Od czego by tu zacząć.
Może od przeprosin, żeby się nie okazało, że zapomniałam, bo myśli pędzą, muszę się streszczać.
Dla Dabarai i Lirael, za to, że mam ich książki, macam, wącham (są bezpieczne, szanuję bardziej niż własne), ale nie przeczytałam ich jeszcze, bo - i tu o braku czasu będzie - mam pilną robotę do wykonania i siedzę nad nią dzień i pół nocy od dni kilku. Wcześniej urodziny syna (zdjęcia tortu na FB), a pewnie i na blogu codzienny za niedługo, wizyta córki, a nie będę jej widzieć aż do Wielkiej nocy, czyli post nie tylko od używek, ale i od córki obecności. Wszystkie grzechy odkupię, bo na diecie jestem, więc rybka, warzywka, kurczaczek, chudo, często a mało, sami wiecie. Książkę z dietą przedstawię, ale nie dzisiaj. Post jak znalazł na ten czas.
Rozpacz, zanim przedstawię audiobooka, muszę napisać o niej - ukazała się nowa książka Mariusza Szczygła
Wiecie jak to jest, człowiek wie, że może ją kupić za miesiąc, za pół roku, ale serce krwawi, jak się pomyśli o tych, co mogą tak z ulicy wejść i drogą kupna nabyć.
A teraz o audiobooku. Prezenty od PWN w postaci książek o dwudziestoleciu międzywojennym, zwiększyły u mnie zapotrzebowanie na powieść z tego okresu. Na kogo miałoby paść jak nie na Tadeusza Dołęgę-Mostowicza? Tym razem powieść 'Prokurator Alicja Horn'. Na którymś z blogów przeczytałam o tej książce, zapałałam chęcią poznania treści, mam nawet na półce, ale ciągle coś w kolejce do czytania, wyszukałam więc w Merlinie do słuchania i zdumiałam się, że tylko za 17.5 zł. Kupiłam i nie żałuję. Fajna interpretacja Włodzimierza Pressa bardzo umiliła mi słuchanie tej powieści.
Tadeusz Dołęga Mostowicz urodził się w 1898 roku, jego pierwsza powieść ukazała się w 1930 roku. Napisał ich 16, dostatnio żył z tantiem. Miał bardzo ciekawe życie, walczył w wojnie polsko-bolszewickiej, potem był redaktorem i felietonistą, został nawet raz porwany, bo naraził się bojówkom sanacyjnym. Zginął zabity przez Sowietów we wrześniu 1939 roku w czasie walk na granicy wschodniej.
Dla mnie Dołęga-Mostowicz był tym dla tamtego czasu w literaturze, czym Jane Austen w swoim czasie w Anglii. Pisał o rzeczach niewygodnych, bystry obserwator i do tego wyprzedzający swoją epokę, widzący zjawiska tak, jak nie postrzegali ich inni. Albo nie tak łatwo godzący się z nimi, jak inni. Jego Kariera Nikodema Dyzmy to majstersztyk - bez pardonu zaatakował ówczesne elity polityczne, towarzyskie i nic sobie z tego nie robił.
W prokurator Alicji Horn głównie idzie o miłość. Jan Winkler przyjeżdża do Warszawy, człowiek z burzliwą przeszłością, którą powoli poznajemy, zaczyna brylować wśród elit stolicy. Prokurator Alicja, kobieta w świecie mężczyzn, obserwujemy jej życie prywatne, ale i zawodowe, dzięki temu, że jest nieprzejednana, zyskuje szacunek. Nieprzejednana w pracy, miękka w domu, kobieca, ze wszystkimi tego dodatkami, włącznie z zazdrością, która ją niszczy. Metody detektywistyczne, jakie tam widzimy - to woła o pomstę do nieba. Warto się temu przyjrzeć.
Mamy też dywagacje o genetyce i teorie związane z 'zapatrzeniem' i wpływem tegoż na urodzone dziecko. Jak to u Dołęgi-Mostowicza świetnie, ale nie nachalnie i dydaktycznie, zarysowane tło społeczne, obserwacje socjologiczne bezcenne, a do tego duży ubaw, jak to przy czytaniu fikcji.
Koniecznie muszę poszukać filmu nakręconego na podstawie tej powieści w 1933 roku z Jadwigą Smosarską w roli Alicji. Czy znacie jakieś wydawnictwo, które produkuje na dvd przedwojenne filmy? A może są one dostępne gdzieś legalnie w sieci?
I to by było na tyle, wracam do roboty.
Blogowanie uzależnia, normalnie mi was brakuje.
środa, 22 lutego 2012
piątek, 17 lutego 2012
O czterdziestokilkulatce, która wysoczyla oknem (ze szczęścia)
Trochę też ze zmartwienia, ale o tym nie będę pisać, bo to jest blog o książkach i innych takich.
Pominę więc milczeniem, co mi zaprząta myśli, co nie pozwala skupić się na książce, co siedzi kołtunem w głowie i nie daje żyć.
Zawsze w takich razach, jakaś równowaga musi być, chociaż można to nazwać też ratunkiem, dzieje się coś, co trzyma mnie przy życiu. Tym razem są to trzy przesyłki i jeden zakup.
Pierwsza to była książka pożyczona od dabarai - Miss Pettigrew Lives For a Day. Już mam ją w zakładce i zaczęłam czytać. Jest to pięknie wydana książka z wydawnictwa Perspephone Books w Londynie.
Zdjęcia nie oddają, jakie one starannie zaprojektowane. Na domiar złego robiłam je wieczorem w kuchni, przy sztucznym oświetleniu chyba nie wypadają tak, jakby to było w dzień.
Ach te rysuneczki, zakładka jest taka jak wnętrze książki o jednej stronie, a po drugiej też z rysuneczkiem z książki. Takie cudo aż przyjemnie czytać. Dziękuję Kasiu za wysłanie jej do mnie.
Druga to też pożyczanka od Lirael tym razem, pisała o tej książce, nigdzie jej nie mogłam dostać, a kupić mnie nie było stać, bo tutaj 'persefonki' kosztują krocie, wszędzie zresztą. Przysłała, do tego list pisany ręcznie na kolorowej, gustownej papeterii. Maleńka książeczka, ale przyjemnostka wielka. Powstaje film na jej podstawie, widziałam trailera, bardzo klimatyczny.
I na końcu, nie mniej ważna przesyłka, wygrana książka od przynadziei z Notatnika Kulturalnego
Książka była nagrodą, a PaperMint, piękna pocztówka i jeszcze dwie książeczki o Małopolsce dla zwiedzających, zapakowane już dla córki, więc nie ma na zdjęciu, były bonusem. Skąd Robert wiedziałeś, że akurat tego numeru PaperMint było mi przykro nie mieć? Chciałam poczytać wywiad z 'Marcinami',ale nie miałam jak kupić, a tu taka niespodziewajka.
To już by wystarczyło, żeby oknem z parteru skoczyć, ale na dodatek powiem Wam pierwszym, że kupiłam bilety do Polski, lecę odwiedzić mamę. Tak się złożyło, że wylot będę miała z Warszawy i będę mogła zahaczyć o Targi Książki w maju. Osiem lat temu ostatnio byłam na jakichkolwiek, mam nadzieję zobaczyć pisarzy, pomacać i może uda mi się też spotkać któregoś z Was?
Ot takie to szczęścia w nieszczęściu.
Pominę więc milczeniem, co mi zaprząta myśli, co nie pozwala skupić się na książce, co siedzi kołtunem w głowie i nie daje żyć.
Zawsze w takich razach, jakaś równowaga musi być, chociaż można to nazwać też ratunkiem, dzieje się coś, co trzyma mnie przy życiu. Tym razem są to trzy przesyłki i jeden zakup.
Pierwsza to była książka pożyczona od dabarai - Miss Pettigrew Lives For a Day. Już mam ją w zakładce i zaczęłam czytać. Jest to pięknie wydana książka z wydawnictwa Perspephone Books w Londynie.
Zdjęcia nie oddają, jakie one starannie zaprojektowane. Na domiar złego robiłam je wieczorem w kuchni, przy sztucznym oświetleniu chyba nie wypadają tak, jakby to było w dzień.
Ach te rysuneczki, zakładka jest taka jak wnętrze książki o jednej stronie, a po drugiej też z rysuneczkiem z książki. Takie cudo aż przyjemnie czytać. Dziękuję Kasiu za wysłanie jej do mnie.
Druga to też pożyczanka od Lirael tym razem, pisała o tej książce, nigdzie jej nie mogłam dostać, a kupić mnie nie było stać, bo tutaj 'persefonki' kosztują krocie, wszędzie zresztą. Przysłała, do tego list pisany ręcznie na kolorowej, gustownej papeterii. Maleńka książeczka, ale przyjemnostka wielka. Powstaje film na jej podstawie, widziałam trailera, bardzo klimatyczny.
I na końcu, nie mniej ważna przesyłka, wygrana książka od przynadziei z Notatnika Kulturalnego
Książka była nagrodą, a PaperMint, piękna pocztówka i jeszcze dwie książeczki o Małopolsce dla zwiedzających, zapakowane już dla córki, więc nie ma na zdjęciu, były bonusem. Skąd Robert wiedziałeś, że akurat tego numeru PaperMint było mi przykro nie mieć? Chciałam poczytać wywiad z 'Marcinami',ale nie miałam jak kupić, a tu taka niespodziewajka.
To już by wystarczyło, żeby oknem z parteru skoczyć, ale na dodatek powiem Wam pierwszym, że kupiłam bilety do Polski, lecę odwiedzić mamę. Tak się złożyło, że wylot będę miała z Warszawy i będę mogła zahaczyć o Targi Książki w maju. Osiem lat temu ostatnio byłam na jakichkolwiek, mam nadzieję zobaczyć pisarzy, pomacać i może uda mi się też spotkać któregoś z Was?
Ot takie to szczęścia w nieszczęściu.
czwartek, 9 lutego 2012
Zofia Woźnicka - niezapomniana czarodziejka moich młodych lat
Wprawdzie wzmiankowałam już raz o jej powieściach TU, przy okazji innego wpisu, ale po dzisiejszej rozmowie facebookowej z Martą postanowiłam przybliżyć jeszcze raz postać Zofii Woźnickiej, bo uważam, że ciekawie pisała dla młodzieży. Pewnie nie jednemu ją tylko przypomnę, a innym przedstawię. Jeszcze się wahałam, czy w ogóle warto pisać taką notkę, ale po przeczytaniu nowego wpisu u przewodnikapokrakowie (przypadkiem tez o powieści tej autorki), pomyślałam - a niech tam.
Poza tym nie gniewajcie się, ale trochę mam dość ostatnio jednolitych wpisów na blogach (piszę ogólnie, bo oczywiście zdarzają się rodzynki) - stosików i opisywania kilku książek na krzyż. Ja bym chciała poznać Wasze myśli okołoksiążkowe, fascynacje sprzed lat, nie tylko te nowe, najmilsze wspomnienia z różnych lektur i czasem mnie już mdli od 'dziewczynek z delfinami' (w sensie zjawiska powtarzalności, nie tytułu) w prawie każdym wpisie. I nie zrozumcie mnie źle, to nie jest krytyka, raczej zauważenie nieuchronnego zjawiska, bo przecież blogi to odzwierciedlenie rzeczywistości, a często jest tak, że wszyscy czytają to samo, bo jest o jakiejś książce głośno. Pewnie, czasem sama się wpisuję w ten nurt masowego czytania jednej i tej samej książki, stąd taka 'ucieczka z peletonu', stąd chęć wypadnięcia z trasy'.
Siostry Woźnickie (właściwe Wicher), Zofia i Ludwika, były bliźniaczkami. Z powodu pochodzenia żydowskiego (mama była Żydówką), w czasie wojny uwięzione były w Gettcie Warszawskim, a potem w wieku 16 lat zabrała je do siebie i ukryła dr Felicja Felhorska. Zostały wywiezione do Niemiec, skąd Zofia wróciła rok po zakończeniu wojny. Była tłumaczką z języka francuskiego, krytykiem literackim i pisarką dla dzieci i młodzieży. Jej siostra też pisała dla dzieci, tłumaczyła z angielskiego. Obie przyjaźniły się z matką braci Kaczyńskich i były matkami chrzestnymi chłopców. Obie popełniły samobójstwo, Zofia w 1983 roku, a siostra trzy lata później.
Cecha wspólna powieści Zofii Woźnickiej (tych, które znam) to miejsce akcji, bohaterki zawsze wyjeżdżają do Francji. Ania ze Skalistej Krainy Katalonii jedzie tam po nieudanych egzaminach na medycynę. Wanda z Zaproszenia odwiedzić rodzinę, a bohaterka Paryskiego Stypendium Joanna, na naukę do Akademii Sztuk pięknych. Dużo się dzieje, sam wyjazd to, szczególnie w tamtych czasach, duże wyzwanie, a do tego poznawanie nowych realiów, uczenie się życia, dojrzewanie, galeria ciekawych postaci. Nie mam pamięci fabularnej, nie jestem pewna teraz treści, tak żeby dokładnie zreferować, która o czym i ich ze sobą nie pomylić, ale każda z nich wywarła na mnie wyjątkowe wrażenie i do tej pory czuję niezwykłe ciepło, kiedy je biorę do ręki. Postanowiłam, ze sobie je powtórzę i wtedy może opiszę dokładniej.
Edytuję, bo wczoraj w nocy pisałam i zapomniałam o tym, że te powieści, dla dziecka chowanego w komunie, były oknem na świat. Obce języki wplatane w dialogi, opisy Paryża i innych krajów, podróże zagraniczne, inne życie, wolność - dla mnie wtedy to była bajka, która się ziściła, ale wtedy o tym nie wiedziałam. Nie żałowałam swojego życia, ale jak każdy młody człowiek chciałam też wiedzieć i widzieć też coś innego, poza moim własnym podwórkiem.
W każdym razie, kiedy będziecie w bibliotece, a macie już dosyć gorących nowości, może sięgniecie po którąś z powieści Woźnickiej? Są młodzieżowe, ale takie dla starszej, licealnej młodzieży, więc i na progu dorosłości można sobie zapodać. A na starość, hihi, przypomnieć.
Poza tym nie gniewajcie się, ale trochę mam dość ostatnio jednolitych wpisów na blogach (piszę ogólnie, bo oczywiście zdarzają się rodzynki) - stosików i opisywania kilku książek na krzyż. Ja bym chciała poznać Wasze myśli okołoksiążkowe, fascynacje sprzed lat, nie tylko te nowe, najmilsze wspomnienia z różnych lektur i czasem mnie już mdli od 'dziewczynek z delfinami' (w sensie zjawiska powtarzalności, nie tytułu) w prawie każdym wpisie. I nie zrozumcie mnie źle, to nie jest krytyka, raczej zauważenie nieuchronnego zjawiska, bo przecież blogi to odzwierciedlenie rzeczywistości, a często jest tak, że wszyscy czytają to samo, bo jest o jakiejś książce głośno. Pewnie, czasem sama się wpisuję w ten nurt masowego czytania jednej i tej samej książki, stąd taka 'ucieczka z peletonu', stąd chęć wypadnięcia z trasy'.
Siostry Woźnickie (właściwe Wicher), Zofia i Ludwika, były bliźniaczkami. Z powodu pochodzenia żydowskiego (mama była Żydówką), w czasie wojny uwięzione były w Gettcie Warszawskim, a potem w wieku 16 lat zabrała je do siebie i ukryła dr Felicja Felhorska. Zostały wywiezione do Niemiec, skąd Zofia wróciła rok po zakończeniu wojny. Była tłumaczką z języka francuskiego, krytykiem literackim i pisarką dla dzieci i młodzieży. Jej siostra też pisała dla dzieci, tłumaczyła z angielskiego. Obie przyjaźniły się z matką braci Kaczyńskich i były matkami chrzestnymi chłopców. Obie popełniły samobójstwo, Zofia w 1983 roku, a siostra trzy lata później.
Cecha wspólna powieści Zofii Woźnickiej (tych, które znam) to miejsce akcji, bohaterki zawsze wyjeżdżają do Francji. Ania ze Skalistej Krainy Katalonii jedzie tam po nieudanych egzaminach na medycynę. Wanda z Zaproszenia odwiedzić rodzinę, a bohaterka Paryskiego Stypendium Joanna, na naukę do Akademii Sztuk pięknych. Dużo się dzieje, sam wyjazd to, szczególnie w tamtych czasach, duże wyzwanie, a do tego poznawanie nowych realiów, uczenie się życia, dojrzewanie, galeria ciekawych postaci. Nie mam pamięci fabularnej, nie jestem pewna teraz treści, tak żeby dokładnie zreferować, która o czym i ich ze sobą nie pomylić, ale każda z nich wywarła na mnie wyjątkowe wrażenie i do tej pory czuję niezwykłe ciepło, kiedy je biorę do ręki. Postanowiłam, ze sobie je powtórzę i wtedy może opiszę dokładniej.
Edytuję, bo wczoraj w nocy pisałam i zapomniałam o tym, że te powieści, dla dziecka chowanego w komunie, były oknem na świat. Obce języki wplatane w dialogi, opisy Paryża i innych krajów, podróże zagraniczne, inne życie, wolność - dla mnie wtedy to była bajka, która się ziściła, ale wtedy o tym nie wiedziałam. Nie żałowałam swojego życia, ale jak każdy młody człowiek chciałam też wiedzieć i widzieć też coś innego, poza moim własnym podwórkiem.
W każdym razie, kiedy będziecie w bibliotece, a macie już dosyć gorących nowości, może sięgniecie po którąś z powieści Woźnickiej? Są młodzieżowe, ale takie dla starszej, licealnej młodzieży, więc i na progu dorosłości można sobie zapodać. A na starość, hihi, przypomnieć.
poniedziałek, 6 lutego 2012
Niby nie moje, a i tak nie moglam kartonu spokojnie otworzyć
Tak to jest z tymi przesyłkami z Polski, nieważne, czy to dla mnie, czy dla biblioteki, kiedy widzę karton z Merlina, ręce mi latają, nożyczek wbić nie mogę, szarpię się z taśmą klejącą, oszaleć można. Jak narkoman na głodzie.
Kiedy wszystko wyjęłam, aż mi się słabo zrobiło. Wszystkie pozycje na swój sposób dobre, każda do hit, dla każdego coś dobrego, a i dla mnie czytania dużo, bo oprócz Wałęsowej, nic jeszcze nie znam. Teraz wpisuję tytuły do bazy danych, a w niedzielę pojadą do biblioteki, do ludzi. Coś sobie chyba zostawię do czytania, chociaż stos obok łóżka rośnie i wygląda groźnie. Mr. Pebble i Gruda mnie kusi. Wszystko mnie kusi. Trzymajcie mnie!!!
Kiedy wszystko wyjęłam, aż mi się słabo zrobiło. Wszystkie pozycje na swój sposób dobre, każda do hit, dla każdego coś dobrego, a i dla mnie czytania dużo, bo oprócz Wałęsowej, nic jeszcze nie znam. Teraz wpisuję tytuły do bazy danych, a w niedzielę pojadą do biblioteki, do ludzi. Coś sobie chyba zostawię do czytania, chociaż stos obok łóżka rośnie i wygląda groźnie. Mr. Pebble i Gruda mnie kusi. Wszystko mnie kusi. Trzymajcie mnie!!!
czwartek, 2 lutego 2012
W łóżku z Witkowskim
Kilka wieczorów i nocy tarzałam się w łóżku z Witkowskim. Tarzałam z rozkoszy. Czytelniczej, a o jakiej myśleliście? Zresztą, biorąc pod uwagę jego preferencje, na nic innego nie mogłam liczyć. Mógł mi najwyżej krew w żyłach zmrozić, ale nie uczynił tego. Za to rozbawił wyśmienicie, dawno się tak nie uśmiałam, aż mnie o mało ślubny osobisty dwa razy z łóżka nie wyrzucił. To by dopiero był tytuł w prasie - Witkowski przyczyną odsunięcia od łoża :-)
Trochę bałam się brać za 'Drwala' zaraz po Miłoszewskim i jego Ziarnie prawdy. Zawsze mam obawy, jaką książkę wybrać po takiej, która mi się wyjątkowo podoba. W tym wypadku, już od pierwszych stron, wpadłam w akcję jak śliwka w kompot i, jak to bywa z czytelniczymi sercami, odbyła się szybka podmiana idola - umarł król, nich żyje król. C'est la vie.
Nie czytałam nic wcześniej tego autora. Bałam się, że zmanierowany, że epatuje gejostwem i nie dam rady. Nie dlatego, że mam coś przeciwko gejom, ale nawet hetero literatura epatująca seksem i jego opisami, mnie odstręcza. Nie mam potrzeby nurzania się w oparach feromonów.
Nie wiem, jakie były poprzednie, ale w Drwalu Witkowski tak pisze o sobie, bo to on jest bohaterem powieści, a raczej co-bohaterem i narratorem w jednym, że w ogóle mi nie przeszkadzały teksty odnoszące się do jego sex-statusu, ani odnoszące się do jego fascynacji lujem, w ogóle nic mi nie przeszkadzało i już.
A co mnie urzekło? Język. Autor wyjątkowo sprawnie się nim posługuje, bawi słowami i stylem. Zakochałam się od pierwszego przeczytania i z maślanymi oczami fanki absolutnej dotarłam do końca.
Tym bardziej, że akcja dzieje się w Międzyzdrojach, nad polskim morzem, nad którym i ja się urodziłam, tylko trochę bardziej w kierunku centrum, na wysokości Mielna i Darłówka. Znam doskonale klimaty miejscowości letniej rozrywki po sezonie, te smętnie wiszące plastikowe gofry, wypłowiałe plakaty informujące o wieczorkach zapoznawczych w ośrodku wypoczynkowym Anna, zabite dechami kina z resztkami fotosów gablotach i inne klimaty. Nagle miejscowość się wyludnia i od razu widać element zalegający pod jedynym w miasteczku sklepem sprzedającym alkohol do późna. I smętne pracownice 'frytkarni', nie do poznania bez 'firanek' na głowie i białych fartuchów bistorowych, czekające na wezwanie do apelu na początku kolejnego sezonu.
Witkowski w wywiadzie powiedział, że chciałby umieć pisać takie kryminały jak Miłoszewski, a skoro nie umie, to napisał taki pseudo kryminał. W ogóle mam wrażenie, że najlepiej wychodzi mu pisanie o tym, co zna z autopsji, albo co pozna na użytek napisanie kolejnej książki. Jest z tych, co doświadczają, żeby opisać, nie wyduma, nie wymyśli wszystkiego ''na sucho'' w zaciszu domowym, w fotelu bordowym, przy biurku mahoniowym. Ale może się mylę, może mnie Michaśka podebrała i się teraz śmieje z mojej naiwności.
Nie będę opisywać treści, bo niektórzy tego nie lubią, poza tym ja nigdy nie jestem na czasie, nie dostaję gorących egzemplarzy prosto spod prasy, więc się pewnie już oczytaliście o czym i kto komu, a komu kto. Powiem tylko, że autor-narrator jedzie w listopadzie do domku w okolicy Międzyzdrojów, zaproszony przez kolesia, którego podejrzewa o to, że jest nieźle rąbnięty, skoro sprasza ledwo poznanego faceta do siebie, niewiele o nim wiedząc, a sam autor o sobie nie myśli wcale lepiej, bo przecież trzeba być rąbniętym, żeby pojechać do kogoś do domku 'in the middle of nowhere', niewiele wiedząc o właścicielu rzeczonego.
Kiedy czytałam tę książkę, byłam gotowa całować kartki co chwila w ekscytacji, że takiego lotnego w słowach kolesia odkryłam (rychło w czas, haha), i tylko fakt, że pożyczyłam ją od Moniki z Błękitnej Biblioteczki, powstrzymał mnie od tego czynu prawie-lubieżnego. Biorąc pod uwagę, że Witkowski ukochał sobie Lubiewo, można powiedzieć, że to też pisarz 'lubieżny', więc pasujemy do siebie jak ulał.
Polecam Wam wszystkim, którzy jeszcze nie czytaliście.
Na tej stronie można obejrzeć program Lubię to!, w którym gościem był Michał Witkowski. Świetny program i świetny wywiad z autorem.
Trochę bałam się brać za 'Drwala' zaraz po Miłoszewskim i jego Ziarnie prawdy. Zawsze mam obawy, jaką książkę wybrać po takiej, która mi się wyjątkowo podoba. W tym wypadku, już od pierwszych stron, wpadłam w akcję jak śliwka w kompot i, jak to bywa z czytelniczymi sercami, odbyła się szybka podmiana idola - umarł król, nich żyje król. C'est la vie.
Nie czytałam nic wcześniej tego autora. Bałam się, że zmanierowany, że epatuje gejostwem i nie dam rady. Nie dlatego, że mam coś przeciwko gejom, ale nawet hetero literatura epatująca seksem i jego opisami, mnie odstręcza. Nie mam potrzeby nurzania się w oparach feromonów.
Nie wiem, jakie były poprzednie, ale w Drwalu Witkowski tak pisze o sobie, bo to on jest bohaterem powieści, a raczej co-bohaterem i narratorem w jednym, że w ogóle mi nie przeszkadzały teksty odnoszące się do jego sex-statusu, ani odnoszące się do jego fascynacji lujem, w ogóle nic mi nie przeszkadzało i już.
A co mnie urzekło? Język. Autor wyjątkowo sprawnie się nim posługuje, bawi słowami i stylem. Zakochałam się od pierwszego przeczytania i z maślanymi oczami fanki absolutnej dotarłam do końca.
Tym bardziej, że akcja dzieje się w Międzyzdrojach, nad polskim morzem, nad którym i ja się urodziłam, tylko trochę bardziej w kierunku centrum, na wysokości Mielna i Darłówka. Znam doskonale klimaty miejscowości letniej rozrywki po sezonie, te smętnie wiszące plastikowe gofry, wypłowiałe plakaty informujące o wieczorkach zapoznawczych w ośrodku wypoczynkowym Anna, zabite dechami kina z resztkami fotosów gablotach i inne klimaty. Nagle miejscowość się wyludnia i od razu widać element zalegający pod jedynym w miasteczku sklepem sprzedającym alkohol do późna. I smętne pracownice 'frytkarni', nie do poznania bez 'firanek' na głowie i białych fartuchów bistorowych, czekające na wezwanie do apelu na początku kolejnego sezonu.
Witkowski w wywiadzie powiedział, że chciałby umieć pisać takie kryminały jak Miłoszewski, a skoro nie umie, to napisał taki pseudo kryminał. W ogóle mam wrażenie, że najlepiej wychodzi mu pisanie o tym, co zna z autopsji, albo co pozna na użytek napisanie kolejnej książki. Jest z tych, co doświadczają, żeby opisać, nie wyduma, nie wymyśli wszystkiego ''na sucho'' w zaciszu domowym, w fotelu bordowym, przy biurku mahoniowym. Ale może się mylę, może mnie Michaśka podebrała i się teraz śmieje z mojej naiwności.
Nie będę opisywać treści, bo niektórzy tego nie lubią, poza tym ja nigdy nie jestem na czasie, nie dostaję gorących egzemplarzy prosto spod prasy, więc się pewnie już oczytaliście o czym i kto komu, a komu kto. Powiem tylko, że autor-narrator jedzie w listopadzie do domku w okolicy Międzyzdrojów, zaproszony przez kolesia, którego podejrzewa o to, że jest nieźle rąbnięty, skoro sprasza ledwo poznanego faceta do siebie, niewiele o nim wiedząc, a sam autor o sobie nie myśli wcale lepiej, bo przecież trzeba być rąbniętym, żeby pojechać do kogoś do domku 'in the middle of nowhere', niewiele wiedząc o właścicielu rzeczonego.
Kiedy czytałam tę książkę, byłam gotowa całować kartki co chwila w ekscytacji, że takiego lotnego w słowach kolesia odkryłam (rychło w czas, haha), i tylko fakt, że pożyczyłam ją od Moniki z Błękitnej Biblioteczki, powstrzymał mnie od tego czynu prawie-lubieżnego. Biorąc pod uwagę, że Witkowski ukochał sobie Lubiewo, można powiedzieć, że to też pisarz 'lubieżny', więc pasujemy do siebie jak ulał.
Polecam Wam wszystkim, którzy jeszcze nie czytaliście.
Na tej stronie można obejrzeć program Lubię to!, w którym gościem był Michał Witkowski. Świetny program i świetny wywiad z autorem.
piątek, 27 stycznia 2012
Biała Lwica Henning Mankell - Wallander odsłona trzecia.
Konsekwentnie czytam kolejno opowieści kryminale Mankella i za każdym razem jestem zachwycona.
Trzecia część, w sensie chronologicznym, to 'Biała lwica'. Akcja dzieje się w RPA i w Szwecji, dotyczy planowanego zamachu i spisku z tym związanego, a szkolenie przyszłego zamachowca ma się odbyć na terenie Szwecji przez byłego rosyjskiego KGB-owca.
Trudno pisać o takich powieściach, żeby niczego nie zdradzić, a zachęcić.
Ta akurat powieść jest grubaśna, objętościowo większa niż dwie poprzednie, ale czyta się migiem. Jedyny problem, jaki miałam, ale to już ze mną jest coś nie tak, to fakt, że ja nie bardzo gustuję w opowieściach z Afryki i problemach społecznych tamże. Co mam wiedzieć, żeby nie uchodzić za ignoranta, to wiem, ale nie lubię o tym czytać i roztrząsać tematu. Tutaj umęczyłam się tylko umiarkowanie, czyli dla kogoś nielubiącego takich klimatów, Mankell dokonał rzeczy prawie niemożliwej, czyli przekonał mnie do książki, mimo tematu skazanego na klęskę.
Nie jestem taka niereformowalna, jak myślałam.
W 'Białej lwicy' Wallander się normalnie rozszalał. Czego on tam nie wyprawiał, mamy też kolejna odsłonę historii z ojcem, no i o córce dowiadujemy się troszkę więcej.
Pan Mankell mnie nie zawiódł, sięgnę wkrótce po kolejną część, już się na to cieszę, ale jednocześnie smucę, bo to już czwarta, do końca niby daleko, ale już go widać, a ja tak bym nie chciała tracić tego bohatera na zawsze. No cóż, cieszę się tym, co mam jeszcze przed sobą, ciekawa jestem natomiast, co nowego Mankell wymyśli, może nowego policjanta? Czy ktoś coś wie na ten temat?
Jest to czwarta książka przeczytana w ramach wyzwania Z półki (baner w zakładce z lewej)
Trzecia część, w sensie chronologicznym, to 'Biała lwica'. Akcja dzieje się w RPA i w Szwecji, dotyczy planowanego zamachu i spisku z tym związanego, a szkolenie przyszłego zamachowca ma się odbyć na terenie Szwecji przez byłego rosyjskiego KGB-owca.
Trudno pisać o takich powieściach, żeby niczego nie zdradzić, a zachęcić.
Ta akurat powieść jest grubaśna, objętościowo większa niż dwie poprzednie, ale czyta się migiem. Jedyny problem, jaki miałam, ale to już ze mną jest coś nie tak, to fakt, że ja nie bardzo gustuję w opowieściach z Afryki i problemach społecznych tamże. Co mam wiedzieć, żeby nie uchodzić za ignoranta, to wiem, ale nie lubię o tym czytać i roztrząsać tematu. Tutaj umęczyłam się tylko umiarkowanie, czyli dla kogoś nielubiącego takich klimatów, Mankell dokonał rzeczy prawie niemożliwej, czyli przekonał mnie do książki, mimo tematu skazanego na klęskę.
Nie jestem taka niereformowalna, jak myślałam.
W 'Białej lwicy' Wallander się normalnie rozszalał. Czego on tam nie wyprawiał, mamy też kolejna odsłonę historii z ojcem, no i o córce dowiadujemy się troszkę więcej.
Pan Mankell mnie nie zawiódł, sięgnę wkrótce po kolejną część, już się na to cieszę, ale jednocześnie smucę, bo to już czwarta, do końca niby daleko, ale już go widać, a ja tak bym nie chciała tracić tego bohatera na zawsze. No cóż, cieszę się tym, co mam jeszcze przed sobą, ciekawa jestem natomiast, co nowego Mankell wymyśli, może nowego policjanta? Czy ktoś coś wie na ten temat?
Jest to czwarta książka przeczytana w ramach wyzwania Z półki (baner w zakładce z lewej)
poniedziałek, 23 stycznia 2012
Miłoszewski na bis - Ziarno prawdy
Mam nauczkę, powinnam się już znać siebie na tyle, żeby wiedzieć, że o książce muszę pisać zaraz po jej przeczytaniu, bo zdecydowanie wolę, kiedy emocje biorą górę. Teraz, po prawie dwóch tygodniach, kiedy myślę o tym, co napisać, zaczynam kombinować, ą, ę, że styl taki, że tło społeczne, że bohater ...
Ale nie, nie będę się na nic silić, powiem tylko, że druga część jest świetna.
Sandomierz nie powinien się w ogóle boczyć na autora, bo dopiero teraz wydaje mi się wyjątkowo ciekawy do odwiedzenia, wcześniej tylko był dla mnie piękny, taki pocztówkowy.
Po drugie polubiłam bohaterów dodanych do Szackiego. Jak zwykle niejednoznaczni, trudno być ich fanem, ale jak się człowiek przyzwyczai, to jest ok, a nawet tęsknię.
Ale najbardziej podoba mi się sam Miłoszewski, a właściwie to, co znajduję z autora w jego tekście. Powtórzę się, ale ciekawy z niego facet, a ja nade wszystko lubię rzeczy napisane przez ciekawych ludzi.
Monologi wewnętrzne podane tak, jakby tylko facet sam w myśli coś do siebie powiedział, to mnie zafascynowało, bo przecież nie mam zbyt wielu okazji, a raczej powinnam powiedzieć, że nie mam okazji wcale, w męską duszę zajrzeć.
Nic mi nie przeszkadzało, ani jego obcesowość, ani brutalność, ani świntuszenie. Wszystkiego było dla mnie w sam raz, nie przekroczył granicy dobrego smaku, a nadał powieści cech prawdziwych, bez jakichś wydumanych dialogów i walki wewnętrznej bohatera, która to walka nikogo nie obchodzi, bo jest po prostu z czapy wytrzaśnięta.
Ta książka jest jak rzepa - trzyma się kupy i mocno zasadza się w świadomości czytelnika.
Nie wiem, jak Wy, ale ja czekam na kolejną powieść, i kolejną, i kolejną, bo jest to przyjaźń na lata.
Jest to trzecia książka przeczytana w ramach wyzwania Z półki
Ale nie, nie będę się na nic silić, powiem tylko, że druga część jest świetna.
Sandomierz nie powinien się w ogóle boczyć na autora, bo dopiero teraz wydaje mi się wyjątkowo ciekawy do odwiedzenia, wcześniej tylko był dla mnie piękny, taki pocztówkowy.
Po drugie polubiłam bohaterów dodanych do Szackiego. Jak zwykle niejednoznaczni, trudno być ich fanem, ale jak się człowiek przyzwyczai, to jest ok, a nawet tęsknię.
Ale najbardziej podoba mi się sam Miłoszewski, a właściwie to, co znajduję z autora w jego tekście. Powtórzę się, ale ciekawy z niego facet, a ja nade wszystko lubię rzeczy napisane przez ciekawych ludzi.
Monologi wewnętrzne podane tak, jakby tylko facet sam w myśli coś do siebie powiedział, to mnie zafascynowało, bo przecież nie mam zbyt wielu okazji, a raczej powinnam powiedzieć, że nie mam okazji wcale, w męską duszę zajrzeć.
Nic mi nie przeszkadzało, ani jego obcesowość, ani brutalność, ani świntuszenie. Wszystkiego było dla mnie w sam raz, nie przekroczył granicy dobrego smaku, a nadał powieści cech prawdziwych, bez jakichś wydumanych dialogów i walki wewnętrznej bohatera, która to walka nikogo nie obchodzi, bo jest po prostu z czapy wytrzaśnięta.
Ta książka jest jak rzepa - trzyma się kupy i mocno zasadza się w świadomości czytelnika.
Nie wiem, jak Wy, ale ja czekam na kolejną powieść, i kolejną, i kolejną, bo jest to przyjaźń na lata.
Jest to trzecia książka przeczytana w ramach wyzwania Z półki
sobota, 14 stycznia 2012
Jedno życie, a tyle treści
O książce Danuty Wałęsowej napisano już wiele, każdy ma swoje zdanie, mam i ja.
Książkę udało mi się kupić za pośrednictwem mamy żony kierownika naszej szkoły, nóżką dygnęłam, ładnie poprosiłam (oczy spaniela pomagają) i przywiozła.
Wybrałam zakładkę, nie wiem, czy też tak macie, ale dla mnie to ważne. Tym razem padło na moją ukochaną, od czasu, kiedy ją dostałam od córki (z Chin przywiozła), nie dość, ze z kotem, to jeszcze herbatkowa.
A, że zaczęłam czytać w okresie wielkiej zajętości, czyli zaraz przed świętami, to musiałam ją położyć na stole o tak, jak na zdjęciu wyżej, i jak tylko nadarzyła się okazja, przysiadałam i podczytywałam po kawałku.
Po raz pierwszy mam zagwostkę, jak napisać o książce?
Nie, nie będę krytykować treści, każdy ma prawo do swojego życia i do mówienia o nim, tak jak chce. My możemy czytać lub nie, to jest nasze prawo. Ani mi przez myśl przeszło tę książkę odkładać, bo mnie pochłonęła bez reszty.
Pani Danuta tę książkę podyktowała dziennikarzowi, a ten, świadomie czy nie, przelał treść na papier niczego nie upiększając, nie dodając jej literackości, dodatkowego sznytu. Oparł się pokusie wygładzania jej po swojemu, przez to jest wrażenie, że to nie tekst do czytania, a rozmowa z sąsiadką, która podejmuje cię na kawie, ale coś tam musi jeszcze dosmażyć, coś zamieszać w garnku, i tak sobie siedzicie w kuchni, a ona opowiada. A sąsiadka to nie byle jaka, więc treść zajmująca.
Ważne momenty z historii naszego kraju widziane oczami kobiety. Tym razem nie wojującej feministki, nie doktora filozofii, nie kobiety biznesu, a matki, żony, pani domu, kobiety, która jak potrafiła, towarzyszyła zaangażowanemu w wielką politykę mężczyźnie i próbowała znaleźć w tym wszystkim siebie.
Na początku denerwowało mnie trochę, że pani Danuta niczego nie pamięta, ciągle to powtarza. Ale potem pogodziłam się z formułą tej książki, z tym 'potokiem myśli' przegadanym na żywo i już tak nie pomstowałam. Bo i po co? To jest czyjaś historia, jak babo (czyli ja) potrafisz lepiej, to pisz swoją, czyż nie?
Zaimponowała mi Danuta Wałęsowa, tym, że ma takie poczucie godności, w momentach, kiedy łatwo je stracić. Tym, że samoocena rośnie u niej wtedy, kiedy innym mogłaby spadać na łeb na szyję, że w kontaktach z ludźmi bardzo wykształconymi, myślicielami, wielkimi osobowościami, zawsze pozostała sobą, bo ona wiedziała na czym stoi i gdzie stoi. Ona po prostu miała wysoką świadomość swojego miejsca i nigdy nie żałowała, że się tak a nie inaczej jej życie ułożyło. To jest bardzo wielka zaleta.
Nie jest kobietą wykształconą, ale to życie było jej uniwersytetem i doprawdy z tego mogłaby dostać doktorat.
Pewnie, łatwo krytykować, ale jak to mówią tutaj, trzeba by przejść sto mil w czyichś butach, zeby kogoś oceniać, zrozumieć i poznać. Jedno mi tylko nie daje spokoju, pani Danuta pisze o dzieciach, że może mogły dostać więcej uwagi, więcej mogła im tłumaczyć, zamiast tego, zajmowała się nimi, ale nie rozmawiała o tym, co się dzieje, a wiemy, że działo się dużo. I tak sobie wtedy pomyślałam - czy nie lepiej było w takich okolicznościach, kiedy męża nie było w domu i wcale się nie zanosiło, ze kiedyś 'osiądzie na mieliźnie' - mieć ich mniej, żeby się tak nie zaharowywać, nie eksploatować. Przecież piątka czy czwórka to też rodzina wielodzietna, też zaspokaja potrzebę takiego modelu. No, ale nie moje wybory, nie moja to była codzienna ciężka praca, to i nie krytykuję, tylko tak po babsku się zadumałam.
No i samotność - sub-bohater tej książki. Zaznałam podobnej, tylko na mniejszą skalę, kiedy mąż wyjechał do Irlandii, a ja osiem miesięcy byłam z dziećmi sama. Tylko dwójka i tylko tak krótko, ale w kość dostałam, bo i ludzie potrafili dopiec (mąż zagranicą budził wtedy zazdrość i zawiść), i samotność doskwierała i oczywiście wszystko się wtedy lawinowo psuło w domu i w zagrodzie, do tego dzieci przeżywały nieobecność ojca. Kiedy o tym czytałam w książce, rozumiałam aż nadto, o czym pani Wałęsowa mówi i jak to się odbija na kobiecie.
Treść uzupełniają zdjęcia, fajnie, że było ich tak wiele.
Podobają mi się te wspomnienia, szczere, czasem pewnie aż za (chyba mogła sobie już darować ocenę współpracowników męża, co nie wyszło w treści, powinno zostać przemilczane), ale nie 'zalatywały tabloidem' i to mnie najbardziej do nich przekonuje.
Polecam
JEST TO DRUGA KSIĄŻKA PRZECZYTANA W RAMACH WYZWANIA 'Z PÓŁKI' (MOJA CZYLI)
Książkę udało mi się kupić za pośrednictwem mamy żony kierownika naszej szkoły, nóżką dygnęłam, ładnie poprosiłam (oczy spaniela pomagają) i przywiozła.
Wybrałam zakładkę, nie wiem, czy też tak macie, ale dla mnie to ważne. Tym razem padło na moją ukochaną, od czasu, kiedy ją dostałam od córki (z Chin przywiozła), nie dość, ze z kotem, to jeszcze herbatkowa.
A, że zaczęłam czytać w okresie wielkiej zajętości, czyli zaraz przed świętami, to musiałam ją położyć na stole o tak, jak na zdjęciu wyżej, i jak tylko nadarzyła się okazja, przysiadałam i podczytywałam po kawałku.
Po raz pierwszy mam zagwostkę, jak napisać o książce?
Nie, nie będę krytykować treści, każdy ma prawo do swojego życia i do mówienia o nim, tak jak chce. My możemy czytać lub nie, to jest nasze prawo. Ani mi przez myśl przeszło tę książkę odkładać, bo mnie pochłonęła bez reszty.
Pani Danuta tę książkę podyktowała dziennikarzowi, a ten, świadomie czy nie, przelał treść na papier niczego nie upiększając, nie dodając jej literackości, dodatkowego sznytu. Oparł się pokusie wygładzania jej po swojemu, przez to jest wrażenie, że to nie tekst do czytania, a rozmowa z sąsiadką, która podejmuje cię na kawie, ale coś tam musi jeszcze dosmażyć, coś zamieszać w garnku, i tak sobie siedzicie w kuchni, a ona opowiada. A sąsiadka to nie byle jaka, więc treść zajmująca.
Ważne momenty z historii naszego kraju widziane oczami kobiety. Tym razem nie wojującej feministki, nie doktora filozofii, nie kobiety biznesu, a matki, żony, pani domu, kobiety, która jak potrafiła, towarzyszyła zaangażowanemu w wielką politykę mężczyźnie i próbowała znaleźć w tym wszystkim siebie.
Na początku denerwowało mnie trochę, że pani Danuta niczego nie pamięta, ciągle to powtarza. Ale potem pogodziłam się z formułą tej książki, z tym 'potokiem myśli' przegadanym na żywo i już tak nie pomstowałam. Bo i po co? To jest czyjaś historia, jak babo (czyli ja) potrafisz lepiej, to pisz swoją, czyż nie?
Zaimponowała mi Danuta Wałęsowa, tym, że ma takie poczucie godności, w momentach, kiedy łatwo je stracić. Tym, że samoocena rośnie u niej wtedy, kiedy innym mogłaby spadać na łeb na szyję, że w kontaktach z ludźmi bardzo wykształconymi, myślicielami, wielkimi osobowościami, zawsze pozostała sobą, bo ona wiedziała na czym stoi i gdzie stoi. Ona po prostu miała wysoką świadomość swojego miejsca i nigdy nie żałowała, że się tak a nie inaczej jej życie ułożyło. To jest bardzo wielka zaleta.
Nie jest kobietą wykształconą, ale to życie było jej uniwersytetem i doprawdy z tego mogłaby dostać doktorat.
Pewnie, łatwo krytykować, ale jak to mówią tutaj, trzeba by przejść sto mil w czyichś butach, zeby kogoś oceniać, zrozumieć i poznać. Jedno mi tylko nie daje spokoju, pani Danuta pisze o dzieciach, że może mogły dostać więcej uwagi, więcej mogła im tłumaczyć, zamiast tego, zajmowała się nimi, ale nie rozmawiała o tym, co się dzieje, a wiemy, że działo się dużo. I tak sobie wtedy pomyślałam - czy nie lepiej było w takich okolicznościach, kiedy męża nie było w domu i wcale się nie zanosiło, ze kiedyś 'osiądzie na mieliźnie' - mieć ich mniej, żeby się tak nie zaharowywać, nie eksploatować. Przecież piątka czy czwórka to też rodzina wielodzietna, też zaspokaja potrzebę takiego modelu. No, ale nie moje wybory, nie moja to była codzienna ciężka praca, to i nie krytykuję, tylko tak po babsku się zadumałam.
No i samotność - sub-bohater tej książki. Zaznałam podobnej, tylko na mniejszą skalę, kiedy mąż wyjechał do Irlandii, a ja osiem miesięcy byłam z dziećmi sama. Tylko dwójka i tylko tak krótko, ale w kość dostałam, bo i ludzie potrafili dopiec (mąż zagranicą budził wtedy zazdrość i zawiść), i samotność doskwierała i oczywiście wszystko się wtedy lawinowo psuło w domu i w zagrodzie, do tego dzieci przeżywały nieobecność ojca. Kiedy o tym czytałam w książce, rozumiałam aż nadto, o czym pani Wałęsowa mówi i jak to się odbija na kobiecie.
Treść uzupełniają zdjęcia, fajnie, że było ich tak wiele.
Podobają mi się te wspomnienia, szczere, czasem pewnie aż za (chyba mogła sobie już darować ocenę współpracowników męża, co nie wyszło w treści, powinno zostać przemilczane), ale nie 'zalatywały tabloidem' i to mnie najbardziej do nich przekonuje.
Polecam
JEST TO DRUGA KSIĄŻKA PRZECZYTANA W RAMACH WYZWANIA 'Z PÓŁKI' (MOJA CZYLI)
czwartek, 12 stycznia 2012
Kto za?
Kochani, jeśli się Wam blog podoba, zagłosujcie. Podobno dochód idzie na zbożny cel. Wolałabym, żeby to było kliknięcie na znaczek na stronie konkursu, ale zasady nie ja ustalałam i jest głosowanie smsowe.
Zeby to zrobić, wyślijcie sms o treści E00049 na numer 7122, bez spacji, gdzie 000 to trzy cyfry zero. Koszt 1,23 zł brutto.
Dzięki
Zeby to zrobić, wyślijcie sms o treści E00049 na numer 7122, bez spacji, gdzie 000 to trzy cyfry zero. Koszt 1,23 zł brutto.
Dzięki
poniedziałek, 9 stycznia 2012
Księżyc i Magnolie - reź. Maciej Wojtyszko
To się po prostu w pale nie mieści, jaki można mieć ubaw w teatrze, nie ruszając się z domu. Przepraszam za język, ale tak mam, jak mnie porwie.
Dzięki telewizji, moja emigracja nie tylko z kraju, ale emigracja z samej siebie i swoich uwielbień i radości, a w tym odseparowanie od teatru prawdziwego, ma mniejsze skutki uboczne. Kiedyś chodziłam do teatru regularnie, wbrew modzie na video i wypożyczalnie, wbrew temu, że mnożenie kanałów telewizyjnych odciągało ludzi od takich rozrywek, wbrew temu, że nie zawsze miała pieniądze i musiałam nieźle czasem kombinować - chodziłam. Dopiero wyjazd z kraju na daleką irlandzką północ mnie złamał w tym względzie. Owszem, jeżdżę czasem do Dublina, ale to już nie to.
Ale nie o tym chciałam.
Księżyc i Magnolie kazał na siebie czekać, bo okoliczności zmusiły do przełożenia spektaklu TV2
na inny dzień. Wiedziałam, o czym będzie sztuka, wiedziałam, że zabawna i dynamiczna, ale nic ponadto. Ale nie miałam pojęcia, że będę się zaśmiewać co kilkanaście sekund, że pod koniec będzie mnie bolała przepona i że będzie mi zdecydowanie za krótko, za mało i dlaczego już lecą napisyyyyyyyy!
Sztuka opisuje pięć szalonych dni, w trakcie których ma powstać od nowa scenariusz Przeminęło z wiatrem, scenarzysta nie czytał książki, więc producent i reżyser przyszłego filmu muszą odegrać przed nim powieść, scena po scenie.
Obsada bardzo mi pasowała, może poza sekretarką, której gry nie pojęłam. Może tak było w scenariuszu, nie wiem, ale zupełnie nie zrozumiałam tego, co ona chciała przekazać? Zresztą może nic, może to był tylko przerywnik?
W recenzji w Polityce Aneta Kyzioł pisze na końcu - "Trudno jednak dociec, po co właściwie powstał" (spektakl).
Pewnie dla jednych, żeby się po prostu pośmiać, a dla innych niosąc przesłanie.
Oprócz tego, ze jest to historia śmieszna, pokazuje też, co może uczynić wiara w to, co się robi. Jak wielka pasja zmienia oblicze sztuki i jak ważne jest wierzyć w swoje projekty.
Nie proś ludzi, żeby uwierzyli w Ciebie, najpierw sam musisz to zrobić, a i oni podążą twoim śladem.
F-E-N-O-M-E-N-A-L-N-A !!!
Dzięki telewizji, moja emigracja nie tylko z kraju, ale emigracja z samej siebie i swoich uwielbień i radości, a w tym odseparowanie od teatru prawdziwego, ma mniejsze skutki uboczne. Kiedyś chodziłam do teatru regularnie, wbrew modzie na video i wypożyczalnie, wbrew temu, że mnożenie kanałów telewizyjnych odciągało ludzi od takich rozrywek, wbrew temu, że nie zawsze miała pieniądze i musiałam nieźle czasem kombinować - chodziłam. Dopiero wyjazd z kraju na daleką irlandzką północ mnie złamał w tym względzie. Owszem, jeżdżę czasem do Dublina, ale to już nie to.
Ale nie o tym chciałam.
Księżyc i Magnolie kazał na siebie czekać, bo okoliczności zmusiły do przełożenia spektaklu TV2
na inny dzień. Wiedziałam, o czym będzie sztuka, wiedziałam, że zabawna i dynamiczna, ale nic ponadto. Ale nie miałam pojęcia, że będę się zaśmiewać co kilkanaście sekund, że pod koniec będzie mnie bolała przepona i że będzie mi zdecydowanie za krótko, za mało i dlaczego już lecą napisyyyyyyyy!
Sztuka opisuje pięć szalonych dni, w trakcie których ma powstać od nowa scenariusz Przeminęło z wiatrem, scenarzysta nie czytał książki, więc producent i reżyser przyszłego filmu muszą odegrać przed nim powieść, scena po scenie.
Obsada bardzo mi pasowała, może poza sekretarką, której gry nie pojęłam. Może tak było w scenariuszu, nie wiem, ale zupełnie nie zrozumiałam tego, co ona chciała przekazać? Zresztą może nic, może to był tylko przerywnik?
W recenzji w Polityce Aneta Kyzioł pisze na końcu - "Trudno jednak dociec, po co właściwie powstał" (spektakl).
Pewnie dla jednych, żeby się po prostu pośmiać, a dla innych niosąc przesłanie.
Oprócz tego, ze jest to historia śmieszna, pokazuje też, co może uczynić wiara w to, co się robi. Jak wielka pasja zmienia oblicze sztuki i jak ważne jest wierzyć w swoje projekty.
Nie proś ludzi, żeby uwierzyli w Ciebie, najpierw sam musisz to zrobić, a i oni podążą twoim śladem.
F-E-N-O-M-E-N-A-L-N-A !!!
Obsada:
Marcin Dorociński (David Selznick) producent
Łukasz Simlat (Ben Hecht) scenarzysta
Redbad Klijnstra (Victor Fleming) reżyser
Aleksandra Bożek (Miss Poppenghul) sekretarka
Marcin Dorociński (David Selznick) producent
Łukasz Simlat (Ben Hecht) scenarzysta
Redbad Klijnstra (Victor Fleming) reżyser
Aleksandra Bożek (Miss Poppenghul) sekretarka
niedziela, 8 stycznia 2012
Implant się przyjął
Czekałam na ten film, ale nie wiedziałam właściwie dlaczego? Córka mi przykazała obejrzeć, ale już od dawna wiadomo, że niektórych filmów, które ją zachwyciły, ja najzwyczajniej nie jestem w stanie oglądać, przeważnie z powodu brutalności lub raczej dosłowności zdjęć. Ja naprawdę nie zawsze muszę widzieć jak wygląda oderwana ręka.
Wszyscy na punkcie tego filmu, już kiedy w kinach, oszaleli, ale ja nadal sceptyczna, bo Matrix też wszystkich omamił, a ja usnęłam dwa razy (w rezultacie nigdy nie widziałam ani jednej części). Gwiezdne wojny prawie całe przespałam w kinie, do tego na ramieniu obcego faceta, który do tej pory leczy się pewnie z tej traumy u psychiatry. Drugą część Władcy pierścieni obejrzałam jedną trzecią, drugą trzecią przespałam na popielniczkę i to przy koledze męża, a dopiero pod koniec otrzeźwiałam. Nawiasem chciałam podkreślić, że szalenie rzadko śpię na filmach, prawie nigdy.
Zasiadłam dzisiaj przed telewizorem zdecydowana nie odpaść przed czasem, wiadro kawy sobie nawet zrobiłam.
Na tapecie "Incepcja".
I powiem krótko i na temat - mało się nie zsikałam pod siebie, bo mi było szkoda każdej minuty, a się tej kawy nażłopałam i mi się od połowy oczywiście chciało iść do toalety. Dawno nie przeżyłam takich emocji na tego typu filmie. Nie, że mi serce siada, bo wojna, że płaczę, bo dziecku albo zwierzęciu się krzywda dzieje, tylko sensacja, nierzeczywista, nie ma się czego bać, czysta przyjemność z oglądania.
Od śledzenia kolejnych poziomów snów zwoje w mózgu mi się zaczęły dymić, cały czas węszyłam podstęp, szukałam wskazówek, żeby zauważyć, kiedy oni mnie będą chcieli przechytrzyć?
Tym razem małżon spał i się budził, a za każdym razem, kiedy go upominałam - NIE ŚPIJ! - on odpowiadał - jestem na poziomie piątym. Pies obok usnął snem twardym, już takim nocnym, nie czuwajacym, też się śmialiśmy, że poziom czwarty zalicza. Tylko syn i ja z gałami na wierzchu podążaliśmy za akcją, a ta jak huragan, jak lawina, jak wylew wody po przerwaniu tamy, zagarnęła nas całkowicie.
Polecam wszystkim, i takim, co nie lubią takich filmów, i takim co lubią, bo on jest po prostu dobry i już.
A Leonardo DC i tak nie lubię. Jakiś taki przebrany za dorosłego teraz. Nigdy się do niego nie przekonam.
Wszyscy na punkcie tego filmu, już kiedy w kinach, oszaleli, ale ja nadal sceptyczna, bo Matrix też wszystkich omamił, a ja usnęłam dwa razy (w rezultacie nigdy nie widziałam ani jednej części). Gwiezdne wojny prawie całe przespałam w kinie, do tego na ramieniu obcego faceta, który do tej pory leczy się pewnie z tej traumy u psychiatry. Drugą część Władcy pierścieni obejrzałam jedną trzecią, drugą trzecią przespałam na popielniczkę i to przy koledze męża, a dopiero pod koniec otrzeźwiałam. Nawiasem chciałam podkreślić, że szalenie rzadko śpię na filmach, prawie nigdy.
Zasiadłam dzisiaj przed telewizorem zdecydowana nie odpaść przed czasem, wiadro kawy sobie nawet zrobiłam.
Na tapecie "Incepcja".
I powiem krótko i na temat - mało się nie zsikałam pod siebie, bo mi było szkoda każdej minuty, a się tej kawy nażłopałam i mi się od połowy oczywiście chciało iść do toalety. Dawno nie przeżyłam takich emocji na tego typu filmie. Nie, że mi serce siada, bo wojna, że płaczę, bo dziecku albo zwierzęciu się krzywda dzieje, tylko sensacja, nierzeczywista, nie ma się czego bać, czysta przyjemność z oglądania.
Od śledzenia kolejnych poziomów snów zwoje w mózgu mi się zaczęły dymić, cały czas węszyłam podstęp, szukałam wskazówek, żeby zauważyć, kiedy oni mnie będą chcieli przechytrzyć?
Tym razem małżon spał i się budził, a za każdym razem, kiedy go upominałam - NIE ŚPIJ! - on odpowiadał - jestem na poziomie piątym. Pies obok usnął snem twardym, już takim nocnym, nie czuwajacym, też się śmialiśmy, że poziom czwarty zalicza. Tylko syn i ja z gałami na wierzchu podążaliśmy za akcją, a ta jak huragan, jak lawina, jak wylew wody po przerwaniu tamy, zagarnęła nas całkowicie.
Polecam wszystkim, i takim, co nie lubią takich filmów, i takim co lubią, bo on jest po prostu dobry i już.
A Leonardo DC i tak nie lubię. Jakiś taki przebrany za dorosłego teraz. Nigdy się do niego nie przekonam.
piątek, 6 stycznia 2012
Nadal zaplątana w 'Uwikłanie' - Szacki jest, a jakoby go nie było. Film
Obejrzałam, a jakże.
Niedobrze jest oglądać adaptację książki zaraz po jej przeczytaniu. Szczególnie, że Szackiego mi zamienili na Szacką, a Oleg Kuzniecow to facet o cechach Szackiego książkowego czyli faktycznie go nie ma, natomiast jest Szacki w wersji kobiecej i męskiej, poza tym Warszawa to tak naprawdę Kraków. Kurczę, lubię Kraków, ale komu ta stolica przeszkadzała? I kto wymyślił pozbawić prokuratora jaj?
No nic, ale ciekawa byłam bardzo, poza tym przygotowana na ten cios wcześniej, więc się nie 'prułam' przed telewizorem z nerwów. W ogóle to na luz wzięłam, może i jestem egzaltowana w ocenach, ale też ze spokojem przyjmuję niezgodności adaptacyjne. Tylko mi tych szkoda, co nie czytają wcale i nie mieli okazji zapoznać się z pierwowzorem.
Papryczka w komentarzu do postu o książce napisała, że film kiepski, że az zęby bolą.
Hmm, to ja chyba za grosz gustu nie mam, bo mnie się podobał.
Najbardziej zdjęcia. Fantastyczne - mało kolorowe, momentami prawie czarno białe, czasem sine, jakby prześwietlone. Twarze pół w słońcu, pół w cieniu, niepokojąco, bardzo mrocznie, kamera ostra. Postaci też tak ubrane czarno, biało, sino. Zadnych tam romantycznych miękkości obiektywu. Tak zrobione, że już samo oświetlenie, ustawienie kamery i sposób jej prowadzenia dodaje dreszczyku i jakoś tak niewygodnie na kanapie. No, ale ja się nie znam, piszę jak czuję. Gdybym była specjalistą, pewnie bym umiała to wszystko lepiej nazwać.
Stroiński w roli psa na ubeków bardzo mi się spodobał. Seweryn jak cię mogę, ale Pieczyński coś mi zgrzytał. To jest za dobry aktor na zgrzytanie. Wiecie, niby zjadliwy, ale piasek w zębach, jakby ostatni kęs pysznej kanapki z jajkiem upadł nam na plaży w piach. A ja go tak kocham.
Bukowski - grał policjanta, który z braku Szackiego mężczyzny, przejął jego cechy, przynajmniej część. Ciachowaty, ale w dziwny sposób. Albo ja się starzeję.
Ostaszewska - pięknista bardzo. Lubię ją, nic mi w niej nie przeszkadza. I uważam, że pięknie zagrała strach i to skorumpowanie ze strachu. Nie przesadziła, tak w sam raz.
Danuta Stenka - równie piękna, tak klasycznie, szlachetnie, chciałabym być tak urodziwa jak ona. Ale ostatnio zauważam niepokojącą manierę, wyciąga szyję tak, jakby na skraju wytrzymałości skóry, jednocześnie opuszczając kącik ust w taki sposób, że wydaje się, że naciąganie skóry szyi, ciągnie usta w dół. Nie mogłam się przestać na to gapić. Przeszkadzało mi to w odbiorze roli. Ja bardzo proszę tę utalentowaną aktorkę, niech nie popada w takie pozy i miny, bo za jakiś czas to się stanie nieznośnie. A tak ją kocham.
No i Kraków - zupełnie jak Sandomierz z Ojca Mateusza, a wieczorami jak z Miłoszewskiego. Miasto-pocztówka, miasto - miaścicho gangsterów. Raz miękko kolorowe, raz szaro sine. Tyż piknie pokazane.
Czepiam się szczegółów, jeśli w ogóle, a tak ogólnie - podobał mi się.
Sezon na Miłoszewskiego trwa, czytam Ziarno prawdy. Odzyskałam Szackiego, którego autor podobno nie lubi tak bardzo, jak czytelnicy, ale co on tam wie, haha
wtorek, 3 stycznia 2012
Uwikłana w Miłoszewskiego
To jest moje pierwsze spotkanie z tym pisarzem, akurat ta powieść - Uwikłanie - wyszła już jakiś czas temu, ale ja, z racji przebywania poza krajem, jestem czasem opóźniona w zaliczaniu nowości i stąd te zachwyty, bynajmniej nie odgrzewane, a całkiem świeże.
Zdjęcie autora zapożyczyłam ze strony internetowej wydawnictwa WAB, mam nadzieję, że mnie z tego powodu nie będą ścigać międzynarodowym listem gończym. Lubię wiedzieć, jak wyglądają ludzie, którzy piszą książki, które ja potem zapraszam pod swój dach, do swojej głowy, a na końcu do serca (albo i nie, bo tam trafia tylko jakiś odsetek).
Widuję też czasem pisarza, jako gościa w sobotnim Drugim Śniadaniu Mistrzów u Marcina Mellera, w TVN24, ciekawy facet (oba dwa ciekawi).
No, ale wielu ciekawych już znałam, a pisać nie umieli, więc wcale nie jest to tożsame.
Wzięłam 'Uwikładnie' na tapetę i oszalałam. Wszystko mi pasuje, i prokurator jako główny bohater, i bardzo męski punkt widzenia (bo mój mózg ma płeć damsko-męską), i język, i swoiste poczucie humoru, tempo, i Warszawy tam było w sam raz (nie lubię topograficznego terroryzmu), no i brawo za to, że nie ma tu powielania tego, co już było u setki innych. W kryminałach o to trudno, bo jak czytelnik tłucze polskie, skandynawskie, amerykańskie i rosyjskie, to mimo woli porównuje je do siebie, a ja tutaj nie miałam nawet takiego przebłysku, a jak próbowałam na siłę, to nic nie znalazłam. Nawet sobie myślałam przed czytaniem, że Szacki ma żonę i córkę, gania po Warszawie, napisane to niedawno, to pewnie mi się będzie z Hagenem kojarzyć cały czas. A figa, ani skojarzeń, ani porównań, Szacki mną zakręcił i liczy się tylko on, haha.
Jak to 40+ szczęśliwie mężata, skorzystałam z okazji, żeby się bezkarnie poślinić 'na widok' Szackiego, wiedziałam, że film nakręcono, więc sobie imaginowałam, jak to też on będzie wyglądał i jak ja się w nim będę, całkiem jak w Janku Kosie, kochać. I tu druga figa, cały kosz zaraz, bo w wersji filmowej Szacki to baba. Wypraszam sobie, a gdzie moje fantazje zaplanowane?
Tak czy siak, zanim jeszcze film, z początkiem roku zamknęłam ostatnią stronę książki z poczuciem wielkiego ukontentowania. Smakowało mi jak ulubiona ryba w Wigilię. Zaraz przygarnęłam do siebie 'Ziarno prawdy', kolejną powieść Miłoszewskiego z Szackim, tym razem w Sandomierzu. Mój ci on, zanim mi na ekranie zniewieścieje, 'zaliczę' faceta bez mrugnięcia okiem.
Tak to ja mogę rok zaczynać :-)
P.S. Słów kilka jeszcze o płci mózgu - jest teoria naukowa, że mózg takową posiada. Zrobiłam sobie testy i wyszło, że u mnie mieszana, stąd pewnie, przy całej kobiecości, uwielbienie dla konkretnych, nie ściemniających facetów
Jest to pierwsza książka przeczytana w ramach wyzwania - Z półki (szczegóły w zakładce).
sobota, 31 grudnia 2011
Książki przybyłe ostatnim rzutem na taśmę, podsumowań nie będzie, obietnic też nie, za to jedno wyzwanie, które zaskoczyło mnie samą
Kochani, kończy się ten rok. Nie będę nic podsumowywać, wyznaczać najlepszych i najgorszych książek, co miałam powiedzieć o nich, napisane na blogu. Czy przeczytałam mało, czy dużo, nic mnie nie obchodzi. Najważniejsze, że mam wiele radochy z czytania, że czekają na mnie wspaniałe książki, że polska biblioteka się pięknie rozwija i patrzę raczej w przyszłość niż przeszłość. Aż mi się ręce trzęsą do tego, co na mnie na półkach czeka, tak więc, chociaż nie przystępuję z zasady do żadnych wyzwań, tym razem postanowiłam dołączyć do TEGO:
Zachęca ono do czytania książek zakupionych przed 2012 rokiem, należących do nas. Takiego mi trzeba właśnie.
Będę mogła do niego włączyć te książki, które w wyniku pewnej umowy, bynajmniej nie recenzyjnej, przybyły do mnie od PWN
Wzięłam w ręce te o dwudziestoleciu międzywojennym i oszalałam - jakże one pięknie wydane, ciekawe komentarze, piękne zdjęcia. Uczta.
Poza tym ciekawe wspomnienia kobiet z Gułagu. Język angielski dla męża i dla mnie słownik ang-pol i odwrotnie, przydatny będzie do tłumaczeń, na pen drive hasła są umieszczone. Nawet bez dostępu do sieci będę mogła skorzystać.
Niespodzianka wielka, bo sama zamówiłam, ale się nie spodziewałam tak szybko.
Taki koniec roku, to ja rozumiem
Kochani - życzę Wam wspaniałych lektur w 2012 roku, żebyście szczęśliwie, suchą nogą, przez niego przeszli, jeśli komuś się darzy, niech tak zostanie, jeśli ktoś ma pecha, niech pech zostanie w starym roku. Tak czy tak, niech Wam się darzy.
Zachęca ono do czytania książek zakupionych przed 2012 rokiem, należących do nas. Takiego mi trzeba właśnie.
Będę mogła do niego włączyć te książki, które w wyniku pewnej umowy, bynajmniej nie recenzyjnej, przybyły do mnie od PWN
Wzięłam w ręce te o dwudziestoleciu międzywojennym i oszalałam - jakże one pięknie wydane, ciekawe komentarze, piękne zdjęcia. Uczta.
Poza tym ciekawe wspomnienia kobiet z Gułagu. Język angielski dla męża i dla mnie słownik ang-pol i odwrotnie, przydatny będzie do tłumaczeń, na pen drive hasła są umieszczone. Nawet bez dostępu do sieci będę mogła skorzystać.
Niespodzianka wielka, bo sama zamówiłam, ale się nie spodziewałam tak szybko.
Taki koniec roku, to ja rozumiem
Kochani - życzę Wam wspaniałych lektur w 2012 roku, żebyście szczęśliwie, suchą nogą, przez niego przeszli, jeśli komuś się darzy, niech tak zostanie, jeśli ktoś ma pecha, niech pech zostanie w starym roku. Tak czy tak, niech Wam się darzy.
środa, 28 grudnia 2011
Miłość we Wrocławiu. D.... mi nie urwało. Parada kubków za to ucieszyła
Zbiór opowiadań, którego wspólnym mianownikiem jest miłość w jej wszystkich przejawach, a autorami pisarze polscy. Jacy - widać na okładce.
Powiem tak - sama chciałam, więc nie mam co się teraz wywnętrzać, co gorsza nie mam komu. Pan do mnie napisał, zapytał, czy chcę do recenzji, ładnie dygnęłam nóżką i pięknie poprosiłam. Jeszcze przekonywałam, jak bardzo chcę.
Rzuciłam się na nią jak mój Franek na kość baranią. Miałam dobre nastawienie, ba, nawet ostatnio bardzo mi pasują formy krótkie, opowiadania właśnie.
I co? No właśnie nic. Nie dość, że większości już nawet nie pamiętam (czyli mną nie wstrząsnęło), to jeszcze mam poczucie straconego czasu. Ja przepraszam, to nie jest niewdzięczność, ale taka prawda, co poradzę?
Można powiedzieć, że ten zbiór, całe 266 stron, przeczytałam dla jednego opowiadania plus bonus w postaci dwóch kolejnych - cuzamen do kupy 68 stron. Reszta to massa tabulette.
Tym opowiadaniem, które mi się podobało najbardziej było - "Oddana" Łukasza Orbitowskiego. Poruszyło mnie, wydało mi się cudownie kompletne i skończone.
"350 przepisów. Jak zrobić z siebie idiotkę. Poradnik" Ignacego Karpowicza rozczuliło i rozbawiło. A "Samobójstwo na Maślicach" Pilipiuka to czysta rozrywka w jego stylu. Reszta wydawała mi się jakby napisana na zasadzie - zamówienie jest, coś tam uszyję. Może tak nie było, ale takie właśnie wrażenie mi pozostało.
Nie chcę Was zniechęcić do czytania tego zbioru, to moje subiektywne wrażenie, wielokrotnie okazuje się, że komuś się podoba coś, co mnie nie i na odwrót, więc Wam pozostawiam decyzję.
A żeby nie było ta marudnie i smętnie, pokazuję Wam piękniste kubaski, które dostałam pod choinkę.
Od córki mój wymarzony z fabryki Nicholasa Mosse
Jego wyroby są tak drogie, że muszę sobie zbierać po jednym kubku, talerzyku itd. Jakościowo świetne. W użyciu też.
absolutny oryginał
Ten zestaw to jest prezent od córki i jeszcze-nie-zięcia. białych kubków jest cztery, do tego maszynka do kawy i pyszna kawa, a kubki takie wielkie, bo my lubimy latte. Robimy sobie taraz z gorącym mlekiem ubitym na pianę. Pychota.
Co molowi potrzebne najbardziej na świecie oprócz książek? Duże kubki, żeby nie latać do kuchni po coś do picia.
A poza tym na zdjęciach widać, że biografia Danuty Wałęsy do mnie dotarła i już jest w czytaniu.
Powiem tak - sama chciałam, więc nie mam co się teraz wywnętrzać, co gorsza nie mam komu. Pan do mnie napisał, zapytał, czy chcę do recenzji, ładnie dygnęłam nóżką i pięknie poprosiłam. Jeszcze przekonywałam, jak bardzo chcę.
Rzuciłam się na nią jak mój Franek na kość baranią. Miałam dobre nastawienie, ba, nawet ostatnio bardzo mi pasują formy krótkie, opowiadania właśnie.
I co? No właśnie nic. Nie dość, że większości już nawet nie pamiętam (czyli mną nie wstrząsnęło), to jeszcze mam poczucie straconego czasu. Ja przepraszam, to nie jest niewdzięczność, ale taka prawda, co poradzę?
Można powiedzieć, że ten zbiór, całe 266 stron, przeczytałam dla jednego opowiadania plus bonus w postaci dwóch kolejnych - cuzamen do kupy 68 stron. Reszta to massa tabulette.
Tym opowiadaniem, które mi się podobało najbardziej było - "Oddana" Łukasza Orbitowskiego. Poruszyło mnie, wydało mi się cudownie kompletne i skończone.
"350 przepisów. Jak zrobić z siebie idiotkę. Poradnik" Ignacego Karpowicza rozczuliło i rozbawiło. A "Samobójstwo na Maślicach" Pilipiuka to czysta rozrywka w jego stylu. Reszta wydawała mi się jakby napisana na zasadzie - zamówienie jest, coś tam uszyję. Może tak nie było, ale takie właśnie wrażenie mi pozostało.
Nie chcę Was zniechęcić do czytania tego zbioru, to moje subiektywne wrażenie, wielokrotnie okazuje się, że komuś się podoba coś, co mnie nie i na odwrót, więc Wam pozostawiam decyzję.
A żeby nie było ta marudnie i smętnie, pokazuję Wam piękniste kubaski, które dostałam pod choinkę.
Od córki mój wymarzony z fabryki Nicholasa Mosse
Jego wyroby są tak drogie, że muszę sobie zbierać po jednym kubku, talerzyku itd. Jakościowo świetne. W użyciu też.
absolutny oryginał
od Moniki z Błękitnej Biblioteczki taki piękny kubas ze Starbucks. Może ich celem było dostarczenie pokaźnego kubasa do kawy, ale dla mnie to herbata tam jest bardziej adekwatna, taka z miodem i cytryną.
Ten zestaw to jest prezent od córki i jeszcze-nie-zięcia. białych kubków jest cztery, do tego maszynka do kawy i pyszna kawa, a kubki takie wielkie, bo my lubimy latte. Robimy sobie taraz z gorącym mlekiem ubitym na pianę. Pychota.
Co molowi potrzebne najbardziej na świecie oprócz książek? Duże kubki, żeby nie latać do kuchni po coś do picia.
A poza tym na zdjęciach widać, że biografia Danuty Wałęsy do mnie dotarła i już jest w czytaniu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)









