Błogosławienie wspaniałymi ludźmi wokół i gadulstwem, który prowadzi do takich oto niespodzianek.
Siedzę sobie w pracy, pogrążona w otchłani rozpaczy, jak Ania Shirley, a tu nagle przychodzi listonosz i przynosi paczkę. Déjà vu, chociaż wcześniej to nie listonosz, a koleżanka kopertę z 'Czekiem bez pokrycia Stulgińskiej', którą dostałam od Kasi. Tym razem koperta zawierała tytuły nie z tej ziemi, a raczej dla mnie trudne do zdobycia. Może gdybym była w Polsce, na miejscu, gdybym mogła na Allegro kupować to tak? W kazdym razie szukałam ich długo, bezowocnie i już straciłam nadzieję. Pani Wanda, ta o której Wam pisałam kiedyś, moja ulubiona kierowniczka księgarni, odezwała się z informacją, ze kupiła 'Męża z ogłoszenia' Stulińskiej (tylko tej mi brakowało do kompletu), podarowuje mi swoją 'Martę, Monikę i Adama' Lewandowskiej i dokupiła jeszcze Gdy miłość dojrzeje Patury, której Trudnej miłości to już w ogóle nie mogę dostać. Ta ostatnia wygląda jak straszny romans, ale to raczej obyczaj normalny, taka polska powieść w stylu filmów o niej i o nim i co dalej?
Tak się ucieszyłam, że aż mnie zatkało. Chodzę i je macam, nie mogę się nacieszyć. I uwierzyć nie mogę, że wciąż spotykam na swojej drodze ludzi, którzy mi takie przyjemności sprawiają. Ja nigdy nie uważam, że mi się to należy, zawsze traktuję to jak wielkie wyróżnienie i zaszczyt, że ktoś o mnie pomyślał w ten sposób, że aż mi książkę sprezentował. Teraz ja muszę pomyśleć, czym panią Wandę zaskoczyć czytelniczo?
A druga radość, to długo oczekiwana darowizna z Rebisu, którą za pośrednictwem Hanny Cygler (mojej ulubionej autorki z Trójmiasta), 'wygadałam' i wyprosiłam dla polskiej biblioteki. Cały karton przyszedł, już bym wcześniej go miała, ale dzięki uprzejmości właścicieli sklepu polskiego szedł dziwnymi szlakami z kraju do nas tutaj i dopiero go niedawno odebrałam, a wysłany był już jakiś czas temu. Rebisowym darczyńcom z całego serca dziękuję :-)
Jednej na zdjęciu brak, bo już wypożyczona. Koleżanka mnie ubłagała, zanim aparat chwyciłam. Czyż nie imponujący prezent dla moich bibliotekowiczów kochanych? Już się nie mogę doczekać prezentacji nowości. Tym bardziej, ze czekają mnie jeszcze zakupy dla biblioteki.
Poza tym czyta się, niech no tylko znajdę czas na opisanie wrażeń, a storczyk coraz piękniejszy
piątek, 5 sierpnia 2011
poniedziałek, 1 sierpnia 2011
Siedem wyznań
Książkowiec, Papryczka i Paula mnie nominowały do tej oto nagrody
Dziękuję, bardzo Was cenię dziewczyny i to dla mnie wyróżnienie.
Nie miałam ostatnio czasu, więc zwlekałam z odpowiedzią, tym bardziej, że napisałam ostatnio o sobie 15 rzeczy, ale moje wrodzone gadulstwo zwyciężyło i wynalazłam jeszcze te siedem, a że mój blog Z babskiej perspektywy też dostał kilka nominacji, więc połączę treści z niego i wkleję tu, bo 14-tu to bym już chyba nie wymyśliła :-)
Z drugiej strony to się boję, bo wielu odmawia, a ja wczoraj spędziłam ponad godzinę na Z babskiej wklejając linki i informując na blogach nominowanych. Niektórzy się bardzo oburzają na takie łańcuszki. mnie one tutaj nie przeszkadzają, w mailach tak, ale nie na blogach. No, ale mnie w ogóle mało rzeczy przeszkadza, jeno głupota i chamstwo
Dziękuję, bardzo Was cenię dziewczyny i to dla mnie wyróżnienie.
Nie miałam ostatnio czasu, więc zwlekałam z odpowiedzią, tym bardziej, że napisałam ostatnio o sobie 15 rzeczy, ale moje wrodzone gadulstwo zwyciężyło i wynalazłam jeszcze te siedem, a że mój blog Z babskiej perspektywy też dostał kilka nominacji, więc połączę treści z niego i wkleję tu, bo 14-tu to bym już chyba nie wymyśliła :-)
- Kiedy byłam nastolatką, byłam okropnie kochliwa, ale tak jednostronnie, to znaczy kochałam się w chłopakach, a oni we mnie różnie, raz tak, raz nie. Ale jak się już zakochałam z wzajemnością, to zaraz wyszłam za mąż i szczęśliwie sobie żyjemy razem od 24 lat
- Idealne spotkanie ze znajomymi czy wieczór 'wyjściowy' to taki, gdzie można porozmawiać o ciekawych rzeczach, o książkach, kinie, teatrze, polityce, życiu, psychologii, przy dobrym jedzonku, przy dobrym trunku, ale nie z jazgotliwą głośną muzyką, trzęsieniem tyłkiem, bo to było dla mnie dobre kiedyś, teraz już mnie nie rajcuje. Uwielbiam rozmowę, wymianę myśli, nawet pospierać się, ale merytorycznie, bez zacięcia.
- Jeśli tańczyć, że zostanę odrobinę w tym klimacie, to marzy mi się walc płynący, umiejętność odtańczenia ognistego tanga - ale na to nie mam szans, mój mąż nie słyszy muzyki i nie umie tańczyć. Kiedyś na weselu przyjaciół było dane mi przeżyć przetańczenie tańca wiedeńskiego z kuzynem panny modej, który tańczył zawodowo. Ja nauczona walcowania przez moją babcię, dałam radę. I tym wspomnieniem przyjdzie mi żyć, bo nie sądzę, zeby miała jeszcze kiedyś okazję tego doświadczyć.
- Muzyka - coraz częściej swing, klasyczna, uwielbiam wielkie orkiestry i chóry z oper. Inne rzeczy też, ale kiedy myślę o idealnym wieczorze, nie będzie to Rhianna czy Byonce (nawet nie wiem, jak to się pisze), ale raczej klasyka, jazz, ewentualnie acid jazz. Pozytywne wibracje mi się podobają na przykład.
- Jestem sroka - lubię naszyjniki, kolczyki, nie noszę pierścionków. Uwielbiam szale, mam ich dużo, noszę prawie do wszystkiego.
- Lubię kwiaty doniczkowe i mam ich dużo. Nie wyobrażam sobie domu bez tego.
- Lubię siebie w pełnym makijażu, umiem się umalować, chociaż w lecie czynię to rzadziej, bo mam chyba jakąś alergię w tym czasie i oczy mi łatwiej łzawią. Ograniczam więc w ciepłe miesiące, resztę roku najczęściej robię oko dosyć odważnie.
Z drugiej strony to się boję, bo wielu odmawia, a ja wczoraj spędziłam ponad godzinę na Z babskiej wklejając linki i informując na blogach nominowanych. Niektórzy się bardzo oburzają na takie łańcuszki. mnie one tutaj nie przeszkadzają, w mailach tak, ale nie na blogach. No, ale mnie w ogóle mało rzeczy przeszkadza, jeno głupota i chamstwo
wtorek, 26 lipca 2011
Wiktor Hagen - Długi Weekend. Nemhauser powraca :-)
RECENZJA BIERZE UDZIAŁ W KONKURSIE ZORGANIZOWANYM PRZEZ SERWIS ZBRODNIA W BIBLIOTECE
Gdyby to chodziło o inną książkę, to bym sobie spać już poszła i wcale o niej dzisiejszej nocy nie pisała, ale pomyślałam, że to jednak zbrodnia wielka odłożyć pisanie o niej na kolejny dzień.
Jestem zagoniona jak chart na wyścigach, hmm, nihil novi, ale tym razem jakoś straszno się zrobiło, bo ani nie czytam, ani TV nie oglądam, DVD ani hu hu, magazynów nowych nawet nie dotknęłam, a na nic czasu.
Czytanie 'Długiego weekendu' było jednak taką przyjemnością, że ciemną nocą, kiedy już doczołgiwałam się do łóżka, koniecznie chciałam przeczytać kilka kolejnych rozdziałów, żeby nie wiem co, żeby oczy plastrami przylepiać. Zresztą plastry nie były potrzebne, ciekawa była, męża raczej powinnam jakoś spacyfikować, bo na mnie strasznie krzyczał, że druga w nocy, a ja czytam, a następnego dnia się nie podniosę do pracy.
Czekałam na tę premierę cały długi rok i wcale się nie zawiodłam. Wszystko mi się podobało, Nemhauser jest wdzięcznym bohaterem do lubienia, inteligentny, kochający ojciec, dobry mąż, żadnych wad chyba nie ma. Mario, jego partner policjant, może i przerysowany chwilami, ale czy ja wiem? Jakoś wierzę autorowi, w końcu tacy faceci się zdarzają. Trochę mi mało życia i rozgrywek wewnątrz komendy, ale w końcu to jednotomowe wydawnictwo, więc się czepiać nie będę, bez sensu by było dostać 600 stron do czytania tylko po to, żeby wewnątrz-smaczki były.
Ta powieść przypomina mi trochę skandynawski serial, które leci teraz na Ale Kino! - pt. Komisarz Winter. Tak sobie tam chodzą, pytają ludzi, pogadają tu, pogadają tam, przepytają tego i owego, pogrzebią w papierach, czasem główny bohater w łeb dostanie (Nemhauserowi Hagen tego zaoszczędził, ale mógłby w trzecim tomie wystawić go na jakieś bęcki czy przeczołgać pod kilem, tak dla 'wesołości'), takie normalne śledztwo, bez spektakularnych wyścigów rodem z amerykańskich filmów, a jednak wciąż ciekawe. A przy tym życie prywatne samego Nemhausera, ale i trochę tajemnic Maria i próba uczłowieczenia Potockiego. No właśnie, życie prywatne naszego głównego - bliźniaki, które mnie do rozpaczy doprowadzały. Wiem, że takie dzieci istnieją, mimo spokojnych i próbujących rozsądnie opanować sytuację rodziców, sama byłam świadkiem takich smagań u znajomych, ale wiedzieć, a o tym czytać ze szczegółami to dwie inne rzeczy. Normalnie gdybym była policjantem i miała broń w domu, naboje na wszelki wypadek zostawiałabym w samochodzie zaparkowanym dzielnicę dalej. Do tego stopnia podnosiły mi adrenalinę, że trzeźwiałam mimo zmęczenia. A podczas tytułowego długiego weekendu komisarz zostaje z dziećmi sam, bo jego żona jedzie do Amsterdamu by tam wziąć udział w wyścigu o pracę w Polsce. Naokoło wszyscy dyskutują, gdzie spędzą wolny czas, a Nemhauser zostaje na straży w komendzie i w domu. Jak pech, to pech, zostaje zamordowany ekolog i to dopiero początek. A komisarz jeden, Mario wyjechany, Dunia, zawsze tak pomocna i pod ręką, też już spakowana i jedną nogą poza Warszawą ... tak tu cicho o zmierzchu.
Ach ta Warszawa, u Hagena jak żywa. Mieszkałam tam kilka lat, wiem jak wygląda i jaki ma klimat, kiedy jest wyludniona w długie weekendy lub letnią porą. Zakamarki, uliczki, to wszystko tam jest z dokładnością kartografa, ale nienachalnie nakreślone.
'Rozmowa' o tej książce nie byłaby pełna gdyby nie wspomnieć o Czarnym Tadku i kulinarnych występach Nemhausera tamże. Tym razem nie dość, że musi godzić pracę, opiekę na dziećmi i wieczory w kuchni u Jasia, to jeszcze dostaje cynk, że restaurację odwiedzi znany krytyk kulinarny, który kosi wszystkie miejsca, w których jada, jedno po drugim. Suchej nitki na nich nie zostawia. Nic dalej nie zdradzę.
Trudno mi o tej powieści pisać, bo z każdą kolejną częścią tracę dystans, zaczynam traktować bohatera jak znajomego od którego co jakiś czas dostaję wieści -'jak sprawy, jak zlewy'? - i smutno mi, kiedy musimy znowu, nie wiadomo na jak długo, stracić się z oczu. Normalnie mam nadzieję, że się będę wraz z Nemhauserem starzeć.
Byłam zachwycona pierwszą powieścią Hagena - pt Granatowa Krew (pisałam o niej TU), 'Długi weekend' też pozostawia mnie wielce kontentą. Polecam z całego serca - polskie i dobre. Proszę o więcej :-)
Baza recenzji Syndykatu ZwB
sobota, 16 lipca 2011
Zostałam uwiedziona przez kobietę
Katarzyna Enerlich mnie uwiodła, swoją kobiecością i ciepłem, jak człowiek człowieka po prostu. I to na odległość, bo ani się nie znamy, ani jej nie widziałam W takiej styuacji wcale się nie przejmowałam, że na Merlinie zjechali jej książkę debiutancką dokumentnie. Jak tylko się dowiedziałam, że koleżanka-posiadaczka audiobooków ma w swoich zbiorach 'Prowincję pełną marzeń', zapodałam ją sobie w słuchawki i tak uzbrojona poszłam do pracy, gdzie wiedziałam, że będę miała ciężki dzień, ale raczej psychicznie, że nie będę obsługiwać klientów, bo to piątek i pod tym względem będzie spokój, ale jeśli się nie odgrodzę od jednej i drugiej mątwy (które ze mną pracują), to się zastrzelę z korkowca. Na ochotnika poszłam na zewnątrz zająć się kwiatami w gazonach i tam zaczęłam słuchać.
Mogłabym się czepiać, że momentami naiwna. Mogłabym jęczeć, że odkrywa prawdy oczywiste. Mogłabym się zżymać na to, że podaje nazwy sklepów i miejsc (jak ktoś zarzucił, że kryptoreklama). Ale nie będę. Bo to tak trochę jak z koleżanką, która może i ma czasem obciachowe ciuchy, ale kto by się tym przejmował, fajna jest i kocham ją i tak.
Ludmiła, Ludka, jak ją nazywają przyjaciele, jest dziennikarką w małym mazurskim miasteczku, mieszka w starej kamienicy, która szepcze, ma świetne przyjaciółki i kota Mietka. Wszystko fajnie, ale jest sama. Ale nic na siłę, to nie będzie historia babki polującej na faceta. Raczej za nią nagle zaczynają się uganiać mężczyźni, co nie jest jej tak całkiem niemiłe. Jeden pożądany, drugi mniej, z nim chciałaby żeby zostali przyjaciółmi, tyle, że to najgorsze co można powiedzieć zakochanemu facetowi, nieprawdaż? W pracy się zaczyna kiełbasić, całkiem jak w życiu, kiedy w domu idzie tak, w pracy nie tak. Zakochania, odkochania, nieporozumienia, śmieszne momenty, ujutne prowinjonalne obrazki, małe szczególiki, które mnie uwiodły, składają się na tę powieść. Jeśli ktoś lubi takie klimaty, niech sięgnie, nie zawiedzie się, jeśli nie (Monika, możesz sobie darować), niech idzie na dział pozbawiony takich powieści.
Podobały mi się momenty w redakcji i co tam się działo, bo to jakiś smaczek. Potem trochę mi się zrobiło nudno przy opisach zakochania, bo ja ostatnio jakaś taka mało 'miłosna' jeśli idzie o książki się zrobiłam, romanse interesują mnie najmniej, ale jak się pokiełbasiło i skomplikowało, oooo to już było ciekawsze i się ożywiłam. Lubię u pani Kasi opisy jej kucharzenia, rozprawianie o ziołach i o tym, jak ważne sa rytuały. Lubię to, że nie wypiera się pierogów, chociaż teraz wszyscy sushi (ja też uwielbiam japońszczyznę, ale pierogi to moja druga miłość :-) dlatego taka kuleczka ze mnie), poza tym jej dokładne opisy jedzonych w knajpach potraw mnie akurat nie denerwowały, bo się lubię dowiadywać czegoś nowego z działu kulinaria. Tym bardziej, że teraz jestem na diecie, to się jedynie mentalnie objadam.
Okej, może trochę słodko było. Ale ja jestem teraz w takim dole, że mnie słodkiego trzeba było i te gadki o marzeniach co się spełniają akurat trafiły na podatny grunt. Poza tym przechodzę syndrom odstawienia od cukru, to wiecie, jakiś erzac by się przydał.
Ale to, co na zawsze zatrzyma tę książkę w mojej pamięci, to fakt, że podczas czytania tej powiesci doznałam iluminacji, a dotyczyła ona zmiany w moim życiu. I nie chodzi tu o nowy związek, przeprowadzkę na Mazury czy zmianę stylu, chodzi o to, że mam zamiar wprowadzić sobie terapię zajęciową w postaci przygody z decoupage'm. Już wcześniej o tym słyszałam, ale jakoś nie zwracałam uwagi, a tu w powieści bohaterka zaczyna się tym zajmować, jeden opis mi starczył, żeby załapała bakcyla i zorientowała się po krótce, o co chodzi. Teraz szukam informacji i mam zamiar się tym zająć w ramach odstresowywania duszy. Oszalałam zupełnie. Będę upiększać dom. Ale najpierw muszę się tego nauczyć.
Tak więc Pani Kasi zawdzięczam nie tylko kilka godzin spędzonych na słuchaniu powieści, która podziałała jak balsam na moją duszę, ale jeszcze zapęd do okrywania czegoś, czego bym się nigdy nie spodziewała zacząć, bo ja raczej nie robię niczego rękami (oprócz walenia w klawiaturę). Jeśli ktoś ma dla mnie jakieś rady, jak zacząć tę przygodę, proszę piszcie.
A jak już się wprawię zrobię sobie podobną szafkę
zdjęcie pochodzi z bloga Nenaghgal
A w międzyczasie muszę jeszcze koniecznie gdzieś wyszarpać drugą część tej powieści. No i całą resztę
Mogłabym się czepiać, że momentami naiwna. Mogłabym jęczeć, że odkrywa prawdy oczywiste. Mogłabym się zżymać na to, że podaje nazwy sklepów i miejsc (jak ktoś zarzucił, że kryptoreklama). Ale nie będę. Bo to tak trochę jak z koleżanką, która może i ma czasem obciachowe ciuchy, ale kto by się tym przejmował, fajna jest i kocham ją i tak.
Ludmiła, Ludka, jak ją nazywają przyjaciele, jest dziennikarką w małym mazurskim miasteczku, mieszka w starej kamienicy, która szepcze, ma świetne przyjaciółki i kota Mietka. Wszystko fajnie, ale jest sama. Ale nic na siłę, to nie będzie historia babki polującej na faceta. Raczej za nią nagle zaczynają się uganiać mężczyźni, co nie jest jej tak całkiem niemiłe. Jeden pożądany, drugi mniej, z nim chciałaby żeby zostali przyjaciółmi, tyle, że to najgorsze co można powiedzieć zakochanemu facetowi, nieprawdaż? W pracy się zaczyna kiełbasić, całkiem jak w życiu, kiedy w domu idzie tak, w pracy nie tak. Zakochania, odkochania, nieporozumienia, śmieszne momenty, ujutne prowinjonalne obrazki, małe szczególiki, które mnie uwiodły, składają się na tę powieść. Jeśli ktoś lubi takie klimaty, niech sięgnie, nie zawiedzie się, jeśli nie (Monika, możesz sobie darować), niech idzie na dział pozbawiony takich powieści.
Podobały mi się momenty w redakcji i co tam się działo, bo to jakiś smaczek. Potem trochę mi się zrobiło nudno przy opisach zakochania, bo ja ostatnio jakaś taka mało 'miłosna' jeśli idzie o książki się zrobiłam, romanse interesują mnie najmniej, ale jak się pokiełbasiło i skomplikowało, oooo to już było ciekawsze i się ożywiłam. Lubię u pani Kasi opisy jej kucharzenia, rozprawianie o ziołach i o tym, jak ważne sa rytuały. Lubię to, że nie wypiera się pierogów, chociaż teraz wszyscy sushi (ja też uwielbiam japońszczyznę, ale pierogi to moja druga miłość :-) dlatego taka kuleczka ze mnie), poza tym jej dokładne opisy jedzonych w knajpach potraw mnie akurat nie denerwowały, bo się lubię dowiadywać czegoś nowego z działu kulinaria. Tym bardziej, że teraz jestem na diecie, to się jedynie mentalnie objadam.
Okej, może trochę słodko było. Ale ja jestem teraz w takim dole, że mnie słodkiego trzeba było i te gadki o marzeniach co się spełniają akurat trafiły na podatny grunt. Poza tym przechodzę syndrom odstawienia od cukru, to wiecie, jakiś erzac by się przydał.
Ale to, co na zawsze zatrzyma tę książkę w mojej pamięci, to fakt, że podczas czytania tej powiesci doznałam iluminacji, a dotyczyła ona zmiany w moim życiu. I nie chodzi tu o nowy związek, przeprowadzkę na Mazury czy zmianę stylu, chodzi o to, że mam zamiar wprowadzić sobie terapię zajęciową w postaci przygody z decoupage'm. Już wcześniej o tym słyszałam, ale jakoś nie zwracałam uwagi, a tu w powieści bohaterka zaczyna się tym zajmować, jeden opis mi starczył, żeby załapała bakcyla i zorientowała się po krótce, o co chodzi. Teraz szukam informacji i mam zamiar się tym zająć w ramach odstresowywania duszy. Oszalałam zupełnie. Będę upiększać dom. Ale najpierw muszę się tego nauczyć.
Tak więc Pani Kasi zawdzięczam nie tylko kilka godzin spędzonych na słuchaniu powieści, która podziałała jak balsam na moją duszę, ale jeszcze zapęd do okrywania czegoś, czego bym się nigdy nie spodziewała zacząć, bo ja raczej nie robię niczego rękami (oprócz walenia w klawiaturę). Jeśli ktoś ma dla mnie jakieś rady, jak zacząć tę przygodę, proszę piszcie.
A jak już się wprawię zrobię sobie podobną szafkę
zdjęcie pochodzi z bloga Nenaghgal
A w międzyczasie muszę jeszcze koniecznie gdzieś wyszarpać drugą część tej powieści. No i całą resztę
poniedziałek, 11 lipca 2011
Niedzielna Tajemnica
Ale miałam weekend, najpierw przyjechała moja córka, a w niedzielę odwiedziła mnie Tajemnica prowadząca blog Między Książkami. Przyjechali wszyscy, ona, mąż i syn (pies został w Polsce, biedulek, a tyle tu plaż do biegania). Siedzę teraz przy piosenkach i Bajmu i wspominam.
Podział był idealny - my z Tajemnicą pogaduchy o książkach, faceci o rybach i czym tam jeszcze nie wiem, nie podsłuchiwałam, synowie, nota bene w tym samym wieku lat 15, na pokojach gdzieś w czeluściach domu, o grach i muzyce. My na zewnątrz, co skrzętnie wykorzystał mój piesiołek Franciszek, który nas 'zmusił' do aktywności w stylu 'rzuć mi piłkę - nie pożałujesz, zobaczysz jak szybko przyniosę.
Zdjęcie specjalnie takie zawoalowane drzewami, bo jestem w stanie odchudzania i nie będę się ujawniać przed uzyskaniem efektu pokazywalności. Tajemnica przeciwnie nie ma co się chować, ale padła ofiarą mojego chowactwa.
Ale faaaaajnie było. Jakie to dziwne, kiedy 'spotykamy' się tu na łamach blogów, a potem można nagle na żywo. Niby się kogoś zna, a nie zna, bo do tego, co napisane, dodaje się głos i całą resztę - gesty, sposób bycia, no sami wiecie, co ja wam tu będę wykłady robić.
To spotkanie w taki mnie dobry nastrój wprowadziło, dało zapomnienie od codziennych zmagań, że nowy tydzień śpiewająco dzisiaj zaczęłam (dosłownie). Od rana mnie prześladuje ta piosenka, zupełnie nie jak polska, a jednak polska. Ależ się ta Natalia Lesz wyrobiła :-) Idealna na lato.
I ta też jest fajna
Podział był idealny - my z Tajemnicą pogaduchy o książkach, faceci o rybach i czym tam jeszcze nie wiem, nie podsłuchiwałam, synowie, nota bene w tym samym wieku lat 15, na pokojach gdzieś w czeluściach domu, o grach i muzyce. My na zewnątrz, co skrzętnie wykorzystał mój piesiołek Franciszek, który nas 'zmusił' do aktywności w stylu 'rzuć mi piłkę - nie pożałujesz, zobaczysz jak szybko przyniosę.
Zdjęcie specjalnie takie zawoalowane drzewami, bo jestem w stanie odchudzania i nie będę się ujawniać przed uzyskaniem efektu pokazywalności. Tajemnica przeciwnie nie ma co się chować, ale padła ofiarą mojego chowactwa.
Ale faaaaajnie było. Jakie to dziwne, kiedy 'spotykamy' się tu na łamach blogów, a potem można nagle na żywo. Niby się kogoś zna, a nie zna, bo do tego, co napisane, dodaje się głos i całą resztę - gesty, sposób bycia, no sami wiecie, co ja wam tu będę wykłady robić.
To spotkanie w taki mnie dobry nastrój wprowadziło, dało zapomnienie od codziennych zmagań, że nowy tydzień śpiewająco dzisiaj zaczęłam (dosłownie). Od rana mnie prześladuje ta piosenka, zupełnie nie jak polska, a jednak polska. Ależ się ta Natalia Lesz wyrobiła :-) Idealna na lato.
I ta też jest fajna
środa, 6 lipca 2011
Czasoumilacze, chandro-ratowacze całkiem w czas
Czarne chmury u mnie ostatnio, i to niestety nie serial, a w życiu tak mi się nad głową zebrały. W pracy kicha, siadam psychicznie, w domu automatycznie trochę też, bo mąż się wścieka, że ma żonę mało uśmiechniętą i zestresowaną, babcia zmarła i nawet nie miałam kasy, ani płatnego wolnego, żeby na pogrzeb pojechać, samochód się zepsuł, syna mp3 też, a na dodatek Karcher ogrodowy również też. Na konto nie wpłynęła pensja za ostatni tydzień, kiedy poszłam pytać dlaczego, najpierw się upierali, ze wysłali, więc to z moim kontem coś nie tak, na dowód czego wyciągnęli listę płac... na której okazało się, że mnie nie ma. Myślę, że wystarczy tego narzekania, przechodzę do meritum:
didaskalia - kobieta pracuje w kafejce, czego serdecznie nienawidzi, bo nigdy nie chciała tam być, została podstępnie wrobiona w ten etat niby na chwilę, bo trzeba ratować sytuację (długa historia, kto czyta mój codziennik to wie). Jest coraz gorzej, zostawili ją samą, przy stolikach ludzie, kuchnia jeden wielki chaos, wszystkiego brakuje, bo nic nie było myte w trakcie obsługiwania gości, a ona przyszła dopiero do pracy. Jest godzina pierwsza, a jej już się nie chce żyć, stres się odzywa skróceniem oddechu i żal strasznie ją dusi, dlaczego ci ludzie tutaj, w tej pracy, są tacy okropni? Kiedy wydaje się, że już po prostu nie wytrzyma tego dlużej, ból w piersi (jak bum cyk cyk) - może to zawał i koniec?
Wchodzi koleżanka z siateczką - a tam koperta od czytelniczki bloga Kasi, która wysłała paczuszkę na wskazany adres koleżanki w Polsce, a ta z kolei przywiozła ją do Irlandii - a w tej kopercie książka, której szukałam od wielu, wielu lat - Zofia Stulgińska Czek bez pokrycia. O Boże, jak ja się ucieszyłam, wyjęłam ją ukradkiem z koperty, pogłaskałam, powąchałam, przeczytałam trzy zdanie w środku i schowałam pieczołowicie do torebki, żeby ją to miejsce wstrętne nie skaziło swoją toksycznością.
Kiedy już kończyłam pracę, dostałam sms z biblioteki, że zamówiona przeze mnie książka właśnie do nich dotarła, a biblioteka w tym samym budynku - za chwilę wychodziłam z pracy dzierżąc w dłoniach nie tylko Czek bez pokrycia (sic!), ale również zbiór opowiadań Colma Tóibina The Empty Family.
Po pracy rzyszłam do domu, mąż wkurzony, bo coś mu za późno wróciłam, obiad gotowy, a mnie nie ma. Co zrobić skoro z pracy wyszłam później, bo się nie wyrobiłam, a potem odebrałam telefon od koleżanki, która też ma problemy i nie mogłam powiedzieć - nie mogę gadać, idę jeść kotlety. Pokłóciłam się ze ślubnym, bo tego już było za wiele. Leżę na łóżku, zmęczona i zmarnowana psychicznie, a tu wchodzi on i mówi - przesyłka do ciebie i podaje kopertę. A w niej najnowsza powieść Anny Fryczkowskiej, którą uwielbiam z jej dwie poprzednie książki (nota bene Trafioną Zatopioną też czytałam w lecie zeszłego roku), tym razem nie obyczaj, a kryminał Kobieta bez twarzy. Nie uwierzycie jak mi to humor poprawiło, nie mogłam się nie uśmiechnąć, a naukowo dowiedzione jest, że jak się człowiek szeroko uśmiechnie, niemożliwe jest, żeby pozostawał w złym humorze. A na dodatek Paris zostawiła dla mnie Twój Styl nowy do poczytania, a mój storczyk kwitnie jak szalony.
a te dwie też niedawno przyszły. Jedna kupiona przez koleżankę córki i teraz dostarczona, a druga w prezencie. Długi weekend w czytaniu, świetna.
I tak to moja chandra została spacyfikowana.
Na chwilę, bo dziś kolejny dzień w pracy. Ratunku, jeszcze pięć tygodni kontraktu, muszę wytrzymać.
didaskalia - kobieta pracuje w kafejce, czego serdecznie nienawidzi, bo nigdy nie chciała tam być, została podstępnie wrobiona w ten etat niby na chwilę, bo trzeba ratować sytuację (długa historia, kto czyta mój codziennik to wie). Jest coraz gorzej, zostawili ją samą, przy stolikach ludzie, kuchnia jeden wielki chaos, wszystkiego brakuje, bo nic nie było myte w trakcie obsługiwania gości, a ona przyszła dopiero do pracy. Jest godzina pierwsza, a jej już się nie chce żyć, stres się odzywa skróceniem oddechu i żal strasznie ją dusi, dlaczego ci ludzie tutaj, w tej pracy, są tacy okropni? Kiedy wydaje się, że już po prostu nie wytrzyma tego dlużej, ból w piersi (jak bum cyk cyk) - może to zawał i koniec?
Wchodzi koleżanka z siateczką - a tam koperta od czytelniczki bloga Kasi, która wysłała paczuszkę na wskazany adres koleżanki w Polsce, a ta z kolei przywiozła ją do Irlandii - a w tej kopercie książka, której szukałam od wielu, wielu lat - Zofia Stulgińska Czek bez pokrycia. O Boże, jak ja się ucieszyłam, wyjęłam ją ukradkiem z koperty, pogłaskałam, powąchałam, przeczytałam trzy zdanie w środku i schowałam pieczołowicie do torebki, żeby ją to miejsce wstrętne nie skaziło swoją toksycznością.
Kiedy już kończyłam pracę, dostałam sms z biblioteki, że zamówiona przeze mnie książka właśnie do nich dotarła, a biblioteka w tym samym budynku - za chwilę wychodziłam z pracy dzierżąc w dłoniach nie tylko Czek bez pokrycia (sic!), ale również zbiór opowiadań Colma Tóibina The Empty Family.
Po pracy rzyszłam do domu, mąż wkurzony, bo coś mu za późno wróciłam, obiad gotowy, a mnie nie ma. Co zrobić skoro z pracy wyszłam później, bo się nie wyrobiłam, a potem odebrałam telefon od koleżanki, która też ma problemy i nie mogłam powiedzieć - nie mogę gadać, idę jeść kotlety. Pokłóciłam się ze ślubnym, bo tego już było za wiele. Leżę na łóżku, zmęczona i zmarnowana psychicznie, a tu wchodzi on i mówi - przesyłka do ciebie i podaje kopertę. A w niej najnowsza powieść Anny Fryczkowskiej, którą uwielbiam z jej dwie poprzednie książki (nota bene Trafioną Zatopioną też czytałam w lecie zeszłego roku), tym razem nie obyczaj, a kryminał Kobieta bez twarzy. Nie uwierzycie jak mi to humor poprawiło, nie mogłam się nie uśmiechnąć, a naukowo dowiedzione jest, że jak się człowiek szeroko uśmiechnie, niemożliwe jest, żeby pozostawał w złym humorze. A na dodatek Paris zostawiła dla mnie Twój Styl nowy do poczytania, a mój storczyk kwitnie jak szalony.
a te dwie też niedawno przyszły. Jedna kupiona przez koleżankę córki i teraz dostarczona, a druga w prezencie. Długi weekend w czytaniu, świetna.
I tak to moja chandra została spacyfikowana.
Na chwilę, bo dziś kolejny dzień w pracy. Ratunku, jeszcze pięć tygodni kontraktu, muszę wytrzymać.
niedziela, 3 lipca 2011
Noc Kapłanów - Krzysztof Kotowski (Audiobook)
RECENZJA BIERZE UDZIAŁ W KONKURSIE ZORGANIZOWANYM PRZEZ SERWIS ZBRODNIA W BIBLIOTECE
Krzysztof Kotowski pisze tak, że gdyby żył gdzie indziej, wydawałaby książki na całym świecie i spał na pieniądzach. To nie znaczy, że tak genialnie, chociaż sprawnie. Na tyle, że nie ma się czego przyczepić. W książkach sensacyjnych warsztat najlepiej, kiedy jest niewidoczny, kiedy nas pochłania opowiedziana historia, a język jakim się posługuje autor najlepiej jak jest na tyle dobry, żeby nie przeszkadzał, i na tyle 'prosty', nie wiem, jak to wytłumaczyc - taki zwykły po prostu, żeby się to czytało jak masło. Kryminał, sensacja, thriller - to nie miejsce na zbytnie zabawy słowne, kwiecistość i przesadną erudycję, bo odwraca to uwagę od intrygi. Chociaż Kotowski trochę się w Nocy Kapłanów mądrzy, na temat historii religii chociażby, to akurat świetnie wpisuje się to w opowieść i nie przeszkadza.
Nie myślcie sobie, że gustuję w książkach prostych jak budowa cepa, ale z drugiej strony, gdzie wypada się rozwodzić na temat kroju kaptura głównego kapłana, to wypada, a gdzie nie, to nie. Tu jest tego akurat tyle, żeby nie raziło.
Poza tym autor rzuca czytelnika między starożytnością, Wikingami i polskimi królami, w pierwszym momencie wydaje się, ze to jakaś jazda rollecosterem bez sensu i trochę bez uprzedzenia. Ale wszystko się zaraz wyjaśnia. Najpierw myślałam, ze coś mi się pomerdało i sobie książkę historyczną dla dzieci zapodałam, wpadłam w rozpacz, bo nie byłam w domu, słuchanie miałam zaplanowane na kilka godzin wykonywania pracy nie wymagającej koncentracji, fizycznej czyli, a tu taka wtopa. Ale szybko okazało się, że jestem w 'mylnym błędzie' :-) i spędziłam interesująco ten czas na odsłuchaniu thrillera rodem z nurtu powieści Dana Browna.
I tu właśnie dochodzi do głosu moja teoria - Kotowski nie jest wcale gorszy od Dana Browna, tylko urodził się nad Wisłą zamiast w Stanach i to jedna różnica.
Poznajemy Krzysztofa Lorenta, który jest księdzem, ale ma kłopoty psychiczne i zostaje przyjęty do szpitala w celu zdiagnozowania jego problemu. Psychiatrzy napotykają jednak na problemy diagnostyczne, bo w trakcie badań i obserwacji dochodzą do głosu wciąż to nowe jednostki chorobowe, poza tym jest wiele czynników, które budzą wątpliwości, na przykład skąd pacjent zna tak dobrze tyle języków (kilkadziesiąt) i to w ich odmianach starożytnych, już nie uzywanych. Sam ksiądz mówi, że przeżył całą historię swiata, w sekundę potrafi unicestwić wroga i to tak, że ten nawet tego nie zauważy, posiada wiedzę niedostępną innym ludziom. No, wariat po prostu, ale jak go zakwalifikować? Do rozwikłania tej zagwostki przydzielają młodą, ale bardzo cenioną lekarkę. Krzystofem Lorentem zaczynają się interesować dziwni ludzie z zewnątrz, on sam uważa, że powinni go wypuścić, bo inaczej wszystkim grozi niebezpieczeństwo. Aż dochodzi do starcia przybyszy z księdzem, giną ludzie, a sam Krzysztof musi uciekać i to wraz z lekarką, bo to, co widziała, czyni ją kolejną ofiarą napastników. I zaczyna się.... Nic więcej nie powiem, ale teoria początku chrześcijaństwa, powstania kościoła - jest wcale nie mniej interesująca i sensacyjna od tej Dana Browna. Poważnie.
Kiedy opisywałam Marikę tegoż autora (TU) zakończyłam tak - "Suma sumarrum, jak mawiała moja ukochana profesor Początek, może być. Bez fajerwerków, ale też i bez poczucia straconego czasu." Dokładnie to samo czuję i teraz, może tylko jedno się różni, że tym razem głos lektora (Jacek Kis) mi nie pasował.
Baza recenzji Syndykatu ZwB
Krzysztof Kotowski pisze tak, że gdyby żył gdzie indziej, wydawałaby książki na całym świecie i spał na pieniądzach. To nie znaczy, że tak genialnie, chociaż sprawnie. Na tyle, że nie ma się czego przyczepić. W książkach sensacyjnych warsztat najlepiej, kiedy jest niewidoczny, kiedy nas pochłania opowiedziana historia, a język jakim się posługuje autor najlepiej jak jest na tyle dobry, żeby nie przeszkadzał, i na tyle 'prosty', nie wiem, jak to wytłumaczyc - taki zwykły po prostu, żeby się to czytało jak masło. Kryminał, sensacja, thriller - to nie miejsce na zbytnie zabawy słowne, kwiecistość i przesadną erudycję, bo odwraca to uwagę od intrygi. Chociaż Kotowski trochę się w Nocy Kapłanów mądrzy, na temat historii religii chociażby, to akurat świetnie wpisuje się to w opowieść i nie przeszkadza.
Nie myślcie sobie, że gustuję w książkach prostych jak budowa cepa, ale z drugiej strony, gdzie wypada się rozwodzić na temat kroju kaptura głównego kapłana, to wypada, a gdzie nie, to nie. Tu jest tego akurat tyle, żeby nie raziło.
Poza tym autor rzuca czytelnika między starożytnością, Wikingami i polskimi królami, w pierwszym momencie wydaje się, ze to jakaś jazda rollecosterem bez sensu i trochę bez uprzedzenia. Ale wszystko się zaraz wyjaśnia. Najpierw myślałam, ze coś mi się pomerdało i sobie książkę historyczną dla dzieci zapodałam, wpadłam w rozpacz, bo nie byłam w domu, słuchanie miałam zaplanowane na kilka godzin wykonywania pracy nie wymagającej koncentracji, fizycznej czyli, a tu taka wtopa. Ale szybko okazało się, że jestem w 'mylnym błędzie' :-) i spędziłam interesująco ten czas na odsłuchaniu thrillera rodem z nurtu powieści Dana Browna.
I tu właśnie dochodzi do głosu moja teoria - Kotowski nie jest wcale gorszy od Dana Browna, tylko urodził się nad Wisłą zamiast w Stanach i to jedna różnica.
Poznajemy Krzysztofa Lorenta, który jest księdzem, ale ma kłopoty psychiczne i zostaje przyjęty do szpitala w celu zdiagnozowania jego problemu. Psychiatrzy napotykają jednak na problemy diagnostyczne, bo w trakcie badań i obserwacji dochodzą do głosu wciąż to nowe jednostki chorobowe, poza tym jest wiele czynników, które budzą wątpliwości, na przykład skąd pacjent zna tak dobrze tyle języków (kilkadziesiąt) i to w ich odmianach starożytnych, już nie uzywanych. Sam ksiądz mówi, że przeżył całą historię swiata, w sekundę potrafi unicestwić wroga i to tak, że ten nawet tego nie zauważy, posiada wiedzę niedostępną innym ludziom. No, wariat po prostu, ale jak go zakwalifikować? Do rozwikłania tej zagwostki przydzielają młodą, ale bardzo cenioną lekarkę. Krzystofem Lorentem zaczynają się interesować dziwni ludzie z zewnątrz, on sam uważa, że powinni go wypuścić, bo inaczej wszystkim grozi niebezpieczeństwo. Aż dochodzi do starcia przybyszy z księdzem, giną ludzie, a sam Krzysztof musi uciekać i to wraz z lekarką, bo to, co widziała, czyni ją kolejną ofiarą napastników. I zaczyna się.... Nic więcej nie powiem, ale teoria początku chrześcijaństwa, powstania kościoła - jest wcale nie mniej interesująca i sensacyjna od tej Dana Browna. Poważnie.
Kiedy opisywałam Marikę tegoż autora (TU) zakończyłam tak - "Suma sumarrum, jak mawiała moja ukochana profesor Początek, może być. Bez fajerwerków, ale też i bez poczucia straconego czasu." Dokładnie to samo czuję i teraz, może tylko jedno się różni, że tym razem głos lektora (Jacek Kis) mi nie pasował.
Baza recenzji Syndykatu ZwB
piątek, 1 lipca 2011
Recepta na to, jak się pozbyć dobrego imienia (paczuszka przyleciała)
Dostałam przesyłkę z wymianki zorganizowanej przez Sabinkę
Najpierw z koperty wydostałam taką oto paczuszkę. Niecierpliwie ją rozerwałam i moim oczom ukazała się zawartość. Magazyn Książki, którego jestem bardzo ciekawa, herbatki mojej ulubionej firmy Dilmah (do tej pory piłam sypane, ale jestem też ciekawa smakowych), czekoladki, kawa i Powroty nad rozlewiskiem. No cóż, nie będę ukrywać, że czytałam tę powieść i mam na półce, nie ma sensu, bo przecież pokazałam Wam moje regały i łgarstwo wyszłoby na jaw, a ja okazałabym się fałszywą babą. Ale z drugiej strony uważam, że takie jest ryzyko mola, kiedy się bierze udział w wymiance, że dostanie się coś, co się ma. Inna rzecz, że lubię tę serię i uważam, że fajnie ją komuś podarować, więc po prostu ktoś kiedyś dostanie ode mnie tę książkę. Za to zakładka jest niepowtarzalna, bo Aneta zrobiła ją sama. I tutaj niechcący trafiła w dziesiątkę, bo zakładka jest duża, a ja właśnie czegoś potrzebowałam do czytania magazynów. Nie lubię ich zawijać, zeby zostawić na stronie właśnie czytanej, a jak sobie wsadziłam ją w Twój Styl, to kiedy do niego wracam, od razu wiem, gdzie skończyłam czytać.
Poza tym poległam na czytaniu The book of tomorrow Cecylii Ahern, ale nie mówię, że do niej nie wrócę, po prostu mam jakiś kryzys. To samo z Dożywociem Marty Kisiel, ta historia jest tak niedorzeczna, że aż mi jakoś nie idzie, chociaż nie mogę się do niczego przyczepić, uśmiałam się kilka razy, ale trzysta stron 'że ma być na zabawnie w każdym zdaniu', to dla mnie za dużo. Moja własna, kupiona głównie dla córki, dam jej szansę, ale za jakiś czas. Książce nie córce :-)
Na troski i zgryzoty postanowiłam w zeszłą niedzielę urządzić seans polskich komedii, co je nabyłam drogą kupna po cenie specjalnej. Och Karol 2 i Jak się pozbyć cellulitu. Pierwsza mnie pozytywnie zaskoczyła, kilka razy uśmiałam się jak norka (blue też, czyli norki z nas dwie), Adamczyk był nawet ok, chociaż bałam się, że się powtarza trochę. Mina Frycza bezcenna, rady Zborowskiego też, Foremniak nawet mnie nie denerwowała, ale dykcję nadal ma żałosną (zęby zmieniła, czy bodoks nie zadziałał tam gdzie trzeba? co jest?), Mucha jest jak Doda, co by nie robiła, na to samo wychodzi. Aktorka z niej żadna, a tak się dobrze zapowiadała. Film o dziwo cuzamen do kupy całykiem przyzwoity.
Natomiast Jak się pozbyć cellulitu- m-a-s-a-k-r-a. Gdyby nie Dominika Kluźniak to bym wyłączyła. Imponująca była tylko czołówka, która mi się kojarzy z dobrymi filmami. Ależ Amerykanie musieli być zawiedzeni, ciekawe ile kasy umoczyli. W życiu bym się takiego gniota nie spodziewała po tym scenarzyście. Przez litość nie wymienię nazwiska, sami sobie poszukajcie, jest szansa, ze wam się nie będzie chciało i ujdzie mu na sucho. Ten film nie powinien nosić tytułu - jak się pozbyć cellulitu, a jak się pozbyć dobrego imienia. Teraz będzie musiał twórca ciężko pracować, żeby widzowie znowu mu uwierzyli. A tak dobrze żarło i zdechło.
Poza tym poległam na czytaniu The book of tomorrow Cecylii Ahern, ale nie mówię, że do niej nie wrócę, po prostu mam jakiś kryzys. To samo z Dożywociem Marty Kisiel, ta historia jest tak niedorzeczna, że aż mi jakoś nie idzie, chociaż nie mogę się do niczego przyczepić, uśmiałam się kilka razy, ale trzysta stron 'że ma być na zabawnie w każdym zdaniu', to dla mnie za dużo. Moja własna, kupiona głównie dla córki, dam jej szansę, ale za jakiś czas. Książce nie córce :-)
Na troski i zgryzoty postanowiłam w zeszłą niedzielę urządzić seans polskich komedii, co je nabyłam drogą kupna po cenie specjalnej. Och Karol 2 i Jak się pozbyć cellulitu. Pierwsza mnie pozytywnie zaskoczyła, kilka razy uśmiałam się jak norka (blue też, czyli norki z nas dwie), Adamczyk był nawet ok, chociaż bałam się, że się powtarza trochę. Mina Frycza bezcenna, rady Zborowskiego też, Foremniak nawet mnie nie denerwowała, ale dykcję nadal ma żałosną (zęby zmieniła, czy bodoks nie zadziałał tam gdzie trzeba? co jest?), Mucha jest jak Doda, co by nie robiła, na to samo wychodzi. Aktorka z niej żadna, a tak się dobrze zapowiadała. Film o dziwo cuzamen do kupy całykiem przyzwoity.
Natomiast Jak się pozbyć cellulitu- m-a-s-a-k-r-a. Gdyby nie Dominika Kluźniak to bym wyłączyła. Imponująca była tylko czołówka, która mi się kojarzy z dobrymi filmami. Ależ Amerykanie musieli być zawiedzeni, ciekawe ile kasy umoczyli. W życiu bym się takiego gniota nie spodziewała po tym scenarzyście. Przez litość nie wymienię nazwiska, sami sobie poszukajcie, jest szansa, ze wam się nie będzie chciało i ujdzie mu na sucho. Ten film nie powinien nosić tytułu - jak się pozbyć cellulitu, a jak się pozbyć dobrego imienia. Teraz będzie musiał twórca ciężko pracować, żeby widzowie znowu mu uwierzyli. A tak dobrze żarło i zdechło.
sobota, 25 czerwca 2011
"Cztery miesiące" z Wysockim, Maleńczukiem, Cześkiem i Stanisławem. Rozpusta
U Sabinki odbyła się wakacyjna wymianka, pierwsza, w której wzięłam udział. Najpierw były emocje związane z szykowaniem paczki, teraz kolejne w oczekiwaniu na pakiet z książkami dla mnie. Ale fajnie.
Wybór książek dla kogoś, kogo się prawie nie zna, bo wylosowałam Sil, u której wcześniej nie bywałam, to stres niebywały. Najpierw musiałam nadrobić jej wpisy, co dla mnie było wyczynem nie lada, bo ma 'przezroczysty' szablon, a do tego białe litery (mój astygmatyzm wyciska łzy z oczu, kiedy czytam takie notki), a potem zdecydować, co jej sprawi przyjemnośc. Padło na jeden kryminał, jeden obyczaj. Szukałam, macałam, aż znalazłam to maleństwo i aż mi się gęba uśmiechnęła, bo pamiętam, kiedy ją kupiłam w maleńkiej księgarni, że córka była wtedy maleńka, a ja czytałam ją wieczorem przy jej łóżeczku (lubiła przy mnie zasypiać). Pomyślałam, że już czas, żeby ją przekazać dalej. Ale zanim powędrowała do koperty, postanowiłam ją przeczytać po raz drugi. I podobała mi się równie bardzo, jak za pierwszym razem.
Ta historia rozgrywa się w tytułowe Cztery miesiące. Sama nie wiem, jak to napisać, żeby nie zepsuć Sil czytania - poznajemy parę, która się właśnie rozwodzi. Nie ma rozdzierania szat, po prostu uznali, ze tak będzie lepiej. Ta mini powieść opisuje czas, który nastąpił po rozwodzie. Skondensowana, spójna historia z wiarygodnym zakończeniem. Na jeden wieczór z lampką wina. Polskie w świetnym wydaniu. Myślałam, że będzie to wyjątkowy prezent, bo książka jest już nie do dostania, ale zapomniałam, bo nie mieszkam w Polsce, że macie Allegro, a tam od czasu do czasu ona jest dostępna.
Z innych przyjemności - Paris pożyczyła mi płyty, która niedawno dotarły do niej z Polski - Wysocki Maleńczuka i Sojka z Czesławem śpiewają Miłosza. Zaczęłam od tej pierwszej, bo Wysockiego kocham od czasu, kiedy słuchał go już mój ojciec, a Maleńczuk to miłość dodana, więc razem cuzamen do kupy wielka niespodzianka. Przyzwyczajam się do Wysockiego poprzez pryzmat Macieja.
Druga płyta jest nie tylko połączeniem dwóch tytanów, rónież moich ulubionych wykonawców, chociaż przynaję, że Sojki wolę słuchać, kiedy śpiewa, a Czesława, kiedy mówi. Nic nie poradzę, że muzyka Czesława, tak wychwalana przez wielu, mnie niepokoi, a to psuje mi percepcję. Natomiast z Sojką bardzo mi pasuje i podoba mi się. Oba materiały, i Maleńczuka, i Stanisława z Czesławem, są niezwykle wymagające, to nie piosneczki do podrygiwania, chociaż ja to robię przy Moskwa-Odessa :-), ale raczej utwory do uważnego wsłuchania się w tekst, do wielokrotnego odkrywania na nowo. Ja dopiero zaczęłam przygodę z tym materiałem.
Wybór książek dla kogoś, kogo się prawie nie zna, bo wylosowałam Sil, u której wcześniej nie bywałam, to stres niebywały. Najpierw musiałam nadrobić jej wpisy, co dla mnie było wyczynem nie lada, bo ma 'przezroczysty' szablon, a do tego białe litery (mój astygmatyzm wyciska łzy z oczu, kiedy czytam takie notki), a potem zdecydować, co jej sprawi przyjemnośc. Padło na jeden kryminał, jeden obyczaj. Szukałam, macałam, aż znalazłam to maleństwo i aż mi się gęba uśmiechnęła, bo pamiętam, kiedy ją kupiłam w maleńkiej księgarni, że córka była wtedy maleńka, a ja czytałam ją wieczorem przy jej łóżeczku (lubiła przy mnie zasypiać). Pomyślałam, że już czas, żeby ją przekazać dalej. Ale zanim powędrowała do koperty, postanowiłam ją przeczytać po raz drugi. I podobała mi się równie bardzo, jak za pierwszym razem.
Ta historia rozgrywa się w tytułowe Cztery miesiące. Sama nie wiem, jak to napisać, żeby nie zepsuć Sil czytania - poznajemy parę, która się właśnie rozwodzi. Nie ma rozdzierania szat, po prostu uznali, ze tak będzie lepiej. Ta mini powieść opisuje czas, który nastąpił po rozwodzie. Skondensowana, spójna historia z wiarygodnym zakończeniem. Na jeden wieczór z lampką wina. Polskie w świetnym wydaniu. Myślałam, że będzie to wyjątkowy prezent, bo książka jest już nie do dostania, ale zapomniałam, bo nie mieszkam w Polsce, że macie Allegro, a tam od czasu do czasu ona jest dostępna.
Z innych przyjemności - Paris pożyczyła mi płyty, która niedawno dotarły do niej z Polski - Wysocki Maleńczuka i Sojka z Czesławem śpiewają Miłosza. Zaczęłam od tej pierwszej, bo Wysockiego kocham od czasu, kiedy słuchał go już mój ojciec, a Maleńczuk to miłość dodana, więc razem cuzamen do kupy wielka niespodzianka. Przyzwyczajam się do Wysockiego poprzez pryzmat Macieja.
Druga płyta jest nie tylko połączeniem dwóch tytanów, rónież moich ulubionych wykonawców, chociaż przynaję, że Sojki wolę słuchać, kiedy śpiewa, a Czesława, kiedy mówi. Nic nie poradzę, że muzyka Czesława, tak wychwalana przez wielu, mnie niepokoi, a to psuje mi percepcję. Natomiast z Sojką bardzo mi pasuje i podoba mi się. Oba materiały, i Maleńczuka, i Stanisława z Czesławem, są niezwykle wymagające, to nie piosneczki do podrygiwania, chociaż ja to robię przy Moskwa-Odessa :-), ale raczej utwory do uważnego wsłuchania się w tekst, do wielokrotnego odkrywania na nowo. Ja dopiero zaczęłam przygodę z tym materiałem.
wtorek, 21 czerwca 2011
Chic-Lit w najlepszym gatunku - Patricia Scanlan. Jeśli w ogóle ten gatunek, to tylko ona.
Patricia Scanlan w pełni zaspokaja moje zapotrzebowanie na chic-lit. Za każdym razem, kiedy mnie weźmie na książkę o życiu i o miłosci (a rano zrobimy jajecznicę), nie trudną, ale pisaną emocjami, ona zawsze coś nowego wydaje i jest jak znalazł.
Nie wiem, co w niej takiego jest, ale Cathy Kelly nie trawię (przynajmniej tych, które próbowałam czytac), chociaż mam jeszcze jedną polecaną przez koleżankę na półce (kupiłam sobie w second hand book shop) i pewnie kiedyś zaliczę, nie zakochałam się w Marian Keyes, po prostu nie i już. Inne mnie też nie zachwyciły. Miałam odpuścić w ogóle irlandzkie czytadła, chociaż chciałam coś fajnego znaleźć, bo w tamtym okresie zależało mi na załapaniu realiów życia w tym kraju, ale pewnego dnia koleżanka przyniosła do pracy jej powieść 'Two for Joy', do oddania w dobre ręce, czyli dla mnie, bo wiedziała, że lubię czytać i postanowiła mi taką niespodziankę sprawić. Dostałam i nie mogłam nie przeczytać, nie wypadało po prostu zignorować prezentu. Otworzyłam pierwsza stronę i po kilku minutach już się nie mogłam oderwać. I zupełnie nie mogę dojść w czym tkwi jej czar, bo pisze jak to w tego typu literaturze, o związkach, o życiu w małych/dużych miastach, o pracy w malych/dużych firmach, o macierzyństwie, sąsiadach, rodzicach, życiowych wyborach i małych radościach, czyli nihil novi. Z drugiej strony jej bohaterowie są zawsze tacy interesujący i zawsze, kiedy już się człowiek miał zacząć nudzić, coś się wydarza i znowu nerwowo odwracamy strony.
Widziałam w Polsce w second handach jej powieści, więc jeśli ktoś czyta po angielsku, za małe pieniądze może spróbować, a może i wam się spodoba?
Love and Marriage jest ostatnią częścią trylogii - pierwsza to Forgive and Forget, druga Happy Ever After. Jedyne, czego nie mogę jej darować, to tych durnych tytułów z twarzy podobnych całkiem do niczego. Ja ich nawet nie moge zapamiętać, a to mi się prawie nigdy nie zdarza. To jest pierwszy przypadek, kiedy ona ma takie niewyjściowe tytuły, wcześniej było całkiem ok. Nie wiem, co ją napadło.
Bohaterami tej serii są dwie rodziny - Connie i jej córka Debbie, ktora wychodzi za mąż, ale zanim to się stanie poznaje swojego ojca, który zawsze wprawdzie był, ale nie zawsze chciał mieć z nią do czynienia. Ojciec ma już drugą rodzinę, żonę Aimee i córkę Melissę. Jest jeszcze Judith, która mieszka z matką, a ma już grubo ponad trzydziestkę. Trudna stytuacja, bo matka nie wychodzi z domu i jest bardzo zaborcza, chcę ją całą dla siebie, Judith nie ma w ogóle życia. Judith jest szefową Debbie. I mamy koło, w którym się dzieje cała akcja. Jest oczywiście pełno innych postaci - ojciec i matka Aimee, którzy będą mieli swojej pięc minut w drugiej części, nowy facet Connie i zmiany w jej życiu, którę będą miały swój początek w pierwszym tomie, a punkt kulminacyjny w drugim. A jak nowy facet, to i jego życie - była żona Marianna i córki bliźniaczki. Dużo się dzieje, nie będziecie się nudzić. Przy okazji dostajemy soczysty kawałek irlandzkiej rzeczywistości (z recesją dominującą w trzecim tomie), tutejsze smaczki kulturowe i dużo ciepła.
Styl tej pisarki poznałabym w ciemnym pokoju po omacku. Jest niepowtarzalna i jeśli nie podobała się Wam któraś z jej wcześniejszych książek, nie spodoba się i ta - i na odwrót - raz się zakochasz, będziesz czytała każdą jej kolejną powieść. Tak jak ja.
Chic lit sztuk jeden na rok 2011 zaliczony :-)
Nie wiem, co w niej takiego jest, ale Cathy Kelly nie trawię (przynajmniej tych, które próbowałam czytac), chociaż mam jeszcze jedną polecaną przez koleżankę na półce (kupiłam sobie w second hand book shop) i pewnie kiedyś zaliczę, nie zakochałam się w Marian Keyes, po prostu nie i już. Inne mnie też nie zachwyciły. Miałam odpuścić w ogóle irlandzkie czytadła, chociaż chciałam coś fajnego znaleźć, bo w tamtym okresie zależało mi na załapaniu realiów życia w tym kraju, ale pewnego dnia koleżanka przyniosła do pracy jej powieść 'Two for Joy', do oddania w dobre ręce, czyli dla mnie, bo wiedziała, że lubię czytać i postanowiła mi taką niespodziankę sprawić. Dostałam i nie mogłam nie przeczytać, nie wypadało po prostu zignorować prezentu. Otworzyłam pierwsza stronę i po kilku minutach już się nie mogłam oderwać. I zupełnie nie mogę dojść w czym tkwi jej czar, bo pisze jak to w tego typu literaturze, o związkach, o życiu w małych/dużych miastach, o pracy w malych/dużych firmach, o macierzyństwie, sąsiadach, rodzicach, życiowych wyborach i małych radościach, czyli nihil novi. Z drugiej strony jej bohaterowie są zawsze tacy interesujący i zawsze, kiedy już się człowiek miał zacząć nudzić, coś się wydarza i znowu nerwowo odwracamy strony.
Widziałam w Polsce w second handach jej powieści, więc jeśli ktoś czyta po angielsku, za małe pieniądze może spróbować, a może i wam się spodoba?
Love and Marriage jest ostatnią częścią trylogii - pierwsza to Forgive and Forget, druga Happy Ever After. Jedyne, czego nie mogę jej darować, to tych durnych tytułów z twarzy podobnych całkiem do niczego. Ja ich nawet nie moge zapamiętać, a to mi się prawie nigdy nie zdarza. To jest pierwszy przypadek, kiedy ona ma takie niewyjściowe tytuły, wcześniej było całkiem ok. Nie wiem, co ją napadło.
Bohaterami tej serii są dwie rodziny - Connie i jej córka Debbie, ktora wychodzi za mąż, ale zanim to się stanie poznaje swojego ojca, który zawsze wprawdzie był, ale nie zawsze chciał mieć z nią do czynienia. Ojciec ma już drugą rodzinę, żonę Aimee i córkę Melissę. Jest jeszcze Judith, która mieszka z matką, a ma już grubo ponad trzydziestkę. Trudna stytuacja, bo matka nie wychodzi z domu i jest bardzo zaborcza, chcę ją całą dla siebie, Judith nie ma w ogóle życia. Judith jest szefową Debbie. I mamy koło, w którym się dzieje cała akcja. Jest oczywiście pełno innych postaci - ojciec i matka Aimee, którzy będą mieli swojej pięc minut w drugiej części, nowy facet Connie i zmiany w jej życiu, którę będą miały swój początek w pierwszym tomie, a punkt kulminacyjny w drugim. A jak nowy facet, to i jego życie - była żona Marianna i córki bliźniaczki. Dużo się dzieje, nie będziecie się nudzić. Przy okazji dostajemy soczysty kawałek irlandzkiej rzeczywistości (z recesją dominującą w trzecim tomie), tutejsze smaczki kulturowe i dużo ciepła.
Styl tej pisarki poznałabym w ciemnym pokoju po omacku. Jest niepowtarzalna i jeśli nie podobała się Wam któraś z jej wcześniejszych książek, nie spodoba się i ta - i na odwrót - raz się zakochasz, będziesz czytała każdą jej kolejną powieść. Tak jak ja.
Chic lit sztuk jeden na rok 2011 zaliczony :-)
środa, 15 czerwca 2011
Małe co nie co w 15 odsłonach
Książkowiec wywołała mnie do tablicy, napisała, że chętnie napiłaby się ze mną (między innymi) kawy i pogadała. Wczoraj nie mogłam, ale dzisiaj, jak tylko z pracy wrociłam i się obrobiłam w domu, zrobiłam kawę w ulubionym kubku i oto jestem. Mam napisać kilka zdań o sobie. Hmmmm. Niech bedzie, no to zaczynam:
1. Kawę lubię, ale gdybym miała wybierać między kawą, a herbatą - zdecydowanie to drugie jest mi bliższe sercu. Mam w domu kilkadziesiąt gatunków herbaty, od czarnej, czerwonej, białej, zielonej, a każda z nich też w odmianie aromatyzowanej, po owocowe, również moje własne mieszanki czarnych, wędzona jedna (muszę ją trzymać w specjalnym słoiku, bo się mąż na zapach (żeby nie powiedzieć smród) skarży, długo by wymieniać. Do tego mam świra na punkcie filiżanek, kupuję pojedyncze, bo nie o komplety tu chodzi, ale o takie pięknoty jedyne w swoim rodzaju. Przy czym filiżanka musi być słusznych rozmiarów, takie maleńkie i filuterne to tylko na wystawie.
2. Mogłabym rozmawiać o książkach 24/7. To już wiecie. Czytam wszędzie, gdzie się da. Książki, ale i magazyny, tygodniki, zawsze mam w torebce coś do czytania, a jak nie to przynajmniej do słuchania (audiobooka). Kiedyś czytałam dużo w wannie, bo tylko tam nie dopadało mnie życie rodzinne, ale odkąd dzieci są już duże, nie muszę się już chować. Gdziekolwiek nie przystanę mój wzrok natychmiast wyłapuje litery i zaczynam czytać. Nawet, a może przede wszystkim, bo się tam nudzę, w toalecie. Mam tam gazetnik i sobie trzymam prasę pod ręką. Kiedy mnie kiedyś zagoniło u koleżanki do przybytku wiadomego, a u niej nic, same perfumy i mydła, to sobie z braku laku przeczytałam całe opakowanie proszku do prania, co tam sobie stał, moja desperacja była wielka, bo napisy były po niemiecku, a ja tego języka ni w ząb. Jednakowoż przeczytałam od góry do dołu, nawet skład.
3. Panicznie boję się i brzydzę, nie wiem, co bardziej - węży, żmij i wszelkich pełzających, ale jak już ma nogi, choćby krótkie, jak jaszczurki tutaj, to już się nie tak bardzo. Ale to nic w porównaniu do fobii związanej z meduzami. Do tego stopnia, że chociaż pływanie w morzu sprawia mi organiczną przyjemność, do ciepłej wody nie wlezę, bo tam już czają się galaretowate potwory. Kiedyś męzowi w Soczi (Morze Czarne), na widok wielkich meduz, weszłam na głowę w histerii. Na szczęscie było to 22 lata i 22 kilogramów temu.
4. Nienawidzę zakupów. Gdyby można było, dałabym komuś robotę i niech kupuje dla mnie. Chyba, że księgarnia, sklep z porcelaną, czyli patrz punkt 1 i 2. Ciuchy - wchodzę, mierzę i kupuję, chodzenie godzinami i oglądanie - ponad moje siły. Najlepiej z wypadów do sklepów z koleżankami wychodzi mi siedzenie w kafejkach i czytanie prasy przy filiżance Latte.
5. Straszna płaczka ze mnie, prababcia zawsze mówiła, ze mam oczy na mokrym miejscu. Na filmach, ze wzruszenia, ze szczęscia, nad zwierzaczkami maltretowanymi, czy choćby tylko głodnymi, kiedy dzieci fajne, albo chore, kiedy muzyka niezwykle piękna (najczęściej klasyczna, bo nad Lady Gaga to nie), kiedy dzieci przyjeżdżają, kiedy wyjeżdżają, ze złości i bezsilności też. Jak piękne niebo gwieździste i mąż obok, a w powietrzu zapach kwiatów - to już obowiązkowo. Nie non stop, ale często. Z tym, że niech Was nie zwiedzie ten obraz płaczki, bo nie jestem eteryczną i słabą kobietką, ani z wyglądu, ani z charakteru. Z drugiej strony, kiedy trzeba, jestem też silna i skupiona na wykonaniu zadania. Wcześniej to może i biadolę, ale jak już trzeba działać, to nie.
6. Nie zajmuję się spirytualizmem, nie czytam o tym przesadnie dużo, prawie wcale, zeby być szczerym i niespecjalnie zgłębiam, ale wierzę w wędrówkę dusz, wierzę w pamięć genów i już. Dlatego wiem, że kiedy słucham walca i mam wrażenie, że sala wiruje mi przed oczami, to nie jest egzaltacja, tylko mojej prababci Michaliny wspomnienia, które odziedziczyłam w genach. Mam powtarzające się sny, które mają konkretne wytłumaczenie w przeszłości rodziny, kilka razy w życiu przeżyłam coś, czego nie potrafię nazwać, ale wiem, że to był znak, że jest wiele rzeczy, których nie potrafimy umysłem, ani okiem i szkiełkiem naukowca pojąć. Jest we mnie na to zgoda i nie robię z tego afery, ani nie uznaję, że mam specjalne zdolności, po prostu tak jest i już. Nie jestem medium ani nic z tych rzeczy, żeby było jasne.
7. Jestem szczęśliwa. Powinnam powiedzieć, że bywam, ale tu mam na myśli 'nad-szczęście', nie nieszczęścia i trudy codzienne, tylko bazę. Zostałam pobłogosławiona wspaniałym mężem i ukochanymi dziećmi, które sobie jak do tej pory świetnie dają radę w życiu i są zdrowe. Jedno, pierwsze, straciłam po ponad 7 miesiącach ciąży. Wierzę, że jeszcze-nie-zięć jest zadośćuczynieniem tamtej straty, moja córka ma świetnego chłopaka, a ja syna, którego straciłam. Do tego, jak wisienka na torcie - pies wariat, nad którym praca wre, z gorszym lub lepszym skutkiem, ale kochamy się nawzajem oraz jego jak wariaty, a to chyba najważniejsze. Czekam na wnuki. Tylko kota mi brak, najlepiej dwóch, ale cóż poradzić, skoro Franek, mój Jack Russell Terrier nie wpuściłby do domu żadnego innego zwierzaka.
8. Nie palę od 14 lat, ale kiedyś paliłam jak smok, paczkę dziennie, najchętniej mentolowe Marlboro, Salemy lub takie długie czarne, jak się one nazywały? Gdyby nie moja silna wola, która w wielu przypadkach okazała się słaba, ale o dziwo w tym akurat nie, paliłabym nadal, bo mi się to podobało jak cholera. Tylko smród nie. Odkąd zdecydowałam, że nie palę, nie wzięłam do ust ani jednego papierosa. Bez żadnych tebletek, plastrów i innych cudów na kiju wyciągających od ludzi pieniądze. Ale wiem, że gdybym zapaliła, prawdopodobnie w tydzień wróciłabym do nałogu.
Nie rzuciłam tego nałogu dla zdrowia, chociaż chciałabym tak powiedzieć, powód był bardziej prozaiczny - nie mieliśmy pieniędzy, właśnie rozkręcaliśmy nowy biznes i urodził się syn (w ciąży i podczas karmienia nie paliłam nigdy), mąż zapytał, czy nie ograniczyłabym wydatków w ten sposób, że przestałabym na jakiś czas kupować moje ulubione magazyny i książki (książek już nie kupowałam wtedy, bo naprawdę nie było za co, ale magazyny???) O nie, po moim trupie, skoro już muszę, pierwej rzucę palenie - oświadczyłam butnie, mając nadzieję, że rozejdzie się po kościach i znowu będzie jak dawniej. W tym momencie mąż spojrzał na mnie z politowaniem i powiedział - chciałbym to zobaczyć. Tak się wściekłam, że on we mnie nie wierzy, że rzuciłam. Tego samego dnia, a w paczce pozostały dwa papierosy już nigdy nie wypalone przeze mnie, mąż natomiast chętnie się poczęstował. Nigdy nie miałam papierosa w ustach, od tamtego czasu.
9. Nie lubię ciepłych krajów, wylegiwania się na plaży, zalegania przy basenie i w ogóle wypoczynku w tym stylu. Najchętniej włóczyłabym się po miastach i miasteczkach, tam przysiadła, tu zagadała, zjadła coś fajnego, poczytała, zwiedziła, obejrzała. Lubię małe wyspy i spotkania z ludźmi, czuję przez rajstopy, że lubiłabym Grecję, na pewno tam kiedyś pojadę. Paryż, Londyn, urokliwe miasteczka w Niemczech, Nowy Jork, Lizbona, to są moje wakacje z marzeń. No i oczywiście Rosja i kraje byłego ZSRR - moja miłość - ludzie, literatura, muzyka, filmy, miejsca - wszystko oprócz polityki.
10. Wiem, że to jest strasznie modne i na czasie, ale nie moge powiedzieć, że nie oglądam TV, bo oglądam. Wybiórczo, nigdy nie siadam z pilotem zeby sobie poprzełaczać programy, zawsze wiem, co chcę oglądać i kiedy. Co ja bym zrobiła bez tego czarodziejskiego pudła, jak bym obejrzała koncert piosenek Ewy Demarczyk? A noworoczny z Wiednia? Lubię niektóre seriale, Dr House'a, Greys Anatomy, ostatnio polski Przepis na życie, mam też rosyjski kanał i oglądam filmy w oryginale. Lubię programy informacyjne, publicystyczne, nie chcę żyć jak pantofelek, nieświadoma tego, co się dzieje na swiecie i u nas w kraju. Nie uważam, że TV to samo zło, natomiast zgadzam się, że należy używać go z umiarem. Jak wszystko zresztą. Czytanie książek też nie może przesłonić uroków fajnej rozmowy z drugim człowiekiem, czasu wspólnie spędzonego z rodziną. Zdrowy balans jest najlepszy.
11. Lubię gotować, piec, przyjmować gości, ale takich, na których mi zależy. Im jestem starsza, tym gorzej znoszę głupotę i byle jakość. Jeśli rozmowa miałaby być miałka, o niczym, rezygnuję ze spotkań. Ale tego musiałam się nauczyć, całkiem niedawno doszłam do wniosku, że 'nie ma mnie tam, gdzie nie ma tego, o co chodzi', że strawestuję Witkacego (albo nawet zacytuję, bo przecież nic nie zmieniłam, tylko przywłaszczyłam quot), wcześniej wciąż byłam głodna ludzi i przedkładałam kontakt z nimi nad inne zajęcia w imie zasady, że wymiana myśli, energii i poglądów jest bardzo ważna, ale coraz częstsze poczucie zawodu i straty czasu zweryfikowało moje stanowisko w tej sprawie. Jeśli byle jaka rozmowa na żywo, to wolę lepszą w sieci, natomiast nigdy nie przedkładam sieci nad inne sprawy. I tu znowu dochodzi do głosu zdrowy rozsądek i równowaga, co nie znaczy, że znajomości w sieci nic dla mnie nie znaczą i porzucam je dla innych z byle powodu. O nie. Poznałam tu tyle świetnych osób, że traktuję to jako część mojego życia i przyjaźni w realu.
12. Przyjaźń jest dla mnie bardzo ważna, mam szczęście spotykać na swojej drodze wspaniałych ludzi i bardzo sobie to cenię. Ci najbliżsi, to wieloletnie znajomości, ale nie zamykam się na nowo poznanych, nie uważam, że przyjaźń może się zawiązać tylko w młodych latach. Zawsze i wszędzie jest na to szansa, trzeba tylko trafić na swego. Lojalność uważam za jedną z najważniejszych cech.
13. Samochodem jeżdżę ostrożnie, ale nie za wolno, tak w sam raz. Raczej trzymam się przepisów i nie czuję potrzeby rozpychania się na drodze. Nie szanuję ludzi, którzy mają się za władców szos i innych traktują jak przeszkadzajki na drodze. Nie imponuje mi szybka i niebezpieczna jazda. Wyznaję zasadę - śpiesz się powoli.
14. Jestem zodiakalną Panną. Typową. Ze wszystkimi plusami i minusami. Lubię rutynę, wszystko poukładane i zaplanowane. Spontaniczność kontrolowana. Niestety jestem też krytyczna, czasem zbyt. Nie umiem pracować w bałaganie i chaosie, doprowadza mnie to do szału i histerii w jednym. Stała w uczuciach, z tym samym mężem od 24 lat, wyszłam za mąż jako dwudziestolatka. Nigdy nie żałowałam. Dużo trzeba, żebym się na kimś zawiodła, przy swoim krytycyzmie, jestem też wyrozumiała (to tylko pozornie masło maślane), ale jak już się zawiodę, to koniec. Mafia nie wybacza.
15. Mawiają, że człowiek ma tylko taki krzyż, jaki jest w stanie unieść. Nie zamieniłabym swojego życia na inne, nawet jeśli inne są lepsze.
Z tego wpisu widać też, że jestem gaduła.
Nie wiem, kto już pisał, kto nie, czytam, ale nie pamiętam. Jeśli jeszcze nie były zaproszone do zabawy te osoby, to może niech - bookfa, papryczka, archer, Piotr (pisany inaczej) i Monika z błękitnej biblioteczki napiszą małe co nie co o sobie.
1. Kawę lubię, ale gdybym miała wybierać między kawą, a herbatą - zdecydowanie to drugie jest mi bliższe sercu. Mam w domu kilkadziesiąt gatunków herbaty, od czarnej, czerwonej, białej, zielonej, a każda z nich też w odmianie aromatyzowanej, po owocowe, również moje własne mieszanki czarnych, wędzona jedna (muszę ją trzymać w specjalnym słoiku, bo się mąż na zapach (żeby nie powiedzieć smród) skarży, długo by wymieniać. Do tego mam świra na punkcie filiżanek, kupuję pojedyncze, bo nie o komplety tu chodzi, ale o takie pięknoty jedyne w swoim rodzaju. Przy czym filiżanka musi być słusznych rozmiarów, takie maleńkie i filuterne to tylko na wystawie.
2. Mogłabym rozmawiać o książkach 24/7. To już wiecie. Czytam wszędzie, gdzie się da. Książki, ale i magazyny, tygodniki, zawsze mam w torebce coś do czytania, a jak nie to przynajmniej do słuchania (audiobooka). Kiedyś czytałam dużo w wannie, bo tylko tam nie dopadało mnie życie rodzinne, ale odkąd dzieci są już duże, nie muszę się już chować. Gdziekolwiek nie przystanę mój wzrok natychmiast wyłapuje litery i zaczynam czytać. Nawet, a może przede wszystkim, bo się tam nudzę, w toalecie. Mam tam gazetnik i sobie trzymam prasę pod ręką. Kiedy mnie kiedyś zagoniło u koleżanki do przybytku wiadomego, a u niej nic, same perfumy i mydła, to sobie z braku laku przeczytałam całe opakowanie proszku do prania, co tam sobie stał, moja desperacja była wielka, bo napisy były po niemiecku, a ja tego języka ni w ząb. Jednakowoż przeczytałam od góry do dołu, nawet skład.
3. Panicznie boję się i brzydzę, nie wiem, co bardziej - węży, żmij i wszelkich pełzających, ale jak już ma nogi, choćby krótkie, jak jaszczurki tutaj, to już się nie tak bardzo. Ale to nic w porównaniu do fobii związanej z meduzami. Do tego stopnia, że chociaż pływanie w morzu sprawia mi organiczną przyjemność, do ciepłej wody nie wlezę, bo tam już czają się galaretowate potwory. Kiedyś męzowi w Soczi (Morze Czarne), na widok wielkich meduz, weszłam na głowę w histerii. Na szczęscie było to 22 lata i 22 kilogramów temu.
4. Nienawidzę zakupów. Gdyby można było, dałabym komuś robotę i niech kupuje dla mnie. Chyba, że księgarnia, sklep z porcelaną, czyli patrz punkt 1 i 2. Ciuchy - wchodzę, mierzę i kupuję, chodzenie godzinami i oglądanie - ponad moje siły. Najlepiej z wypadów do sklepów z koleżankami wychodzi mi siedzenie w kafejkach i czytanie prasy przy filiżance Latte.
5. Straszna płaczka ze mnie, prababcia zawsze mówiła, ze mam oczy na mokrym miejscu. Na filmach, ze wzruszenia, ze szczęscia, nad zwierzaczkami maltretowanymi, czy choćby tylko głodnymi, kiedy dzieci fajne, albo chore, kiedy muzyka niezwykle piękna (najczęściej klasyczna, bo nad Lady Gaga to nie), kiedy dzieci przyjeżdżają, kiedy wyjeżdżają, ze złości i bezsilności też. Jak piękne niebo gwieździste i mąż obok, a w powietrzu zapach kwiatów - to już obowiązkowo. Nie non stop, ale często. Z tym, że niech Was nie zwiedzie ten obraz płaczki, bo nie jestem eteryczną i słabą kobietką, ani z wyglądu, ani z charakteru. Z drugiej strony, kiedy trzeba, jestem też silna i skupiona na wykonaniu zadania. Wcześniej to może i biadolę, ale jak już trzeba działać, to nie.
6. Nie zajmuję się spirytualizmem, nie czytam o tym przesadnie dużo, prawie wcale, zeby być szczerym i niespecjalnie zgłębiam, ale wierzę w wędrówkę dusz, wierzę w pamięć genów i już. Dlatego wiem, że kiedy słucham walca i mam wrażenie, że sala wiruje mi przed oczami, to nie jest egzaltacja, tylko mojej prababci Michaliny wspomnienia, które odziedziczyłam w genach. Mam powtarzające się sny, które mają konkretne wytłumaczenie w przeszłości rodziny, kilka razy w życiu przeżyłam coś, czego nie potrafię nazwać, ale wiem, że to był znak, że jest wiele rzeczy, których nie potrafimy umysłem, ani okiem i szkiełkiem naukowca pojąć. Jest we mnie na to zgoda i nie robię z tego afery, ani nie uznaję, że mam specjalne zdolności, po prostu tak jest i już. Nie jestem medium ani nic z tych rzeczy, żeby było jasne.
7. Jestem szczęśliwa. Powinnam powiedzieć, że bywam, ale tu mam na myśli 'nad-szczęście', nie nieszczęścia i trudy codzienne, tylko bazę. Zostałam pobłogosławiona wspaniałym mężem i ukochanymi dziećmi, które sobie jak do tej pory świetnie dają radę w życiu i są zdrowe. Jedno, pierwsze, straciłam po ponad 7 miesiącach ciąży. Wierzę, że jeszcze-nie-zięć jest zadośćuczynieniem tamtej straty, moja córka ma świetnego chłopaka, a ja syna, którego straciłam. Do tego, jak wisienka na torcie - pies wariat, nad którym praca wre, z gorszym lub lepszym skutkiem, ale kochamy się nawzajem oraz jego jak wariaty, a to chyba najważniejsze. Czekam na wnuki. Tylko kota mi brak, najlepiej dwóch, ale cóż poradzić, skoro Franek, mój Jack Russell Terrier nie wpuściłby do domu żadnego innego zwierzaka.
8. Nie palę od 14 lat, ale kiedyś paliłam jak smok, paczkę dziennie, najchętniej mentolowe Marlboro, Salemy lub takie długie czarne, jak się one nazywały? Gdyby nie moja silna wola, która w wielu przypadkach okazała się słaba, ale o dziwo w tym akurat nie, paliłabym nadal, bo mi się to podobało jak cholera. Tylko smród nie. Odkąd zdecydowałam, że nie palę, nie wzięłam do ust ani jednego papierosa. Bez żadnych tebletek, plastrów i innych cudów na kiju wyciągających od ludzi pieniądze. Ale wiem, że gdybym zapaliła, prawdopodobnie w tydzień wróciłabym do nałogu.
Nie rzuciłam tego nałogu dla zdrowia, chociaż chciałabym tak powiedzieć, powód był bardziej prozaiczny - nie mieliśmy pieniędzy, właśnie rozkręcaliśmy nowy biznes i urodził się syn (w ciąży i podczas karmienia nie paliłam nigdy), mąż zapytał, czy nie ograniczyłabym wydatków w ten sposób, że przestałabym na jakiś czas kupować moje ulubione magazyny i książki (książek już nie kupowałam wtedy, bo naprawdę nie było za co, ale magazyny???) O nie, po moim trupie, skoro już muszę, pierwej rzucę palenie - oświadczyłam butnie, mając nadzieję, że rozejdzie się po kościach i znowu będzie jak dawniej. W tym momencie mąż spojrzał na mnie z politowaniem i powiedział - chciałbym to zobaczyć. Tak się wściekłam, że on we mnie nie wierzy, że rzuciłam. Tego samego dnia, a w paczce pozostały dwa papierosy już nigdy nie wypalone przeze mnie, mąż natomiast chętnie się poczęstował. Nigdy nie miałam papierosa w ustach, od tamtego czasu.
9. Nie lubię ciepłych krajów, wylegiwania się na plaży, zalegania przy basenie i w ogóle wypoczynku w tym stylu. Najchętniej włóczyłabym się po miastach i miasteczkach, tam przysiadła, tu zagadała, zjadła coś fajnego, poczytała, zwiedziła, obejrzała. Lubię małe wyspy i spotkania z ludźmi, czuję przez rajstopy, że lubiłabym Grecję, na pewno tam kiedyś pojadę. Paryż, Londyn, urokliwe miasteczka w Niemczech, Nowy Jork, Lizbona, to są moje wakacje z marzeń. No i oczywiście Rosja i kraje byłego ZSRR - moja miłość - ludzie, literatura, muzyka, filmy, miejsca - wszystko oprócz polityki.
10. Wiem, że to jest strasznie modne i na czasie, ale nie moge powiedzieć, że nie oglądam TV, bo oglądam. Wybiórczo, nigdy nie siadam z pilotem zeby sobie poprzełaczać programy, zawsze wiem, co chcę oglądać i kiedy. Co ja bym zrobiła bez tego czarodziejskiego pudła, jak bym obejrzała koncert piosenek Ewy Demarczyk? A noworoczny z Wiednia? Lubię niektóre seriale, Dr House'a, Greys Anatomy, ostatnio polski Przepis na życie, mam też rosyjski kanał i oglądam filmy w oryginale. Lubię programy informacyjne, publicystyczne, nie chcę żyć jak pantofelek, nieświadoma tego, co się dzieje na swiecie i u nas w kraju. Nie uważam, że TV to samo zło, natomiast zgadzam się, że należy używać go z umiarem. Jak wszystko zresztą. Czytanie książek też nie może przesłonić uroków fajnej rozmowy z drugim człowiekiem, czasu wspólnie spędzonego z rodziną. Zdrowy balans jest najlepszy.
11. Lubię gotować, piec, przyjmować gości, ale takich, na których mi zależy. Im jestem starsza, tym gorzej znoszę głupotę i byle jakość. Jeśli rozmowa miałaby być miałka, o niczym, rezygnuję ze spotkań. Ale tego musiałam się nauczyć, całkiem niedawno doszłam do wniosku, że 'nie ma mnie tam, gdzie nie ma tego, o co chodzi', że strawestuję Witkacego (albo nawet zacytuję, bo przecież nic nie zmieniłam, tylko przywłaszczyłam quot), wcześniej wciąż byłam głodna ludzi i przedkładałam kontakt z nimi nad inne zajęcia w imie zasady, że wymiana myśli, energii i poglądów jest bardzo ważna, ale coraz częstsze poczucie zawodu i straty czasu zweryfikowało moje stanowisko w tej sprawie. Jeśli byle jaka rozmowa na żywo, to wolę lepszą w sieci, natomiast nigdy nie przedkładam sieci nad inne sprawy. I tu znowu dochodzi do głosu zdrowy rozsądek i równowaga, co nie znaczy, że znajomości w sieci nic dla mnie nie znaczą i porzucam je dla innych z byle powodu. O nie. Poznałam tu tyle świetnych osób, że traktuję to jako część mojego życia i przyjaźni w realu.
12. Przyjaźń jest dla mnie bardzo ważna, mam szczęście spotykać na swojej drodze wspaniałych ludzi i bardzo sobie to cenię. Ci najbliżsi, to wieloletnie znajomości, ale nie zamykam się na nowo poznanych, nie uważam, że przyjaźń może się zawiązać tylko w młodych latach. Zawsze i wszędzie jest na to szansa, trzeba tylko trafić na swego. Lojalność uważam za jedną z najważniejszych cech.
13. Samochodem jeżdżę ostrożnie, ale nie za wolno, tak w sam raz. Raczej trzymam się przepisów i nie czuję potrzeby rozpychania się na drodze. Nie szanuję ludzi, którzy mają się za władców szos i innych traktują jak przeszkadzajki na drodze. Nie imponuje mi szybka i niebezpieczna jazda. Wyznaję zasadę - śpiesz się powoli.
14. Jestem zodiakalną Panną. Typową. Ze wszystkimi plusami i minusami. Lubię rutynę, wszystko poukładane i zaplanowane. Spontaniczność kontrolowana. Niestety jestem też krytyczna, czasem zbyt. Nie umiem pracować w bałaganie i chaosie, doprowadza mnie to do szału i histerii w jednym. Stała w uczuciach, z tym samym mężem od 24 lat, wyszłam za mąż jako dwudziestolatka. Nigdy nie żałowałam. Dużo trzeba, żebym się na kimś zawiodła, przy swoim krytycyzmie, jestem też wyrozumiała (to tylko pozornie masło maślane), ale jak już się zawiodę, to koniec. Mafia nie wybacza.
15. Mawiają, że człowiek ma tylko taki krzyż, jaki jest w stanie unieść. Nie zamieniłabym swojego życia na inne, nawet jeśli inne są lepsze.
Z tego wpisu widać też, że jestem gaduła.
Nie wiem, kto już pisał, kto nie, czytam, ale nie pamiętam. Jeśli jeszcze nie były zaproszone do zabawy te osoby, to może niech - bookfa, papryczka, archer, Piotr (pisany inaczej) i Monika z błękitnej biblioteczki napiszą małe co nie co o sobie.
piątek, 10 czerwca 2011
Czarna lista - Aleksandra Marinina, tym razem ze Stasowem w roli głównej
RECENZJA BIERZE UDZIAŁ W KONKURSIE ZORGANIZOWANYM PRZEZ SERWIS ZBRODNIA W BIBLIOTECEMarinina dała wolne major Kamieńskiej, o której były wszystkie jej dotychczasowe powieści (uwielbiam tę postać) i "pojechała" za policjantem Władikiem Stasowem do kurortu czarnomorskiego. Jego była żona przebywała tam na festiwalu filmowym i chciała żeby ich wspólna córka mogła spędzić ten czas w zdrowym klimacie z ojcem, czyli Stasowem właśnie, a ona by dochodziła w miarę wolnego czasu. Na początku wszystko szło według planu, ojciec z dzieckiem codziennie na plaży, matka z owocami przychodziła ich tam odwiedzać, aż do dnia, kiedy zamordowano młodziutką, utalentowaną aktorkę i spokój policjanta szlak trafił. Niby jeszcze starał się ignorować ten incydent, w końcu są miejscowi stróze prawa, ale okazało się, że po przesłuchaniu jego żony przez nich, miał coś ważnego do dodania w sprawie. Niby tylko wpadł na chwilę do komendy i wszystko wydaje się proste, ale nic takie ostatecznie nie jest i do końca nie wiadomo, kto i dlaczego zabija kolejne osoby z festiwalu.
Wątek zabójstw to jedno, ale jest też wątek obyczajowy - relacje ojca z córką, a także romansowy, bo na tych wywczasach Stasow poznaje pisarkę kryminałów i prokurator w jednym - Tatianę.
Podobała mi się ta powieść Marininy, chociaż wielu jęczało, ze bez Kamieńskiej to nie to samo. Pewnie, że nie to samo, ale nie znaczy, że gorzej. Inaczej po prostu.
Historia trzyma klasę, jest fajna atmosfera kurortu, realia wypoczynku obywateli byłego ZSRR ciekawie opisane, do tego cała galeria interesujących postaci, które umilają lub ubarwiają opowieść.
Roch Siemianowski czyta gładko, jego głos świetnie wpasował się w wyobrażenie głosu Stasowa, wszystko cuzamen do kupy świetnie współgra.
Książka akurat na wczasy, szczególnie nad morzem, bo się idealnie wpisze w klimat i atmosferę. Cieszę się, ze częściowo słuchałam jej spacerując z kijkami nad brzegiem oceanu, bo miałam dzięki temu dodatkowe wrażenia dźwiękowe.
Moja ukochana Marinina i tym razem mnie nie zawiodła.
Baza recenzji Syndykatu ZwB
Wątek zabójstw to jedno, ale jest też wątek obyczajowy - relacje ojca z córką, a także romansowy, bo na tych wywczasach Stasow poznaje pisarkę kryminałów i prokurator w jednym - Tatianę.
Podobała mi się ta powieść Marininy, chociaż wielu jęczało, ze bez Kamieńskiej to nie to samo. Pewnie, że nie to samo, ale nie znaczy, że gorzej. Inaczej po prostu.
Historia trzyma klasę, jest fajna atmosfera kurortu, realia wypoczynku obywateli byłego ZSRR ciekawie opisane, do tego cała galeria interesujących postaci, które umilają lub ubarwiają opowieść.
Roch Siemianowski czyta gładko, jego głos świetnie wpasował się w wyobrażenie głosu Stasowa, wszystko cuzamen do kupy świetnie współgra.
Książka akurat na wczasy, szczególnie nad morzem, bo się idealnie wpisze w klimat i atmosferę. Cieszę się, ze częściowo słuchałam jej spacerując z kijkami nad brzegiem oceanu, bo miałam dzięki temu dodatkowe wrażenia dźwiękowe.
Moja ukochana Marinina i tym razem mnie nie zawiodła.
Baza recenzji Syndykatu ZwB
wtorek, 7 czerwca 2011
Tajny dziennik (The Secrect Scripture) - Sebastian Barry
Tak się ucieszyłam z wydania tej powieści w Polsce, że aż się podzieliłam tą radością na profilu Notatek na FB. Pewnie sobie ktoś pomysli, że mi za to płacą, zapewniam, że nie, po prostu strasznie mi zależy, żeby pewne tytuły nie były przegapione. Poza tym blog pełni też rolę informacyjną dla moich przyjaciół w Polsce, którzy często pytali mnie - co nowego, interesującego warto wypożyczyć czy kupić?
Czytałam ją na krótko przed rozpoczęciem prowadzenia tego bloga, jakieś dwa lata temu, była wybrana przez book club. Spojrzałam na okładkę i pomyślałam - znowu tajemnica, znowu wspomnienia starej kobiety, to wszystko już było. Z drugiej strony, jakbym nie jęczała, jakbym się nie skarżyła, lubię te tajemnice, wspomnienia i takie tam, typowa ambiwalentność mola książkowego - czytamy dużo, trudno nas zaskoczyć,czasem następuje zmęczenie materiału.
Ale dobra historia obroni się zawsze, a Tajny dziennik taką właśnie jest.
Pewnie pikanterii czytaniu dodał fakt, że większość akcji dzieje się w Sligo, które znam, bo jest niedaleko mnie i w Roscommon, Opisywane budynki istnieją, a miejscowi ludzie pamiętają zdarzenia tam opisywane. Książka jest fikcją, ale wiadomo, czerpie z życia i te szczególiki są bardzo prawdziwe, tak przynajmniej powiedziały mi kobiety, które są ze mną w klubie dyskusyjnym. Omawianie tej powieści skończyło się bowiem wspomnieniami z ich dzieciństwa (niektóre z nich mają ponad 60 lat), albo znanych z opowieści matki. Jedna z nich wyznała, i to był dla mnie szok, że urodziła panieńskie dziecko i zostało jej ono odebrane. Nie była wprawdzie w 'Pralniach sióstr Magdalenek', ale i tak swoje przeszła. Irlandia jest krajem bardzo katolickim, ale wiadomo jakie okropności robiono w imię wiary i ochrony moralności, nie tylko w tym kraju. To, co działo się wtedy z młodymi dziewczynami nie miało nic wspólnego z miłosierdziem Bożym, raczej z piekłem na ziemi.
Sekretny dziennik (ten tytuł mi się bardziej podoba) zaczyna się w momencie, kiedy ma nastąpić likwidacja szpitala dla umysłowo chorych, lekarz ma za zadanie przeprowadzić ewaluację pacjentów w celu stwierdzenia, który z nich może żyć na wolności, a który musi być przeniesiony do nowo wybudowanego szpitala. Jedna z pacjentek ma 99 lat i pisze sekretny dziennik. Lekarz odbywa szereg rozmów z nią, nawiązuje się między nimi nić porozumienia. Wiele sekretów wychodzi na jaw, jak chociażby ten, że jej ojciec był szpiegiem i został stracony w wyroku wykonanym przez IRA, że była ona mężatką .... Więcej nic nie powiem, bo zepsułabym Wam przyjemność czytania. Książka jest ciekawa i co najważniejsze prawdziwa, opisuje czasy i zwyczaje z wielką pieczołowitością i pięknym językiem (mam nadzieję, że nie straci w tłumaczeniu), nic dziwnego, że została nominowana do The Man Booker Prizes, a Sebastian Barry jawi mi się jako pisarz wyjątkowy, do którego innych powieści na pewno dotrę.
A propos okładki - nijak się ma do treści, ani kiecka z epoki, ani but, dziewczyna zbyt nowoczesna i tylko plaża się wpasowuje w klimat opowieści. Brrrrr. Jedyne, co mi się podoba to kolorystyka, ale to chyba za mało, żeby oddać ducha tego, co w środku, a od tego jest chyba okładka? Sugeruje romantyczną opowieść par excellence, nie dajcie się zwieść.
Czytałam ją na krótko przed rozpoczęciem prowadzenia tego bloga, jakieś dwa lata temu, była wybrana przez book club. Spojrzałam na okładkę i pomyślałam - znowu tajemnica, znowu wspomnienia starej kobiety, to wszystko już było. Z drugiej strony, jakbym nie jęczała, jakbym się nie skarżyła, lubię te tajemnice, wspomnienia i takie tam, typowa ambiwalentność mola książkowego - czytamy dużo, trudno nas zaskoczyć,czasem następuje zmęczenie materiału.
Ale dobra historia obroni się zawsze, a Tajny dziennik taką właśnie jest.
Pewnie pikanterii czytaniu dodał fakt, że większość akcji dzieje się w Sligo, które znam, bo jest niedaleko mnie i w Roscommon, Opisywane budynki istnieją, a miejscowi ludzie pamiętają zdarzenia tam opisywane. Książka jest fikcją, ale wiadomo, czerpie z życia i te szczególiki są bardzo prawdziwe, tak przynajmniej powiedziały mi kobiety, które są ze mną w klubie dyskusyjnym. Omawianie tej powieści skończyło się bowiem wspomnieniami z ich dzieciństwa (niektóre z nich mają ponad 60 lat), albo znanych z opowieści matki. Jedna z nich wyznała, i to był dla mnie szok, że urodziła panieńskie dziecko i zostało jej ono odebrane. Nie była wprawdzie w 'Pralniach sióstr Magdalenek', ale i tak swoje przeszła. Irlandia jest krajem bardzo katolickim, ale wiadomo jakie okropności robiono w imię wiary i ochrony moralności, nie tylko w tym kraju. To, co działo się wtedy z młodymi dziewczynami nie miało nic wspólnego z miłosierdziem Bożym, raczej z piekłem na ziemi.
A propos okładki - nijak się ma do treści, ani kiecka z epoki, ani but, dziewczyna zbyt nowoczesna i tylko plaża się wpasowuje w klimat opowieści. Brrrrr. Jedyne, co mi się podoba to kolorystyka, ale to chyba za mało, żeby oddać ducha tego, co w środku, a od tego jest chyba okładka? Sugeruje romantyczną opowieść par excellence, nie dajcie się zwieść.
piątek, 3 czerwca 2011
Miss Pomiechówka na Kacu bierze w ślepo
Wczoraj weszłam na Notatki Coolturalne, tyle, że wydanie bloxowe (bo mam swoje klony wpisowe również tam), przesuwając stronę w dół, gdyż 'jechałam' odpowiedzieć na komentarz, zahaczyłam wzrokiem o licznik i stanęłam jak wryta, o ile można tak powiedzieć o osobie, która siedzi przed komputerem, a mianowicie na liczniku było ponad tysiąc odwiedzin, a to była dopiero dziesiąta rano. Kurczę, licznik mi się popsuł, powiedziałam na głos ze zdziwienia i zaraz weszłam na stronę statystyczną, żeby to naprawić. Ale nie, wszystko ok. Po kilku minutach dochodzenia do prawdy okazało się, że wywiesili na pierwszej stronie portalu gazeta.pl mój wpis o Lesiu z tytułem - Chmielewska - Lesio mnie nie zachwycił czy Lesio mnie zawiódł, już nie pamiętam. Chwytliwy, czyż nie? Sama bym kliknęła z ciekawości, co też się pani Joannie nagle w Lesiu przestało podobać? Takich ciekawskich było wczoraj prawie 3000 tysiące osób. Pewnie się strasznie zawiedli, kiedy zobaczyli, że to nie ich ulubiona pisarka wypowiada to 'skandaliczne' zdanie, ale jakaś baba, która sobie uzurpuje prawo do wypowiadania się na temat tej kulturowej powieści. Ciekawe ile z tych przypadkowych gości zajrzy tu jeszcze raz? No nic, miałam swoje pięć minut, a że przypadkiem to już inna rzecz, jakby powiedziała Viola Kubasińska (nie oglądałam Brzyduli, ale jej quoty śledziłam w necie, bezcenne) - byłam Miss Pomiechówka (oczywiście pozdrawiamy Pomiechówek).
Poza tym byłam na Kacu 2. Tutaj to jest Kac po prostu, w Polsce Kac Vegas w Bangkoku. Czy ktoś mi może wytłumaczyć tę głupotę tłumaczy tytułów? Czy to sie w ogóle da umysłem pojąć, skąd u nich te pomysły?
Już pomijając kwestię miejsca, że ten Kac już nic z Vegas nie ma wspólnego. Film mi się bardzo podobał. Więcej o tym pisałam w felietonie, który najpierw się musi ukazać drukiem, żeby go potem mogła TU zamieścić, więc się rozpisywać nie będę, ale wyrażę tylko zdziwienie, jak to Miss Pomiechówka, że całkiem nie rozumiem, jak mnie ten film mógł, i to już po raz drugi, tak rozbawić i do siebie przekonać. Ten gatunek jest zupełnie nie w moim stylu. Ot, zagwostka.
A tak w ogóle czyta się i już wkrótce coś o tym. Ciężko mi idzie, bo kręgosłup nie daje mi długo siedzieć w miejscu, ani leżeć, ani nic, kręcę się jak g... w przerębli i miejsca sobie nie mogę znaleźć.
Przy okazji pobytu w mieście na B, zajrzałam do sklepu z second hand books i trochę pogrzebałam. O dziwo nic mnie nie zainteresowało, dużo chick-lit i kryminałów, ale to wszystko, co mnie interesuje to ja mam. A książki za 1 euro, we łbie mi się nie mieściło, ze tak z pustymi rękami wychodzę. Juz byłam przy drzwiach, już żegnałam się z miły panem, który mi wciąż próbował wcisnąć coś o spiritual world, wypatrzyłam jednak jedną, bez okładki papierowej, a na grzbiecie - Painted Birds by Fiona Bullen. Ten od spirytualizmu nic o nie nie wiedział, czyli dobra nasza, nie będzie o tym :-) spojrzałam na pierwszy rozdział - 1934 Singapore, a potem gdzieś w środku 1956 Essex. Hmm, ciekawe, co też tam na tych stronach się zdarzyło w tym okresie między Singapurem a UK, jednej takiej dziewczynie, której imię się powtarza nader często. Postanowiłam sprawdzić, bo to tak jakby mnie ta książka przywołała do siebie. I ta zagadka zawartości. Ciekawe. W sieci też wiele nie znalazłam.
To tyle na dziś. Pozaczynałam kilka książek, bo ta na chandrę, tamta na deszcz, inna natychmiast bo w bibliotece czekają, innej słucham i pewnie wszystkie skończę na raz. Zdam relację, jak tylko się z nimi uporam.
Po edycji: mam jeszcze jedną książkę, którą kupiłam w tym samym miejscu, też za jednego euro i też o niej nic nie wiem. Całkiem zapomniałam, bo ją w dziurę wsadziłam i sobie tam cichutko leży i czeka. Oto ona. Muszę włączyć detektywa zdalnie sterowanego, czyli google.
Poza tym byłam na Kacu 2. Tutaj to jest Kac po prostu, w Polsce Kac Vegas w Bangkoku. Czy ktoś mi może wytłumaczyć tę głupotę tłumaczy tytułów? Czy to sie w ogóle da umysłem pojąć, skąd u nich te pomysły?
Już pomijając kwestię miejsca, że ten Kac już nic z Vegas nie ma wspólnego. Film mi się bardzo podobał. Więcej o tym pisałam w felietonie, który najpierw się musi ukazać drukiem, żeby go potem mogła TU zamieścić, więc się rozpisywać nie będę, ale wyrażę tylko zdziwienie, jak to Miss Pomiechówka, że całkiem nie rozumiem, jak mnie ten film mógł, i to już po raz drugi, tak rozbawić i do siebie przekonać. Ten gatunek jest zupełnie nie w moim stylu. Ot, zagwostka.
A tak w ogóle czyta się i już wkrótce coś o tym. Ciężko mi idzie, bo kręgosłup nie daje mi długo siedzieć w miejscu, ani leżeć, ani nic, kręcę się jak g... w przerębli i miejsca sobie nie mogę znaleźć.
Przy okazji pobytu w mieście na B, zajrzałam do sklepu z second hand books i trochę pogrzebałam. O dziwo nic mnie nie zainteresowało, dużo chick-lit i kryminałów, ale to wszystko, co mnie interesuje to ja mam. A książki za 1 euro, we łbie mi się nie mieściło, ze tak z pustymi rękami wychodzę. Juz byłam przy drzwiach, już żegnałam się z miły panem, który mi wciąż próbował wcisnąć coś o spiritual world, wypatrzyłam jednak jedną, bez okładki papierowej, a na grzbiecie - Painted Birds by Fiona Bullen. Ten od spirytualizmu nic o nie nie wiedział, czyli dobra nasza, nie będzie o tym :-) spojrzałam na pierwszy rozdział - 1934 Singapore, a potem gdzieś w środku 1956 Essex. Hmm, ciekawe, co też tam na tych stronach się zdarzyło w tym okresie między Singapurem a UK, jednej takiej dziewczynie, której imię się powtarza nader często. Postanowiłam sprawdzić, bo to tak jakby mnie ta książka przywołała do siebie. I ta zagadka zawartości. Ciekawe. W sieci też wiele nie znalazłam.
To tyle na dziś. Pozaczynałam kilka książek, bo ta na chandrę, tamta na deszcz, inna natychmiast bo w bibliotece czekają, innej słucham i pewnie wszystkie skończę na raz. Zdam relację, jak tylko się z nimi uporam.
Po edycji: mam jeszcze jedną książkę, którą kupiłam w tym samym miejscu, też za jednego euro i też o niej nic nie wiem. Całkiem zapomniałam, bo ją w dziurę wsadziłam i sobie tam cichutko leży i czeka. Oto ona. Muszę włączyć detektywa zdalnie sterowanego, czyli google.
sobota, 28 maja 2011
Czy lubi pani czaczę? Gaumardżos - Gruzja według Mellerów
Rzadko biorę książki do recenzji. Mam tyle tytułów na półkach, które krzyczą o uwagę, że nie mam takiej potrzeby. Jeśli idzie o inne powody, przemilczę. Są jednak takie książki, o które proszę sama, i tak było w tym przypadku. Uczciwie biję się w piersi - napisałam i wyżebrałam, albowiem są takie teksty, które jeszcze w fazie powstawania budzą moje przyspieszone bicie serca.Kiedyś myślałam, że byłam w Gruzji, ale jak mawiała moja mama - w dupie był, gówno widział. Przestudiowałam dokładnie mapę i naszą, moją i męża marszrutę i to, co wyszło na jaw, nie spodobało mi się wcale, a wcale. A mianowicie, dojechaliśmy zaledwie do granic tego kraju, pozostając jednak w granicach administracyjnych Abchazji. A już myślałam, że będę się mogła przy okazji lektury tej książki pomądrzyć i przedstawić swoje reminiscencje z pobytu. Pewnie i tak bym tam nie zaszalała, bo przebywając w Soczi na urlopie, upieraliśmy się wprawdzie na wycieczki, bo ileż mozna leżeć na ichniej plaży, ileż można łoić ichniego koniaku z musztardówek (w każdym razie podobnie wyglądających kieliszków), ale w 1988 roku była jeszcze komuna i możliwości turystów, ich swoboda, były znacznie ograniczone. Poza tym większość ludzi, którzy dostali się do autokaru, była zainteresowana targowiskami w kolejnych miastach i handlem szeroko pojętym, a my jak te dwa frajery (bo jak mogliśmy w ich oczach wyglądać?), zamiast kraciastych toreb z towarem - z przewodnikami w rękach, pasowaliśmy tam jak kwiat do kożucha. Za każdym razem, kiedy zatrzymywaliśmy się w jakimś mieście, cały autokar ludzi w lewo, a nasza dwójka w prawo, oglądać, rozmawiać, podjadać, smakować - aż szkoda, że nie mieliśmy wtedy takiego aparatu, jakie są teraz w sprzedaży. No nic, ale nie o mnie miało być, a o książce. Chociaż w tych recenzjach w sumie zawsze jest o mnie przez pryzmat przeczytanych książek, do tego już się chyba przyzwyczailiście :-))
Przeleciałam przez ten tekst jak dżygit przez miasto - starą Ładą, bez hamulców, na rauszu, ledwo wyrabiając na zakrętach. Chwilami czułam się, jakbym to ja wypiła te hektolitry czaczy i wina, a nie autorzy wraz z bohaterami opowieści (każdy, kto ma minimalne pojęcie o Kaukazie wie, że niczego by się od Gruzinów nie dowiedzieli o suchym pysku). Mnogość imion, ludzi, miejsc, nazw, zdarzeń - wywołuje zawroty głowy. Sinusoida, gwałtowne przejścia od tematów poważnych - polityki, historii, biedy, wojny, upodlenia, ucisku - do tematów lekkich jak puch na wietrze - goszczenia się, jedzenia, picia (co ja mówię, pije to ksiądz podczas mszy, oni to po prostu łoili), miłości, przyjaźni i pięknych widoków - przyprawiała o chorobę lokomocyjną. W jednej chwili zapominałam oddychać z emocji czytając o Marcinie Mellerze pod ostrzałem snajperów, czy uciekającym w czasie działań wojennych na statku z Abchazji do Soczi (czyżby moimi śladami, haha), zaraz potem dusiłam się ze śmiechu nad opisami z eksploracji kraju - oto przykład (cytat czyli):
Przewodnik, z którym Amirian dogadywał przez telefon kwestię konia, mieszkał dwa domy dalej. Ucieszyłem się, że całkiem nieźle mówi po rosyjsku, ale była to radość przedwczesna, bowiem krępy włościanin wskazał młodego chłopaka i powiedział:Ja przepraszam autora, że się tak nabijam z jego 'wzlotów i upadków', ale taka już natura ludzka, że najbardziej są wszyscy uchachani, jak się ktoś wywali.
- To mój syn Lasza. Z nim pojedziesz.
- A mówi po rosyjsku?
- Ciut, ciut - uśmiechnął się dumnie ojciec i muszę przyznać, że wyjątkowo jak na Gruzję akurat w tej deklaracji nie było najmniejszej przesady. A konkretnie Lasza po rosyjsku potrafił powiedzieć "ciut, ciut' właśnie i 'diesat', czyli dziesięć. Dlaczego akurat tak, a nie pięć, dziewięć czy szesnaście do trzeciej potęgi, tego nie wiem, ale stało się jasne, że nudno nam w czasie wędrówki nie będzie.
Nie miałem czasu na dalsze lingwistyczne refleksje, gdyż przed moją głową zamachały grzywami dwa krępe koniki. Lasza, który jak każdy miejscowy góral, mimo że strzaskany na heban, miał rumiane policzki, szybko przytroczył do nich mój plecak i swój tobołek i gestem przypominającym skok do wody pokazał mi, że mam dosiąść wesołego zwierzaka. Byłem trochę skonfundowany. Myślałem, że zanim ruszymy, objaśnię wszem i wobec, ze to trzecia w moim życiu styczność z koniem. pierwsza miała miejsce w trakcie robienia fotografii na kucyku w Zakopanem, kiedym był przedszkolakiem, a druga, gdy wybraliśmy się z Anią trzy lata wcześniej na lodowiec Uszby w Swanetii. Wtedy prawie natychmiast spadłem, ale na szczęście turlając się, zatrzymałem się na głazie i nawet niczego sobie nie złamałem. Teraz miałem nadzieję na jakieś, jakby to ująć, szkolenie? Próbowałem to na migi pokazać, ale nie wiedzieć czemu, Lasza zupełnie nie zrozumiał, o co chodzi, i uśmiechając się rzekł jeno: "Ciut, ciut"
Nie wiem, jak tę książkę odbiorą ludzie, którzy nie czują ducha tego kraju, którzy nigdy tam nie byli, albo nie są wcale 'rosyjskimi klimatami' (rosyjskimi w sensie krajów byłego związku radzieckiego w całości, nie tylko Rosji) zainteresowani. Ja od pierwszych stron wiedziałam, "z czym to się je". A jak przeczytałam opis lotu samolotem, między tobołami i zwierzętami, gdzie imprezka na całego, ludzie piją, palą i śpiewają - wiedziałam, że jestem w domu. I've been there - jak mawiają anglojęzyczni, kiedy chcą podkreślić, że wiedzą, że dokładnie czują, o czym mowa. No i faktycznie kiedyś leciałam takim wesołym samolotem, więc potwierdzam powagą osobistą, że autor nie ściemnia.
Nad jednym tylko ubolewam, że nigdy nie było mi dane przeżyć supry, czyli uczty. Opisy jedzenia, picia i zwyczajów przy stole zachwyciły mnie i przyprawiły o ślinotok. Szczególnie widok pierożków zwanych chinkali (tu zdjęcie z bloga Katarzyny Pakosińskiej - Tańcząca z Gruzją) mnie uwiodło i śni się po nocach. Ja chcę do Gruzji!
Na koniec nie mogę nie wspomnieć też o Katarzynie Pakosińskiej właśnie, która Gruzję kocha równie ogniście jak małżeństwo Mellerów, o której też w książce i to na romansowo. Aż mi się łza w oku zakręciła, powiem tylko. Oglądałam jej programy w TVP o Gruzji właśnie, a teraz czerpię z jej bloga przepisy i będę próbować wymodzić chinkali, tudzież chaczapuri sama w domu. Wiem, nie będzie tak, jak w słonecznej i gościnnej Gruzji, ale co począć?
Książkę polecam, autorów przytulam do serca, a wieczorem wzniosę za nich winem toast - co najmniej półgodzinny :-)
Gaumardżos!
Subskrybuj:
Posty (Atom)









