piątek, 8 kwietnia 2011

Super Freakonomia - Steven D.Levitt i Stephen J.Dubner - "Chmielewska" dla ekonomistów

Wydawnictwo Znak ma świetny sposób współpracy z blogami - wysyła listę książek i możemy wybrać. Pewnie to wiecie, ale niektórzy nie, bo nie mają blogów. A to skutkuje takim oto faktem, że mało kiedy człowiek nie będzie zachwycony książką, bo przecież nie dostaje jej do recenzji przypadkowo, tylko sobie ją wybiera.
No, ale ja zawsze pod wiatr, chociaż strasznie chciałam przeczytać pozycję o przypadku kanibalizmu w Rosji (mam nadzieję, że niczego nie pokiełbasiłam), to jednak silniejsze okazało się wezwanie zmierzenia się z tematem ekonomii, a ściślej ujmując - freakonomii.
Kochani, nic mądrego ode mnie w tej kwestii nie usłyszycie, nie będzie tu wykładu, co jest prawdą, a z czym się nie zgadzam, bo ja i ekonomia to dwie planety, na dodatek daleko od siebie leżące. Nic na to nie poradzę, nudzi mnie cholernie rozmyślanie o mechanizmach sprzedaży, inwestycji, rozwoju gospodarki itp. Niech mądrzejsi się tym zajmują, a ja czytam, muzyki słucham, kwiatki wącham, psa przegonię - żyję sobie w nieświadomości ekonomicznej jak nie przymierzając pantofelek jakiś.
O tej pozycji słyszałam wiele dobrego, właściwie o pierwszej części, nawet chciałam kupić ją dla partnera córki, młodego finansisty, ale okazało się, że już ma, przeczytał i bardzo chwalił.
Zobaczyłam tytuł drugiej części na liście i zapałałam rządzą, wiedziałam bowiem, że tylko w takiej formie zdołam coś tam w tej kwestii przyswoić, żeby wyjść z tego stanu amebowatego i nie być już takim bezmózgiem w tej kwestii, bo to jednak wstyd.
Nie zawiodłam się. Super Freakonomia jest dla wszystkich - dla znających temat - będzie to świetna zabawa, dla laików - świetny sposób na załapanie, o co w tych wszystkim chodzi. Oczywiście nie uczyni to z nas ekonomistów ekspertów, bo to nie podręcznik przecież.

We Freakonomii poruszają autorzy tak szerokie spektrum tematów, że trudno tu wszystkie przytaczać.
Sami autorzy mówię o ich pracy tak:
"Przestawione tu historie rozgrywają się w różnej scenerii, od korytarzy zamkniętego akademickiego światka do rogów najpaskudniejszych ulic.  Wiele z nich opiera się na najnowszych badaniach naukowych Levitta; inne powstały z inspiracji kolegów ekonomistów, a także inżynierów astrofizyków, psychopatycznych zabójców, lekarzy z ostrego dyżur, historyków amatorów i neurobiologów transseksualistów. Większość z tych tekstów można zaliczyć do jednej z dwóch kategorii: zawsze myślałeś, że to wiesz, ale tak naprawdę nie wiedziałeś; nigdy nie sądziłeś, że chcesz to wiedzieć, ale faktycznie chcesz i to bardzo".
Czy wiedzieliście na przykład, że rozwój cywilizacji, urbanizacja w XIX w., skutkowała poważnym problemem, który przez ekonomistów został nazwany - negatywnymi efektami zewnętrznymi? Opis tych problemów mógłby sugerować, że chodzi o samochody, a tak naprawdę chodziło o to, ze mało brakowało, a miasta zalałaby rzeka odchodów końskich i ludzie sobie zupełnie przestali z tym dawać radę, ilość nawozu przekraczała możliwości utylizacji, że się tak wyrażę i tu w sukurs przyszły automobile, póżniej zwane samochodami. Te z kolei też mają swoje negatywne efekty zewnętrzne, na przykład zwiększona emisja dwutlenku węgla, co skutkuje szukaniem innych źródeł energii i tak dalej, i tak dalej. Twórcza destrukcja. Postęp ratuje w jednym przypadku, niszczy w drugim. Bez tego źle, z nim jeszcze gorzej.
Albo weźmy sprawę: rekiny-v-słonie. Tu autorzy pokazują nam zderzenie obrazu kreowanego i narzucanego nam na przykład przez media, z prawdą i statystykami. Ataków rekinów w roku notuje się ponad 60, w tym śmiertelnych 4, ale rekiny w naszej świadomości są tak przerażające, że gdybyśmy zauważyli takiego w wodzie, jesteśmy gotowi ze strachu pobić rekord szybkości pływania na setkę, albo paść na zawał, zanim nas dosięgną. A słonie? To takie kochane zwierzaki, mają trąbę i można się na niej pohuśtać, mają takie dobrotliwe oczy... co nie zmienia faktu, że zabijają ok 200 osób rocznie. Autorzy tymi przykładami (jest ich więcej), na samym początku swojej książki, udowadniają, ze ważne jest (i oni to robią) opieranie się na faktach, liczbach, a nie na opiniach, emocjonalnych reakcjach, anomaliach i zasłyszanych anegdotach.
I tak jak u Hitchocka, zaczynają z grubej rury, a potem napięcie rośnie.
Ciekawostka, dla feministek dobra :-) - kobiety, pracujące jako specjalistki w swojej dziedzinie, które poddały się, z powodów osobistych, a nie dla jakichś badań naukowych, żeby było jasne, operacji zmiany płci, jako mężczyźni zarabiali więcej i byli bardziej cenieni. Możemy sie też dowiedzieć, ze wbrew pozorom alfons prostytutce może być 'wartością dodaną' w dobrym tego słowa znaczeniu.
Ciekawe jest też poczytanie o tym, jak to się kiedyś działo na oddziałach ratunkowych w szpitalach, jak próbowana poradzić sobie z gorączką poporodową (i co mają z tym wspólnego lekarze), jaka była historią wdrażania pasów bezpieczeństwa w samochodach, czy lepiej jest chodzić, czy jeździć po pijanemu i czy ludzie są bardziej egoistami czy altruistami w pewnych przypadkach. Ciekawe jest też spojrzenie na ataki terrorystyczne, włącznie z tym z 11 września, z punktu widzenie cyfr i ekonomii.  To wszystko podane ze swadą i w szalenie ciekawy i zajmujący sposób. Mówię wam czytałam z ołówkiem w ręku i rozdziawioną gębą.
Wyobrażam sobie, że jeśli ekonomista chciałby poczytać 'swoją Chmielewską', to byłaby to właśnie Super Freakonomia. Ubawiłam się, zrelaksowałam, dowiedziałam wielu ciekawych rzeczy i trochę zrozumiałam te mechanizmy. Czegoż więcej chcieć od książki tego rodzaju? Świetna. Polecam z ręką na sercu.
Dziękuję wydawnictwo Znak za propozycję jej przeczytania. 

niedziela, 3 kwietnia 2011

Chichot lostu - Hanka Lemańska

Nie chciałam wcale czytać tej książki, bo będąc w mylnym błędzie, jak mawiał profesor Gruchała, myślałam, że jest to kolejna produkcja młodej pisarki dla młodych czytelniczek. Nie będę się tu nurzać w przeżytych latach, ale wiecie, ze mam ich dwa razy więcej niż 22, więc wiadomo - nie dla mnie. I żeby było jasne, nic nie mam do pierwszych czy nawet drugich powieści młodych pisarek (nic poza 'zawiścią', że są młode i że są pisarkami :-), ale co za dużo, to wystarczy. Teraz to raczej 'Szepty' mnie pociągają tematycznie :-)

Dostałam tę książkę w prezencie, postawiłam na półkę i pomyślałam, że będzie dla córki jak znalazł. Potem doczytałam, że Hanka Lemańska to rocznik 1959 i do tego psycholog, więc pomyślałam, że może warto dać tej powieści szansę?   Potem, potem zobaczyłam zwiastun serialu i pomyślałam, że jak nie teraz, to nigdy, bo mnie będą napadać w telewizji skrótami poprzednich odcinków i zwiastunami i w ten sposób poznam treść. A, że egzaminy mi nieźle dały w kość, nawet nie tyle ilością materiału, ile stresem, bo wiadomo stare studentki to się od razu na podium chcą znaleźć, a mózg już nie taka gąbka, więc trzeba ostrożnie treści zapodawać, co by przecieków nie było, to pomyślałam, że Chichoty losu akurat - nie obciążą zwojów.

Wiecie co, to jest całkiem fajny kawałek historii. Czuję niedosyt wiadomo, bo taki temat mógłby być trochę może pociagnięty, bardziej rozwinięty, bardziej może przegadany, ale z drugiej strony, czy ja wiem? Powieści, co flaki wypruwają z człowieka jest wiele, ale takiej, która by w sumie na wesoło potraktowała temat przysposobienia dzieci w tak trudnych okolicznościach, nie spotkałam.
Kto wie, może to jest właśnie sposób na zapodanie treści ważkiej, ale tak, żeby jednak ktoś zechciał o tym poczytać. Sami przyznacie, że ludzie czasem nie chcą.
Zastanawiałam się, skąd u mnie taka ciekawość, co się zdarzy, skoro właściwie tak a priori potraktowałam temat jako ograny i oklepany. A jednak przewracałam kartki niecierpliwie, chciałam wiedzieć, czy ta dziewczyna zechce rzucić się na głęboką wodę, czy jednak odpuści i wybierze swoje dawne życie. Hej, taka głupia nie jestem i spodziewałam się schematycznego zakończenia, jak w komedii romantycznej, ale z drugiej strony - któż nie lubi dobrej komedii romantycznej, więc może nie trąbimy całemu światu, że właśnie obejrzeliśmy Tylko mnie kochaj, ale jednak rekordy oglądalności ten film pobił. Już nie mówię o moim najukochańszym 'Masz wiadomość' (wiadomo, bo o księgarni, bo Meg, bo Tom i bo jestem babą).
I tak przeleciałam przez ponad 200 stron jak burza, nie wiedzieć kiedy skończyłam i mi się szkoda zrobiło.
Na pocieszenie może film? Hm, trochę nie lubię Żmudy-Trzebiatowskiej, ale bez przesady, nie będę się jej czepiać, bo sama nie wiem, dlaczego, więc może być, że za jej urodę bez skazy, za  równiutkie zęby, za figurę, czyli może jej zawiszczę podświadomie? A, co mi tam, zasiadłam oglądać i fajerwerków nie ma, ale jest ok. Dzieciaki tam mi się podobają.


Suma summarrum, jak mawiała profesor Początek od angielskiego, ale za to z francuskim 'r', książkę bardzo polecam dla spragnionych przerwy w poważniejszych lekturach, a serial to już jak sami chcecie, wiadomo, jedni lubią, a inni nie mają telewizora.
Szkoda tylko, że Hanka Lemańska juz nie żyje i nic więcej nie napisze

P.S. Książka jest dostępna na Merlinie za niecałe 3 złote

środa, 30 marca 2011

Noce deszczu i gwiazd - Maeve Binchy (audiobook)

Moja ukochana Maeve Binchy i tym razem mnie nie zawiodła. Zawsze sięgam po nią, kiedy chcę przeczytać miłą i mądrą powieść, przy której odpocznę, jak przy opowieściach ukochanej babci, kiedy zmęczone dziecko siada u jej nóg. W trakcie kursu i egzaminów, które dopiero co skończyłam, miałam zaczęte dwie książki, w rozpaczy sięgnęłam po trzecią, bo mi tamte nie szły, a ostatecznie uszami przeczytałam tę, bo podczas dojazdów na szkolenie, mogłam jej słuchać w samochodzie.

Akcja tej powieści dzieje się w Grecji. Nigdy tam nie byłam, ale zawsze chciałam. Ciekawa byłam, jak też opisze ten kraj Maeve Binchy. Jest ona znana z tego, ze stara się poznać dobrze miejsce i temat, który opisuje, powieść dziejąca się w środowisku medycznym napisała po wielomiesiecznym pobycie w szpitalu, nie zdziwiłabym się, gdyby się okazało, że opisane miejsca w Grecji były jej wakacyjną destynacją.

Na greckiej wyspie Aghia Anna, czwórka ludzi spotyka się w tawernie. Jest to wyjątkowy wieczór, gdyż wtedy właśnie ulega spaleniu statek wycieczkowy i giną ludzie - turyści i pracujący tam Grecy. Wszystkich dotyka ta tragedia. Łączą się w bólu z właścicielem tawerny, a w obliczu tego zdarzenia, ich wzajemne relacje zacieśniają się niezwykle jak na ludzi na wakacjach.
Fiona - irlandzka pielęgniarka wraz ze swoim chłopakiem Shanem, którego nikt nie trawi; Elsa - niemiecka prezenterka telewizyjna, David - nieśmiały Anglik, który ucieka przed zaborczym ojcem i matką, która nie potrafi sie mu przeciwstawić oraz Thomas - wykładowca akademicki z Kaliforni, rozwiedziony, postanowił zniknąć z oczu swojej byłej i synowi, kiedy ona wychodzi drugi raz za mąż. Jest to historia jednego lata, poznajemy ich wszystkich po kolei, ich motywy, historię, jak się tam znaleźli, dlaczego i co zamierzają. Postanawiają spędzić na wyspie więcej czasu niż zamierzali, Thomas nawet rok, poznają miejscowych ludzi, zżywają się z nimi, szczególnie z Vonni, Irlandką w średnim wieku, która mieszka tam na stałe. Rozmowy z tą mądrą i doświadczoną przez życie kobietą, pomagają im podejmować decyzje.
Ta powieść dobrze mi zrobiła. Rozpływałam się wręcz w jej greckim klimacie. Jeśli myślicie, że to klasyczny chic-lit to jesteście w mylnym błędzie, jak zwykł mawiać mój matematyk. Zresztą nie wiem, jeśli idzie o Binchy jestem bezkrytyczna. Ona potrafi ze zwykłej historii zrobić coś tak ujutnego, interesującego, wzruszajacego, że słów na to nie mam.
A scena tańca mężczyzn po pogrzebie ofiar pożaru na statku tak mnie poruszyła, że musiałam zatrzymać samochód na trasie, tak płakałam.  I to właściwie tyle, nie mam nic mądrego do powiedzenia, bo tu nie o mądrość chodzi a o uczucia. Po prostu cala Maeve Binchy.

Audiobooka czyta Elżbieta Kijowska i robi to świetnie. Uwielbiam jej głos i sposób czytania, słuchałam kilku powieści przez nią nagranych i zawsze się bardzo cieszę, kiedy widzę, że znowu ona jest lektorem. 

Jeszcze dwa słowa o okładkach- ta polska jest okropna, po raz kolejny w przypadku powieści tej pisarki na rynku polskim - wielka skucha. W życiu bym tej książki nie kupiła, gdybym szukała jakiegoś czytadła, ale nie za głupiego. Natomiast nasze irlandzkie wydanie już bardziej w klimacie, było jeszcze fajniejsze, ale nie mogę znaleźć. Oj, nie ma Maeve szczęścia do polskich wydań.

sobota, 26 marca 2011

Krzysztof - Aleksander Minkowski

Pamiętam, kiedy czytałam tę książkę jako kilkunastoletnia pannica. Najpierw nie mogłam uwierzyć swojemu szczęściu, kiedy wynalazłam tę powieść w antykwariacie, a potem jeszcze tej samej nocy łyknęłam ją w całości. Mama nie była z tych, które mnie ganiały i tłumaczyły, że oczy zmarnuję. Sama zresztą też w nocy czytała.
Dosyć ryzykowne jest wchodzić do tej samej wody. Wiadomo, czasy inne i upodobania też, chociażby z powodu wieku.
Nie mogę powiedzieć, że ta powieść oparła się upływowi lat, bo bym skłamała, ale wydaje mi się, że fakt naznaczenia latami siedemdziesiątymi, a nawet powojennymi, bo historia sięga wstecz, w tym wypadku działa na korzyść książki. A oto kilka zdań o treści, sama bym tego lepiej nie napisała:
"Nastoletni bohaterowie opublikowanej w 1975 roku powieści dla młodzieży wyrastają na longplayach Santany, wakacjach nad Balatonem i spodniach z "teksasu". Muszą zmierzyć się z legendą o wojennej młodości swoich rodziców. Rodziców, którzy po wyjściu z partyzantki nie zawsze umieli odnaleźć się w rzeczywistości wymagającej uległości i konformizmu. Albo, co gorsza, odnajdowali się za dobrze, zaprzeczając dawnym ideałom. Adoptowany przez krewnych Krzysztof Smuga to Hamlet na miarę PRL-u lat 70. Skłócony ze sobą, pełen nienawiści do przybranego ojca, chętnie nakłada maskę błazna i szaleńca. Dom dziecka Raj nauczył go nie ufać ludziom i spodziewać się od nich jedynie cierpienia i upokorzeń. Gdy Krzysztof nie zdaje do klasy maturalnej, domowy konflikt osiąga apogeum. W końcu wyładowany walizkami samochód odjeżdża na wakacje na Węgrzech, a Krzysztof zostaje w domu bez żalu i bez nadziei na pojednanie.
Przełom przynosi historyjka usłyszana od pijaka. Na szanowanego doktora Smugę pada oskarżenie o zdradę. Pod koniec wojny miał okraść powierzone mu laboratorium, a próbującego go powstrzymać przyjaciela doprowadzić do kalectwa. Krzysztof wyrusza szukać świadków tych wydarzeń. Podróż po prawdę okazuje się podróżą po samowiedzę. Krzysztof poznaje miłość, oddanie, uczy się rozumieć i kontrolować własne uczucia. Pogodzony ze sobą może pogodzić się z ojcem. Zwłaszcza że z opowieści dawnych współpracowników doktora Smugi wyłania się człowiek szorstki, ale niezłomny." 
 
Na początku nie mogłam się przyzwyczaić do trochę archaicznej narracji i problemy wydawały mi się drążone niepotrzebnie, ale potem sama siebie upomniałam, że to przecież młodzieżówka, więc wstrzymaj konie kobieto, a poza tym w tym wieku wszystkie problemy się właśnie tak bez końca wałkuje. Wyluzowałam się i skończyłam odsłuchiwanie z przyjemnością. Co nie zmienia faktu, że jest ona interesująca głównie dla tych, którzy są w moim wieku, czyli 40+, na zasadzie wspomnieniowej, bo współczesnym nastolatkom to Minkowski swoim Krzysztofem raczej nie zaimponuje. Ale co się dziwić, wiadomo, panta rhei, wszystko płynie i nic nie jest takie samo, a już na pewno nie po 37 latach od pierwszego wydania.









czwartek, 24 marca 2011

Biblioteka odsłona ostatnia - książki młodzieżowe i dla dzieci

To już ostatnie zdjęcia. Napisałam, że zamieszczę, to nie chciałam z gęby wiadomo czego robić. Jeżeli ktoś już ma dosyć tych pokazów, to po prostu nie będzie oglądał. Zapomniałam jeszcze o jednej półce, na której są wielkoformatowe książki z bajkami Disneya i o Skrzatach, Kosmosie itp. Nie będę już latać z aparatem.
Jak widać na zdjęciach, są tam nowe powieści, niedawno wydane, ale i moje z dzieciństwa i młodości - Siesickie, Muminki i inne. Niestety duża część powieści młodzieżowych zaginęła.
Kursy już pokończone, egzaminy zdane (mam nadzieję), wzięłam się z powrotem za czytanie.
Wkrótce pierwsze recenzje.
Dostałam od wydawnictwa Znak Super Freakonomię do recenzji. Sama chciałam, już daaawno słyszałam o tej książce, same dobre opinie. Wkrótce notka.











niedziela, 20 marca 2011

Na rosyjską nutę

Za moich czasów w szkołach uczono języka rosyjskiego.  Zaczynało się w czwartej klasie i tak do końca liceum.  Traktowano ten przedmiot poważnie, więc nie można było tak po prostu przebrnąć byle jak przez ten cykl, trzeba było wykazać się znajomością.  Wprawdzie matury nie musiałam zdawać z rosyjskiego, ale zaliczyć przedmiot, żeby być dopuszczonym do matury to już tak.  W podstawówce miałam nauczycielkę, która wszystko traktowała bardzo serio, a swój przedmiot to już w ogóle. Wyglądała jak żywcem wyjęta z filmów rosyjskich, kiedyś byliśmy przekonani, że jest ze Związku Radzieckiego, teraz wiem, że tak nie było, po prostu była wtedy taka ‘demoludowa’ moda.
W moim domu rodzinnym nie uprawiało się polityki, wprawdzie rodzice nie należeli do partii i nie sprzyjali ustrojowi, ale też nie latali po ulicach z ulotkami i nie odbywały się u nas zebrania działaczy podziemnych.  Nigdy nie usłyszałam od nich, że język rosyjski, czy ich kultura to jest wielkie G, wręcz przeciwnie, słuchało się u nas ballad rosyjskich Żanny Biczewskiej, Okudżawy i Wysockiego, czytało rosyjskich klasyków, uwielbiało rosyjskie dramaty teatralne, a ZSRR było destynacją naszych wypadów wakacyjnych.  Wiadomo, kraj ten zrzeszał wtedy te wszystkie, które teraz są osobnymi jednostkami, czyli odwiedzanie Gruzji, Azerbejdżanu, Uzbekistanu, Syberii, Petersburga nazywało się wyjazdem do Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Moi rodzice uważali te miejsca za fascynujące, a ludzi tam mieszkających, za niezwykle ciekawych i przyjaznych.  Oczywiście ciągnęło nas na Zachód, ale to nie przekreślało atrakcyjności kierunku wschodniego.  Rodzicie oddzielali politykę od sympatii do samego kraju i ludzi tam żyjących. 
Jedną z najwspanialszych przygód wakacyjnych był dla mnie rejs po portach Morza Czarnego. Kiedyś już o tym tu pisałam, ale może nie wszyscy to czytali. Miałam chyba z 8 lat, nie pamiętam dokładnie. Pływaliśmy statkiem "Szota Rustaweli" -  Odessa, Batumi, Suchumi, Soczi i tak dalej.  Na tymże statku był Włodzimierz Wysocki ze swoją żoną Mariną Vlady.  Chociaż u mnie w domu często grało się pieśni Wysockiego (na adapterze z płyt winylowych), nie wiedziałam jak on wygląda i mało mnie to w sumie obchodziło. Tam na statku był basen, który po środku miał bar.  „Osiadłam na mieliźnie” i jadłam loda.  W pewnym momencie tak liznęłam nieszczęśliwie, że mi wpadł do wody i go straciłam.  Smutno mi było, bo te rosyjskie lody strasznie dobre były.  Wysocki kupił mi drugiego i wręczył z zawadiackim uśmiechem.  I takiego go właśnie pamiętam.  I to, że strasznie byli zakochani, on i Marina.  To był chyba ich najlepszy czas. Mój też, dzieciństwo przeważnie dobrze się wspomina. 

Czy można, więc mi się dziwić, że nie mam do języka ani kultury rosyjskiej urazu, że wręcz przeciwnie, darzę tamte rejony swoistą estymą i łowię wszędzie różne rusofilskie klimaty, a to książkę wygrzebię, a to film sobie w oryginale obejrzę, nie tylko te stare, ale i nowe ich produkcje staram się na bieżąco zaliczać. Poza tym zauważyłam, że wiele świetnych powieści rosyjskich jest nietłumaczonych na polski, a już najbardziej wkurza mnie to, że moja ulubiona Marinina jest w Polsce wydawana nie chronologicznie, czyli raz dostaję jej powieść o Kamieńskiej, kiedy ta jest zamężna, a kolejna powieść pokazuje panią major, jako pannę.  Zgłupieć można.  Pomyślałam – a dlaczego nie miałabym wrócić do dawno zarzuconej przeze mnie umiejętności czytania w oryginale? Dałoby mi to swobodę czytelniczą, o jakiej marzę.  Jak zapewne wiecie, nie jest to takie łatwe, bo litery alfabetu rosyjskiego nie są takie, jak nasze, więc trzeba mi będzie od nowa do nich przyzwyczaić i nauczyć sprawnie odczytywać.  Miałam to w planach, w bliżej niesprecyzowanej przyszłości, ale kiedy podczas kursu dla tłumaczy, poznałam Irinę i Dmitrija, postanowiłam te mrzonki wprowadzić w życie – poprosiłam ich o sprzedanie mi jednej czy dwóch książek.
Po tygodniu Irina przytargała ze sobą trzy powieści, jedną Doncowej, jedną nowej pisarki, dopiero wchodzącej na rynek, a trzecią Chmielewskiej przetłumaczoną na rosyjski.  Ucieszyłam się bardzo, ale i stropiłam, bo gdy zajrzałam na stronice, wiedziałam, że wprawdzie odwrotu już nie ma, bo jak Panna sobie coś postanowi, to prędzej umrze niż odpuści, ale dochodzenie do jakiej takie sprawności w czytaniu po rosyjsku będzie długie i bolesne. Jak na razie przeczytałam jedną stronę i się tak zmęczyłam, jakbym alpinistą była.  I już sama nie wiem, co jest gorsze, czy to, że sobie znowu jakieś wyzwanie wymyśliłam, czy fakt, że zapuściłam znajomość języka obcego, a przecież to była wartość dodana jakby nie było. Teraz będę musiała te straty nadrobić. 


 Na koniec chciałam poinformować, że dowiedziałam sie u źródła, czyli w wydawnictwie WAB, ze w lipcu będzie wydana kolejna powieść Marininy, tym razem major Kamieńska powraca. Hura! Właściwie powinnam powiedzieć Urra!








To jest jedna z piękniejszych pieśni, moja ulubiona, może dlatego, że mój tata, który już nie żyje, zwykł śpiewać ją wraz z Biczewską lecącą z płyty. I do tego pięknie gwizdał w momentach, kiedy ona nuci.

sobota, 12 marca 2011

Moja biblioteka odsłona trzecia, przedostatnia.

 
To jest prawa część mojego regału z pokoju dziennego. Oczywiście da się powiększać. Nie sądzę, żeby ktokolwiek miał ochotę to oglądać z bliska, ale jakby co, to jest taka możliwość, bo nie kurczyłam zdjęć przed dodaniem. 

środa, 9 marca 2011

Moja biblioteka - odcinek drugi. A tak w ogóle Instynkt na Linii życia jest OK

Tak, jak obiecałam, pokazuję drugą odsłonę mojej biblioteki. Niektórzy się skarżyli, że zdjęcia są za małe, to znaczy za mało na nich widać. Nic nie poradzę. Robiłam bardziej szczegółowe, ale przy tym rozmiarze biblioteki, wyszło mi 109 zdjęć, nikt by nie chciał tylu tu oglądać. Zrobiłam więc inne fotki, bardziej 'panoramiczne', a poza tym lekko je kurczę przed wstawianiem, bo w przeciwnym wypadku po ich załączeniu, musiałabym je zostawić chyba na godzinę do kurczenia przez program bloggera. Mimo to, przeredagowałam zdjęcia tak, żeby były dużo większe po kliknięciu, a i jeszcze daja się powiększyć ponownie, teraz to już nawet ja - ślepiec astygmatyk, widzi wszystko jak na dłoni.
Jakby były pytania dotyczące pozycji na półce, chętnie odpowiem.




To jest lewa połowa regału z pokoju dziennego. Druga połowa, jak mawiała Pani Honorata - większe pół - wkrótce.
A tak poza tym, to chciałam powiedzieć, że oglądałam pierwsze odcinki nowych seriali - Instynkt w czwartek i Przepis na życie w niedzielę i bardzo mi się podobają. Pierwszy o policjantce (Stenka), podobny do Criminal Minds (Zabójcze umysły, czy tak to przetłumaczyli w Polsce?), a drugi w stylu komedii romantycznej, a to zagonione tygrysy lubią najbardziej, o kobiecie z dorastającą córką, pozostawionej przez męża-lekarza-pierdołę (Adamczyka) i z tego, co się spodziewam, zaczynającej przygodę z profesjonalnym gotowaniem. Wielce obiecujące oba, mam nadzieję, że się nie zawiodę. Oglądałam też Chichot losu, ale nie mam wyrobionej opinii, dzieci mi się tam podobają, a reszta? Obaczymy, obadamy.

sobota, 5 marca 2011

Moja biblioteka - odcinek pierwszy

Proszono mnie już nie raz o pokazanie swoich zbiorów. Wiem, że teraz jest taka akcja na blogach, mole pokazują drogie sercu półeczki. Nie mam czasu sprawdzać, czy ktoś mnie wezwał do apelu, ale wcześniej juz pojawiały się takie głosy, więc dla relaksu, między uczeniem się do kolejnych zajęć z tlumaczenia, chwyciłam za aparat i strzeliłam kilka fotek.
Moje zbiory mają już ze 30 lat, a może i kilka więcej, bo książki targałam za sobą, jeszcze będąc małym brzdącem. Ale takie świadome kupowanie, polowanie w antykwariatach, na kiermaszach pierwszomajowych i załatwianie spod lady, zaczęło się jakieś 30 lat temu właśnie.
Na pewno nie da się wszystkiego opisać za jednym zamachem. Mimo, ze wiele książek byłam zmuszona sprzedać przed wyjazdem do Irlandii, część przepadła wraz z likwidowaniem domu rodzinnego przed jego sprzedażą (niestety były ważniejsze sprawy, trudniejsze do załatwienia i nie upilnowałam książek), nadal wiele stoi na półkach. A za wieloma ronię łzy, kiedy sobie o nich przypomnę. Staram się o tych, które utraciłam, nie myśleć.
Kiedy oglądam Wasze zbiory, są one takie nowoczesne, błyszczące, kolorowe i świeże. Część mojego księgozbioru jest stareńka, niektóre książki się ledwo trzymają kupy, niektóre mają proste okładki, bez właściwego książkom wydawanym obecnie, blichtru i koloru. Ale są drogie mojemu sercu.
Są też takie, które mi się kiedyś bardzo podobały, a teraz pewnie obudzą u was uśmiech litości, jak seria kryminałów z Amber, czy Danielle Steel z Książnicy. Ale co tam, pokażę wszystko. Takie były moje gusta, kiedy byłam młoda, co innego czytałam kiedyś, co innego teraz, a niektóre wciąż lubię, jak na przykład Dołegę-Mostowicza.
No to zaczynamy:
 To jest widok na regał w pokoju dziennym, jak widać książki są od podłogi do sufitu, w pojedynczych rzędach. Kiedyś miałam głębokie regały, kupne, trzymałam tam książki w dwóch rzędach, ale mój mąż powiedział, ze to niedobrze wygląda i kiedy kupiliśmy ten dom, zrobił mi regały na wymiar i pod kolor mebli, które kupiliśmy w Polsce.
 Ten regal jest kupny, pasuje do innych w pokoju. Ma wyjątkowo wysokie półki, nadają się idealnie na albumy, książki kulinarne i słowniki.
 Ten też jest zrobiony przez męża, stoi u nas w sypialni.
 A oto zbiory właśnie z tego ostatniego. Od góry do samego dołu. Jak widać nowości mieszają się ze starszymi tytułami. W ustawianiu książek nie stosuję żadnej metody, ale pamiętam, gdzie która stoi.




W następnym odcinku pokażę półki z pokoju dziennego, a w kolejnym zbiory młodzieżowe i dziecięce z pokoi na piętrze, które należą do dzieci.