piątek, 5 października 2012

Pomniki pod strzechy czyli możliwa recepta na NIE-czytanie

Na fejsie u jednego z pisarzy znalazłam link do artykułu Katarzyny Tubylewicz pt. Smutne, polskie NIE-czytanie Najpierw chciałam dyskutować z pisarzem, potem pod artykułem, ale odpuściłam, co miałabym powiedzieć, że nikt nam nie będzie mówił, że czarne jest czarne, a białe jest białe? Odpuściłam. Męczy mnie już gadanie o mizerii polskiego czytelnictwa, kto czyta, ten czyta, kto nie czyta, ten nie czyta, jak przestaną publikować po polsku, będę czytać tylko po angielsku, a może nawet nauczę się wreszcie od nowa sprawnego czytania po rosyjsku. Obiecuję to sobie od lat i się do tego jeszcze nie zabrałam. W Rosji czytelnictwo ma się dobrze, w krajach anglosaskich też.
Ale mnie to męczyło, jak kornik drążyło mi myśli, aż dziś zaczęłam dyskutować z mężem o tym zjawisku.

Katarzyna Tubylewicz w leadzie do swojego artykułu pisze: "Polska była kiedyś, w sumie nie tak dawno, krajem, w którym walczyło się o zdobycie nowej, dobrej książki i w którym czytanie oznaczało jakiś prestiż. Dzisiaj znajdujemy się w europejskich forpocztach nędznego czytelnictwa, a polski rynek wydawniczy kurczy się w zastraszającym tempie. Czy to długotrwały efekt traumy transformacji, czy może chodzi o coś jeszcze zupełnie innego?"
Pamiętam te czasy, kiedy podczas prywatek pytaliśmy się nawzajem, co czytasz lub czy już przeczytałeś/aś jakąś książkę. Były mody na różne tytuły i wyrywaliśmy je sobie z rąk; bodajże w trzeciej klasie liceum  jedni po drugich czytaliśmy 'Mur' Sartra, albo 'Autostradę' Northa. To nie była kwestia - czy przeczytasz, a kiedy przeczytasz. W podstawówce kupowałyśmy lub zdobywałyśmy w bibliotece jedną i tę samą książkę i we trzy lub cztery koleżanki czytałyśmy ją na wyścigi. A potem spierałyśmy się o to, czy bohaterka powinna była powiedzieć ojcu o talizmanie schowanym w starym wazonie?

Pytam męża, co się stało? Dlaczego czytanie jest już niemodne? Dlaczego zdarza mi się słyszeć, czy widzieć tego typu komentarze - nie przeczytam, bo to nie moje klimaty, nie znam np. lat osiemdziesiątych byłam za mała. To znaczy co, o średniowieczu nie czytasz, o latach dwudziestych nie czytasz, bo nie pamiętasz tamtych czasów? Albo ktoś z książką w szkole to nudny 'nerd' z tłustymi włosami. Nerd to kujon. Tylko kujony czytają. A my przecież nie chcemy być kujonami, wszystkim przyszło samo i do tego dużo kasy zarabiamy... Brrrr, Aż się zaczęłam trząść z emocji, adrenalina mi skoczyła i nie mogłam się uspokoić. Zawsze tak mam, temat budzący emocje powoduje, że zaczynam szczękać zębami.
Mąż jest z tych, którzy czytają, ale o tym nie mówią. Tak jak się nie chwalą za każdym razem, kiedy zjedzą bułkę. Czytanie prasy czy książek jest bowiem naturalne, a rozmowa o tym raz tak, raz nie, zależy od nastroju.

Siedzę naprzeciwko niego i się pruję, że tutaj wszędzie ludzie z książkami i czytnikami, w parku, w pociągu, na lotnisku to już w ogóle. Nie tam gdzieś jedna czy dwie osoby, ale prawie każdy ma w ręku książkę lub ebooka, a jak się dochodzi do odprawy polskich pasażerów, to książki zanikają zupełnie. Jak w filmie science-fiction, było-klik-nie ma.
On na to, że Polska była biednym, zacofanym krajem, kiedy zaczynały u nas wchodzić komputery, ambicją każdego pana domu było wprowadzić go na salon do siebie, celem nie było kupienie książki, a komputera. I jego używanie. Zachłysnęliśmy się gadżetami, bo ich lata, dekady całe, nie mieliśmy. I książka w tym zachwycie gdzieś się zatraciła. A po drugie to trzeba odbrązowić książkę, nie traktować jej jako towaru, który jest dla wybranych, dla mądrych, dla myślących, jedynych i niepowtarzalnych. Książka jest bowiem dla każdego, czyli są czytelnicy 'wysocy' i ci bardziej 'przyziemni', ale dla każdego z nich jest odpowiednia lektura. A we wszystkich programach robi się z tego świątynię wiedzy, intelektu i czego tam jeszcze. Ignoruje się prostego odbiorcę, normalnego człowieka, który tego intelektualnego bełkotu nie rozumie, a jeśli rozumie, to mu się nie chce tego słuchać. Tylko nieliczni mają czas i ochotę na przysłuchiwanie się starzejącej feministce-literatce, żeby nie wiadomo, jak mądrze mówiła, mają tego już po dziurki w nosie. Nie ma zróżnicowania poziomu tych programów, albo na wysoką nutę, albo wcale. A nie ma co się oszukiwać, osiemdziesiąt procent z tych czterdziestu, które czytają, wolą lekturę lekką, odstresowującą, pozwalającą pomarzyć, pośmiać się, uciec w światy, które nie istnieją.

Powiedział, że gdyby były takie programy jak blogi o książkach, to może ludzie czytaliby więcej, trzeba  'literackiego disco polo', niech będzie lżej, rozgadanie, z pasją, dużo śmiechu, przewalania książek, i to nie tylko nowości, ale wracania też do klasyki, spierania się o Lalkę, jak u Książkowca, niech się dzieje.  A nie kilka usztywnionych osób starających się za wszelką cenę zaimponować erudycją sobie nawzajem i wszystkim swoim znajomym. To nie musi być od razu panel fachowców, niech ludzie się z tym identyfikują, a nie odchodzą zniechęceni, bo znowu nic nie rozumieją.Te programy są po prostu dla większości nudne.
Zamurowało mnie, ale po chwili stwierdziłam, że on ma rację. Kurczę, z ust mi to wyjął. Co ja mówię z ust, z serca, z trzewi, z głowy, do ust to nawet nie dotarło.  Książka powinna zejść z piedestału, z postumentów, bo one są tak naprawdę dla niej grobowcami. Literatura medialnie powinna iść pod strzechy!

                                                                     ***

A żeby nie było, że tylko jęczę i niczego nie doceniam, zachwycił mnie nowy program (przynajmniej dla mnie nowy, bo widziałam dzisiaj po raz pierwszy na TVP Kultura, a w sieci znalazłam jeszcze dwa odcinki tylko) - Hala odlotów. Nie tylko o książkach, ale dużo. I świetnie prowadzą tam rozmowy. Mądrze, ale bez zadęcia, z poczuciem humoru, bardzo polecam.
Oglądam i co słyszę od jednego z gości? - to samo o lotnisku, co ja dwie godziny wcześniej powiedziałam mężowi, że jak docierasz do strefy, gdzie nie czytają, to wiadomo, ze to Ryanair do Polski Pewnie dlatego tak mi się spodobał, haha.

poniedziałek, 1 października 2012

Rutyna mi się popsuła

Do tej pory miałam ulubione miejsca do czytania. A to w sypialni na naszym wielkim łożu, na brzuchu leżąc w poprzek. A to na balkonie, kiedy mieszkałam w Siedlcach na Poznańskiej, a on wychodził na ciche podwórko w kształcie litery U. W letnie, upalne noce stawiałam lampkę, siadałam na wygodnym leżaku i czytałam nawet do trzeciej w nocy, pogryzając jabłka pokrojone w cienkie plasterki. Albo przy stole w kuchni, w nocy, kiedy wszyscy spali, a ja jeszcze malinowa herbata i kilka stron, które przechodziły w kilka rozdziałów. Oczywiście też w łóżku przed snem, pod kołdrą, kocem, w ciepłych specjalnych skarpetach do spania, z psem po prawej. W ogrodzie na leżaku, najlepiej zaraz po skoszeniu trawy, kiedy zapach jeszcze w powietrzu. Na plaży chyba lepiej jednak słuchać audiobooków, bo można się obracać dowolnie do słońca albo brodzić w wodzie, nawet szum morza słychać, mimo 'zatkanych uszu', ale na skałach, kiedy mąż próbuje złowić rybę super się czyta. Kiedy dzieci były małe dużo czytałam w wannie, bo to było jedyne spokojne miejsce. Od niedawna w pokoju dziennym mam kącik - fotel bujany, lampka, regały z książkami, superowy, ale jeszcze nie oswojony.



Wszędzie, gdzie bym nie była, nie mieszkała, zaraz ustalam ulubione miejsca do czytania, ulubione siedziska spełniające wymagania, to jest najważniejsze. Gdzie indziej prasa, z rozróżnieniem na magazyny i 'wielko-płachtowe' gazety, gdzie indziej książki.
Ale ostatnio stało się jakoś tak, że mi się moja rutyna popsuła. Nigdzie nie jest mi dobrze. Jak na brzuchu, to mnie kręgosłup boli, albo łokieć, na plecach w łóżku wieczorem zasypiam, na bujaku w kąciku zaczyna mnie mdlić, coś chyba z błędnikiem, albo mi zimno, bo to chłodne miejsce. Przy stole w kuchni wieje mi po stopach, wieczorem nie bardzo, szczególnie nie w zimie. Ogród i plaża już odpadają, bo jesień. Czytam 'Ile wart jest człowiek', świetna i bardzo mi się podoba, ale duży format i ciężka i nie mogę sobie z nią miejsca znaleźć. Wczoraj oparłam ją sobie na pół leżąco na cyckach, to zostawiła mi pręgę taką, jakby mnie wiązali w scenie z 50 twarzy Greya. Mąż nie miał takiego problemu, przeczytał ją migiem, ale on jest twardy nie miętki, nic dziwnego.

Poza tym pora dnia na czytanie. Wieczór, szczególnie późny, to dla takiej starej baby jak ja, kiedy zaczynają się deszcze i wichry, ryzyko, bo mnie świsty za oknem i ogień w kominku usypiają. W dzień, ponieważ nie mam pracy etatowej, wstyd mi się rozwalić i czytać kilka godzin. W samochodzie, podczas sprzątania i gotowania czytam uszami, pewnie czytałabym w autobusie, gdybym dojeżdżała do pracy, ale jej nie mam. Starałam się o praktyki zawodowe w bibliotece, ale nie udało mi się dostać tego miejsca, a było płatne tyle, co zasiłek, widocznie więcej takich jak ja fanów się starało. A już widziałam siebie codziennie czytającą podczas dojazdów (godzina w jedną stronę).

I tak oto jestem w punkcie wyjścia, muszę sobie znaleźć nową rutynę, albo naprawić tę, którą posiadam. Balkonu już nie mam, więc tego nie odbuduję, ale koniecznie muszę znaleźć miejsce, gdzie będzie mi wyjątkowo dobrze i wygodnie. Fotel bym sobie jakiś superowy kupiła, ale zupełnie nie mam dla niego miejsca. Mieszkam wprawdzie w domu, ale maleńkim i mam ograniczoną powierzchnię, więc ustawienie fotela wiązałoby się z usunięciem innego mebla. A taki idealny fotel mola książkowego,  jest moim największym marzeniem.

Jęczę, bo się trochę zablokowałam, doszło do tego, że codziennie książki na półkach oglądałam, wyjmowałam, poczytywałam i chowałam z powrotem. Jedynie Pilcha codziennie kilka dni Dziennika przy kawie czytałam, a resztę udawałam. Kiersnowska mi nie leżała w rękach, bo jak mówiłam ciężka, a ja mam problem z łokciem, więc podczytywałam przy stole w kuchni. Ale żeby się tak zaczytać na śmierć, że nic ani nikt mnie nie może oderwać, to nie. Całkiem odwrotnie, oderwać potrafiło mnie wszystko, byle co.
No i wczoraj stał się cud, nie, rutyny nie znalazłam, ale odblokowałam się i kilka godzin czytałam w łóżku wieczorem "Był dom", który też już za długo nieprzeczytany wisi, a rano od przebudzenia od razu zatęskniłam do powrotu do lektury, z taką ulubioną u siebie niecierpliwością, co to ja szybko muszę zrobić, żeby trochę poczytać. Uwielbiam ten stan.

Może nie czułam się tak strasznie z tą blokadą tym razem, gdyż w mojej rutynie czytelniczej już na stałe zagościły audiobooki, tak więc łokieć i oczy może zawodzą, fotela może jeszcze nie mam, ale wszystkie czynności, które kiedyś były rażącą stratą czasu czytelniczego, czyli domowe obowiązki, już mi nie przeszkadzają, bo sobie czytam uszami. Ostatnio szczoteczką cierpliwie czyściłam prysznic, bo byłam w takim momencie Carycy, że mi się wcale nie chciało zmieniać pozycji i kończyć tej czynności szybko, bardziej interesowało mnie, czy bohaterki przypadkiem nie zgładzą? Albo w ostatni weekend spokojnie zwinęłam stos gołąbków, sama nie wiem, kiedy, taka ciekawa ta książka.
Niedawno Audeo zaprosiło mnie to skorzystania z ich oferty i przejrzenia możliwości sklepu i oszalałam, tyle tam ciekawych książek do słuchania. Jak wspominałam, wymieniałam wcześniej audiobooki z koleżanką, która ode mnie brała papierowe. Nie miałam za bardzo wpływu na to, co dostaję, bo mogłam wybierać tylko z tych, które akurat ona miała. Jak się teraz dorwałam do katalogu, to mi się w głowie zakręciło. Tak się cieszę, że tyle książek wydaje się również w formie audiobooków, że ta moda się rozszerza i upowszechnia, a nie zwija do lamusa, bo to jest najlepszy sposób na spędzanie czasu przy czynnościach, które kiedyś nie kojarzyły się z czytaniem.

Mam kolejkę książek do opisania, bo i tu się trochę zblokowałam, ale powoli nadrobię zaległości.
Ostatnio sobie czytam w towarzystwie mojego pięknistego storczyka





czwartek, 27 września 2012

Zupa za lekko strawna, wbrew tytułowi

Lubię powieści Moniki Szwai, za ich dobre fluidy, za pogodę, za lekkie historie, które zawsze się dobrze kończą. Wiem, że to może dla pisarki okropne, ale sięgam po nie zawsze w okresie obniżonego poziomu stresu, kiedy nastrój wisielczy i na nic innego człowiek nie ma ochoty. Nigdy mnie nie zawiodła.
No cóż, ale zawsze jest pierwszy raz, mam nadzieję, że ostatni.
Książka napisana sprawnie, jak to u Pani Moniki, nie ma się czego czepić, tylko temat moim zdaniem potraktowany trochę zbyt lekko, zbyt strawnie, jak na jego wagę.
In vitro budzi u nas wiele emocji. Jestem za, deklaruję krótko i nie wchodzę w szczegóły światopoglądowe, bo nie miejsce po temu. Inaczej sprawa się ma, moim zdaniem, jeśli chodzi o surogatki. Już nie potrafię tak zdecydowanie opowiedzieć się na tak, czy na nie. Niby rozumiem motywy działania i decyzji, po jednej i po drugiej stronie, ale uważam, że tam gdzie dwa istnienia, a nawet więcej, bo dwie matki, dziecko przynajmniej jedno, do tego mąż, czasem dwóch, to już się robi tłok, który jest kłopoto-twórczy. Tu się musi coś schrzanić.

Ciekawa byłam, jak Monika Szwaja podejdzie do tematu, szczerze mówiąc spodziewałam się tym razem poważniejszej lektury. Niby wiem, że o wszystkim można opowiedzieć lekko, ale bez przesady.
Zdaję sobie sprawę, że to masło maślane, bo sięgam po jej książki, żeby się odstresować, a potem zarzucam, że się za mało stresowałam podczas czytania, ale o ile perypetie miłosne kilku kobiet są łatwe do opisania w ten czy inny sposób, to sprawa poglądów na temat życia poczętego, już nie jest taka łatwa i elastyczna do tego, żeby ją w ramy 'skocznej piosenki harcerskiej' ująć.
Bohaterowie powieści są jednowymiarowi, jak fajowski, to po prostu super, od razu ma przyjaciół, nawet jak się nie stara; jak obrzydliwy to do imentu i nawet nie wiemy dlaczego, wychodzi na to, że tak bo tak. Matka poddająca się in vitro, a potem szukająca surogatki, niby ma obiekcje, stąd zarzucenie prób zapłodnienia, ale przychodzą one z czasem, po dość długim okresie bezrefleksyjnym i trochę do mnie metoda uświadomienia sobie problemu, nie trafia.
Powieść ma klimat, ale on się nie klei do tematu, gdyby była o tym, jak młodym ciężko startować w dorosłe życie, nie byłoby się czego czepić, może tylko tego, że wiele sytuacji z tragicznych podejrzanie łatwo przechodzą w szczęśliwe.
Zresztą nie wiem, może to jest po prostu powieść pt. 'życzę wam wszystkiego najlepszego, jakoś to będzie', a nie pt. 'zobaczcie, jak życie potrafi czasem dokopać'. Może moje doświadczenia, obserwacje przeszkadzają w dziewiczym odbiorze książki? Znowu okazałam się za stara? Ale przecież autorka też nie jest dwudziesto-kilkulatką, mogłam się od niej spodziewać optymizmu, ale może też i większej powierzchni stycznej z rzeczywistością. Mogłam czy przesadzam?
Czytałam uszami, dzięki temu nie miałam ochoty odłożyć i nie wracać, ze słuchaniem jest trochę inaczej, nie siedzi człowiek i nie ślepi, tylko robi co innego i mimo chodem dostaje historię zapodaną do ucha. Przeważnie, kiedy słucham innych powieści, ciekawa jestem, co dalej, cieszę się na jazdę samochodem czy szorowanie prysznica w najmniejszych szparach, bo interesuje mnie, co też się wydarzy w kolejnym rozdziale? Poza tym lubię powieści, w których mam przynajmniej jednego bohatera, który mnie do historii przywiązuje emocjonalnie - lubię go lub wręcz przeciwnie, zaskakuje, denerwuje, nie jest mi obojętny. Tutaj nic takiego nie miało miejsca, nie było chemii między powieścią a mną, czyli czytelnikiem. I to jest chyba największy mój zarzut. Ale jak to z chemią bywa, u mnie nie zaiskrzyło, ale u innych może tak, więc nie polecam, nie odradzam, przekonajcie się sami.

sobota, 22 września 2012

Balyarr, Co. Donegal - zaproszenie na 211. urodziny do May - bratanicy Jane Austen

Tydzień czasu zajęło mi ochłonięcie po tej imprezie. I to nie dlatego, że się tak alkoholizowałam, że tydzień trzeźwiałam, nie dlatego, że zioło paliłam, nie dlatego, że piechotą do domu wracałam, dużo silniejsze niż wszelkie używki było dla mnie samo doświadczenie tej wizyty i musiałam to po prostu przetrawić. Nie mam, tak jak Padma, okazji wizytować miejsc, gdzie pisarki z poprzednich wieków bywały i żyły, dlatego nie jestem po prostu na takie wrażenia uodporniona. Tu nawet nie chodzi o pisarki, bo w tym przypadku mamy do czynienia z bratanicami Jane Austen, zaledwie i aż, które jak się okazało niedawno, żyły tutaj w Donegalu. May, Cassandra i Louisa wyjechały z Wielkiej Brytanii do Irlandii, co w tamtych czasach znaczyło tyle, co na Marsa. Nie wszystkie na raz. najpierw Cassandra poślubiona Lordowi George'owi Hill, potem Louisa, żeby zająć się dziećmi po śmierci siostry, a na końcu Marianne, czyli May, kiedy musiała opuścić dom, najpierw jeden, potem drugi i okazało się, że zupełnie nie ma się gdzie podziać. Ciężkie to były czasy dla kobiet, to wszystkie wiemy, bez mężczyzn nie znaczyły nic, musiał to być brat, mąż, ojciec lub szwagier, same żyć nie mogły i nie chciały. May, gdyby żyła, co oczywiście niemożliwe, obchodziłaby 15 września tego roku 211 urodziny. W ten dzień zebraliśmy się w kilkadziesiąt osób, nie wiem dokładnie ile, ale gdzieś około 50 pewnie, na urodzinach tej niezwykłej kobiety, którą opisała i przybliżyła nam wszystkim Dr. Sophia Hillan. To, czego dowiedziała się o życiu sióstr i ich związkach z Jane Austen, zawarła w książce


Zaczęło się od wizyty w bibliotece niedaleko miejsca, gdzie mieszkam, gdzie odbyła się prelekcja autorki na temat tamtych czasów, sióstr i ich śladów tutaj. Okazało się, że mąż Cassandry wybudował tutaj pierwszy hotel w Donegalu, i że ja znam ten hotel, wybrałam się tam kilka tygodni później na wesele. Zupełnie inaczej patrzyłam na niego, bo znajdowałam ślady dawnych czasów, wcześniej po prostu wiedziałam, ze jest stary, ale nie zdawałam sobie sprawy, że aż tak. Teraz w prywatnych rękach, rozbudowany, ale dowiedziałam się, która część stara i sobie z koleżanką ją obeszłyśmy. Niestety większość ciemna i zdjęcia nie nadają się do publikacji
Tak wygląda budynek z zewnątrz, nie zmienił się, tył jest rozbudowany

An Chúirt Hotel Gweedore


Hall główny, widziany od strony recepcji


A to jedyne dobrze oświetlone miejsce, z drzwi baru wejście do starej części hotelu, wąskie schody prowadzące do pokoi


Bardzo chciałam zobaczyć dom w Ballyarr, gdzie mieszkały siostry, ale jest on w prywatnych rękach i wiedziałam, ze to niemożliwe, na spotkaniu z pisarką byli właściciele, ale nie miałam śmiałości do nich podejść. Pewnego dnia dostałam maila od bibliotekarki z mojego miasteczka z informacją, że jest zaproszenie na imprezę upamiętniającą urodziny May, a odbywa się ona właśnie w Ballyarr. Jakże mogłam nie skorzystać? Na spotkaniu okazało się, że zaproszenie zostało wystosowane imiennie dla mnie, bo autorka pamiętała moją wizytę i naszą rozmowę w bibliotece, nie miała mojego adresu, znalazła mnie więc, poprzez bibliotekę. Miłe.

Jechałam tam dwa godziny, bo nie doszedł do mnie mail ze wskazówkami, jak tam dotrzeć. sama podróż to godzina, ale błądziłam, pytałam, szukałam, nikt z miejscowych nie wiedział, gdzie jest ten dom? Już w samym Ballyarr miałam problem, zdałam się więc na intuicję i wjechałam w bramę, o której myślałam, ze to musi być to miejsce i miałam rację. Jechałam kawałek aleją, aż zauważyłam, że na kamienistym parkingu stoi dużo samochodów i już wiedziałam, że jestem 'w domu'. Przywitali mnie uroczy gospodarze, pozwolili fotografować dom, obejść cały parter, rozgościć cię, jak to na urodzinach.

Niby pozwolenie było, ale mnie i tak głupio było tam fotografować i czułam się jak intruz, to jednak ich dom i widać, że nie muzeum, a zamieszkały.



Dla gości była przygotowana biblioteka. Ten róż na ścianach to typowy kolor dla Donegalu, lubią tak, wydaje im się pewnie, że ociepla pomieszczenie.


Wszędzie stare meble, żadne tam podróby, ale z różnych epok, wszystkie wygodne, klubowe fotele i dużo poduszek. Poniżej moja ulubiona miejscówka, obok regalu z książkami,  z widokiem na park, idealna do czytania. Zresztą tam usiadłam, tylko fotel odwróciłam w stronę prelegentki


zajęłam miejscówkę i pognałam dalej, poniżej pokój do rysowania, czyli w tych czasach po prostu salon, pokój dzienny,  bardzo stylowo urządzony przez gospodarzy

 Ten sekretarzyk mógł być przywieziony przez kogoś z wojaży do różnych kolonii albo w interesach

  Też fajna miejscówka do czytania, może wieczorami. Takie zawalone stoliki to też moda wyspiarska,  porcelanowe bibeloty, zdjęcia, kwiaty, lampa, książkę czy filiżankę trudno byłoby tam umieścić. Wszędzie obrazy


Za taki pojemnik na drewno czy torf wiele bym dała, idealnie, schludnie wygląda, a w środku opał

 Zrobiłam zdjęcie kominka, bo chcę Wam powiedzieć, że szokiem było znalezienie tam telewizora. Jakoś tak dziwnie było go tam zobaczyć. A poza tym kominek w każdym pokoju najważniejszy

 Za plecami kanapy bateria trunków, nie piję, ale lubię wiedzieć, że gdybym chciała, są pod ręką. To takie posh


w tymże pokoju pianino, zwróćcie uwagę, że świeczniki są na świece, a nie na żarówki imitujące świece. I oni je zapalają, kiedy wieczorem muzykują


po wyjściu z pokoju dziennego zauroczył mnie podest nad schodami, od zawsze chciałam mieć książki 'on the landing', ale to jeszcze dopiero plany, najpierw mąż musi zrobić półki

  Ciemnawa jadalnia, w rzeczywistości nie była aż tak mroczna, ale też nie jakaś słoneczna, najciemniejszy pokój w domu w każdym razie, bo z hallu z jednym oknem na końcu, wchodzi się do niej, a tam też jedno okno tylko, też na samym końcu pokoju. No, ale to nie jest do śniadań pokój, bo te jadają w kuchni

  A kuchnia to mi się śnić będzie. Piękne kredensy, tam porcelana, na środku wielki stół, na jego końcu ściana z zamontowaną największą wersją AGI czyli takiej kuchenki, gdzie można gotować, albo piec jak w piecu starym, a na samym dole piekarnik w stylu 'slow', że wsadzasz pieczeń rano i wieczorem, po przyjściu z pracy masz jak znalazł, tam też ziemniaki i warzywa, w jednym dużym garnku, wszystko gotowe. Najwspanialsza rzecz do kuchni, kosztuje kilka tysięcy, wiec mogę zapomnieć. W wielu powieściach występuje AGA, nawet mówi się o nich AGA Saga, czyli obyczajowe, gloryfikujące ciepło domowego ogniska.

  w tejże kuchni, przy samym wejsciu, stół robiący za biruko, a tam sami widzicie, uwielbiam takie miejsca


i znowu jesteśmy w bibliotece, autorka już szykuje się do przybliżenia nam tamtych czasów i osoby samej jubilatki


Z lewej dr. Sophia Hillan autorka i badaczka, po prawej obecna właścicielka domu. Kiedy go kupowali z mężem, nie wiedzieli, że mieszkały tam bratanice Jane Austen, wiedzieli jedynie, że mieszkał tam Lord George Hill. Pewnego dnia zapukała do nich Sophia i powiedziała, ze według jej badań tam mieszkały owe niewiasty i czy mogłaby wejść, opowiedzieć o swoich badaniach i zobaczyć dom. I tak się zaczęło.

  Ulubiony 'mój' obraz w tym domu, wisi nad kominkiem w bibliotece


 A to widok z okna tej miejscówki, co Wam pokazywałam wyżej. Tam bym sobie mogła całymi dniami siedzieć i myśleć, albo czytać, albo słuchać audiobooków. Ale tak dobrze to nie ma. Tego jednak dnia mogłam przez chwilę chociaż poudawać, że umiem podróżować w czasie. Skrzypiące podłogi, dywany nadszarpnięte zębem czasu, meble, które dla niejednego nadawałyby się tylko na śmietnik, tutaj pieczołowicie odrestaurowane, ale cudów nie ma, i tak nadają się tylko dla ludzi, którzy potrafią docenić ich przemijającą urodę.
Wiejskie posiadłości na dłużej zachowują klimat tamtych czasów, gdyż najmniej się wokół zmienia. Poza nowymi krzewami i dosianym trawnikiem, wyższymi drzewami, krajobraz pozostał taki sam.


Po prelekcji, niezwykle dowcipnej i ciekawej, przeszliśmy do kuchni, gdzie raczyliśmy się kanapkami z łososiem, bardziej tradycyjnymi z szynką itp, do tego domowej roboty sconesy, a jakże, i na końcu tort urodzinowy May. Kroi autorka i kobieta, która trzy siostry przywróciła naszej pamięci 

  Przyjęcie odbywało się w kuchni, piliśmy herbatę i kawę z prawdziwej porcelany, nie jakieś tam kubki, tylko filiżanka i spodeczek. To jeszcze dodawało uroku.
Ale można też było wyjść na oszkloną werandę, tam też były talerze z przekąskami i napitki.


Kiedy już pojedliśmy, nagadaliśmy się, opiliśmy się jak bąki i odśpiewaliśmy Happy Birthday, po dopchaniu się tortem, ruszyłam na łowy zdjęciowe wokół domu. Niestety było wiecej takich ludzi, więc nie mam zdjęć bezludziowych, a bardzo chciałam, bo sobie można by wyobrażać, że zaraz wyjdzie kobieta w sukni w stylu empire



 Front domu, z tych okien na dole, z lewego - z pokoju do rysowania, z prawego - ta miejscówka do czytania, widać ogród i hektary zieleni i pól.

A tu już cmentarz, odkryte przez Sophię groby dwóch sióstr, autorka w środku, a pozostali do w prostej linii potomkowie bratanic Jane Austen. Jak widzicie groby są bardzo skromne, ale leżą na pięknie położonym cmentarzu, widok stamtąd zapiera dech w piersiach.

Mówili, że o skromności tych grobów wyżej świadczy fakt, że ten poniższy, ich służącej, jest o wiele okazalszy. To porównanie pokazuje, jakimi kobietami były siostry. Ja jednak myślę, że to kwestia stylu, że może kiedy one były chowane, takie krzyże było modne, a potem całkiem inne.
Groby te były zupełnie zapomniane i zarośnięte, Sophia jest odnalazła, oczyścili je z bluszczu i różnych samosiejek i teraz można je podziwiać w pełnej krasie.

  Kiedy wychodziłam z cmentarza, jeszcze raz obejrzałam się za siebie, zobaczyłam dwa krzyże, większy, starszej Marianne, pochyla się nad grobem Louise. I tak sobie spokojnie razem tam spoczywają. Wzruszające.


Piękny to był dzień, pełen ciekawych informacji, rozmów, również z samą autorką, jej rodziną i innymi gośćmi. Dużo też wzruszeń, bo miejsce niezwykłej urody i stare, dom klimatyczny i duch tamtych czasów unosił się nad nami.  Teraz czeka mnie mnie lektura książki, bardzo jestem jej ciekawa.

piątek, 14 września 2012

Nie wszystko złoto, co się świeci, czyli dlaczego nie interesuje mnie żadna z twarzy Greya

Nie słyszałam o tej książce wiele, zanim nie zaczęłam zauważać komentarzy, że a to jedna, a to druga babka ją właśnie  skończyła i że 'łoł'. Zwróciłam na to uwagę, bo największe 'łoł', oczywiscie również na FB, pochodzi od osób, które w ogóle nie czytają nic innego, ani hu hu. Aż tu nagle trzy tomy, na wyścigi, szuuuu, w kilka nocy. Nie wiem, czy z wypiekami na twarzy, ale tak mi się kojarzy niestety - gospodyni domowa, zwykle lekturę zaczynająca i kończąca na Z życia wzięte i Show, tutaj Hello i Ok, w porywach do krzyżówek, nagle trzy tomiszcza zalicza i oczywiście staje się natychmiastową znawczynią literatury dobrej, a pierwsze trzy miejsca na ich liście bestsellerów okupuje Grey i jego biedne, wyeksploatowane twarze.
Dostałam fragment do przeczytania, z dużą atencją zaliczyłam kilkanaście stron i tylko potwierdziły się moje przypuszczenia, że to porno-wypociny bez żadnego znaczenia. Nic na to nie poradzę, że nie dałam rady dalej czytać i nawet nie będę próbować. Za dużo mam naprawdę dobrych książek albo lepszych czytadeł, żebym się miała z biednym Christianem 'zabawiać' choćby kilka dni. Strata czasu.
I to nie dlatego, że jestem taka porządnicka i mnie ta książka gorszy. Ona mnie po prostu zniesmacza i w ogóle nie jestem ciekawa, co dalej.
Jedno mnie tylko zastanawia, co te kobiety w tym widzą? O ile mogę zrozumieć mole książkowe, które próbują wszystkiego dla zasady odkrywania nowych lektur, nie rozumiem tych wszystkich panien i mężatek, które zrobiły dla tej książki wyjątek i raz w życiu przeczytały książkę, a nawet trzy. 
Zajrzałam do polskich księgarni internetowych sprawdzić, czy wydali już wszystkie, czy dopiero pierwszą i zaskoczona skonstatowałam, że nawet cena sprzyja okazjonalnym czytaczom, bo o ile inne książki o takiej objętości, nowości, kosztują ponad 35 zł, a coraz częściej ponad 40, to ta zaprasza wszelkie nimfy wodne do przeczytania za jedyne 28 złotych. Wiadomo, zależy wszystkim, żeby trafiły pod strzechy.

W każdym razie ogłaszam, że nie tknę żadnej z 50 twarzy Greya.

A poza tym dostałam informację, że książki 'Tost' będą wysłane do zwycięzców na początku przyszłego tygodnia, a tym, którzy nie mieli szczęścia wygrać jej u mnie, polecam blog Notatnik Kulturalny, gdyż tam też można tę książkę wygrać.


poniedziałek, 10 września 2012

Konkurs Tostowy rozwiązany, lista wygranych i lemonowo bezowe reminiscencje

Kochani. Bardzo ciekawe były wypowiedzi, cieszę się, że było takie zainteresowanie, bo książka warta przeczytania, zresztą Aniado z bloga Lepszy Smak to potwierdza u mnie w komentarzach.
Konkurs rozwiązany i mamy zwycięzców. Oto lista pięciu osób (całe szczęście, że pięciu, bo inaczej bym sobie w łeb z korkowca strzeliła, gdybym miała wybierać jedną wypowiedź):
1. Za pierwszą część zadania - odgadnięcie z jakiego filmu pochodzi cytat zawarty w tytule, pierwsza odgadła Nutinka i do niej pojedzie książka.

Kolejne cztery:
1. Molik Ewa
2. Hania Kwaśna
3. Wiewióra
4. Agnieszka Pohl

Adres do Nutinki mam, pozostałe panie proszę o wysłanie adresów do wysyłki książki (przypominam, że z przyczyn ode mnie niezależnych, tylko na terenie Polski). Mój mailowy jest podany w lewej szpalcie.

Tak mnie ten konkurs natchnął, że w swoje urodziny postanowiłam upiec tartę cytrynową z bezą, taką jak na zdjęciu, z tym, że mi taka nie wyszła, ale też niezła i była przepyszna. Wykonałyśmy ją razem z córką.



I tym smacznym akcentem, gratuluję i pozdrawiam
A, i oczywiście zapraszam do obejrzenia filmu. Daty podane w poprzednim wpisie.


piątek, 31 sierpnia 2012

Uwaga - będę może mówić nieskładnie, pięć nocy nie spałam - Konkurs tostowy

Pięć nocy nie spałam, bo jestem po strrrrrasznej wizycie u dentysty, nie będę się tu rozwodzić, jak kto ciekawy krwawych opisów, zapraszam na Co-Dziennik

Są takie filmy, na które nie czekaliśmy, ba, nawet o niech nie wiedzieliśmy, że istnieją, dopadły nas gdzieś przypadkiem, chwyciły w szpony uwagi i nie opuściły myśli, nawet wiele tygodni po seansie. Są takie filmy.
I mnie się zdarzyło niedawno, zmieniając kanały bez specjalnej nadziei na coś cudownego, właściwie już postanowiwszy o zabraniu się za czytanie, ale jeszcze może tu,  a może coś na Ale Kino, nawet mi się nie chce zajrzeć do programu TV, zawsze dobre filmy są na Kino Polska, a może coś fajnego na Kuchnia+? Kto by się właśnie tam spodziewał, że zapodadzą film, który mi zapadnie w pamięć prawdopodobnie na całe życie. Strasznie żałowałam, że go nie nagrałam. Ale nic straconego, bo niedługo będzie nadawany na Canal+ (11 i 25 września).
Filmy brytyjskie mnie czasem fascynują, ale bywa, że i odpychają. Mają w sobie czasem jakiś chłód, surowość i jakby to powiedzieć, wilgoć. Niektóre. A niektóre są jak magnes, i ten, o którym piszę, czyli 'Tost' właśnie zalicza się to tej drugiej kategorii. Wciągnął mnie jak telewizyjny odkurzacz, na 90 minut przeniosłam się po prostu w tamten czas, do opowiadanej historii i tylko mi żal, że niczego sobie nie mogłam tam pojeść. A historia jest dosyć smakowita, można powiedzieć nawet niebezpiecznie smakowita.
Nie wiedziałam o tym, kiedy oglądałam film, ale zastanowiło mnie zakończenie, zaczęłam grzebać i dowiedziałam się, że opowiada historię dzieciństwa słynnego kucharza celebryty brytyjskiego Nigela Slatera, a oparta jest na biograficznej książce tegoż. Wcześnie stracił matkę, przez jakiś czas próbowali sobie radzić sami z ojcem, ale nie bardzo im to wychodziło, w każdym razie postanowiono im pomóc polecając gospodynię zajmującą się domem i gotowaniem i tak do ich życia wkroczyła Mrs. Potter. W filmie grana jest przez niesamowitą, zwariowaną, czasami wręcz niepokojącą Helenę Bonham Carter.  Szanowany wdowiec jest łakomym kąskiem dla postrzelonej Joan. Przez żołądek do serca mężczyzny, zaczyna im gotować coraz do wymyślniejsze potrawy, a kucharką jest bardzo dobrą. Chłopak, czyli mały Nigel, tez lubi gotować, ale jeszcze-nie-machocha, nie dopuszcza go do świątyni, a kiedy on i tak gotuje, w szkole na zajęciach, zaczyna traktować go jak wroga i konkurenta.



Popisowy lemon meringue pie, na zdjęciu poniżej, spędza mi sen z powiek. Jakże ja bym chciała umieć takiego upiec. Albo chociaż raz zjeść.


Uczty domowe są coraz okazalsze, aż do tragicznego finału, ale o tym sza. Zobaczcie sami.


Nigel dosyć szybko zorientował się, że mężczyzna gotujący, tylko na początku jest pośmiewiskiem, ale koniec końców, jeśli robi to dobrze, wszyscy go podziwiają, a kobiety po prostu uwielbiają


Ten film jest wzruszający, chwilami zabawny, chwilami smutny, zwariowana Mrs. Potter jest taka jak Helena, postrzelona, nie trzyma się zupełnie ram konwenansów i dobrych obyczajów. Ma w sobie tajemnicę, ale też jakąś żałość. Wszystkie smaki życia w jednej - po części kulinarnej - historii.
A wszystko to o tym Panu poniżej



I tu dochodzę do sedna wpisu, czyli konkursu. Mam dla Was do rozlosowania pięć książek Nigela Slatera, na podstawie których nakręcono film - ufundowanych przez Cyfrę+



Poproszę Was, żebyście napisali kilka zdań o tym, jakich kucharzy znanych szerokiej publiczności, z prasy, telewizji czy książek kucharskich, cenicie najbardziej i dlaczego? Mogą to być Polacy lub nie, żyjący lub nie.

Niestety książki mogą być wysłane tylko na adresy w Polsce, weźcie to pod uwagę, zgłaszając się do konkursu. Nie musicie mieć bloga, jeśli nie macie, zostawcie do siebie jakiś adres email. Nie musicie linku do tego konkursu umieszczać u siebie na blogu, chyba, że chcecie. W ogóle nic nie musicie poza posiadaniem polskiego adresu do wysyłki i napisaniem kilku słów. Najciekawsze wypowiedzi zostaną nagrodzone książkami, a jest ich cztery, bo piąty konkursowy egzemplarz przypadnie temu, kto pierwszy odpowie, z jakiego polskiego filmu pochodzi zacytowany w tytule posta tekst -  "będę może mówić nieskładnie, pięć nocy nie spałem" (dla ułatwiania dodam, że kwestia ta była namiętnie powtarzana przez pewnego reżysera).
Na odpowiedzi czekam do 9 września do późnej nocy, w poniedziałek poczytam i 11 września, w dzień emisji filmu na Canal+ ogłoszę wyniki. Proszę wpisujcie je poniżej w komentarzach.

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Filmowe lato, Więckiewicz razy dwa, Dziędziel też na dodatek, a i po czesku też coś wpadło

Kochani. Zamilkłam, jakoś mi nie idzie teraz. Listę mam długą jak papier toaletowy, a pisać nie po drodze. Co siadam, to wydaje mi się, że nie mam nic ciekawego do powiedzenia. A potrafię przy porządkach na przykład przemyśliwać, co to ja Wam powiem, jak tylko dorwę się do komputera. Wystrzelam się z myśli podczas pozakomputerowego czasu, a przychodzi ten moment, że trzeba by znaki do kupy zebrać w słowa i nic. Wszystko wydaje mi się jakieś takie bez sensu. Rozmemłałam się jak mamałyga, czas potrafię przepierzyć za przeproszeniem jak nikt. Przewalam się między komputerem, książką, gazetą, filmem, kuchnią, ogrodem i obowiązkami i nic nie jest zrobione jak trzeba. No, może poza obowiązkami.
Postanowiłam przerwać ten zaklęty krąg niepisania, zrobiłam sobie herbatę zaparzoną jak Pan Bóg przykazał, czyli w czajniczku liściastą, nalałam do ulubionej filiżanki i do dzieła. Dzisiaj o kilku filmach.


Od Moniki z błękitnej biblioteczki pożyczyłam dvd 'W ciemności'. Ona biedna nie zdzierżyła, ale to dlatego, ze dopiero co po urodzeniu Henryczka, młode mamy lepiej, żeby coś weselszego oglądały, miała rację, że zostawiła na potem. Przyniosła mnie przed wyjazdem do Polski na wakacje i jak tak chodziłam wokół tego filmu, jakby mi ktoś drzazgę w palec wbił. Aż stwierdziłam, że trzeba się z tematem zmierzyć, bo jak to tak z kawałem drewna pod skórą żyć?

 
O Bożenciu, co ja się naemocjonowałam, myślałam, ze mi serce siądzie. Nie będę tu rozprawiać o zdjęciach i scenariuszu, o tym, że Więckiewicz wielkim aktorem jest, bo to możecie sobie poczytać gdzie indziej, wszyscy pieją i mają rację. Powiem tylko, że czułam wilgoć, czułam strach, samotność, ale i małe radości (malutkie takie) w czasie tego ukrywania się. Podobała mi się kreacja Więckiewicza i jego postać, człowieka niejednoznacznie dobrego, z duszą o wielu odcieniach szarości i czarniawą nawet. Przecież bohaterem się człowiek nie rodzi, nim się bywa i to czasem nie na podstawie logiki i przemyśleń, a impulsu, bo inaczej nie można. Gdyby się nad tym głębiej zastanowić, to pewnie by człowiek wolał nim nie być, byle mieć święty spokój, byle bezpieczniej. A tu coś ci karze pomagac cholera, ryzykować i nic na to nie poradzisz. Wojna to straszny czas, nie chciałabym tego przeżyć, dlatego trudno mi oceniać tych, co byli dobrzy i tych, co się zepsili.
A kiedy oni wyszli z kanału i on krzyczał - Moje Żydy, to ja tak strasznie płakałam, że się aż mąż zaniepokoił. Bo się napięcie nabudowało i to się tak masowo wodospadem wyładowało. Ja w ogóle ostatnio mam nerwy na wierzchu, strasznie wszystko przeżywam, tak jak kolejny film z Więckiewiczem pt. Wymyk.Tym razem Canal+ mi go zapodał, kocham ten kanał za polskie filmy (i nie tylko, bo i francuskie też nadają i w ogóle dobre)


To jest film, w którym widać, że Więckiewicz jest po prostu cholernie dobrym aktorem. Warunki ma takie, jakie ma, można by powiedzieć, że wszędzie jest taki sam, gdyby nie to, że nie jest. Kurczę, jak on to robi, że ja wiem, że to on, a jednocześnie identyfikuję go za każdym razem z rolą i wszystko mi jedno, że to znowu on. Większy mam problem z Simlatem, bo on mi się wydaje wszędzie taki sam, ale w sumie tu nie ma słabych ról. Wątek jest od początku do końca bardzo świadomie poprowadzony, na sztywnym kiju, że się tak wyrażę, nic tam się nie gibie na strony.
A ładunek emocjonalny równie mocny jak w wojennych i rozliczeniowych samograjach, bo tam, nie oszukujmy się, bez łaski, że się człowiek przejmuje, a tu mamy historię dwóch braci i pewnej podróży pociągiem, po której nic już nie jest takie samo.
I mój ulubiony Dziędziel jak wisienka na torcie. I Muskałę bardzo lubię, chciałabym jej więcej w kinie.
Nie będę opowiadać fabuły, bo nie lubię tego na innych blogach, tutaj tylko o tym, że siedzieliśmy z mężem jak zaczarowani i tylko klęliśmy pod nosem, że to się wszystko tak pokiełbasiło u bohaterów i już nie odkręci, bo życie nie zawsze jest takie, że powiesz przepraszam i wszystko jest ok.
Bardzo polecam.


A jak Dziędziel, to po raz drugi, tym razem w dużo lżejszym gatunkowo wydaniu. Mam słabość do Fleszarowej-Muskat, a to właśnie na podstawie jej powieści o budowaniu Gdyni - 'Tak trzymać' - nakręcono mini serial czteroodcinkowy 'Miasto z morza'. Czy ja mogłam to przegapić? Oczywiście, że nie, chociaż cukierkowy, chociaż pozytywistyczny, o tym, jak ciężką pracą ludzie się bogacą a Polska rośnie w siłę. Ujęcia jak z obrazów nadmorskich malarzy, którzy tworzą na promenadzie i mają nadzieję sprzedać na pniu swoje produkcje. Ale mnie to nie przeszkadza, nie samymi ciężkimi i ważnymi filmami człowiek żyje, potrzeba mi czasem wytchnienia i odpoczynku, a nade wszystko nieustającej wiary, że ciężką pracą i pasją można osiągnąć wiele, a wielkie wizje rodzą się w głowach i sercach ludzi najpierw, potem dopiero trafiają do realizacji i nie trzeba się bać, jeśli w coś wierzysz, to się ziści.
Nawet jeśli nie, wierzyć trzeba.

Jak już tak lżejszymi poleciałam, to zapodałam od razu Morning Glory trzymany na tę właśnie okazję.


Typowa amerykańska komedia, o młodej producentce, która trafia do większej, ale podupadającej stacji do programu porannego i stawia go na nogi. Wszystko to już było, czyli na początku jest do niczego, ale potem się to jakoś układa, ale śmiesznie jest i naprawdę duży to relaks, więc polecam jak słodkiego pączka na troski, nie samymi sałatkami z soją człowiek żyje.

A na koniec wisienka na torcie. Kiedyś widziałam ten film od połowy, nie znałam tytułu i mnie męczyło, co to takiego było? Teraz zasadziłam się na oglądanie 'Piękności w opałach' na Ale Kino (drugi kanał, bez którego żyć bym nie umiała) - filmu czeskiego, o którym wiele dobrego słyszałam. I co ja widzę? Ta dam, to ten film, co go tylko pół widziałam. Obejrzałam teraz jak należało, czyli od napisów początkowych do końcowych i powiem tak, dobry cholernie, ale zostawił mnie zniesmaczoną, jakby mnie ktoś lepkim mazidłem obsmarował i zostawił na słońcu. Nie z powodu samego filmu, bo podkreślam, że jest świetny i ze wszech miar wart obejrzenia, ale i historia, i bohaterowie nie są zdecydowanie tym, do czego nas przyzwyczaili Czesi, którzy zawsze brzydkie potrafili pokazać w lepszym świetle, chociaż na wesoło. Tutaj nie ma wesoło, to, co jest niesmaczne, jest niesmaczne, pogmatwane i dołujące. Jedynie aktor, który kiedyś grał doktora Błażeja w Szpitalu na peryferiach, jedyna normalna postać w tej opowieści, jest zadziwiająco na starość przystojny.



Jan Hrebejk pokazał życie swoich rodaków w jaskrawych kolorach, bez żadnego ściemniania, stukania się kuflami piwa i czeskich przyśpiewek. Wspaniałe kino, ale wymagające czegoś więcej, więc nie nastawiajcie się na beztroskie jedzenie domowego popcornu. Momentami będzie bolało. Mimo tego, jest to jeden z tych filmów, które na pewno obejrzę kiedyś jeszcze raz.

A na koniec polecę Wam nowy serial kryminalny, na który się niezwykle cieszę - tym razem rodem z Finlandii - od 2 września, na razie 6 odcinków pt. Vares. Przeczytałam w zajawkach -  serial, w którym czarny kryminał splata się z elementami komedii i pastiszu, został okrzyknięty w ojczyźnie Świętego Mikołaja początkiem nowego gatunku - Finn Noir. Osiągnął kolosalną popularność, a jego kolejne odcinki wchodziły tam na duży ekran, jako pełnometrażowe filmy kinowe. 


Nie chcę go przegapić, już sobie zapisałam w kalendarzu, ciekawe, czy uwiedzie mnie równie łatwo jak Winter, Wallander czy Sarah Lund?
I cieszę się, że Krew z Krwi (polski serial kryminalny z Agatą Kuleszą) będzie na Canal+ powtórzony, bo ja przegapiłam połowę odcinków z powodu choroby. Dla zainteresowanych od 3-12 września codziennie po jednym odcinku będą emitować, lub od 21 września w każdy piątek.

No to się nagadałam, a teraz idę sobie precz. Wiem, połowa z Was nie ogląda, druga połowa nie ma telewizora, trzecia połowa nie ma Canal+, czwarta nie ma Ale Kino, ale filmy są też pewnie dostępne na dvd, warto o nich wiedzieć. A ja uwielbiam dobre seriale i dobre filmy, traktuję je na równi z książkami, uważam, że rezygnowanie z tej akurat muzy to odbieranie sobie wiele przyjemności. Nie chcę tu wywoływać dyskusji, tylko można powiedzieć ją kończę, po wielu komentarzach o tym, że szkoda czasu na TV.
Po ostatnim seansie pierwszego odcinka sfilmowanej książki Forda Madoxa Forda 'Parade's End' na BBC2, szczególnie nie mogę się z tym poglądem zgodzić. Jakie to było, hmmm, pysznościowe, tak bym to ujęła. Ale o tym więcej kiedy indziej