sobota, 22 września 2012

Balyarr, Co. Donegal - zaproszenie na 211. urodziny do May - bratanicy Jane Austen

Tydzień czasu zajęło mi ochłonięcie po tej imprezie. I to nie dlatego, że się tak alkoholizowałam, że tydzień trzeźwiałam, nie dlatego, że zioło paliłam, nie dlatego, że piechotą do domu wracałam, dużo silniejsze niż wszelkie używki było dla mnie samo doświadczenie tej wizyty i musiałam to po prostu przetrawić. Nie mam, tak jak Padma, okazji wizytować miejsc, gdzie pisarki z poprzednich wieków bywały i żyły, dlatego nie jestem po prostu na takie wrażenia uodporniona. Tu nawet nie chodzi o pisarki, bo w tym przypadku mamy do czynienia z bratanicami Jane Austen, zaledwie i aż, które jak się okazało niedawno, żyły tutaj w Donegalu. May, Cassandra i Louisa wyjechały z Wielkiej Brytanii do Irlandii, co w tamtych czasach znaczyło tyle, co na Marsa. Nie wszystkie na raz. najpierw Cassandra poślubiona Lordowi George'owi Hill, potem Louisa, żeby zająć się dziećmi po śmierci siostry, a na końcu Marianne, czyli May, kiedy musiała opuścić dom, najpierw jeden, potem drugi i okazało się, że zupełnie nie ma się gdzie podziać. Ciężkie to były czasy dla kobiet, to wszystkie wiemy, bez mężczyzn nie znaczyły nic, musiał to być brat, mąż, ojciec lub szwagier, same żyć nie mogły i nie chciały. May, gdyby żyła, co oczywiście niemożliwe, obchodziłaby 15 września tego roku 211 urodziny. W ten dzień zebraliśmy się w kilkadziesiąt osób, nie wiem dokładnie ile, ale gdzieś około 50 pewnie, na urodzinach tej niezwykłej kobiety, którą opisała i przybliżyła nam wszystkim Dr. Sophia Hillan. To, czego dowiedziała się o życiu sióstr i ich związkach z Jane Austen, zawarła w książce


Zaczęło się od wizyty w bibliotece niedaleko miejsca, gdzie mieszkam, gdzie odbyła się prelekcja autorki na temat tamtych czasów, sióstr i ich śladów tutaj. Okazało się, że mąż Cassandry wybudował tutaj pierwszy hotel w Donegalu, i że ja znam ten hotel, wybrałam się tam kilka tygodni później na wesele. Zupełnie inaczej patrzyłam na niego, bo znajdowałam ślady dawnych czasów, wcześniej po prostu wiedziałam, ze jest stary, ale nie zdawałam sobie sprawy, że aż tak. Teraz w prywatnych rękach, rozbudowany, ale dowiedziałam się, która część stara i sobie z koleżanką ją obeszłyśmy. Niestety większość ciemna i zdjęcia nie nadają się do publikacji
Tak wygląda budynek z zewnątrz, nie zmienił się, tył jest rozbudowany

An Chúirt Hotel Gweedore


Hall główny, widziany od strony recepcji


A to jedyne dobrze oświetlone miejsce, z drzwi baru wejście do starej części hotelu, wąskie schody prowadzące do pokoi


Bardzo chciałam zobaczyć dom w Ballyarr, gdzie mieszkały siostry, ale jest on w prywatnych rękach i wiedziałam, ze to niemożliwe, na spotkaniu z pisarką byli właściciele, ale nie miałam śmiałości do nich podejść. Pewnego dnia dostałam maila od bibliotekarki z mojego miasteczka z informacją, że jest zaproszenie na imprezę upamiętniającą urodziny May, a odbywa się ona właśnie w Ballyarr. Jakże mogłam nie skorzystać? Na spotkaniu okazało się, że zaproszenie zostało wystosowane imiennie dla mnie, bo autorka pamiętała moją wizytę i naszą rozmowę w bibliotece, nie miała mojego adresu, znalazła mnie więc, poprzez bibliotekę. Miłe.

Jechałam tam dwa godziny, bo nie doszedł do mnie mail ze wskazówkami, jak tam dotrzeć. sama podróż to godzina, ale błądziłam, pytałam, szukałam, nikt z miejscowych nie wiedział, gdzie jest ten dom? Już w samym Ballyarr miałam problem, zdałam się więc na intuicję i wjechałam w bramę, o której myślałam, ze to musi być to miejsce i miałam rację. Jechałam kawałek aleją, aż zauważyłam, że na kamienistym parkingu stoi dużo samochodów i już wiedziałam, że jestem 'w domu'. Przywitali mnie uroczy gospodarze, pozwolili fotografować dom, obejść cały parter, rozgościć cię, jak to na urodzinach.

Niby pozwolenie było, ale mnie i tak głupio było tam fotografować i czułam się jak intruz, to jednak ich dom i widać, że nie muzeum, a zamieszkały.



Dla gości była przygotowana biblioteka. Ten róż na ścianach to typowy kolor dla Donegalu, lubią tak, wydaje im się pewnie, że ociepla pomieszczenie.


Wszędzie stare meble, żadne tam podróby, ale z różnych epok, wszystkie wygodne, klubowe fotele i dużo poduszek. Poniżej moja ulubiona miejscówka, obok regalu z książkami,  z widokiem na park, idealna do czytania. Zresztą tam usiadłam, tylko fotel odwróciłam w stronę prelegentki


zajęłam miejscówkę i pognałam dalej, poniżej pokój do rysowania, czyli w tych czasach po prostu salon, pokój dzienny,  bardzo stylowo urządzony przez gospodarzy

 Ten sekretarzyk mógł być przywieziony przez kogoś z wojaży do różnych kolonii albo w interesach

  Też fajna miejscówka do czytania, może wieczorami. Takie zawalone stoliki to też moda wyspiarska,  porcelanowe bibeloty, zdjęcia, kwiaty, lampa, książkę czy filiżankę trudno byłoby tam umieścić. Wszędzie obrazy


Za taki pojemnik na drewno czy torf wiele bym dała, idealnie, schludnie wygląda, a w środku opał

 Zrobiłam zdjęcie kominka, bo chcę Wam powiedzieć, że szokiem było znalezienie tam telewizora. Jakoś tak dziwnie było go tam zobaczyć. A poza tym kominek w każdym pokoju najważniejszy

 Za plecami kanapy bateria trunków, nie piję, ale lubię wiedzieć, że gdybym chciała, są pod ręką. To takie posh


w tymże pokoju pianino, zwróćcie uwagę, że świeczniki są na świece, a nie na żarówki imitujące świece. I oni je zapalają, kiedy wieczorem muzykują


po wyjściu z pokoju dziennego zauroczył mnie podest nad schodami, od zawsze chciałam mieć książki 'on the landing', ale to jeszcze dopiero plany, najpierw mąż musi zrobić półki

  Ciemnawa jadalnia, w rzeczywistości nie była aż tak mroczna, ale też nie jakaś słoneczna, najciemniejszy pokój w domu w każdym razie, bo z hallu z jednym oknem na końcu, wchodzi się do niej, a tam też jedno okno tylko, też na samym końcu pokoju. No, ale to nie jest do śniadań pokój, bo te jadają w kuchni

  A kuchnia to mi się śnić będzie. Piękne kredensy, tam porcelana, na środku wielki stół, na jego końcu ściana z zamontowaną największą wersją AGI czyli takiej kuchenki, gdzie można gotować, albo piec jak w piecu starym, a na samym dole piekarnik w stylu 'slow', że wsadzasz pieczeń rano i wieczorem, po przyjściu z pracy masz jak znalazł, tam też ziemniaki i warzywa, w jednym dużym garnku, wszystko gotowe. Najwspanialsza rzecz do kuchni, kosztuje kilka tysięcy, wiec mogę zapomnieć. W wielu powieściach występuje AGA, nawet mówi się o nich AGA Saga, czyli obyczajowe, gloryfikujące ciepło domowego ogniska.

  w tejże kuchni, przy samym wejsciu, stół robiący za biruko, a tam sami widzicie, uwielbiam takie miejsca


i znowu jesteśmy w bibliotece, autorka już szykuje się do przybliżenia nam tamtych czasów i osoby samej jubilatki


Z lewej dr. Sophia Hillan autorka i badaczka, po prawej obecna właścicielka domu. Kiedy go kupowali z mężem, nie wiedzieli, że mieszkały tam bratanice Jane Austen, wiedzieli jedynie, że mieszkał tam Lord George Hill. Pewnego dnia zapukała do nich Sophia i powiedziała, ze według jej badań tam mieszkały owe niewiasty i czy mogłaby wejść, opowiedzieć o swoich badaniach i zobaczyć dom. I tak się zaczęło.

  Ulubiony 'mój' obraz w tym domu, wisi nad kominkiem w bibliotece


 A to widok z okna tej miejscówki, co Wam pokazywałam wyżej. Tam bym sobie mogła całymi dniami siedzieć i myśleć, albo czytać, albo słuchać audiobooków. Ale tak dobrze to nie ma. Tego jednak dnia mogłam przez chwilę chociaż poudawać, że umiem podróżować w czasie. Skrzypiące podłogi, dywany nadszarpnięte zębem czasu, meble, które dla niejednego nadawałyby się tylko na śmietnik, tutaj pieczołowicie odrestaurowane, ale cudów nie ma, i tak nadają się tylko dla ludzi, którzy potrafią docenić ich przemijającą urodę.
Wiejskie posiadłości na dłużej zachowują klimat tamtych czasów, gdyż najmniej się wokół zmienia. Poza nowymi krzewami i dosianym trawnikiem, wyższymi drzewami, krajobraz pozostał taki sam.


Po prelekcji, niezwykle dowcipnej i ciekawej, przeszliśmy do kuchni, gdzie raczyliśmy się kanapkami z łososiem, bardziej tradycyjnymi z szynką itp, do tego domowej roboty sconesy, a jakże, i na końcu tort urodzinowy May. Kroi autorka i kobieta, która trzy siostry przywróciła naszej pamięci 

  Przyjęcie odbywało się w kuchni, piliśmy herbatę i kawę z prawdziwej porcelany, nie jakieś tam kubki, tylko filiżanka i spodeczek. To jeszcze dodawało uroku.
Ale można też było wyjść na oszkloną werandę, tam też były talerze z przekąskami i napitki.


Kiedy już pojedliśmy, nagadaliśmy się, opiliśmy się jak bąki i odśpiewaliśmy Happy Birthday, po dopchaniu się tortem, ruszyłam na łowy zdjęciowe wokół domu. Niestety było wiecej takich ludzi, więc nie mam zdjęć bezludziowych, a bardzo chciałam, bo sobie można by wyobrażać, że zaraz wyjdzie kobieta w sukni w stylu empire



 Front domu, z tych okien na dole, z lewego - z pokoju do rysowania, z prawego - ta miejscówka do czytania, widać ogród i hektary zieleni i pól.

A tu już cmentarz, odkryte przez Sophię groby dwóch sióstr, autorka w środku, a pozostali do w prostej linii potomkowie bratanic Jane Austen. Jak widzicie groby są bardzo skromne, ale leżą na pięknie położonym cmentarzu, widok stamtąd zapiera dech w piersiach.

Mówili, że o skromności tych grobów wyżej świadczy fakt, że ten poniższy, ich służącej, jest o wiele okazalszy. To porównanie pokazuje, jakimi kobietami były siostry. Ja jednak myślę, że to kwestia stylu, że może kiedy one były chowane, takie krzyże było modne, a potem całkiem inne.
Groby te były zupełnie zapomniane i zarośnięte, Sophia jest odnalazła, oczyścili je z bluszczu i różnych samosiejek i teraz można je podziwiać w pełnej krasie.

  Kiedy wychodziłam z cmentarza, jeszcze raz obejrzałam się za siebie, zobaczyłam dwa krzyże, większy, starszej Marianne, pochyla się nad grobem Louise. I tak sobie spokojnie razem tam spoczywają. Wzruszające.


Piękny to był dzień, pełen ciekawych informacji, rozmów, również z samą autorką, jej rodziną i innymi gośćmi. Dużo też wzruszeń, bo miejsce niezwykłej urody i stare, dom klimatyczny i duch tamtych czasów unosił się nad nami.  Teraz czeka mnie mnie lektura książki, bardzo jestem jej ciekawa.

piątek, 14 września 2012

Nie wszystko złoto, co się świeci, czyli dlaczego nie interesuje mnie żadna z twarzy Greya

Nie słyszałam o tej książce wiele, zanim nie zaczęłam zauważać komentarzy, że a to jedna, a to druga babka ją właśnie  skończyła i że 'łoł'. Zwróciłam na to uwagę, bo największe 'łoł', oczywiscie również na FB, pochodzi od osób, które w ogóle nie czytają nic innego, ani hu hu. Aż tu nagle trzy tomy, na wyścigi, szuuuu, w kilka nocy. Nie wiem, czy z wypiekami na twarzy, ale tak mi się kojarzy niestety - gospodyni domowa, zwykle lekturę zaczynająca i kończąca na Z życia wzięte i Show, tutaj Hello i Ok, w porywach do krzyżówek, nagle trzy tomiszcza zalicza i oczywiście staje się natychmiastową znawczynią literatury dobrej, a pierwsze trzy miejsca na ich liście bestsellerów okupuje Grey i jego biedne, wyeksploatowane twarze.
Dostałam fragment do przeczytania, z dużą atencją zaliczyłam kilkanaście stron i tylko potwierdziły się moje przypuszczenia, że to porno-wypociny bez żadnego znaczenia. Nic na to nie poradzę, że nie dałam rady dalej czytać i nawet nie będę próbować. Za dużo mam naprawdę dobrych książek albo lepszych czytadeł, żebym się miała z biednym Christianem 'zabawiać' choćby kilka dni. Strata czasu.
I to nie dlatego, że jestem taka porządnicka i mnie ta książka gorszy. Ona mnie po prostu zniesmacza i w ogóle nie jestem ciekawa, co dalej.
Jedno mnie tylko zastanawia, co te kobiety w tym widzą? O ile mogę zrozumieć mole książkowe, które próbują wszystkiego dla zasady odkrywania nowych lektur, nie rozumiem tych wszystkich panien i mężatek, które zrobiły dla tej książki wyjątek i raz w życiu przeczytały książkę, a nawet trzy. 
Zajrzałam do polskich księgarni internetowych sprawdzić, czy wydali już wszystkie, czy dopiero pierwszą i zaskoczona skonstatowałam, że nawet cena sprzyja okazjonalnym czytaczom, bo o ile inne książki o takiej objętości, nowości, kosztują ponad 35 zł, a coraz częściej ponad 40, to ta zaprasza wszelkie nimfy wodne do przeczytania za jedyne 28 złotych. Wiadomo, zależy wszystkim, żeby trafiły pod strzechy.

W każdym razie ogłaszam, że nie tknę żadnej z 50 twarzy Greya.

A poza tym dostałam informację, że książki 'Tost' będą wysłane do zwycięzców na początku przyszłego tygodnia, a tym, którzy nie mieli szczęścia wygrać jej u mnie, polecam blog Notatnik Kulturalny, gdyż tam też można tę książkę wygrać.


poniedziałek, 10 września 2012

Konkurs Tostowy rozwiązany, lista wygranych i lemonowo bezowe reminiscencje

Kochani. Bardzo ciekawe były wypowiedzi, cieszę się, że było takie zainteresowanie, bo książka warta przeczytania, zresztą Aniado z bloga Lepszy Smak to potwierdza u mnie w komentarzach.
Konkurs rozwiązany i mamy zwycięzców. Oto lista pięciu osób (całe szczęście, że pięciu, bo inaczej bym sobie w łeb z korkowca strzeliła, gdybym miała wybierać jedną wypowiedź):
1. Za pierwszą część zadania - odgadnięcie z jakiego filmu pochodzi cytat zawarty w tytule, pierwsza odgadła Nutinka i do niej pojedzie książka.

Kolejne cztery:
1. Molik Ewa
2. Hania Kwaśna
3. Wiewióra
4. Agnieszka Pohl

Adres do Nutinki mam, pozostałe panie proszę o wysłanie adresów do wysyłki książki (przypominam, że z przyczyn ode mnie niezależnych, tylko na terenie Polski). Mój mailowy jest podany w lewej szpalcie.

Tak mnie ten konkurs natchnął, że w swoje urodziny postanowiłam upiec tartę cytrynową z bezą, taką jak na zdjęciu, z tym, że mi taka nie wyszła, ale też niezła i była przepyszna. Wykonałyśmy ją razem z córką.



I tym smacznym akcentem, gratuluję i pozdrawiam
A, i oczywiście zapraszam do obejrzenia filmu. Daty podane w poprzednim wpisie.


piątek, 31 sierpnia 2012

Uwaga - będę może mówić nieskładnie, pięć nocy nie spałam - Konkurs tostowy

Pięć nocy nie spałam, bo jestem po strrrrrasznej wizycie u dentysty, nie będę się tu rozwodzić, jak kto ciekawy krwawych opisów, zapraszam na Co-Dziennik

Są takie filmy, na które nie czekaliśmy, ba, nawet o niech nie wiedzieliśmy, że istnieją, dopadły nas gdzieś przypadkiem, chwyciły w szpony uwagi i nie opuściły myśli, nawet wiele tygodni po seansie. Są takie filmy.
I mnie się zdarzyło niedawno, zmieniając kanały bez specjalnej nadziei na coś cudownego, właściwie już postanowiwszy o zabraniu się za czytanie, ale jeszcze może tu,  a może coś na Ale Kino, nawet mi się nie chce zajrzeć do programu TV, zawsze dobre filmy są na Kino Polska, a może coś fajnego na Kuchnia+? Kto by się właśnie tam spodziewał, że zapodadzą film, który mi zapadnie w pamięć prawdopodobnie na całe życie. Strasznie żałowałam, że go nie nagrałam. Ale nic straconego, bo niedługo będzie nadawany na Canal+ (11 i 25 września).
Filmy brytyjskie mnie czasem fascynują, ale bywa, że i odpychają. Mają w sobie czasem jakiś chłód, surowość i jakby to powiedzieć, wilgoć. Niektóre. A niektóre są jak magnes, i ten, o którym piszę, czyli 'Tost' właśnie zalicza się to tej drugiej kategorii. Wciągnął mnie jak telewizyjny odkurzacz, na 90 minut przeniosłam się po prostu w tamten czas, do opowiadanej historii i tylko mi żal, że niczego sobie nie mogłam tam pojeść. A historia jest dosyć smakowita, można powiedzieć nawet niebezpiecznie smakowita.
Nie wiedziałam o tym, kiedy oglądałam film, ale zastanowiło mnie zakończenie, zaczęłam grzebać i dowiedziałam się, że opowiada historię dzieciństwa słynnego kucharza celebryty brytyjskiego Nigela Slatera, a oparta jest na biograficznej książce tegoż. Wcześnie stracił matkę, przez jakiś czas próbowali sobie radzić sami z ojcem, ale nie bardzo im to wychodziło, w każdym razie postanowiono im pomóc polecając gospodynię zajmującą się domem i gotowaniem i tak do ich życia wkroczyła Mrs. Potter. W filmie grana jest przez niesamowitą, zwariowaną, czasami wręcz niepokojącą Helenę Bonham Carter.  Szanowany wdowiec jest łakomym kąskiem dla postrzelonej Joan. Przez żołądek do serca mężczyzny, zaczyna im gotować coraz do wymyślniejsze potrawy, a kucharką jest bardzo dobrą. Chłopak, czyli mały Nigel, tez lubi gotować, ale jeszcze-nie-machocha, nie dopuszcza go do świątyni, a kiedy on i tak gotuje, w szkole na zajęciach, zaczyna traktować go jak wroga i konkurenta.



Popisowy lemon meringue pie, na zdjęciu poniżej, spędza mi sen z powiek. Jakże ja bym chciała umieć takiego upiec. Albo chociaż raz zjeść.


Uczty domowe są coraz okazalsze, aż do tragicznego finału, ale o tym sza. Zobaczcie sami.


Nigel dosyć szybko zorientował się, że mężczyzna gotujący, tylko na początku jest pośmiewiskiem, ale koniec końców, jeśli robi to dobrze, wszyscy go podziwiają, a kobiety po prostu uwielbiają


Ten film jest wzruszający, chwilami zabawny, chwilami smutny, zwariowana Mrs. Potter jest taka jak Helena, postrzelona, nie trzyma się zupełnie ram konwenansów i dobrych obyczajów. Ma w sobie tajemnicę, ale też jakąś żałość. Wszystkie smaki życia w jednej - po części kulinarnej - historii.
A wszystko to o tym Panu poniżej



I tu dochodzę do sedna wpisu, czyli konkursu. Mam dla Was do rozlosowania pięć książek Nigela Slatera, na podstawie których nakręcono film - ufundowanych przez Cyfrę+



Poproszę Was, żebyście napisali kilka zdań o tym, jakich kucharzy znanych szerokiej publiczności, z prasy, telewizji czy książek kucharskich, cenicie najbardziej i dlaczego? Mogą to być Polacy lub nie, żyjący lub nie.

Niestety książki mogą być wysłane tylko na adresy w Polsce, weźcie to pod uwagę, zgłaszając się do konkursu. Nie musicie mieć bloga, jeśli nie macie, zostawcie do siebie jakiś adres email. Nie musicie linku do tego konkursu umieszczać u siebie na blogu, chyba, że chcecie. W ogóle nic nie musicie poza posiadaniem polskiego adresu do wysyłki i napisaniem kilku słów. Najciekawsze wypowiedzi zostaną nagrodzone książkami, a jest ich cztery, bo piąty konkursowy egzemplarz przypadnie temu, kto pierwszy odpowie, z jakiego polskiego filmu pochodzi zacytowany w tytule posta tekst -  "będę może mówić nieskładnie, pięć nocy nie spałem" (dla ułatwiania dodam, że kwestia ta była namiętnie powtarzana przez pewnego reżysera).
Na odpowiedzi czekam do 9 września do późnej nocy, w poniedziałek poczytam i 11 września, w dzień emisji filmu na Canal+ ogłoszę wyniki. Proszę wpisujcie je poniżej w komentarzach.

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Filmowe lato, Więckiewicz razy dwa, Dziędziel też na dodatek, a i po czesku też coś wpadło

Kochani. Zamilkłam, jakoś mi nie idzie teraz. Listę mam długą jak papier toaletowy, a pisać nie po drodze. Co siadam, to wydaje mi się, że nie mam nic ciekawego do powiedzenia. A potrafię przy porządkach na przykład przemyśliwać, co to ja Wam powiem, jak tylko dorwę się do komputera. Wystrzelam się z myśli podczas pozakomputerowego czasu, a przychodzi ten moment, że trzeba by znaki do kupy zebrać w słowa i nic. Wszystko wydaje mi się jakieś takie bez sensu. Rozmemłałam się jak mamałyga, czas potrafię przepierzyć za przeproszeniem jak nikt. Przewalam się między komputerem, książką, gazetą, filmem, kuchnią, ogrodem i obowiązkami i nic nie jest zrobione jak trzeba. No, może poza obowiązkami.
Postanowiłam przerwać ten zaklęty krąg niepisania, zrobiłam sobie herbatę zaparzoną jak Pan Bóg przykazał, czyli w czajniczku liściastą, nalałam do ulubionej filiżanki i do dzieła. Dzisiaj o kilku filmach.


Od Moniki z błękitnej biblioteczki pożyczyłam dvd 'W ciemności'. Ona biedna nie zdzierżyła, ale to dlatego, ze dopiero co po urodzeniu Henryczka, młode mamy lepiej, żeby coś weselszego oglądały, miała rację, że zostawiła na potem. Przyniosła mnie przed wyjazdem do Polski na wakacje i jak tak chodziłam wokół tego filmu, jakby mi ktoś drzazgę w palec wbił. Aż stwierdziłam, że trzeba się z tematem zmierzyć, bo jak to tak z kawałem drewna pod skórą żyć?

 
O Bożenciu, co ja się naemocjonowałam, myślałam, ze mi serce siądzie. Nie będę tu rozprawiać o zdjęciach i scenariuszu, o tym, że Więckiewicz wielkim aktorem jest, bo to możecie sobie poczytać gdzie indziej, wszyscy pieją i mają rację. Powiem tylko, że czułam wilgoć, czułam strach, samotność, ale i małe radości (malutkie takie) w czasie tego ukrywania się. Podobała mi się kreacja Więckiewicza i jego postać, człowieka niejednoznacznie dobrego, z duszą o wielu odcieniach szarości i czarniawą nawet. Przecież bohaterem się człowiek nie rodzi, nim się bywa i to czasem nie na podstawie logiki i przemyśleń, a impulsu, bo inaczej nie można. Gdyby się nad tym głębiej zastanowić, to pewnie by człowiek wolał nim nie być, byle mieć święty spokój, byle bezpieczniej. A tu coś ci karze pomagac cholera, ryzykować i nic na to nie poradzisz. Wojna to straszny czas, nie chciałabym tego przeżyć, dlatego trudno mi oceniać tych, co byli dobrzy i tych, co się zepsili.
A kiedy oni wyszli z kanału i on krzyczał - Moje Żydy, to ja tak strasznie płakałam, że się aż mąż zaniepokoił. Bo się napięcie nabudowało i to się tak masowo wodospadem wyładowało. Ja w ogóle ostatnio mam nerwy na wierzchu, strasznie wszystko przeżywam, tak jak kolejny film z Więckiewiczem pt. Wymyk.Tym razem Canal+ mi go zapodał, kocham ten kanał za polskie filmy (i nie tylko, bo i francuskie też nadają i w ogóle dobre)


To jest film, w którym widać, że Więckiewicz jest po prostu cholernie dobrym aktorem. Warunki ma takie, jakie ma, można by powiedzieć, że wszędzie jest taki sam, gdyby nie to, że nie jest. Kurczę, jak on to robi, że ja wiem, że to on, a jednocześnie identyfikuję go za każdym razem z rolą i wszystko mi jedno, że to znowu on. Większy mam problem z Simlatem, bo on mi się wydaje wszędzie taki sam, ale w sumie tu nie ma słabych ról. Wątek jest od początku do końca bardzo świadomie poprowadzony, na sztywnym kiju, że się tak wyrażę, nic tam się nie gibie na strony.
A ładunek emocjonalny równie mocny jak w wojennych i rozliczeniowych samograjach, bo tam, nie oszukujmy się, bez łaski, że się człowiek przejmuje, a tu mamy historię dwóch braci i pewnej podróży pociągiem, po której nic już nie jest takie samo.
I mój ulubiony Dziędziel jak wisienka na torcie. I Muskałę bardzo lubię, chciałabym jej więcej w kinie.
Nie będę opowiadać fabuły, bo nie lubię tego na innych blogach, tutaj tylko o tym, że siedzieliśmy z mężem jak zaczarowani i tylko klęliśmy pod nosem, że to się wszystko tak pokiełbasiło u bohaterów i już nie odkręci, bo życie nie zawsze jest takie, że powiesz przepraszam i wszystko jest ok.
Bardzo polecam.


A jak Dziędziel, to po raz drugi, tym razem w dużo lżejszym gatunkowo wydaniu. Mam słabość do Fleszarowej-Muskat, a to właśnie na podstawie jej powieści o budowaniu Gdyni - 'Tak trzymać' - nakręcono mini serial czteroodcinkowy 'Miasto z morza'. Czy ja mogłam to przegapić? Oczywiście, że nie, chociaż cukierkowy, chociaż pozytywistyczny, o tym, jak ciężką pracą ludzie się bogacą a Polska rośnie w siłę. Ujęcia jak z obrazów nadmorskich malarzy, którzy tworzą na promenadzie i mają nadzieję sprzedać na pniu swoje produkcje. Ale mnie to nie przeszkadza, nie samymi ciężkimi i ważnymi filmami człowiek żyje, potrzeba mi czasem wytchnienia i odpoczynku, a nade wszystko nieustającej wiary, że ciężką pracą i pasją można osiągnąć wiele, a wielkie wizje rodzą się w głowach i sercach ludzi najpierw, potem dopiero trafiają do realizacji i nie trzeba się bać, jeśli w coś wierzysz, to się ziści.
Nawet jeśli nie, wierzyć trzeba.

Jak już tak lżejszymi poleciałam, to zapodałam od razu Morning Glory trzymany na tę właśnie okazję.


Typowa amerykańska komedia, o młodej producentce, która trafia do większej, ale podupadającej stacji do programu porannego i stawia go na nogi. Wszystko to już było, czyli na początku jest do niczego, ale potem się to jakoś układa, ale śmiesznie jest i naprawdę duży to relaks, więc polecam jak słodkiego pączka na troski, nie samymi sałatkami z soją człowiek żyje.

A na koniec wisienka na torcie. Kiedyś widziałam ten film od połowy, nie znałam tytułu i mnie męczyło, co to takiego było? Teraz zasadziłam się na oglądanie 'Piękności w opałach' na Ale Kino (drugi kanał, bez którego żyć bym nie umiała) - filmu czeskiego, o którym wiele dobrego słyszałam. I co ja widzę? Ta dam, to ten film, co go tylko pół widziałam. Obejrzałam teraz jak należało, czyli od napisów początkowych do końcowych i powiem tak, dobry cholernie, ale zostawił mnie zniesmaczoną, jakby mnie ktoś lepkim mazidłem obsmarował i zostawił na słońcu. Nie z powodu samego filmu, bo podkreślam, że jest świetny i ze wszech miar wart obejrzenia, ale i historia, i bohaterowie nie są zdecydowanie tym, do czego nas przyzwyczaili Czesi, którzy zawsze brzydkie potrafili pokazać w lepszym świetle, chociaż na wesoło. Tutaj nie ma wesoło, to, co jest niesmaczne, jest niesmaczne, pogmatwane i dołujące. Jedynie aktor, który kiedyś grał doktora Błażeja w Szpitalu na peryferiach, jedyna normalna postać w tej opowieści, jest zadziwiająco na starość przystojny.



Jan Hrebejk pokazał życie swoich rodaków w jaskrawych kolorach, bez żadnego ściemniania, stukania się kuflami piwa i czeskich przyśpiewek. Wspaniałe kino, ale wymagające czegoś więcej, więc nie nastawiajcie się na beztroskie jedzenie domowego popcornu. Momentami będzie bolało. Mimo tego, jest to jeden z tych filmów, które na pewno obejrzę kiedyś jeszcze raz.

A na koniec polecę Wam nowy serial kryminalny, na który się niezwykle cieszę - tym razem rodem z Finlandii - od 2 września, na razie 6 odcinków pt. Vares. Przeczytałam w zajawkach -  serial, w którym czarny kryminał splata się z elementami komedii i pastiszu, został okrzyknięty w ojczyźnie Świętego Mikołaja początkiem nowego gatunku - Finn Noir. Osiągnął kolosalną popularność, a jego kolejne odcinki wchodziły tam na duży ekran, jako pełnometrażowe filmy kinowe. 


Nie chcę go przegapić, już sobie zapisałam w kalendarzu, ciekawe, czy uwiedzie mnie równie łatwo jak Winter, Wallander czy Sarah Lund?
I cieszę się, że Krew z Krwi (polski serial kryminalny z Agatą Kuleszą) będzie na Canal+ powtórzony, bo ja przegapiłam połowę odcinków z powodu choroby. Dla zainteresowanych od 3-12 września codziennie po jednym odcinku będą emitować, lub od 21 września w każdy piątek.

No to się nagadałam, a teraz idę sobie precz. Wiem, połowa z Was nie ogląda, druga połowa nie ma telewizora, trzecia połowa nie ma Canal+, czwarta nie ma Ale Kino, ale filmy są też pewnie dostępne na dvd, warto o nich wiedzieć. A ja uwielbiam dobre seriale i dobre filmy, traktuję je na równi z książkami, uważam, że rezygnowanie z tej akurat muzy to odbieranie sobie wiele przyjemności. Nie chcę tu wywoływać dyskusji, tylko można powiedzieć ją kończę, po wielu komentarzach o tym, że szkoda czasu na TV.
Po ostatnim seansie pierwszego odcinka sfilmowanej książki Forda Madoxa Forda 'Parade's End' na BBC2, szczególnie nie mogę się z tym poglądem zgodzić. Jakie to było, hmmm, pysznościowe, tak bym to ujęła. Ale o tym więcej kiedy indziej


poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Trzy Projekty - projekt Łapicki, projekt zakupy dla biblioteki, projekt kto jedzie do Polski i kupi mi Chmielewską

To jest mój prywatny projekt, nigdzie go nie znajdziecie, nikt go nie ogłosił i ja też nie będę Was ciągać za język, czy już obejrzeliście i ile, po prostu poczułam potrzebę przypomnienia sobie jego kreacji, żeby nie wszystek umarł. Odszedł, a ja bym chciała, żeby nie całkiem, nie tak szybko i w ogóle fajnie jest pooglądać stare filmy.
Zanim filmy, bo jednak trzeba je zdobyć, dzięki uprzejmości Świata Książki mogłam posłuchać jego felietonów zebranych w tomie Nic się nie stało!, czytanych przez samego autora.
Trochę dziwnie dowiedzieć się, co myślał pan Andrzej o śmierci i pochówku teraz, kiedy go już ostatecznie nie ma. Są też wzmianki o jego młodości w czasie wojennym i po, o teatrze (moje ulubione), wielkich aktorach, którzy byli jego mistrzami, a potem kolegami, o podróżach, zawodowych i prywatnych, ale nie uciekał też od zdarzeń współczesnych. Pisał. co myśli o nowoczesnych wynalazkach, co mu się podoba, co nie, czego nie zaakceptuje, a co mu się przydaje. Ciekawe felietony.
Ostatnio mam nieprzepartą chęć poczytania więcej o teatrze, przypomniałam sobie, za co go kocham, również dzięki tym felietonom.

Drugi projekt zrealizowany dzisiaj to zamówienie książek do biblioteki polskiej. Zadanie trudne, bo fundusze ograniczone, w końcu finansujemy się sami, to znaczy czytelnicy płacą euro lub pół za książkę i z tego kupujemy nowe. Jaka cena książek w Polsce każdy wie, nawet jeśli wziąć pod uwagę, że my tu mamy euro, a płacimy złotówkami, to i tak dla nas drogo. Trzeba dobrać tytuły dla dzieci, młodzieży (niestety czytają najmniej), dorosłych pań i panów. Nawrzucałam do koszyka książek, a potem musiałam wyrzucać. Jakbym sobie paznokcie wyrywała.
Potem zamówiłam dla siebie, bo to jedyna okazja, żeby połączyć zamówienia i dodać kilka tytułów dla mnie, a przesyłka jest na terenie Polski, dopiero potem idzie do nas via kanał polskiego sklepu, więc taniej, bo nie ma dopłat za wysyłkę zagraniczną. Tutaj fundusze jeszcze mniejsze, więc wrzucałam do koszyka, wyrzucałam, a jak na złość te najbardziej pożądane są drogie, sama nie wiem, co ja się taka luksusowa zrobiłam, ze co tytuł to ponad 50, nawet 60. No i 'Cybulskiego o sobie' chwilowo wycofałam, a i 'Czerwoną Księżniczkę' odłożyłam na kiedyś. Coś trzeba było. Zamówienie już zamknięte, a ja trafiłam na artykuł w prasie o tej ostatniej książce i teraz bez sensu desperuję. Czy ktoś to czytał i może powiedzieć, czy słusznie?

Nowa Chmielewska ma datę premiery na 22 sierpnia. Dowiedziałam  na Lubimy czytać,, na FB też jest strona tej książki.  Tytuł Krwawa zemsta. Z jakiegoś dziwnego powodu nie ma jej jeszcze w zapowiedziach na Merlinie, tam gdzie robiłam zamówienie. I co ja pocznę? No to teraz chodzi lisek koło drogi, nie ma ręki ani nogi i szuka kogoś, kto będzie w Polsce i mi zanabędzie. Mam jednych znajomych i drugich jadących, ale mi już książki z Allegro wiozą i prosić już nie wypada. Niby można poczekać, ale na Chmielewską? Nie wiem, czy umiem? I nic to, ze ludzie mówią, ze już nie taka, jak kiedyś. Dla mnie zawsze wielce pożądana.



niedziela, 19 sierpnia 2012

O wizytach na blogu rzecz ta będzie

Miałam zupełnie inny pomysł na dzisiejszego posta, bo chciałam Wam opowiedzieć o moim prywatnym projekcie Łapicki. Ale poczytałam różne wpisy gdzie nie gdzie o wizytach i komentowaniu, o tym, jak to niektórzy są zawiedzeni poziomem komentarzy, o nielubieniu tego czy owego jeśli idzie o ich treść i styl i jakieś ziarno mi dzisiaj w głowie, najpierw się zagnieździło, a potem podczas zmywania naczyń kiełkowało. Może to dlatego, że dużo wody i szorowania było. Jak mój mąż gotuje, to klękajcie narody, smaczne, ale zmywania potem na godzinę (zakładając, że część pójdzie do zmywarki).

Ale ad rem - mój głos w dyskusji będzie taki, pozwólcie, że pojadę Żuławskim średnim, tym od Zośki (on u siebie w felietonach dla TS co chwila pisał, bo a), bo b)...):

a) nie przeszkadzają mi ŻADNE wizyty, ani ŻADNE komentarze. Publikuję wpisy na blogu otwartym i każdy może tu wejść i powiedzieć, co myśli

b) jest jeden wyjątek do punktu 'a' - komentarze chamskie, złośliwe, również te ukrycie złośliwe, które próbują mi wmówić, że w istocie nie są, jedynie ja nie posiadam wystarczająco dużo inteligencji, dystansu i poczucia humoru. Logika zapożyczona od Wojewódzkiego. Te komentarze są czasem anonimowe, czasem nie, ale nieważne czy podpisane czy z określonymi nickami, poznaję po kilku słowach, nie czytam dalej, nie odpowiadam, czasem jak mi się chce, usuwam. Imponuje mi, że znajdują moje słowa tak interesującymi, że poświęcają czas na pisanie komentarzy i jak sami mówią, na wnikliwe czytanie wpisów. Ja, kiedy mi się jakiś blog nie podoba, nie po drodze mi z autorem, po prostu tam nie zaglądam, a  na komentowanie tym bardziej nie miałabym czasu. No, ale żyję swoim życiem i pasjami, innym może nudno. Jak o tym pomyślę wnikliwiej, niech i oni sobie piszą, skoro to jedyna w ich mizernym żywocie rozrywka, uprzedzam jedynie, że nie odpowiadam, nie czytam, czasem jak jakiś dłuższy elaborat i zakładam, że może być toksyczny, usuwam w siną dal. Jeśli są zamieszczane po to, żeby mnie dotknąć, szkoda czasu i atłasu, bo ich treść jest mi obca, gdyż jak już wspomniałam, po prostu nie czytam.

c) jeśli idzie o komentowanie - nie uważam, żebyśmy prowadzili blogi i się na nich odwiedzali po to, żeby spełniać czyjeś oczekiwania i ambicje, co do wizytujących. Kiedy ktoś pisze, że takie czy inne komentarze są nie do przyjęcia ze względu na ich poziom, zaraz czuję, że i ja do wymaganego poziomu pewnie nie dorastam i odechciewa mi się interakcji z innym blogerem, a w konsekwencji, bywania na tym blogu. U mnie możecie pisać, co chcecie, że macie na liście, że chyba nie dla Was, że może kiedyś, że nie znam tej pani.... Kiedyś się zżymałam na takie oświadczenie, szczególnie dotyczące klasyków czy ludzi bardzo uznanych, jak Cybulskiego, Miłosza, Julii Hartwig ostatnio. Ale mi przeszło, bo przemyślałam temat i doszłam do wniosku, że dużo jest ludzi młodych tutaj, a nie ich wina, że się urodzili dużo wcześniej ode mnie. Nie ich również wina, że poziom edukacji i cięcia programu są takie, że nie znają wielu pisarzy czy myślicieli, czy aktorów i kończy się na tym, że nie mają pojęcia, kim był Cybulski czy Łapicki, jak ktoś ostatnio też zauważył. Natomiast jeśli ktoś napisze - nie interesuje mnie i koniec, żadnego merytorycznego argumentu, a uznaje za konieczne napisać coś takiego, to dla innych jest to znak, że chodzi tylko i wyłącznie o reklamowanie siebie, jako innego blogera

d) bywam na blogach dużo młodszych blogerów, gdyż kupując książki do biblioteki dla różnego odbiorcy, również młodszego, ciekawa jestem, co tam w trawie piszczy, ale nie zachwycam się wampirami itp, gdyz już jestem na to za stara, nie komentuję jednak, że nie dla mnie, że nie znam tego pana z zębami na wierzchu, bo po co? Natomiast czasem się włączam do dyskusji, kiedy ktoś bzdury wypisuje o jakiejś książce z klasyki, może nawet wybitnej, a nie widzi nic poza te swoje wampiry, no cóż, jestem tylko człowiekiem i mnie też niekiedy ponosi. Cenię sobie wtedy umiejętność opamiętania.

Kilka razy dyskusja poszła za daleko (na różnych blogach, nie tylko młodych czytelników) i przeprosiliśmy się z interlokutorem za porywczość w dobieraniu argumentów i ich prezentowaniu. Czasem małe słowo 'przepraszam' czyni cuda. Ze wstydem przyznaję, że dwukrotnie nie ode mnie pierwszej ono wyszło. Uczę się sztuki 'wstrzymywania koni', przy moim temperamencie dyskusyjnym i pasji do książek, czasem trudno. Nie od dawna wiadomo, że przepraszam jest czasem najtrudniejszym słowem, ale zachęcam, i siebie, i innych, do używania go częściej i odważniej.

e) pewnie, że wolałabym, żeby notki czytano wnikliwie, ale już takie czasy, ze młodzi szczególnie, nie mają cierpliwości i nie z braku szacunku, ale złego nawyku, czytają początek, trochę środka i koniec. Myślę, że mnie się to rzadko zdarza, żebym wyczuła brak znajomości treści notki, ale inni się na to skarżą często, stąd moje zdanie w tej sprawie - nic na to nie poradzimy.
Nie wymagam, zeby moje blogi czytali tylko chudzi, tylko mądrzy, tylko brunetki, tylko humaniści czytający dużo, tylko czytający kryminały, nie czytający romansów itp. Jeśli chociaż jedna osoba po przeczytaniu moich wrażeń z lektury, sięgnie po autora czy jakąś powieść i się zachwyci, to już jestem szczęśliwa.

f) generalnie, jesli widzę, że moje komentarze gdzie indziej pozostają bez odpowiedzi, nie raz, a taka norma, przestaję bywać, przestaję czytać. Nie chcesz mnie jako czytelnika, ignorujesz, nie ma mnie tam, gdzie nie ma tego, o co chodzi.

Kiedy zaczęłam pisać blogi i czytać innych, byłam prze-szczęśliwa, ze spotykam ludzi kochających książki czy podzielających takie same zainteresowania czy poglądy, a jeśli nie, umiejący o różnicach dyskutować. Nic mi nie przeszkadza, nic nie denerwuje, nie zawracam sobie głowy takimi sprawami. Po prostu czerpię radość z blogowania czego i Wam życzę.
A przez trzy lata, bo niedługo taką rocznicę będę obchodzić, spotkałam dzięki przebywaniu tutaj, wspaniałych, wrażliwych ludzi, których, mimo, że tylko na ekranie, traktuję jak dobrych znajomych, jak blogowe przyjaciółki i przyjaciół i nic mi tego nie odbierze, tym bardziej jeden czy dwa byle jakie komentarze. Zresztą czy w ogóle są byle jakie? - w każdym przypadku ktoś musiał poświęcić czas, żeby je zostawić. Generalnie powiem tak - więcej wyrozumiałości, a jeśli idzie o różnice - ekumenizm blogowy by się nam tu przydał. Pozdrawiam Was wszystkich, jesteście wspaniałym dopełnieniem mojego życia.