Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prasa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prasa. Pokaż wszystkie posty

sobota, 31 maja 2014

Potargowe stoses of shame

Obiecywałam sobie, że nie zaszaleję, nawet głównego bagażu nie kupiłam, wszystko po to, żeby chronić konto, mój kręgosłup przy targaniu walizy, no i honor czytelnika, który jednak więcej kupuje niż przerabia. A jak już czytam, to ciągle coś 'zawodowo'.
Wkleję trochę zdjęć, będę się chwalić, ale notki to wiecie, nie obiecuję szybko, bo moje wybory krętymi ścieżkami chodzą, a do tego czuję, że teraz co innego mnie bardziej zajmie niż czytanie. No i festiwalowe lektury cały czas są priorytetem.

Te książki nie zmieściły się w walizce i będę dosłane pocztą


Lot nisko nad ziemią Ałbeny Grabowskiej Grzyb od niej samej, niezwykle cenię sobie takie gesty i na pewno przeczytam z ciekawością, tym bardziej, że Ałbenę cenię jako pisarkę, zdecydowanie nie zaliczam jej do nurtu popularnego, chociaż może się też wpisać i ten gatunek.

Chwalipięta - rozmowy córki Anny z ojcem Jane Sztaudyngerem, panowie ze stoiska Wydawnictwa Literackiego ściągnęli to dla mnie, bo na stoisku nie było. Wspaniała obsługa, jak zwykle panowie i jedna pani (więcej nie widziałam), stanęli na wysokości zadania (czyli śmiali się z moich dowcipów).

Andrzej Mikołaj Grabowscy podarunek od Pani Anny z Grupy wydawniczej Zwierciadło. Pięknie wydana, ciekawa, bo już podczytałam, o braciach, których uwielbiam, każdego za coś innego.

Rozmowy z Martinem Scorsese - podarunek od Izusr z Czytadełka, czyli Izy, która pamiętała, że mi obiecała, a ja już zapomniałam, więc radość i niespodzianka duża. Iza!!! zapomniałam Ci piwo postawić. Dostałam od niej równiez Pożegnania Dygata, gdzieś tam na innym zdjęciu będą.

Dariusz Michalski - Starszy Pan A. opowieść o Jerzym Wasowskim. Tak się cieszę, że był dodruk i udało mi się to kupić. W ogóle stoisko wydawnictwa Iskry to było jedno z moich największych 'wodopojów'

Ja, kabareciarz. Marian Hemar. Od Lwowa do Londynu - Anny Mieszkowskiej. Zakup Allegrowy z wydawnictwa Muza, że okładka z wystawy. Ale dobry egzemplarz, więc się cieszę, bo nie była droga. A jak pięknie wydana!

Poniżej zdobycze Allegrowe, zbierane u znajomych w Polsce (bo tam przesyłki szły) przez ponad pół roku. Mąż odebrał i heroicznie przewiózł.


Drugie życie i Czas i miejsce Jurija Trifonowa
Miałam dar zachwytu Irena Szymańska, wspomnienia wydawcy
Wszystko przez wspomnienia STS-owe Jarosława Abramowa Newerlego - musiałam kupić wspomnienia Andrzeja Drawicza i Anny Prucnal też.
A po lewej zdjęcie stareńkiego wydania Herkulesów Stawińskiego, książki bardzo nie ten tego, słabej i komunistycznej, ale nie mogłam się oprzeć, bo takie rodzynki mnie rajcują.
Dalej książka o Barei Król krzywego zwierciadła i Życie w Przekroju Kominka, a na samym dole tomiszcze Czyżewskiego o Hłasce. Omnomnom.
Na niektóre polowałam wytrwale miesiącami, na wspomnienia pani Ireny latami.
Po prawe kilka pozycji Fleszarowej Muskat, moje guilty pleasure. Starotki w nowym wydaniu, a jedna naprawdę stara. Dorota mi odebrała z Allegro, a te trzy małe kupiła w Matrasie w jakiejś wyprzedaży po 5 za sztukę.

Marek Nowakowski niedawno zmarł. Był ulubionym pisarzem mojej mamy, pamiętam jego zbiory opowiadań u niej na stoliku. Nie mam tamtych książek, kupiłam tę, w czasie, kiedy jego zabrakło, u mnie go przybyło. Będę czytać. Wydawnictwo Iskry wydało kilka jego książek, w tym zapiski wspomnieniowe. Mam je w formie ebooka, tej ostatniej jeszcze nie, ale jedną chociaż chciałam mieć papierową.


Od dołu, Pokolenia od autorki dostałam, przekazana przez redaktorkę Teresę Drozdę z Polskiego Radia RDC. Tak coś czuję, że powieść Katarzyny Drogiej będzie mi droga.
Ludzie Philippe Labro kupione na stoisku Sonia Draga, bardzo mi się podoba opis na okładce, jakże mogłam ją przegapić wcześniej?
Czerwone niebo nad Wołyniem i Maria, dwa tomy opowieści Barbary Iskry Kozińskiej. Trudne karty historii w tle, to lubię.
Pożegnania Dygata od Izy
Listy Raszewskiego do Musierowicz
Starotka Jabłko granatu Auderskiej w wymianki LC, na którą pognała moja koleżanka, a ja skorzystałam.

Od Czarnej Owcy wydębiłam (no dobra, znowu tak błagać nie musiałam, bo Agnieszka ma miękkie serce) wspaniałą książkę, którą już podczytałam i której szukałam wszędzie, tylko nie na stoisku tego wydawnictwa, bo mi się kojarzyło głównie z kryminałami.
Bardzo polecana przez Filipa Bajona w Drugim śniadaniu mistrzów, poczytałam o niej dodatkowo i faktycznie warta uwagi.




Na deser moje największe miłości czytelnicze plus Michaśka, który/a musi sobie jeszcze na to zasłużyć. Ale lubię go bardzo, jeno nie kocham tak jak Pilcha, Karpowicza i Kisielewskiego. Jest jeszcze trzech panów, do których na kolanach, jak do Częstochowy, ale jeden nic ostatnio nie napisał, jeden w ogóle ze mną nie chciał gadać (ale jego książki i tak mi się podobają), a trzeci jest obecny w późniejszych relacjach.
Sońkę i Zbrodniarza i dziewczynę dostałam od Tosi Kozłowskiej, trafiła w dychę :-) Sońki sobie odmówiłam z bólem serca, bo bagaż. A tak, przed faktem dokonanym i musiała już jakoś przejechać.

I to by było na tyle. Ktoś w ogóle tu dotarł? Jeśli tak pokażę jeszcze wspaniały podarunek od redakcji Książek, nie wiem, ile osób dostało coś takiego, ale ja czuję się wyróżniona bardzo, ukochana wręcz. Nie wiem, czy pomysłodawca, wykonawca czy grupa, w ogóle sobie zdają sprawę, jakie to dla nas było miłe.


O targach napiszę w kolejnym wpisie, ten i tak już jest za długi.

poniedziałek, 21 października 2013

Na Kowno, tfu tfu, na 6. Piętro! Ale wcześniej na Zapiecek

Przeczytałam szybciutko tekst poprzedni, co by się nie powtarzać i wiedzieć, cóżem ja  wymodziła nocą bladą, i tak sobie myślę, że jeszcze kilka słów o Wrzeniu świata będzie, bo jest duże zainteresowanie tym miejscem.
Nie wiem, jak Wy, ale ja nie lubię, kiedy obsługa, gdziekolwiek by to nie było, jest anonimowa i jak w dawnych czasach było z dziećmi - nie ma jej być widać, a słychać tylko wtedy, kiedy pytają. To się jeszcze spotęgowało odkąd mieszkam na mojej prowincji Europy, czyli w Donegalu. Tutaj wszyscy od razu są bliskimi przyjaciółmi z ekspedientką czy kelnerką, a z barmanem to już mus, żeby to był nawet pierwszy i ostatni pobyt w danej jednostce piwo-dajnej.  Kilkanaście lat tu już mieszkam, całkiem naturalne jest dla mnie więc, swobodne rozmawianie z obsługą kawiarni, ale nie tylko, z ludźmi wokół też. Druga natura (nie)stety. Tym razem ofiarą padła Pani za ladą we 'Wrzeniu świata' właśnie, jak również przypadkowy biedak przy stoliku obok (nie Wojciech Tochman, mowa o stoliku po drugiej stronie mojego). Tam wygodnie rozłożył się z gazetą i kawą pewien - zakładam zawsze, że miły - pan.
Pisałam już wcześniej, że byłam w amoku, a wiadomo, że taki stan potęguje wrodzone gadulstwo, u mnie już i tak z cugli spuszczone przez irlandzkie zwyczaje. Kiedy się rozkładałyśmy przy stoliku, a to jednym, a to drugim, bo nie mogłam się zdecydować gdzie nam będzie wygodniej, zakładając, że Ania do nas dojdzie, tokowałam swobodnie do Pani przy ekspresie, do pana przy kawie, do półki z książkami (nie przeszkadzają mi nieożywieni słuchacze), jak również do drugiego pana za ladą. Pani okazała się nie tylko prześliczna, o zniewalającym uśmiechu, ale cierpliwa i jakby to ująć - interaktywna. Odpowiadała czyli na to, co ja tam zagajałam. Pan z kawą za to, nadal zakładam, że miły, był chyba głuchoniemy, bo nie mogłam z niego wymusić żadnej werbalnej interakcji. Nawet był moment, że poczyniłam uwagę, że chyba jednak usadzimy się oddalone nieco od tego pana, bo my będziemy rozmawiać, a on pewnie chce w spokoju gazetę poczytać. To taki można powiedzieć oksymoron życzeniowy, bo przy babie w amoku spokoju już nie ma, to chyba jasne. Już mógł coś powiedzieć wtedy, Irlandczyk dawno odpuścił by sobie tę gazetę, połączył stoliki i gadka byłaby w większym gronie. No, ale w Polsce byłam, nie wymagałam aż takiej odmiany mentalności, ale jakiś uśmiech jednak, mrugnięcie okiem, nóż w plecy, co-kol-wiek, by się przydały. NIC. To mnie trochę wytrąciło z równowagi, ale trzeba być twardym nie miętkim, Pani oraz dziewczyny musiały mi wystarczyć. Drugi Pan za ladą, który przygotowywał wielce intrygujące napoje (niech ktoś się tam uda i mi powie, co to było?), wlewając do szklanki miodu i coś tam jeszcze zielonego pływało, był wzruszająco, po hipstersku nabzdyczony. Taka pani z baru mlecznego z Misia, ale w wydaniu niezwykle przystojnie męskim, do tego świetnie ubranym. Miał mi ściągnąć książkę z wysokiej półki, co się przedtem nawzdychał to jego, niezwykle zajęty był przy tych napojach, poważnie, jak bum cyk cyk, więc mu kością, a raczej upierdliwym gościem w gardle stałam. Potem się z Dorotą bałyśmy tej książki nie kupić, bo wiecie, podał - proszszsz - a jak na darmo ten trud, to opieprz jak nic. Ryzyko było wielkie :-)
Jednak odłożyłam, bo ta 'Czerwona księżniczka' ciężka, a ja jednak tylko podręczny bagaż miałam.
Niech Was ten opis sytuacji nie zmyli (kurczę, słowa są czasem bezsilne, nie chcę, zeby mi ktoś zarzucił, ze krytykuję i odradzam), tam jest świetna atmosfera, a podobno częste wizyty panów właścicieli, to, że się tam kręcą i nadają energii, jest bonusem nie do przecenienia, czego i ja doświadczyłam. Nawet jest takie wrażenie, że jak oni się tam tak swobodnie czują, wchodzą za ladę, do stolika, witają kogoś, żegnają, telefony dzwonią, ktoś w szybę puka, cmok cmok, zajrzyj znowu, to jest wrażenie, jakby się człowiek jakimś cudem, przez przypadek, im do domu zaplątał i na chwilę został. Polecam.




No, ale miało być o dalszych losach Kasi na warszawskich dróżkach, a raczej trotuarach.
Podczas kupowania Gazety Wyborczej z Dużym Formatem, bo to czwartek był i cudem tylko nie zapomniałam o jej kupieniu (kto by myślał o tym, jaki dzień tygodnia, na urlopie), a przypomniało mi się tylko dlatego, że Mariusz Szczygieł wziął od kogoś DF na chwilę i na moich oczach rozłożył do czytania, czyli znowu Wrzenie (dlaczego tam nie można GW ani żadnej innej gazety kupić?), wpadłam na diabelski pomysł, że można by do jakiegoś teatru skoczyć. Diabelski, bo ja niesiona adrenaliną, ale Dorota pewnie była bliska zejścia z powodu moich pomysłów. Rzuciłam torby na jakieś krzesła stojące przed kawiarnią na chodniku i niecierpliwie zaczęłam szukać, co grają na deskach warszawskich. Z GW, a potem okazało się, że z innych też, mogłoby się wydawać, że nic nie grają, że stolica straciła wszystkie teatry, bo nic o nich i spektaklach w gazecie nie było. Pędem z powrotem do Empiku, tam przegląd prasy na stojąco, zmiotłam przy okazji jakieś gumy i inne żujki, nic nie ma, wymiotło, nieczynne? Pytam pani za ladą, ale tam taki mniej więcej poziom interakcji werbalnej jak u tego pana przy stoliku obok wcześniej, czyli zero. Dorota przejęta dzwoni do syna, niech nam w sieci sprawdzi, muzyka w tym Empiku gra, ochroniarz wydziera się do mikrofonu na cyckach, że jakaś czekolada rozdeptana leży na półpiętrze, czy ona kradziona i w części skonsumowana czy kupiona? - a my na środku tego - mnie się wydawało, pandemonium - zapytowywujemy o spektakl. Chciałam do Polonii, ale tam coś grali nie tak, więc jak tylko usłyszałam, że w PKiN grają 'Fredrę dla dorosłych - mężów i żon', zakrzyknęłam, niech się chłop więcej nie męczy (wiadomo, jak matka o coś prosi, to można sobie w łeb strzelić, taki to trud, mam w domu syna, to wiem), BINGO! No, ale my o suchym pysku od kilku godzin jesteśmy, więc kiedy po skomplikowanych obliczeniach, bo mi się pomerdało, czy ja mam czas polski, czy irlandzki i która właściwie jest godzina, wyszło, że możemy tylko gdzieś po drodze zasiąść na jedzenie, na jakieś kluczenie po mieście czasu nie ma. Padło na 'Zapiecek', bo jak zobaczyłam pierogi i barszcz, to się we mnie Polak mały, kto Ty jesteś, obudził.
Tam mi się znowu gaduła włączyła, ale lekko, bo jednak na swoich błędach się uczę. Panie przemiłe, młodziutkie (gdzie się ludzie 40+ w handlu i gastronomii podziali?), jedzenie pyszne (ruskie orkiszowe cudne), książki nam robiły za dekoracje, więc dalej w klimacie, ale miseczka barszczu z czterema uszkami mię trochę zeźliła. Ze 300 ml tam tej czerwonej wody, uszka 4, nie pamiętam ceny, ale bez przesady, za wodę dychę czy nawet więcej to jednak przegięcie. Zapytałam kelnerkę, czy to norma, czy coś uwagę, jakiś przebiegający szczur na przykład, kucharki odwróciło i dała tylko część uszek? Pani powiedziała, ze powinno być 6 i poszła. Oświadczam wcale nie uroczyście, ale stanowczo za to, są mi winni 2 uszka.
Na koniec zgrzyt, bo okazało się, że nie możemy zapłacić oddzielnie. Nie, bo nie. Trzeba by wołać managera, ale jest zbyt wielki ruch i nie. Wydaje mi się, że takie coś w centrum Warszawy, w Alejach Jerozolimskich, gdzie pełno obcokrajowców, nie powinno mieć miejsca. Zagranicą bardzo często chodzi się jadać dużą grupą, a płaci się oddzielnie.
Jak tylko wyszłyśmy, z siatami, z obłędem ponaglenia czasowego w oczach, pognałyśmy w kierunku autobusu w stronę teatru. Trzeba Wam wiedzieć, że moja durnota osiągnęła wyżyny w dzień wyjazdu do Polski, kiedy to z powodu mizerii mojej walizki, postanowiłam jechać w nowych butach i nie brać żadnych innych. Kilkanaście godzin dnia poprzedniego, potem cały kolejny dzień na nogach, zaowocowało pęcherzami, co spowodowało taki oto obrazek, że kiedy rzuciłam hasło - na Kowno! - tułów pognał do przodu, nogi zostały w tyle, bo jednak enough is enough, czyli będzie tego.
Musiałam jakoś dać radę, autobus pomógł, a potem to już zęby zacisnęłam i na to Kowno pognałam. Biletów nie miałyśmy. Wpadam Ci ja krakowianka jedna to kasy i dysząc oraz jęcząc, bo te buty..., proszę o 2 bilety na teraz. Pani w kasie odpowiada - u nas nie ma, ale zapraszamy do teatru. Zdębiałam. Jak to nie ma, o Boże, ja z tak daleka. Pani na to, że nic nie poradzi, nawet nie wie, czy jeszcze czynny, a one tutaj zapraszają do teatru. Po raz drugi zgłupiałam, jak to nie ma, nieczynny, ale zapraszają??? Okazało się, że panie myślały, że proszę o bilety na taras, a nie na teraz. Cud się stał pewnego dnia, dostałyśmy dwa bilety i dotarłyśmy na nasze miejsca na całe 5 minut przed czasem. Po czym czekaliśmy jeszcze na jakąś grupę ludzi, którzy się spóźniali.
Ku mojemu zaskoczeniu sala pełna. Tyle to już grają, czwartek, no no.
Sztuka świetna, zasłużenie tak chwalona i z dobrymi recenzjami. Zaskoczenie, bo tekst fredrowski, ale scenografia, kostiumy, zachowanie na wskroś współczesne. A tekst nadal aktualny, niebywałe.
Fraszyńska, Żebrowski, Darocha i Książkiewicz grali, dobrze, że zamiast tej ostatniej nie było Liszowskiej (grała chyba wcześniej ona), bo bym nie zdzierżyła, a tak nic mi nie przeszkadzało, a pan Darocha, którego w ogóle nie znam, miło zaskoczył.
Sztuka jest o związkach, tutaj oczywiście dużo zamieszania, mąż ma kochankę, żona ma kochanka, kochanek jest też kochankiem kochanki, wyszedł oknem, wrócił drzwiami, jak to w teatrze. Męża żona mierzi i w ogóle nie pociąga, nudzi poza tym, służka to co innego. Żona znajduje sobie inny obiekt westchnień, mąż jej do niczego niepotrzebny. Nic nie jest takie, jakim się zdaje, oczywiście w którymś momencie musi się wydać. Dużo śmiechu, farsa to przecież. I tak się wszyscy zaśmiewaliśmy, aż przychodzi ostatnia scena, mąż z żoną zostają sami, wszelkie gierki i mistyfikacje zakończone, on ogląda telewizję, ona coś tam w sieci szuka, on przełącza kanały, nie to, nie to, wyłącza odbiornik i zapodaje muzykę, a tam jak na złość Celine Dion o miłości śpiewa, jak tylko ona potrafi. Mąż podejmuje decyzję, podchodzi do żony i jakoś tak niezdarnie ją do tańca prosi. Potem jeszcze bardziej niezdarnie próbuje z nią tańczyć, nie potrafią być blisko. Śmieszne te ich próby, ale ja już się nie śmieję, bo widzę, jak im ciężko idzie to zbliżenie, muszą się siebie uczyć, bo człowiek przecież bez miłości żyć nie umie, a mają tylko siebie. Powoli, powoli udaje im się jakoś chwilę objąć, potem mocniej i ... koniec spektaklu. Wszyscy wokół się śmieją, a ja płaczę. Tak się wzruszyłam, bo to takie prawdziwe było. Ileż jest takich małżeństw dookoła. Na szczęście nie moje, pomyślałam w duchu. Zanim światło zapalili musiałam jakoś łzy z powrotem do oczu wcisnąć, bo głupio tak.
Ukłony, kosze kwiatów, okazało się, że to był 300. spektakl. Dodatkowo zapisze się w moje pamięci.
Co za noc, co za wspaniały dzień :-)


O Bogu, jaki długi wpis, ktoś tu dotarł?

poniedziałek, 22 lipca 2013

Dzień, w którym uśmierciłam Pilcha

Przeglądałam dzisiaj zdjęcia z ostatniego czasu, ściągnęłam z komórki, bo sobie jakieś coś pstrykałam i zapomniałam (zwykle komórki do tego nie używam, staroświecka jestem, Insagramów nie używam).
No i dobrze, bo mi się przypomniało, że ja Pilcha pewnej soboty uśmierciłam i Wam o tym nie doniosłam.
A było to tak.
Jadę ja sobie do rodziny z miejsca A do miejsca B autobusem prywatnym odjeżdżającym z dworca PKS. Sobota jest, a więc Wyborcza z Obcasami. Długo, miesiącami, jak nie latami, wyczekiwany moment, że sobie jak człowiek kupię papierową gazetę i poczytam, a nie jak jakiś głupek z ekranu komputera fragmenty, bo kupować e-wydania nie będę, skoro już czytanie tych fragmentów na ekranie mnie wkurza.
Zmierzam w kierunku jakiejś takiej dziwnej dziupli, co ni kiosk, ni sklep, okna ma, ale wygląda jak batyskaf wyrzucony na chodnik przez kosmitów. Albo jak ten nurek, co go helikopter gaszący pożar lasu nabrał wraz z wodą do zbiornika i zrzucił na ten las, a potem nie mogli dojść, skąd nurek w pełnym oprzyrządowaniu i piance, w środku zgaszonego lasu, daaaaleko od wody.
Dygresja taka mała.
Idę i już z daleka widzę to

Pusta ulica, ja i to okno w gazetę ubrane i ta okładka. 
Nie wytrzymałam nerwowo, bo już i tak moje nerwy na postronkach miałam i w krzyk - No nie mogę, jeszcze i to? Mało się chrzani, jeszcze Pilch umarł. I w lament. Ludzie się zatrzymują, a ja stoję i palcem dzióbię w środek czoła Pilcha, pokazując ludziom stojącym wokół, że ktoś bliski mi zmarł. 
Oni nic. Jeden pan tylko sobie w nosie zaczął dłubać.
No mię ta znieczulica społeczna wkurzyła i do siebie tak, ale żeby słyszeli, że taki człowiek odchodzi, a oni stoją i nic. Panie Michale, larum grają i w ten deseń, ale już bardziej do siebie, bo jednak domy bez klamek mi niemiłe. 
Wchodzę do tej puszki nagrzanej, kupuję gazetę, otwieram łapczywie i co? Wywiad z Pilchem. 
Wywiad z żyjącym Pilchem ze zbyt żywotną ręką, która mi się w tamtym momencie wydała okazem żywotności wielce pożądanym. 
Powiedzieć, że się ucieszyłam, to nic nie powiedzieć.

poniedziałek, 21 maja 2012

Warszawskie Targi Książki - preludium

Targi to była wisienka na torcie mojego dwutygodniowego pobytu w Polsce. Specjalnie pozostawione na koniec, miały ukoić moje skołatane serce i tak też się stało.
W przeddzień przyjazdu do Warszawy urządziłam sobie jednodniowy wypad do Siedlec. O tym będzie na moim Co-Dzienniku Z babskiej perspektywy, ale jeszcze nie dziś, bo tam teraz inny wpis wisi.
Kiedy przyjechałam z powrotem do Warszawy, bo wcześniej w piątek przybyłam pociągiem, a potem busem na Podlasie i w sobotę znowu wylądowałam w hotelu w stolicy, okazało się, nie dziwota, bo to wcześnie dosyć było, że pokoje są jeszcze nie gotowe. Ja z upału siedleckiego najpierw, pod rynnę w Warszawie dosłownie wpadłam, bo ulewa była niezła, nie dałam się recepcjoniście wysłać do spraw swoich, urządziłam okupację holu (jego oczami tak to wyglądało, bo moimi to po prostu padłam na fotel w lobby i sięgnęłam po gazetę zrezygnowana i gotowa czekać jak długo trzeba będzie, bo przecież nie mogłam na targi taka po-targana nomen omen jechać, prysznic i makijaż to była absolutna konieczność) - czy ktoś widział dłuższą dygresję w nawiasie? Biłam rekord Guinessa. W kategorii dygresja i w kategorii nawias, hehe.
Recepcjonista, nie wiedzieć czemu, wcale nie taki jak z Hotelu 52 czy jaki mu tam numer w Polsacie nadali (hotelowi nie recepcjoniście), naburmuszony i do rozmowy nieskory, a ja przecież po irlandzku skora, bo u nas to afront się tak do ludzi w sklepach, stacjach benzynowych, hotelach czy restauracjach nie odzywać, o dzieciach trzeba pogadać, o tym co się nam przydarzyło po drodze, o pogodzie oczywizda, no więc ja do pana tratatata-tratatata, a pan do mnie plecami, czyli zapleczem do klienta. Kij ci w oko pomyślałam, oddaliłam się z godnościom osobistom na z góry upatrzone pozycje, zagarnęłam Gazetę Wyborczą do siebie, wściekłam się, bo mimo reklamy Wysokich Obczasów (jak mawia moja jedna kuleżanka), nie było, pocieszyłam się jednym czy dwoma artykułami wcale nie mniej ciekawymi niż wyżej wymienione, ale widocznie moja osoba niemiła panu była, bo czem prędzej mnie wyekspediował do cudem zmaterializowanego pokoju. Czem prędzej to znaczy po mniej więcej godzinie, ale wiecie, miotałam się trochę z walizami po tym lobby, a poza tym czytanie bez okularów z cieknącą wodą z włosów (trochę przesadyzacji musi być :-) też mi trochę zajęło.
Pokój dla odmiany nie był żadnym rozczarowaniem, był przestronny, czysty, była kawa, kubek i czajnik oraz ręczniki i suszarka (czasem trzeba o nią prosić, a ja się wzdrygałam na myśl, że będę z panem na dole musiała po raz kolejny rozmawiać), a to przecież tylko dwie gwiazdki (Campanille).

Jak się już doprowadziłam do stanu oglądalności dla innych, wskoczyłam rączo (trochę przesadyzacji po raz drugi nie zawadzi) w taxi, bo jakżebym w ten deszcz dała radę tramwajem, a zapobiegliwie nie chciałam brać kurtki, gdyż wiedziałam i miałam rację, że tam zaduch i gorąc będzie.

Wyrzucił mnie taksiarz, Warszawiak starej daty z dziada pradziada, z zaczeską i sygnetem, mówiący 'kielner, cuker proszę' - dosyć daleko od głównego wejścia do Pałacu Kultury i Nauki. Zarzuciłam więc na włosy szal swój zwiewny i pędzę jak wiatr, bez przesadyzacji, po prostu nie chciałam zmoknąć. Mało sobie nóg nie połamałam. Dobiegłam pod filary i natychmiast zaczęłam grzebać w torebce w poszukiwaniu telefonu, żeby zadzwonić do Agi po obiecaną wejściówkę, co ją dla nas Świat Książki, nieoceniony przyjaciel blogerów, w postaci Agi się materializujący, przygotował. Sięgam, dzwonię i inne figury wyczyniam, ale kątem oka, mimo tego szala, widzę obok piękną kobietę, co mi się znajoma wydaje. Bardzo nawet. Doszłam do wniosku, po zeskanowaniu pamięci podręcznej mojego mózgu, że to Małgorzata Warda, ale w towarzystwie była i nie odważyłam się, chociaż  w tym amoku targowym i z tej radości wielką ochotę miałam, na szyję się jej rzucić. Potem nawet się zgadałyśmy na FB i mówiła, że powinnam była. Odezwać się, nie na szyję rzucać.  Szkoda, że jej nie zaczepiłam, bo potem na podpisywanie nie dałam rady dojść. A tak powiedziałabym chociaż,, że jej książki lubię i ją też. No cóż, okazja pewnie jeszcze będzie.

A co się działo potem, opowiem w kolejnym wpisie. Tych, którzy tu się na-ten-tychmiast zdjęć i relacji bezpośredniej spodziewali, przepraszam, ale ja muszę to przeżyć jeszcze raz powoli i sumiennie. Szybko i skrótowo nie będzie. 


niedziela, 28 sierpnia 2011

Empty Family - Colm Toibin. Oraz słów kilka jak to u mnie bywa.

Kochani, dzieje się oj dzieje, dobrze i źle, chociaż balans jest. Raz płaczę, raz się śmieję, a co najgorsze w ogóle nie mam czasu na czytanie. Wcale, ale to wcale. A jakbym miała to jestem tak zmęczona, że usypiam nad książką, co ja mówię nad książką, wielokrotnie nawet nie dochodzi do kontaktu dotykowego z rzeczoną, po prostu usypiam tam gdzie przysiadłam, a raz to się po prostu oparłam od framugę drzwi i odjechałam jak żołnierz japoński, nie przymierzając. Oni podobno nawet w marszu potrafili. Jeszcze się nie wyćwiczyłam w tej kwestii.

Ale do rzeczy - skończyłam Toibina. Zaczęłam jeszcze przed wielką zajętością i stresem, a skończyłam niedawno i powiem wam tak - dobry jest skubaniec, widać świetny warsztat i piękny styl, ale z tematem opowiadań tego zbioru to trochę przesadził. Wszystkie dotyczą problemów emigracji (do USA) i powrotów do Irlandii, z różnych powodów, a to zawodowych, a to rodzinnych, a to sentymentalnych. Pierwsze mnie interesowało, drugie też, ale trzecie z wciąż tymi samymi dylematami, przemyśleniami - wyjechałem, wracam, jak się zmieniło, a jak ludzie mnie odbierają, jak ja ich..... nudy. Jak opowiadania to musi być różnorodność, a ten same temat z innych perspektyw, w tym wypadku, mnie zmęczył. Tym bardziej, że jego Brooklyn też w sumie o tym. Co się z nim dzieje, jakaś drzazga go uwiera i musi się wypisać na ten temat? No, w każdym razie przegiął chłop i tyle.

A teraz chwalić się będę. Już chyba nie powinnam, bo na jakąś pijawę wyjdę, ale nie mogę się powstrzymać. Trudno mi ostatnio w życiu, tu się akurat nie ma czym chwalić, ale w tym wszystkim, w tych naprawdę ciężkich momentach, dostaję piękne dowody tego, że ktoś o mnie pomyślał i mnie wspiera jak umie lub raczej, jak wie, że mnie to 'uśmiechnie'. Szyszka, moja koleżanka, wysłała do mnie pakiecik, pakiecior powinnam raczej powiedzieć z prasą i książką


Wiecie jakie te Wysokie Obcasy ciekawe? A Michalina zachwyciła się okładką Paper Mint, ojej, zasłoniłam Karpiela Bułeckę, a on taki ślicznościowy, hej.
Reszta też ciekawa, a Zafon to już w ogóle.
Jeszcze nie zdążyłam się namacać tego dobra, kiedy przyjechała Monika z niebieskiej biblioteczki i mi przywiozła takie oto cudo

Ci, którzy mnie odwiedzają, wiedzą, że tematyka rosyjska jest dla mnie jak butelka czystej dla alkoholika. Za kazdym razem, jak mi się na płacz zbiera, biegnę do tych dóbr nabytych drogą prezentu i powtarzam sobie - Kaśka, dasz radę, nie wymiękaj, patrz tylko jaka jesteś uprzywilejowana mając takich ludzi wokół. Ja naprawdę czuję się tak, jakbym milion w totka wygrała. I gdybym miała wybierać - pieniądze lub ludzie, których znam i którzy w momencie dołów są zawsze gdzieś tam, żeby pomóc, czy pocieszyć, nie miałabym w ogóle dylematu, co wybrać. Kocham Was :-) Idę sobie poczytać. A jutro znowu dzień i znowu trzeba stawić czoła. Jeżu malusieńki, jak mawiała mała Misia, jak mnie ciśnie w klatce piersiowej ze stresu. Trzeba mi terapii przez macanie papieru, bo Kalms to już nie za bardzo pomaga. Joga jakaś? Nie umiem. No, to zmykam macać.

czwartek, 24 lutego 2011

Wychodzi na to, że same stosy prezentuję, a nic nie czytam

Jest to po trosze prawda, ale długo to nie potrwa. Nie jestem zwolennikiem odkładania życia na potem, bo są fajnę książki do przeczytania. Jeśli coś się dzieje, mniej czytam, ale czytam ("pani kierowniczko, pani pyta czy ja palę, ja ciągle palę..."), a w czasach nic-niedziania czytam dużo. I dobrze mi z tym. Teraz wydarzenia galopują, wciąż coś nowego, nieprzewidzianego, albo nawet i przewidzianego, ale absorbującego, się zdarza (zapraszam TU po detale), to co się będę katować faktem, czy zaliczyłam dziesięc książek w tygodniu, czy jedną.
Ale na spokojne, leniwe wieczory, kiedy nic nie goni, trzeba być przygotowanym. Zawsze trzeba być na posterunku, zdobywać nowości, czy tytuły, które nas interesują. Szczególnie, kiedy się mieszka zagranicą. Niedawno dostałam maila od tej Pani, o której Wam opowiadałam, że była moją ulubioną kierowniczką księgarni, a która dzięki tym blogom mnie odnalazła (można o niej podczytać TU), o takiej treści - " Pani Kasiu dostałam w tym starym antykwariacie Męża z ogłoszenia, stan książki do przeżycia za całe 6,- zł" Takie wiadomości, to ja rozumiem. Szukałam tej książki wieki całe, a nieoceniona tropicielka starych, dobrych tytułów ją dla mnie zdobyła. Czyż życie nie jest piękne?
Wczoraj przyjechała z Polski, via Dublin, przyjaciółka jeszcze z czasów koszalińskich wraz z córką, której nota bene jesteśmy z męzem rodzicami chrzestnymi. Przywiozła dla mnie książki i gazetki, co z dumą prezentuję. Wszystkie przejrzałam i cieszę się na ich lekturę, bo zapowiadają się ciekawie. 
Od góry
  • Anne Bishop - szósty tom serii Czarne Kamienie. Przedstawiać chyba nie muszę. Po prostu must have dla tych, co w tę historię weszli. 
  • Film Jedz, módl się, kochaj miał byc z Vivą, a ja chciałam poczytać i mieć do tego film, Kasia nie mogła znaleźć gazety z dodatkiem, kupiła mi więc sam film. Możecie sobie na niego ustyskiwać, a ja uważam, że na gówniany humor, jest on niezłym antidotum. 
  • Irena Matuszkiewicz to jedna z tych pisarek, które lubię i czytam wszystko, co napisze, tym bardziej nie mogłam ominąć Szeptów. 
  • Beata Pawlikowska - Blondynka na językach (angielski), przejrzałam i uważam, ze Pani Beata, zresztą miałam okazję ją poznać osobiście jeszcze w jej czasach koszalińskich i uważam, że to wyjątkowa osoba, wiec nic dziwnego, napisała fantastyczną książkę do nauki języka, nie wiem, czy wymyśliła tę metodę, czy tylko ją propaguje, bo nie czytałam nic tytułem wstępu, ale wygląda genialnie. Dla męza. 
  • Rosyjska zima Daphne Kalotay. O Rosji. Osram i wszystko jasne.
  • Zapach rozmarynu i Lawendowy pył wyszukałam gdzieś w komentarzach na blogach, Kristofka chyba o tym mówiła, ale łba nie dam uciąć, zawierzyłam rekomendacjom i już wiem, że strzał w 10. Saga opowiedziana przez najstarsze córki w trzech pokoleniach. Pięknie wydana. Nie mogę się doczekać. 
  • No i oczywiście prasa: Twój Styl, nie mogło zabraknąć, do tego Bluszcz, Wprost (jestem ciekawa zmian) i mój znów ulubiony tytuł, tutaj nie do kupienia - Przekrój.