w nim cielesności, seksu, uczuć, miłości i wielu innych, już nie tak przyjemnych emocji.
No właśnie, emocje. Nie mogę o tym filmie pisać spokojnie. Dobrze, że nie jestem zawodowym krytykiem, że moja kariera i wiarygodność nie na szali dzisiaj, bo gdyby tak było, przegrałabym bitwę. Buzuje we mnie i takie też będzie pewnie to pisanie, nieskładne i pełne uczuciowych gejzerów.
Historia dzieje się w roku mojego urodzenia, w 1967 i ciągnie się aż do masowego wyjazdu obywatelki polskich pochodzenia żydowskiego w 1968 roku. Oficer SB Rożek (Robert Więckiewicz) boi się odkrycia jego sekretu, toteż kiedy jego przełożony proponuje mu, żeby za pomocą jego dziewczyny (Magdalena Boczarska), pracującej na Uniwersytecie Warszawskim jako maszynistka, rozpracować tamtejszego wykładowcę i znanego pisarza (Andrzej Seweryn), zgadza się, mam wrażenie nie dlatego, że tak wierzy w potrzebę wykazania się, ale po prostu ze strachu. A może po prostu dlatego, że jest gnidą i tyle? Wiele jest pytań o motywy w tym filmie, nie do końca są one jasne, ani w przypadku oficera, ani tej dziewczyny, która daje się wciągnąć w intrygę. Z miłości? Z głupoty? Jest też profesor, elita intelektualna, który zachwycił się kobietą ewidentnie niedorastającą do jego poziomu, ale też odbiegającą naturą od tych, które ma w otoczeniu, nie ma w niej chłodu i rezerwy, jest za to zachwyt, jest ciekawość świata, jest ciepło, a to wszystko w niezwykle pięknym opakowaniu, a który mężczyzna na to nie daje się złapać? No i bycie mentorem też pewnie jest dla takiego człowieka atrakcyjne. Nie bez znaczenia jest fakt, że ma ona też podejście do jego malutkiej córki, którą wychowuje sam. Te wszystkie czynniki wydają się tłumaczyć akurat jego postępowanie. Można sobie oczywiście zadawać pytanie, dlaczego profesor jej tak bezgranicznie uwierzył, ale to już inna rzecz, myślę, że niektórym ludziom, w tym mnie, w głowie się nie mieści, że ktoś jest zły.
Już początek filmu mnie złapał za gardło. Serce mnie rozbolało od oglądania kolejnych etapów inwigilacji, od obserwowania jak ewoluuje związek Różyczki z esbekiem i w tym samym czasie jak zmienia się jej stosunek do figuranta, czyli profesora. I dylematy moralne, każdy je tu ma, nawet oficerowie SB, przynajmniej niektórzy. I strach w ich oczach, i służalczość i wiara w ustrój, dużo gorsza niż ten strach i służalczość razem wzięte. Miłość profesora, jego fascynacja, momentami żałosna, momentami piękna. I dziewczyna w to wszystko zaplątana, właściwie o niej nic nie wiemy, jakieś strzępy. To wszystko na tle przemian społecznych lat sześćdziesiątych, premiery Dziadów Dejmka w rocznicę rewolucji październikowej, strajki studenckie, walka środowisk intelektualnych, pisarzy, twórców z komuną. Wszystko to pięknie pokazane, dla tych, co nie pamiętają, ważne. Trochę mi przeszkadzało, że poubierani są jednak mało w klimacie tych lat, tak trochę to podpicowane na te czasy, tak jak teraz sobie wyobrażamy lata sześćdziesiąte, a nie takie, jakie kiedyś przaśne były.
Niewiele Wam zdradziłam, chociaż mogłoby się wydawać, że tak, bo ten film jest historią emocjami opisaną, treść, fakty tak, ale to, co tam buzuje jest jeszcze ważniejsze.
Dużo seksu, ale on jest tam po to, żeby pokazać bezradność, albo atawistyczną manifestację siły, albo miłość dojrzałą, albo zagubienie i rozpacz, albo kobiece pragnienia. Aż mnie głowa rozbolała z nadmiaru silnych wrażeń. No i te czasy straszne, chmury nad Polską, komunistyczna machina mieląca ludzi jak na wyroby parówko-podobne, bo przecież to wszystko było takiej marnej jakości, równaj w dół – hasło dnia. I strach, wszechogarniający, chociaż żyjesz niby normalnie, cokolwiek by się nie robiło, mówiło, wymagało to wielkiej odwagi i ostrożności.
Zastanawiałam się niedawno, przy okazji moich wspomnień ze stanu wojennego na codzienniku, kim ja bym była, gdybym była dorosła – działaczem podziemia, czy aparatu partyjnego. Uczciwie jest przyznać się, że się nie wie, jeśli pochodzi się z domu, gdzie o polityce się nie rozmawiało. Teraz wiem, że nie byłabym w stanie wejść w tryby ‘członków z ramienia, zebrań plenum i tego całego bagna’. Na szczęście mam w sobie uczciwość i poczciwość, żeby nie iść tą drogą, jak powiedział klasyk.
Film polecam z całego serca i przepraszam za takie niepozbieranie w tym wpisie, ale jeszcze we mnie ta historia gra, jeszcze przeżywam, mogłabym poczekać, ale wolę nie pisać tego wszystkiego na zimno, bo po prostu nie lubię. Uwielbiam dyskusje pełne emocji nad obejrzanym filmem, szkoda, że nie było ze mną przyjaciół, żeby sobie o tym pogadać po. 
Poniższy zwiastun dla widzów powyżej 18 roku życia. 



poniedziałek, 19 grudnia 2011

The Better Half - Sarah Harte. A tak w ogóle to zatkała mi się rura, a Sherlock Holmes poruszył nieznane struny

Zawsze chciałam wejrzeć w świat bogatych ludzi w Irlandii i zobaczyć jak to było, a jak jest teraz i co się działo podczas upadku tytanów.Jak w Irlandii przed recesją było każdy wie, wielkie korporacje płacące niewyobrażalne pieniądze specjalistom, deweloperzy budujący za strasznie pieniądze mieszkania i domy, wielkie finanse, nie do końca mądre poczynania (eufemizm na głupotę w zarządzaniu finansami, a nawet na rozpasanie i nierząd w tym zakresie). Wielkie fortuny i klasa najbogatsza, dla której tylko 'niebo było limitem'.
Dygresja - męża kiedyś dorwała cyganka w parku (ups, powinnam powiedzieć obywatelka narodowości romskiej) i go 'ograbiła' ze wszelkich pieniędzy,jakie miał przy sobie (dobrze, że bilet na autobus do domu kupił, bo by nie tylko głodny cały dzień chodził, ale i do domu nie miał jak dojechać), naciągając go na wróżenie. A że chłopak był młody, to sie i dał. Ona mu przepowiedziała, że będzie bogaty, wyjedzie zagranicę i tam zginie w wypadku. Za granicę wyjechaliśmy, to jedyny sposób, żeby sie uchronić od wróżby (przekleństwa? tylko dlaczego, skoro wyciągnęły od niego co chciały, czyli wszystkie pieniądze?), to nie stać się bogatym. I my się rękami i nogami przed tym bronimy, haha. Koniec dygresji.
No właśnie, ona nie całkiem tak po nic była - skoro nie mogę być bogata, to sobie chociaż poczytam o takich co byli, może nawet jeszcze są, ale się z tym kryją, bo to teraz tutaj de mode.
Sarah Harte wie, o czym mówi.

Sama nadal należy do elity, jej mąż - Jay Bourke,  był niezwykle skutecznym przedsiębiorcą, który między innymi otworzył bardzo popularne miejsca w Dublinie, gdzie bywali najbogatsi, jadali tam, pili i lulki palili. Miejsca zaczęły padać wraz z elitą finansową. Żona chciała pomóc mężowi w potrzebie, usiadła i napisała książkę.
Wiele sobie po niej obiecywałam, bo miała dobre recenzje, niestety chyba jednak to jest wynik głaskania po pleckach w towarzystwie wzajemnej adoracji, bo ksiażka jest zaledwie znośna. A właściwie, poza stekiem plotek (podobieństwo do steku bzdur zamierzone), nic nam odkrywczego nie funduje.
Poznajemy w tej powieści grupę kobiet, niepracujących żon obrzydliwie bogatych mężów (każdy niebogaty mówi o takich - obrzydliwie bogaci, hihi), które gdzieś po drodze, wraz z przybywanie kolejnych milionów, domów i samolotów, zagubiły swoją tożsamość. Spotykają się na lunch, po to tylko, żeby sobie wszystkie odmawiać, bo oczywiście nic nie jedzą, żeby zachować sylwetkę. Do tego jedna z nich, główna bohaterka Anita, dowiaduje się, że jej mąż właśnie będzie miał dziecko z kobietą starszą raptem o 6 lat od ich córki. A dowiaduje się tego w poczekalni u ginekologa, podczas niezobowiązującej rozmowy  z obcą kobietą, przypadkiem dodaje dwa do dwóch. Ta scena, dialog, to majstersztyk. Reszta zaledwie poprawna.
Oczywiście jesteśmy świadkami jak jeden mąż za drugim tracą swoje pozycje w biznesie, jak te kobiety to znoszą, co tracą i tak dalej. Śmiem twierdzić, że ta ksiażka sprzedała się tylko dlatego w takim nakładzie, że wszyscy traktowali ją jako 'z kluczem', doszukując się wątków autobiograficznych, którym to pogłoskom zresztą autorka zaprzecza. Nic to, że jej mąż też padl jak mucha w kryzysie, żona odkuła się pisząc tę powieść. a to też jakaś sztuka, żeby wykorzystać umiejętnie moment. Dla rozrywki i smaczków dublińskich polecam, ale dzieła się nie spodziewajcie.

Jeśli idzie o moją zatkaną rurę, to mam na myśli, że rura przekaźnikowa tekst - oko - mózg - emocje mi się zatkała i nie mogę czytać. Moge, ale nie wiem, co czytam. Wieczorem zaliczam kilka rozdziałów, a kolejnego dnia orientuję się, że nie wiem, co czytałam i wracam.
Widzę światełko w tunelu, sięgnęłam znowu do Uwikłania i tak się w tę intrygę uwikłałam, że czuję jak mi się rura odtyka.
Za to obejrzałam wczoraj pierwszą część Sherlocka Holmesa i  jak na osobę, która nie lubi Sherlocka i jego historii, byłam zachwycona ku mojemu zdziwieniu. Do tego, odkąd mi jeszcze-nie-zięć zwrócił uwagę na to, że House jest wypisz wymaluj Holmesem, że na nim wzorowali postać sarkastycznego lekarza, to miałam jeszcze więcej ubawu wynajdując paralele. Aż jestem ciekawa części drugiej.
Tym bardziej mnie ten zachwyt dla nowej wersji dziwi, że ani Downeya Juniora, ani Juda Lowe czy jak mu tam, nie lubię pasjami. A tu ok. Wot siurpryza!

A oto zwiastun drugiej części. Moje dzieci wybierają się na to do kina jeszcze przed świętami, ja chyba jednak nie pojadę, ale film mi się podoba i na pewno go obejrzę na dvd.

piątek, 9 grudnia 2011

Płatki z nieba - Mingmei Yip. Moje zmagania z tańczącą bokiem i sikającym z wiatrem

Wyznanie - ostatnio nie lubię literatury z tego kręgu kulturowego. Nie wiem dlaczego, co się stało, ale tak mnie denerwuje to roztrząsanie problemów poprzez tao, zen i co tam jeszcze. Do tego wszystko to, co da się powiedzieć normalnie, jest jakoś tak udziwnione. I te imiona - nawet nie potrafię powtórzyć, zupełnie jak z filmu Kolskiego - grający z talerza, mówiąca obłokami, sikający z wiatrem i tańcząca bokiem, haha.
No, to się ponatrząsałam. Nic nie poradzę, że jest u mnie dziwna niecierpliwość i bliżej mi teraz do jakiegoś krwawego kryminału, niż do ulotnej delikatności kwiatu lotosu poruszanego na wietrze wraz z lampionami, a w oddali słychać głosy mantry powtarzanej przez 'tę, która gęsi pasała' i 'tego, którego popiół zamienił w łabędzia'.


Wrzuciłam tego audiobooka do mojego empeka i pognałam do 'gminy', z podłączonym sprzęciorkiem w samochodzie do radia. Zasłuchałam się w tej historii i chociaż nadal nie opuściła mnie ta niechęć do 'walczących z cieniami', historia ta zajęła mnie na tyle, że na ten czas przestałam hodować 'chińskie muchy w nosie' i z wielką przyjemnością odsłuchałam  powieści bez marudzenia.

Meng Ning poznajemy w momencie, kiedy wstępuje do klasztoru buddyjskiego. Na razie na chwilę, na próbę, na medytacje i nauki, ale ma gdzieś z tyłu głowy pomysł, żeby zostać mniszką i ogolić głowę. Podczas tej sesji medytacyjnej poznaje Amerykanina, który będzie ważny w tej historii. Cofamy się do dzieciństwa Meng Ning, poznajemy inne postaci dramatu, wyjeżdżamy z nią do Francji i do USA. Oj dzieje się, dzieje, ale jednocześnie jest jakaś niespieszność w tej książce, zaduma, metafora. I ja w tym wszystkim z niecierpliwością do takich klimatów, ale o dziwo dałam się ponieść tej opowieści i nawet w jakiś sposób wyciszyłam, zawiesiłam.
Książka jest o tym, czy wybrać miłość i jakie ma ona oblicza, czy może pójść drogą duchowego rozwoju w odosobnieniu. Jest dużo ciekawostek o życiu klasztornym buddyjskich mniszek, ale też o salonach Manhattanu, obrazki z życia chińskiej prowincji i obyczajowości.
I tak nie wiem, kiedy odsłuchałam ją do końca, a tak się na początku najeżyłam, że mnie 'mówiąca z zamkniętymi ustami' pewnie nie zainteresuje. Ot i niespodzianka.
Nie czytałam poprzedniej powieści tej autorki, coś czuję, że poszukam i też przeczytam, tudzież odsłucham, zależy co pierwsze mi w ręce wpadnie.
Polecam, jak widać na załączonym obrazku - nawet tym, którzy w ogóle lub chwilowo, nie lubią takiego typu powieści.

Nie mogę nie wspomnieć o tym, że audiobook przyleciał do mnie, fruuuu, z Polski od Pani Bogny z Weltbild (Świat Książki). Dziękuję.

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Przeboje-Podboje Allegro, a w tle lubelski romans

Ufff, narobiłam się jak chłop na ugorze. Najpierw przy pomocy blogowej Pani Minister udało mi się założyć konto na Allegro. Okazało się, że tam trzeba grać z systemem w ciuciubabkę, tudzież chodzi lisek koło pół do wypełnienia, jak człowiek pomyśli lekko pokrętnie, to się uda. Ja przyzwyczajona do rejestracji w różnych sklepach i domach aukcyjnych na całym świecie, tu polegałam kilka razy.
Okazało się, że założenie konta to dopiero preludium.
Musiałam czekać na list. Ok, mogę poczekać. Dostałam, aktywowowałam, z tym dyskutować nie będę, mają swoje regulacje.

W między czasie, wiadomo jak człowiek czeka to mu różne rzeczy, czytaj książki, do łba wpadają, przypomniało mi się, że kiedyś moja sąsiadka lekarka pożyczyła mi 2 powieści Danuty Kłosowskiej, lubelskiej pisarki i mi się bardzo podobały. Niby sama pisarka mówi o nich romanse, ale nie mają nic wspólnego z Harlequinami czy jakimiś innymi Bibliotekami spod znaku Amora, za to wiele wspólnego z powieściami z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, zresztą pisane też nie ostatnio, większość z nich w latach dziewięćdzisiątych. Sami się przekonajcie, zajrzyjcie na jej stronę Danuta Kłosowaka.pl, kiedy klikniesz na okładkę, można czytać te powieści online. Tyle, że ze mną taki problem, że żadna siła mnie nie zmusi do czytania książek z komputera. Książka w ręku tak, czytnik tak, ale telefon czy komputer to już dla mnie hard core. Poza tym wali mi w oczy blask ekranu za długo. Wystarczy mi gapienie się w ekran, kiedy Was odwiedzam.
Od rzemyczka do koniczka, jak mawia europoseł Cymański, wkroczyłam na salony Allegro szukać Kłosowskiej. Dziwne, bo wpisywałam na różne sposoby i nic nie było, a kiedy wpisałam pytanie w grupie moli książkowych na Fb, to się posypały linki (bez przesady, dwa znalezione), zaraz tam podążyłam i tu zaczęły się schody. Uwierzcie mi, bywam i kupuję w wielu sklepach od lat, bo się zachwyciłam zakupami online i tym, że nie muszę ganiać po sklepach. Tym bardziej, że ja tu ich za wiele nie mam, nie mieszkam w wielkim mieście. Ale po raz pierwszy została pokonana przez sklep tak dalece, że musiałam poprosić o pomoc blogową Agnieszkę T. Dla debiutanta tam wszystko jest zagadkowe - jak połączyć zamówienia nie jest jasne, płacenie kartą jest proste jak wiesz, jak to zrobić, ale ja, użytkownik Paypal, nie posiadajaca konta w Polsce, tam musiałam zapoznać się z PayU. Tu nie chodzi, że ja nie rozumiem mechanizmów, tylko technicznie jakoś mi tam trudno się przedrzeć. Bo skąd ja wiem, że mam kliknąć płacę i dopiero idę do strony, gdzie wybieram rodzaj przesyłki, wszędzie indziej płacę, to płacę i koniec. Bałam się kliknąć na Płacę, że mi wybierze jakiś automatyczny sposób przesyłki. Poza tym sądzę, że jeśli jest zgoda na zagrniczne sprzedaże, to dobrze by bylo ustalić ile to kosztuje od razu, a nie kontakt ze szprzedającym za każdym razem. Przecież to można wyczaić, ile kosztuje do UE, ile poza, za książkę, za kilogram itd. Za każdym razem zastanawiałam się, czy jak kliknę, będę miała możliwość wycofania się, bo wciąż nie wiedziałam, ile kosztuje przesyłka, czy nie?  Dwa dni kupowałam dwie książki u jednego sprzedawcy. Naklikałam się, nakombinowałam, jak wstawić nową sumę przesyłki, wymieniłam maile, nic tu nie jest łatwe i intuicyjne. Jak się wie, to może i tak. Ale dla debiutanta to jak egzamin magisterski z kupowania w sieci. Przejdziesz przez Allegro, juz nic cię nie zdziwi. Jeśli idzie o zwyczaje sprzedających, dziwi mnie, że każdy może wybierać, czy tylko przelew, czy PayU czy zagranicę, czy nie. Kurczę, to jak obcowanie z chmarą chimerycznych sprzedawców. Pod tym względem uwielbiam Play.com i Play Trade tam. Kupuje się na Play'u, ale wysyła sprzedawca prywatny, bo Play Trade to sprzedawanie przez firmy/ludzi spoza Play, ale dalej na tej platformie sprzedającej. I z Play płacę itd, ale ktoś inny to wysyła.
Ja się nie skarżę, ja tylko muszę się wygadać. No, ale nareszcie droga do różnistych staroci staje otworem, pod warunkiem, że sprzedający a) wysyła zagranicę, b) przyjmie zapłatę kartą c) nie policzy jak za zboże za tę wysyłkę. Dużo tego.
W każdym razie Mój romans z diabłem i Wielkie szukanie Danuty Kłosowskiej są moje. Będę miała okazję przekonać się, czy to była jednorazowa miłość, czy ta pisarka po prostu jest dobra.
Czy ktoś z Was o niej słyszał? Ciekawa jestem.

czwartek, 1 grudnia 2011

Her fearful Symmetry czyli Lustrzane odbicie - Audrey Niffenegger

Przeczytałam tę powieść w ramach mojego book club i się cieszę, że mnie do tego zmusili, bo gdyby nie, to po obejrzeniu filmu Żona podróżnika w czasie, w życiu nie sięgnęłabym po kolejną powieść tej autorki. Nic na to nie poradzę, że Time Traveller's Wife mnie zawiodła na całej linii. I to po takie reklamie, po takich zachwytach! Wynudziłam się na filmie, historia wydała mi się nuuuuudna, wcale nie intrygująca, wręcz przeciwnie, strasznie mnie irytowało to jego wieczne znikanie.

No, ale sięgnęłam po Lustrzane odbicie akurat w tym samym czasie, kiedy miałam okazję obejrzeć film, a poza tym od razu zorientowałam się, że ta historia to mi akurat pasuje wyjątkowo.

Już kiedy zajrzałam na skrzydełko książki, wiedziałam, że to może być coś ciekawego.
Bliźniaczki Julia i Valentina Poole są normalnymi, amerykańskimi nastolatkami. Poza tym, że jedna jest lustrzanym odbiciem drugiej, czyli wszystkie jej narządy są po przeciwnej stronie niż normalnie. Nie wiedzą, co ze sobą zrobić w życiu, zaczęły studia, ale je porzuciły. Nie mają pracy, zyją sobie wygodnie u rodziców w domku na przedmieściach i czekają nie wiadomo na co. I się doczekały. W książkach to się zdarza :-)
Ich ciotka umiera w Londynie i zostawia im swoje mieszkanie i pokaźną sumę pieniędzy. Mają w nim zamieszkać przynajmniej na rok, zanim zdecydują się je sprzedać. A, i ich rodzice - siostra zmarłej i jej mąż - nie mają prawa wstępu do mieszkania. Taki jest warunek testamentu.
Jest też rodzinna tajemnica, pozostawione pamiętniki i wielka ciekawość - co się zdarzyło między siostrami, że jedna z nich wyjechała z narzeczonym do USA?
Mieszkanie mieści sie nie byle gdzie, a dobrej dzielnicy zaraz obok cmentarza Highgate.
Piętro wyżej mieszka Martin z jego żoną, on ma nerwicę natręctw, do tego agorafobię i nie opuszcza w ogóle mieszkania. Zajmuje się układaniem krzyżówek, pracuje z domu.
Niżej mieszka Robert, owdowiały partner ciotki. Młodszy od niej, nawet znacznie, ale czy prawdziwa miłość zna granice? Robert pracuje na cmentarzu jako wolontariusz, a do tego pisze pracę o tymże.
Bohaterem książki jest też sam cmentarz, niezwykle ciekawe miejsce.
Elspeth, zmarła ciotka, odeszła cieleśnie, ale jej duch nada pozostaje w budynku.
Nic więcej nie powiem, bo nie chcę popsuć Wam czytania.

Podobało mi się bardzo. Nie lubię czytać o duchach i nie szukam takich opowiastek. A jak już trafię, musi być dobre, bo inaczej odkładam, nie mam czasu na słabizny jakieś. Z drugiej strony jeśli dobre, interesuje mnie, bo ja w wierzę w wędrówkę dusz i spodziewam się, że część jest nadal wśród nas. Wierzę, ale nie zgłębiam tego tematu, po prostu przyjmuję to do wiadomości jako rzecz naturalną. Czytając tę opowieść nie miałam uczucia sztuczności, zmyślania na siłę, modzenia pod publikę. To jest po prostu dobra historia.
Nie wiem, jakie jest polskie tłumaczenie, ale po angielsku czyta się fantastycznie. Przy okazji dowiedziałam się, że nazwa ulubionego przysmaku Frania, Frolica, pochodzi od angielskiego słowa frolic (kto by pomyślał!) i znaczy tyle co hasać, brykać. To będzie moje ulubione słowo na najbliższy czas :-)

A na dokładkę wstawiam tu piosenkę Anny Marii Jopek z jej nowej płyty Sobremesa. Jezu, jaka ta piosenka jest piękna. I proszę się nie zżymać na używanie imienia syna Boga nadaremno, bo to jest wcale nie nadaremno - ta kobieta została przez stwórcę zaopatrzona w taki talent, że tylko Jezu tu pasuje.

poniedziałek, 28 listopada 2011

Bożonarodzeniowa lista życzeń, czyli czego sobie nie kupię pod choinkę. Dodam - to nie jest post żebrzący :-)

Każdego roku, odkąd pamiętam, dostawałam książki pod choinkę. Kiedyś kupowane przez mamę, spod lady w znajomej księgarni, potem od męża i przyjaciół. Ale oni mają ze mną problem, bo nie wiedzą nigdy, co mi kupić, czego jeszcze nie mam itd. Gdybym mieszkała w Polsce, byłoby łatwo, bo można by zrobić wish list, czyli listę życzeń. Tutaj sprawa się komplikuje, bo mąż to już w ogóle jest kaleką zakupowym online, więc z Polski mi nic nie kupi, a po angielsku też nie, bo nie ma pojęcia co w tym języku mnie interesuje.
Córka zawsze staje na wysokości zadania, ale to, co chciałam, dostałam od niej na urodziny, a ona w Polsce też zakupów nie robi, więc odpada.
Ostatnio zakupiłam wiele książek do biblioteki, również mnie interesujących, więc w tym roku, po raz pierwszy 'ever', postanowiłam nie palić głupa zamawiając dla siebie samej na Merlinie i skomponowałam listę tylko i wyłącznie dla bliskich. Na Amazon kupiłam dla jeszcze-nie-zięcia i też ani jednej dla siebie.
Przez długi czas byłam z siebie dumna, że mnie nie poniosło i się powstrzymałam.
Ale mi teraz smutno.
Postanowiłam więc, że sobie zrobię listę tytułów pożądanych na święta, co mi złagodzi ten smutek, a przyjemność wybierania pozostanie i nie będzie tej pustki.
Tylko, żebyście sobie nie pomyśleli, że was biorę na litość i oczekuję prezentów. Nie, po prostu tak strasznie mi brakuje tej ekscytacji z wybierania sobie książek pod choinkę.
Po pierwsze kupiłabym sobie lub 'zasugerowała' rodzinie, że nie mogę żyć bez autobiografii Danuty Wałęsowej


Przeczytałam fragmenty w internecie i absolutnie oszalałam, fantastycznie pisze o wielkich sprawach z punktu widzenia kobiety, żony, matki. Dla mnie absolutne must have. Dołożyłabym do przesyłki z Polski, na nic bym nie patrzyła, ale zamówienie zostało skompletowane i zapakowane zanim się zorientowałam, że autobiografia jest już dostępna. Normalnie myślałam, że zawału dostanę, kiedy to zobaczyłam.
A ponieważ sobie udaję, że 'zamawiam' to mogę wpisywać tytuły nawet trudno dostępne. I tak - chciałabym mieć książki Pruszkowskiej


Próbowałam na Allegro, ale strasznie drogie. A ja i tak nie mam jak kupić. Chociaż dzięki Pani Minister udało mi się założyć konto, nie mogę jednak kupować płacąc kartą, bo muszę dostać od nich najpierw list aktywacyjny, który idzie pocztą. I tak, i tak kicha.

No, ale ciąg dalszy moje listy
Trochę Skandynawów by mi pasowało

nic jeszcze nie czytałam tego autora (a myślałam,że to kobieta i mi dopiero komentarze uświadomiły, że nie), ale w bibliotece mam Kobietę w klatce.

Wszystko Mankella mam zamiar przeczytać, a tej nie mam, wszystkie inne tak.
Niektórym wersja telewizyjna się nie podobała, mnie o dziwo tak. A, że jej nie znam, to zamówiłabym sobie oba pakiety (tu zdjęcie tylko jednego)
Mało mam dostępu do Skandynawów, dopiero zaczynam swoją przygodę, może bym sobie spróbowała jeszcze tych

A że lubię rosyjskie klimaty to zamówiłabym sobie to
Cenię tę kobietę, chętnie przeczytałabym też to
Na doła i poprawę humoru zamówiłabym wszystkie książki pani Kasi

Zeby wreszcie ruszyć z projektem Decoupage zamówiłabym to (lady mgiełka dała mi linka do świetnej strony, ale ja muszę organoleptycznie, czyli zobaczyć rękami, czyli jednak też książka, a raczej ich kilka, tutaj wklejam tylko jeden obrazek


Powspominać stare lata i różne festiwale piosenki mogłabym przy tej książce


Nie wiem, dlaczego, ale ciągnie mnie też do tej historii



i tej

Cieszę się, że nie kupiłam oddzielnie, teraz bym miała na liście tę (Marcin Świetlicki Powieści, czyli Dwanaście, Trzynaście i Jedenaście w jednym tomie)


Gdyby tylko były dostępne, chciałabym mieć również te, a że w marzeniach wszystko jest dostępne, to sobie je tu też wklejam, a co, jak szaleć, to szaleć






Księdza Rafała obie części też bym sobie wpisała na listę



A Marzenie Celta to już na pewno

A w języku angielskim?
Wszystkie Emmy Donoghue, których nie czytałam


Przy okazji zamówiłabym sobie drugą serię Downton Abbey. A co tam, obie bym wpisała. Pierwszą też.



To bym strasznie chciała też



No dobra, koniec już, bo się wprowadzam w stan podniecenia,  a przecież to tylko marzenia.
Ale pomogło, czuję się jakbym te książki już wszystkie pod choinką miała. Moja zachłanność zaspokojona i to za darmo.
A wy jakie macie marzenia książkowe?

wtorek, 22 listopada 2011

Rozmowy przy okrągłym stole wzmocniły dolara, a jabłka się skończyły

Różnie można skonstruować opowieść. Akcja może dziać się na przestrzeni miesiąca, roku, tygodnia, ba - dnia jednego nawet. Pisarz jest panem czasu i przestrzeni, robi z czytelnikiem co mu się żywnie podoba, przenosi go w czasie lub trzyma w jednym pokoju przez 200 stron. A my się temu poddajemy, bo lubimy tę magię.
Kiedy dostałam pocztą trzeci tom Cukierni Pod Amorem, wiedziałam, że na sucho tego nie da się 'rozebrać', że użyję rusycyzmu.


Najpierw musiałam poczekać na właściwy czas, bo nie chciałam na kolanie, na chybcika, toż to ostatni tom, nie wypada zaliczyć 'półgębkiem'!
Nadejszała właściwa chwila, zaparzyłam sobie kawki, takiej smakowitej, od święta, z dodatkiem waniliowego syropu, a na miseczkę, która rychło okazała się za mała, nasypałam sobie suszonych jabłek, które suszy dla mnie cierpliwy mąż (w suszarce, ale obrać i pokroić to już trzeba ręcznie) na pogryzkę, kiedy mnie zajmie lektura i muszę gdzieś zęby zaciskać, cobym sobie ich nie starła do pieńków :-)


Franciszek towarzyszył mi przy stole tak długo, jak były jabłka w miseczce, on też jest ich wielkim admiratorem.


Czy ja Wam muszę opowiadać, o czym jest ta powieść? Chyba nie ma takiej osoby, która by nie wiedziała, przynajmniej nie ma takiego mola. Jeśli zagląda tu ktoś, kto nie zna tej serii jeszcze, powiem tylko, że koniecznie musi się zapoznać z tą sagą o Cukierni, jej właścicielach i rodzinach żyjących w majątkach wokół Gutowa.
O ile w poprzednich tomach zatrzymywaliśmy się czasami, a to w jednym majątku, a to z jednym bohaterem, w tym wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie, raz jesteśmy we współczesności, raz w czasie wojny, w jednej chwili w Warszawie, zaraz w Jerozolimie czy alpejskim sanatorium. Prawdziwy zawrót głowy. A może mnie się tak wydawało? W każdym razie miałam wrażenie, że sposób opowieści jest lekko inny, co nie znaczy, że gorszy.
Tym razem miałam wrażenie, że siedzę u cioci w Częstochowie przy okrągłym stole, na nim szydełkowa serweta, nalewka w karafce i piękne kieliszeczki z ręcznie rżniętego kryształu (mam taką ciocię i pamiętam z dzieciństwa nasze spotkanie, kiedy jeszcze żył tata).
Ciocia snuje opowieść, jest zimowy czas, na zewnątrz mróz, ale w mieszkaniu ciepło, no i ta nalewka nas nieźle rozgrzewa. W kolejne wieczory snuje ona opowieść o znajomych i rodzinie, o ciężkich czasach wojennych, o rządach komunistów po wojnie, i jak to w takiej opowieści prześlizguje się po czasach i ludziach, dryfuje czasem w kierunku innych znanych osób, wraca, wtrąca dygresje - jest już starszą osobą, pamięć tamtych czasów wyostrzyła jej się z latami, wcześniej zajęta swoimi sprawami, rodziną, pracą, nie myślała o tym wiele, ale teraz obrazy, ludzie, zdarzenia wracają, przyjemnie jest powspominać.
Ale każda historia kiedyś się kończy, co nie znaczy, że wszystko zostało opowiedziane, po prostu już czas się rozstać. Coś zostało spięta klamrą, coś przemilczane, a inne zdarzenia dzieją się nadal.

Jabłka się skończyły tak nagle, jak książka, myślałam, że jeszcze mam garść w słoiku, ale nie. Myślałam, że jest jeszcze pięćdziesiąt stron przynajmniej, ale to były przypisy i kalendarium. Szkoda, ale cóż poradzić, nic nie trwa wiecznie.

Autorce gratuluję, czułam się czasem jak na zajęciach w szkole Wojakowskich - ćwiczenie pamięci metodą dodawania kolejnych elementów i logicznego ich zapamiętywania. Usilnie próbowałam pojąć kto z kim na przestrzeni wieków, ale poległam, musiałam sięgnąć nie raz do drzew genealogicznych na końcu książki. Nie wiem jak Pani Małgorzata to wszystko ogarnęła, jesem pełna podziwu.

Pozostaje nam 'Cukierniowym sierotom' czekać na kolejną powieść Pani Gutowskiej-Adamczyk i mieć nadzieję, że powstanie serial (bo chyba w jednym filmie się nie zmieści to wszystko) i będziemy mogli wrócić jeszcze na chwilę do Gutowa, Zajezierzyc, do Giny i Adama, wyjechać do Ameryki i zobaczyć jak mieszkali Connorowie,
Cieszę się, że ten literacki dolar stoi tak mocno, gdyby prawdziwy był w takiej kondycji, nie byłoby recesji. Dziękuję autorce za wzruszenia i tak piękną opowieść, a wszystkim tym, którzy się jeszcze wzbraniają - polecam, polecam, polecam !!!

sobota, 19 listopada 2011

Magia Ani nadal działa. Już zawsze będzie.

Mam trochę zaległości w recenzjach, obiecuję poprawę, będę nadrabiać. Ostatnio co innego mnie zajmuje, nawet kilka rzeczy na raz, a nie chcę pisać tu rzeczy 'na kolanie', chociaż z kolan-topa piszę.

Dzisiaj kilka słów o książce, która zapoczątkowała moją wielką przygodę z czytelnictwem. Uściślając - jest to jedna z książek, nie pierwsza, którą przeczytałam, ale należy do pierwszego etapu zachwytu nad literaturą, czyli okresu dziecięco-młodzieżowego i jest to nie tyle książka, co cała seria. Nie jestem tutaj dzisiaj specjalnie oryginalna, ale pewne zdarzenie przypomniało mi o mojej dawnej fascynacji i stąd ten post.
I po tym iście 'rejsowym' wstępie, zupełnie jak z monologu kaowca, wreszcie wyjawię, o czym mam zamiar Wam opowiedzieć.
A mianowicie koleżanka blogowa, którą mam szczęście znać w realu - Monika z Błękitnej biblioteczki, przywiozła mi z Kanady z Wyspy Księcia Edwarda upominki. A jak z tej akurat wyspy, to już wszystkie mole wiedzą, że chodzi o Anię z Zielonego Wzgórza.
Pierwsze moje czytanie tej książki odbyło się w zimie roku 1981, w grudniową noc, z 12 na 13 grudnia siedziałam w swoim ulubionym fotelu w kratkę, nagrywałam na magnetofon szpulowy z Trójki nową płytę Bee Gees i czytałam Anię. Byłam wtedy we wczesnym okresie nastoletnim. Po północy popsuło mi się radio, nie nagrałam płyty do końca, po nieudanych próbach wskrzeszenia audycji, zrezygnowana wróciłam do czytania książki. Byłam sama w domu, bo moja mama udała się do Szczecina odwiedzić mojego tatę w klinice onkologii. Na zewnątrz była wyjątkowa mroźna i śnieżna zima,a w pobliskiej jednostce wojskowej nikt nie spał, szykowano się do zajęcia newralgicznych punktów w mieście, rano dowiedzieliśmy się o Stanie Wojennym. Nie jestem kombatantem z tamtego czasu, bo byłam dzieckiem i nie walczyłam o niepodległość, niczym takim się tu nie pochwalę. Natomiast tę zimę, kiedy miesiącami nie było szkoły, a mój tata zaczął swoją ostatnią drogę ku krainie wiecznych łowów, przeżyłam o zdrowych zmysłach pewnie dlatego, że miałam w czytaniu całą serię o rudowłosej dziewczynie napisaną przez Kanadyjkę Lucy Maud Mongomery. Wtedy nie było internetu i grup wsparcia, a o to, co czują dzieci, kiedy im umierają rodzice nikt się nie troszczył. Przynajmniej nikt w moim otoczeniu.
Wtedy doświadczyłam wspaniałej mocy książek. Czytałam dużo od dziecka, ukochałam sobie Muminki i bajki Charlesa Perraulta, Godki Śląskie, Latającego Detektywa i Dzieci z Bullerbyn, ale dopiero przy serii Ani, w czasie tak dla mnie trudnym, kiedy umierał mój tata, lekarz nie mógł przyjechać po 22-giej (godzina policyjna), chyba, że do zawału, w sklepach tylko ocet, a węgiel do palenia w piecu (który nam nota bene ciągle gasł i było zimno jak w psiarni) załatwiało się na lewo, kiedy kupienie drzewka bożonarodzeniowego graniczyło z cudem i odbywały się walki wręcz na placu z rzeczonymi, mogłam przekonać się, co znaczy dobra książka i jakim wspaniałym jest towarzyszem. Wcześniej po prostu nie było takiej chwili próby, dopiero wtedy - weszłam w świat Zielonego Wzgórza, podróżowałam z Anią na Uniwersytet, zakochiwałam się wciąż i wciąż w Gilbercie, tęskniłam za Dianą.... nigdy tego nie zapomnę.




Jedynie pierwszy tom miałam na własność, dostałam go od mojej cioci, siostry ojca, która z nami w tamtym czasie zamieszkała (tatę w ostatnim czasie, jakieś 3 miesiące, mieliśmy w domu, bardzo nam pomagała). Resztę wypożyczyłam z biblioteki. Zarówno ta pierwszą, jak i kolejne były pięknie wydane, z płócienną oprawą i malutkimi rysuneczkami, takimi mini-grafikami. Teraz mam nowsze wydanie, ale dałabym wszystko za posiadanie tamtego, niestety mam tylko dwa tomy tak wydane, a właściwie trzy, bo drugi, w żółtym płótnie dla odmiany, zawiera Anię na Uniwersytecie i Wymarzony dom Ani w jednym (Nasza Księgarnia 1971 rok wydania).
Tak więc, jeśli ktoś z Was wie o reszcie, nawet pojedynczym tomie tak wydanym przez NK, to ja chętnie odkupię. Byle by był w jednym kawałku, bo rozpadającego się nie mam tutaj jak reanimować.
Monika miała szczęście pojechać w to miejsce, gdzie dzieje się akcja, pisze o tym na swoim blogu, a ja dostałam kilka upominków stamtąd.


Z lewej cztery podkładki pod kubek z wizerunkiem Ani i Diany, po prawej zakładka do książek, w środku figurka Ani, która teraz stoi na półce z książkami, na dole kolejna zakładka. Czyż nie cudne, że o mnie pamiętała?
A Wy, jakie książki są Wam wyjątkowo drogie i w jakich okolicznościach takimi się stały?

środa, 16 listopada 2011

Protestować czasem trzeba, tym razem w sprawie molowej

Czytniki uważam za bardzo przydatne, pisałam o tym nie raz. Swojego Marcela mam już od kilku lat, głównie kupuję zagraniczne książki, bo tańsze, ale i polskie od niedawna można już kupić jako ebooki. I tu pojawia się problem, bo one mają zabezpieczenia DRM, które nie dają ich czytać na niektórych czytnikach, głównie tych bez WiFi. Ja nie mam WiFi, bo kiedy kupowałam miały to tylko komputery, nie moja wina, że się pospieszyłam. Z drugiej strony bez przesady, nie można wymagać, żeby co rok kupować nowe urządzenie.
Na stronie Blog ebookpoint.pl można zaprotestować przeciwko takim praktykom. Mają one niby na celu zabezpieczenie przed publikacją piracką, ale można je obejść bez problemu w minutę. Nie wiem, jak, ale są tacy, którzy wiedzą. Nie zamierzam się uczyć, bo ja starej daty jestem i nie marnuję energii na uczenie się, jak ominąć blokady. Ja chcę zapłacić i korzystać.
Jeśli bliski jest wam ten temat, przyłączcie się.

piątek, 11 listopada 2011

Szczęśliwy traf - Louise Shaffer. Audiobook


Okładka tej powieści jest piękna. Moim skromnym zdaniem. Zdecydowanie zwróciłabym na nią uwagę, gdybym była w księgarni lub przeglądała nowości na stronach internetowych. Ma klimat dokładnie taki, jak powieść, jeszcze nic nie wiesz o zawartości, a już przeczuwasz o czym będzie. Ostatnio tak utyskiwałam na twórców okładek, tym razem muszę pochwalić.
Gdybym przeczytała o czym jest ta ksiażka, pewnie pomyślałabym, że kolejna opowieść o kilku pokoleniach kobiet i ich wzajemnych, trudnych relacjach. Może bym się skusiła, ale gdyby nie, pewnie bym nie poświęciła jej więcej uwagi, ani jednej dodatkowej myśli.
W ten sposób straciłabym okazję do odsłuchania świetnej, klimatycznej powieści, może nie obfitującej w nagłe zwroty akcji, ale za to płynącej gładko i niezwykle zajmująco. Magdalena Wójcik czyta tak dobrze, że w ogóle nie czuć jej obecności, niesamowite, pierwszy raz mi się to zdarzyło. Nie denerwuje, nie rozprasza, jej głos stopił się z treścią i stał się opowiadaną historią. Fantastycznie nagrane.

Szczęśliwy traf zaczyna się w momencie, kiedy  umiera  Rose, matka Carrie. Córka pogubiła się w życiu, śmierć matki ją przytłoczyła, ale też i wiszące w powietrzu, niedopowiedziane historie nie dawały jej spokoju. Porządkując rzeczy matki, natknęła się na kilka rzeczy, które dały jej do myślenia i zapragnęła poznać historię Rose. W trakcie tej podróży w przeszłość dowiaduje się też wiele o swojej prababce i babce, jak również ojcu.
Wiem, nihil novi. Ale to się naprawdę dobrze czyta!
Ani chwili się nie nudziłam, nie miałam ani jednego momentu, kiedy myślałam, ze tracę czas, a uwierzcie mi, że czasem mi się to zdarza.
Poza tym opowieść częściowo dotyczy czasów bardzo przeze mnie lubianych, lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych w USA.
Polecam tę powieść na nadchodzące zimowe wieczory

Zapomniałam powiedzieć, że książkę do słuchania dostałam od kochanej Pani Bogny ze Świata Książki (Weltbild), która rozpieszcza naszą bibliotekę polską darami, a przy okazji mnie takimi smakowitymi kąskami. Dziękuję.

czwartek, 10 listopada 2011

Ogłoszenia parafialne - wyniki losowania

Bez zbędnych wstępów ogłaszam wyniki. Imiona zebrałam z obu blogów, to znaczy Notatek Coolturalnych na blox i na blogspot, bo na obu serwerach są one aktywne, chociaż to tak naprawdę ten sam blog tylko bloxowe 'kuleżanki' nie bardzo chciały, żebym opuszczała to miejsce zupełnie, to się rozdwoiłam, haha.
Opowieści Wigilijne idą do:




Natomiast Coming Home poszybuje do:




Gratuluję i proszę o kontakt na adres mailowy kasia.eire@gmail.com
Czułam się jak w Las Vegas używając jednorękiego bandyty.  Ale emocje. Pozdrawiam wszystkich i dziękuję jeszcze raz za miłe komentarze i życzenia z okazji dwulecia.