wtorek, 6 września 2011

Zrób sobie raj - Mariusz Szczygieł. Książka, która mnie zawołała z półki.

Kupiłam tę powieść i postawiłam na półce, bo oczywiście co innego było w czytaniu, a na stoliku nocnym może leżeć tylko kilka książek, co bym nie zginęła śmiercią tragiczną przywalona przez rzeczone.
Kiedy skończyłam 'Empty Family' miałam zacząć zupełnie inną książkę, ale w między czasie chwyciłam za magazyn i ruszenie z kopyta z nową pozycją odwlekło się w czasie. Przechodzę sobie obok regału i nagle słyszę - hej, co jest paniusiu, ile tu będę stała. Spojrzałam na tytuł - Zrób sobie raj. Pomyślałam, że w obecnym stanie ducha raju mi potrzeba bardzo, więc uznałam to za znak jakiś i bez namysłu, co dziwne,  bo ja nie lubię zmieniać planów czytelniczych, wzięłam do ręki. Wzięłam i wsiąkłam. Przeczytałam nie wiem kiedy, a trzeba wam wiedzieć, że zupełnie nie mam teraz czasu, więc 'nie wiem kiedy' w tych okolicznościach to jest WIELKI KOMPLEMENT.
Dygresja nr 1- Ja poproszę ustawodawców czy prawodawców, jak oni się tam zwą, żeby zatwierdzili bigamię, w celu, a mianowicie takim, żebym ja się mogła Mariuszowi Szczygłowi oświadczyć. (Nie)stety jestem mężatką, (nie)stety szczęśliwą, gdyby jednak można było mieć więcej niż jednego męża, uderzyłabym w konkury do MS (już widzę jak się rzuca czarną polewkę gotować - panie Mariuszu, spokojnie, mieszkam na drugim końcu Europy). Mózg pana Mariusza jest taki seksowny, że się normalnie nie mogę oprzeć tej deklaracji - ja poproszę pana na męża.
Przeczytałam te zapiski i mnie taka tkliwość dla autora wzięła jak dla najlepszego, najbardziej cenionego przyjaciela. Nie dość, że pięknie mówi o ludziach, umie słuchać, zadawać pytania 'na każdy temat', to jeszcze w taki sposób Czechy czytelnikom przybliża, że go pozostawia na końcu tej książki czechofilem w zalążku, o ile nie dalej. Ja zawsze byłam w zachwycie dla kina czeskiego, dla kazdej powieści, która mi wpadła w ręce, ilekroć pojechałam do ówczesnej Czechosłowacji, tyle razy wracałam cała oczadziała i atmosferą, i kulturą, ale wiadomości zawarte w tej książce uporządkowały moje uczucia do tego kraju i znacznie pogłębiły moją wiedzę, tak więc autor nie musiał mnie namawiać do polubienia tamtych stron, ale uderzył w czułe struny, czasem dawno zapomniane.
Dygresja nr 2 - I ja, jak każdy jego interlokutor w dyskusji o tym kraju, mam przykład na to, jak Czesi w Pradze, w centrum konkretnie, potrafią robić turystę w bambuko. Jako prawie osiemnastoletnia harcerka na obozie w Pradze z przyjaciółką, razem przyboczne sztuk dwa, wyrwałyśmy w holu wielkiego akademika dwóch obrzydliwie przystojnych Jugosłowian (czy ktoś jeszcze pamięta, że było takie państwo?). Zaprosili nas do niezwykle modnej wtedy dyskoteki w centrum miasta. Zeby tam dojechać musieliśmy iść pieszo do metra, potem metrem dosyć długo do centrum, a potem jeszcze piechotą do tej dyskoteki. Tam oddaliśmy kurteczki do szatni, gdzie wręczyli nam numerek, jeden na nas obie. Wcale nas to nie zdziwiło, bo po co niby dwa numerki skoro na jednym haku 'wisimy'? Jedyne, co nas zaskoczyło to fakt, że co chwila DJ ogłaszał przez mikrofon prośbę o poszukanie zgubionego numerka z takim i taki oznaczeniem. Bawiliśmy się świetnie, Jugosłowianie się spisywali na medal (proszę mi tu bez kosmatych myśli, taniec mam na myśli), ale końcówkę mieliśmy jednak 'niesmaczną'. Przy wyjściu okazało się, że skoro nie mamy drugiego numerka, który przecież musieliśmy dostać, bo przecież na nim jest zakodowane ile wypiliśmy drinków, za które płaci się przy wyjściu (skąd miałyśmy wiedzieć, wszystko stawiali Jugosłowianie, którzy byli tak bogaci jak przystojni), a skoro ich nie mamy, musi być kara, bo jest domniemanie, że specjalnie jeden ukryłyśmy, bo na nim jest obciążony rachunek. I nic nie pomogły tłumaczenia, że nie dostałyśmy dwóch, Jugosłowianin wreszcie się zeźlił i zapłacił tę karę, która pamiętam była niebotycznej wysokości. Ciekawe na co liczył? W każdym razie się przeliczył i był stratny. Potem dowiedziałam się, że ten numer był tam uskuteczniany co noc na wielu obcokrajowcach frajerach, a każdy z szatniarzy zarabiał na tym miesięczną pensję w noc.
Ale czy taki incydent może kogoś zrazić do tego kraju czy ludzi? Oczywiście, że nie. A my z przyjaciółką nie tylko z rozrzewnieniem wspominamy całe wakacje w Pradze i okolicach, ale nawet i to zdarzenie oraz Jugosłowian sztuk dwie.
Wracając do książki, zszokowały mnie opowieści o nie-religijności mieszkańców tego kraju. Zawsze wydawało mi się, że jestem umiarkowaną katoliczką, ale na tle tego, co pisze Mariusz Szczygieł o sytuacji tam, to ja jestem jakaś ekstremistka ortodoksyjna :-) chociaż w kościele byłam nie pamiętam jak dawno?

Kiedy poczytałam o Halinie Pawłowskiej, której znałam do tej pory zaledwie felietonów kilka, ale i tak zdołałam zapałać do niej miłoscią czytelniczą (proszę prawodawców o zatwierdzenie związków jednopłciowych), po tym, co Szczygieł o niej napisał, oczywiście rzuciłam się szukać jej książek po polsku.
Zresztą każdy z 'bohaterów' tej opowieści o Czechach powodował u mnie pęd szalony do szukania więcej informacji niż w tej książce i to jest chyba największy dla niej komplement. Nie tylko zaspokaja ciekawość, ale i budzi ciekawość. Jak to się robi panie Mariuszu?
Żali mi tylko, że to wszystko przyszło mi przeczytać jedynie, bo szczerze mówiąc wolałabym, żeby mi to autor przy kuflu w czeskiej piwiarni opowiedział.

A na końcu akcent znajomy - ja zawsze czytam podziękowania. Przeważnie nie znam ludzi, których nazwiska tam widnieją, ale sobie wyobrażam twarze tego i owego, który przyczynił się do powstania książki. Czytam sobie, czytam i oczom nie wierzę, autor dziękuje specjalnie dr. Maciejowi Myszce. Toż to również mój znajomy. Od tej pory więc, mogę mówić, że znam człowieka, który zna Szczygła. Tego Szczygła. Maciek, jeśli tu jakimś cudem trafiłeś - pozdrawiam.

wtorek, 30 sierpnia 2011

Dziewczyna z muszlą (Remarkable Creatures) - Tracy Chevalier

Poniższy post był już przeze mnie umieszczony na moim blogu o książkach na bloxie, zanim powstał ten 'odłam' bloggerowy. Wtedy ta powieść nie była jeszcze przetłumaczona na język polski, teraz, dzięki Montgomery z bloga Słowem Malowane  dowiedziałam się, ze ukazała się ona już w kraju pod tytułem Kobieta z muszlą. Mała dygresja - czy polski tytuł musi być tak nieadekwatny i grający marketingowo na poprzedniej powieści, która była bestsellerem w Polsce (Dziewczyna z perłą)? Dla mnie to obciach, że się nie wysilili bardziej. No, ale to szczegół. Postanowiłam więc wkleić notkę o tej powieści, jeszcze raz tutaj, pewnie wielu z Was mnie wtedy jeszcze nie czytało, albo już zapomniało o tej notce, a ponieważ uważam, że ta książka jest warta uwagi, świetna po prostu, przypominam :-)


Są książki, których nie powinno się czytać bez przygotowania. Może być tak, że jeżeli nic się nie wie o podłożu opowiadanej historii, wydawać się ona może nudna, przesadzona lub niedorzeczna.
Kocham Tracy Chevalier. Jak tylko wyśledziłam, że jej nowa powieść jest juź dostępna u nas w bibliotece, natychmiast ją zamówiłam. Kiedy tylko dostałam ją w ręce, otworzyłam i zachłannie zaczęłam czytać. Błąd. W tym wypadku właśnie, najpierw powinnam poczytać o tym, co sama Tracy ma do powiedzenia o tej powieści, jak doszło do jej napisania i o czym ona traktuje. Nie zrobiłam tego i w pierwszej chwili poczułam się znużona tą powieścią, zmęczyły mnie detale dotyczące skamielin, ich nazw i jak sie je znajduje. Odbiłam więc do innej powieści (opisanej w poprzedniej notce), zrelaksowałam się i jakoś mi niechętna byla myśl, że muszę wrócić do powieści Remarkable cratures. Ale w sukurs przyszdł mi sen - wyśniłam mianowicie, że opowiadam córce o czym jest ta książka, czego się z niej dowiedziałam i polecam ją jej uwadze. Faktycznie taka konwersacja miała miejsce na jawie, ale raczej o tym, dlaczego mi się książka nie podoba i jak jestem zawiedziona, że nie jest równie ciekawa jak poprzednie.  We śnie tak przekonująco opowiadałam o historii pozyskiwania skamielin, o roli kobiet w najważniejszych odkryciach i to w jakich czasach - początek dziewiętnastego wieku, kiedy kobieta była zaledwie dodatkiem do mężczyzny, a tu taka historia - dwie kobiety, niesamowite, obie na swój sposób wyjątkowe, z pasją, z umysłem przekraczającym poziom nie tylko innych kobiet, ale i wielu mężczyzn, cichych bohaterek odkryć geologicznych tamtych lat, tak ją zachęcałam, tak jej opowiadałam, że kiedy się rano obudziłam, zupełnie innym okiem spojrzałam na tę powieść i przystąpiłam ochoczo do jej czytania, tak się w tym zapamiętałam, że aż momentami paznokcie gryzłam.
Ale do rzeczy. O czym ta powieść jest. Poznajemy dwie kobiety, juz mówilam, jedną z nich byla przedstawicielka klasy średniej - Elizabeth Philpot, druga z klasy pracujacej, dużo niżej od Elizabeth - Mary Anning. Mary poznajemy w wieku 15 miesięcy, kiedy to zostaje trafiona piorunem i przeżywa, mimo, że obie kobiety będące z nią razem, giną na miejscu. Z dziecka cichego i wycofanego, staje się bardzo żywotna i o bystrym umyśle. A nade wszystko ma niesamowity dar do wyszukiwania, w całej masie kamieni i skalnych odłamków, skamielin wyjątkowej wartości. Obie kobiety żyły naprawdę, Mary urodziła się w 1800 roku i umarła w 1847 roku, a w 1812 roku (jak łatwo policzyc miała 12 lat) dokonała odkrycia kompletnego szkieletu Ichtiozaura. Najpierw sądzono, ze to jest krokodyl, ale potem okazalo się, że jest to zwierzę, ktore juz wyginęło i żyło dużo wcześniej. W tamtych czasach nauka była ściśle powiązana z wiarą chrześcijanską i przekazami Biblii i bardzo ciężko było to wszystko połączyć w całość jako teorię, biorąc pod uwagę doktryny koscioła. Jeżeli bowiem Pan Bóg stworzył świat w 6 dni, to te wszystkie zwierzęta powinnym wyglądać od razu tak, jak teraz (wtedy) i się nie zmieniać. A jeżeli nie? A może zbyt dosłownie rozumiane jest te 6 dni, może to było 6 er?



Proszę posłuchajcie, ktokolwiek zna języka angielski, co na ten tamat mówi sama Tracy Chevalier. Znajdźcie w sobie cierpliwość do obejrzenia tego do końca, bo to naprawdę fascynująca historia i ciekawe, jak ona wpadła na nią i dlaczego zechciala ja opowiedzieć.



Mary Anning specjalizowala się w znajdowaniu takich skamielin, ta już po oczyszczeniu, one tak nie wyglądają, są zarośnięte i zawalone innymi kamieniami, trzeba je najpierw wyłupać z większego bloku skalnego, a potem oczyścić.

Elizabeth raczej ulubiła sobie fish fossils, czyli skamieliny ryb. Jej fantastyczna kolekcja jest umieszczona w Muzeum Historii Naturalnej w Londynie i w jej własnym muzeum w Lyme Regis

Więcej zdjęc możecie obejrzeć na stronie Tracy Chevalier TU
Poczytałam trochę o tym, o skamielinach, o ich rodzajach, o rozwoju nauki dzieki znajdowaniu wciaż nowych, i o samej Mary Anning, która w ciągu swojego krótkiego życia znalazła kilka razy jako pierwsza, wciąż to nowe stworzenia zatopione w kamieniu, sama nie mogąc ich przedstawić w Towarzystwie Geologicznym, bo kobiety, szczególnie jej stanu, nie miały tam wstępu. Świat ludzi, którzy zajmowali się skamielinami dzielił się na poszukiwaczy (hunters) i kolekcjonerów (collectors), jak tylko kolekcjonerzy kupili od tych, którzy wytropili skamieliny, umieszczali na tych znaleziskach swoje nazwiska. Mary Anning nie miała szans, jako kobieta, jako klasa niższa, zaistnieć jako badacz, chociaż wiedziała wiele i przekazywała swoja wiedze uczonym, jako 'polowacz' tez nie, a to ona miała oko do wnajdywania tego wszystkiego, inni chodzili i nie widzieli, a ona tak.Ale to inni figurowali jako ci, którzy znaleźli kolejne szkielety.
W powieści przewija się równiez, jako co-bohaterka, Elizateth Philpot, która była przyjaciółką Mary, chociaż z klasy wyższej i 20 lat starsza, dzieliły swoją pasję do skamielin i ich szukania, i ta pasja właśnie była silniejsza niż podziały klasowe i obyczaje. Piękna to była przyjaźń!
Jest w tej powieści pięknie zarysowane tło obyczajowe, trochę miłości, suspensu nawet, dużo o odkryciach i życiu obu kobiet.
Książka fascynująca, a ponieważ wszystkie powieści Tracy Chevalier są tłumaczone na polski, i ta pewnie wkrótce się ukaże. Dlatego o niej piszę. Wyglądajcie jej w księgarniach!

niedziela, 28 sierpnia 2011

Empty Family - Colm Toibin. Oraz słów kilka jak to u mnie bywa.

Kochani, dzieje się oj dzieje, dobrze i źle, chociaż balans jest. Raz płaczę, raz się śmieję, a co najgorsze w ogóle nie mam czasu na czytanie. Wcale, ale to wcale. A jakbym miała to jestem tak zmęczona, że usypiam nad książką, co ja mówię nad książką, wielokrotnie nawet nie dochodzi do kontaktu dotykowego z rzeczoną, po prostu usypiam tam gdzie przysiadłam, a raz to się po prostu oparłam od framugę drzwi i odjechałam jak żołnierz japoński, nie przymierzając. Oni podobno nawet w marszu potrafili. Jeszcze się nie wyćwiczyłam w tej kwestii.

Ale do rzeczy - skończyłam Toibina. Zaczęłam jeszcze przed wielką zajętością i stresem, a skończyłam niedawno i powiem wam tak - dobry jest skubaniec, widać świetny warsztat i piękny styl, ale z tematem opowiadań tego zbioru to trochę przesadził. Wszystkie dotyczą problemów emigracji (do USA) i powrotów do Irlandii, z różnych powodów, a to zawodowych, a to rodzinnych, a to sentymentalnych. Pierwsze mnie interesowało, drugie też, ale trzecie z wciąż tymi samymi dylematami, przemyśleniami - wyjechałem, wracam, jak się zmieniło, a jak ludzie mnie odbierają, jak ja ich..... nudy. Jak opowiadania to musi być różnorodność, a ten same temat z innych perspektyw, w tym wypadku, mnie zmęczył. Tym bardziej, że jego Brooklyn też w sumie o tym. Co się z nim dzieje, jakaś drzazga go uwiera i musi się wypisać na ten temat? No, w każdym razie przegiął chłop i tyle.

A teraz chwalić się będę. Już chyba nie powinnam, bo na jakąś pijawę wyjdę, ale nie mogę się powstrzymać. Trudno mi ostatnio w życiu, tu się akurat nie ma czym chwalić, ale w tym wszystkim, w tych naprawdę ciężkich momentach, dostaję piękne dowody tego, że ktoś o mnie pomyślał i mnie wspiera jak umie lub raczej, jak wie, że mnie to 'uśmiechnie'. Szyszka, moja koleżanka, wysłała do mnie pakiecik, pakiecior powinnam raczej powiedzieć z prasą i książką


Wiecie jakie te Wysokie Obcasy ciekawe? A Michalina zachwyciła się okładką Paper Mint, ojej, zasłoniłam Karpiela Bułeckę, a on taki ślicznościowy, hej.
Reszta też ciekawa, a Zafon to już w ogóle.
Jeszcze nie zdążyłam się namacać tego dobra, kiedy przyjechała Monika z niebieskiej biblioteczki i mi przywiozła takie oto cudo

Ci, którzy mnie odwiedzają, wiedzą, że tematyka rosyjska jest dla mnie jak butelka czystej dla alkoholika. Za kazdym razem, jak mi się na płacz zbiera, biegnę do tych dóbr nabytych drogą prezentu i powtarzam sobie - Kaśka, dasz radę, nie wymiękaj, patrz tylko jaka jesteś uprzywilejowana mając takich ludzi wokół. Ja naprawdę czuję się tak, jakbym milion w totka wygrała. I gdybym miała wybierać - pieniądze lub ludzie, których znam i którzy w momencie dołów są zawsze gdzieś tam, żeby pomóc, czy pocieszyć, nie miałabym w ogóle dylematu, co wybrać. Kocham Was :-) Idę sobie poczytać. A jutro znowu dzień i znowu trzeba stawić czoła. Jeżu malusieńki, jak mawiała mała Misia, jak mnie ciśnie w klatce piersiowej ze stresu. Trzeba mi terapii przez macanie papieru, bo Kalms to już nie za bardzo pomaga. Joga jakaś? Nie umiem. No, to zmykam macać.

sobota, 20 sierpnia 2011

Bułeczka i Podarunek dla Stalina - rzeka łez, jak to zwykle u mnie.

O dwóch filmach chciałabym napisać. Czyta się i nawet mam jedną książkę jeszcze nie opisaną, ale jednak dzisiaj będzie o X.Muzie. I trochę wspomnieniowo, wiadomo, u mnie inaczej się nie da.
Pierwszy film przyleciał do mnie fruuuuu - od Kazaszy, blogowej 'kuleżanki'. Zgadałyśmy się kiedyś o moich fascynacjach rosyjskich, podrzuciła mi kilka tytułów dobrych filmów, wklejane u niej piosenki są już u mnie na mp3 słuchane do umęczenia otoczenia, bo o zgrozo, zamiast jak każdy porządny człowiek posiadający dziwactwa, zamiast słuchawek, matka podłącza mp3 do radia i całą drogę drze się w niebogłosy - 'ciumacieciaja wiesna' albo 'tolka my z kaniom po polu idziom...'


Mówią, że Lube ma nacjonalistyczne zapędy i sprzyja Putinowi, ale ja mam to gdzieś, kiedy słyszę tak piękną pieśń. Dla mnie niech on sobie śpiewa, a inni niech go rozliczają z jego preferencji.
Ale, ale, jak to u mnie, dygresja mi się wydłużyła jak guma arabska :-)
Od Kazaszy to właśnie dostałam film, którego nigdzie nie moglam zdobyć, ani online kupić, ani ściągnąć, może być, że źle szukałam, ale niełatwo jest to zrobić w cyrylicy, przynajmniej nie mnie. Aż pewnego dnia poproszona zostałam o adres, myślałam, że mi wrzuciła na płytkę z komputera lub skopiowała swój, ale kiedy dostałam przesyłkę zatkało mnie, bo znalazłam tam to (mówię o filmie, bo ten mały tadżin to prezent z Maroka)


Film nówka sztuka i to jaki! Piękny, trzymający w napięciu, poruszający! Dawno nie miałam tylu wzruszeń, kilka razy spłakałam się jak bóbr.
Opowiada o Kazachstanie wczesnych czasów powojennych, gdzie zsyłani są ludzie zewsząd. Część żyje w obozach, część 'na wolności' czyli w obrębie regionu, jedynie nie za drutami. Z kolejnego transportu przejeżdżającego przez pewne miasteczko konieczne jest usunięcie kilku ciał tych, którzy nie przetrwali trudów podróży. Dwóch Kazachów zostaje najętych do ich pogrzebania. Przenosząc ciała zawinięte w szmaty, jeden z nich zauważa, że mały chłopiec tylko udaje martwego, chce się wydostać z pociągu jadącego dalej, nie wiemy gdzie. Zwyczajowo ciała, zaraz przed odjazdem w ostatnią drogę, są przeszywane sztyletem, na wypadek, gdyby ktoś miał taki pomysł, jak ten chłopiec. Chyba nie zdradzę za wiele, jeśli powiem, że malcowi udaje się przeżyć i film opowiada o pięknej więzi jego i starego Kazacha. A w tle dzieje się, oj dzieje. Widzimy zderzenie prostego zycia stepowego z agresywnym i niszczycielskim komunistycznym stylem władzy. Piękno miesza się z okrucieństwem. I jak w tym wszystkim żyć? Fantastyczny film, polecam.

Wcześniej tego samego dnia wpadłam w TV przypadkiem na stary polski film dla dzieci pt. Bułeczka, oparty na powieści Jadwigi Korczakowskiej
Jest to moja ulubiona książka z dzieciństwa, którą czytałam chyba z 5 razy, a na filmie byłam pewnie tyle samo. Zaraz pobiegłam na górę do pokoju dzieci, wytargałam z najniższej półki przykurzony egzemplarz powieści, pochyliłam się nad obrazkami kolorami w stylu elementarza Falskich, tego z początku lat siedemdziesiątych i tak się wzruszyłam, że aż mnie w piersiach ból chwycił. A kiedy wróciłam na dół, dalej oglądać film, nie potrafiłam już powstrzymać potoku łez, bo to czasy mojego najwcześniejszego dzieciństwa. To, co widziałam na ekranie, zabrało mnie w podróż w czasie - kawiarnie (czy to mógł byc Hortex warszawski), sklepy odzieżowe (sprzedawczyni w fartuchu), dentysta. Zresztą, co ja tu będę opisywać, zobaczcie fragment filmu wklejony pod zdjęciem mojego egzemplarza książki




 
Najbardziej zaskoczyło mnie to, że mimo takiego upływu lat, film ten jest bardzo aktualny poprzez uniwersalność opisywanego tam problemu i rozterek dziecięcych. Poza realiami, z oczywistych powodów nie takimi, jakie mamy teraz,  wszystko mogłoby zdarzyć się i dziś. Jedna dziewczynka Bułeczka - sierota prawdziwa, bo straciła rodziców, druga Wandzia - sierota ekonomiczna, bo matka wyjechana w Koszalinie teatr organizuje, a ojciec non stop w pracy, w domu jedynie gosposia i dziecko pozostawione samo sobie, naburmuszona, wiecznie z pretensjami, ze skrzywioną miną. Bułeczka, ta osierocona naprawdę, zostaje przyjęta przez wujostwo do domu i zaczyna się układanie relacji dziecka z otoczeniem i otoczenia z dzieckiem. Cała gama problemów, zachowań i piękna z tej powieści nauka. Nie wiem, czy dzieci teraz nadal czytają Bułeczkę, ale jeśli nie, to może niech rodzice spróbują położyć się wieczorem ze swoją latoroślą lat 6+ i poczytają wspólnie?
I tak przy pomocy dwóch filmów pozbyłam się nadmiaru wody z organizmu, a inni muszą tabletki brać :-)

środa, 17 sierpnia 2011

Anna Fryczkowska - Kobieta z twarzą autorki bestsellerów

RECENZJA BIERZE UDZIAŁ W KONKURSIE ZORGANIZOWANYM PRZEZ SERWIS ZBRODNIA W BIBLIOTECE
Już wcześniej pisałam o powieściach Anny Fryczkowskiej - jej debiutanckiej "Straszne historie o otyłości i pożądaniu" oraz drugiej Trafiona-Zatopiona. W obu opiniach byłam zgodna, że jest to pisarka świetna, fantastyczna i cieszę się, na kolejne jej powieści. Jakże mi miło, że jej najnowsza produkcja, tym razem kryminał, thriller i obyczaj w jednym - "Kobieta bez twarzy", nie tylko jest równie dobra, ale chyba nawet przebija wszystkie poprzednie. Czyli autorka rozwija się i wciąż zaskakuje.
Przypomina mi ta powieść Kołysankę Machulskiego (film) i powieść Olgi Tokarczuk 'Prowadź pług swój przez kości umarłych". I to jest wielki komplement, bo obie produkcje podobały mi się, każda z innych powodów, wyjątkowo.

Już pierwszy akapit powieści wprowadził mnie w ekstazę:
"Ewa Maliwa od dawna miała ochotę go zabić. Uczucie narastało, kiedy wracał po pracy, wtaczał się, bodąc brzuchem powietrze, brzemienny swoim zmęczeniem, siadał, aż krzesło jęczało, podpierał głowę lewą ręką, prawą chwytał łyżkę i rozpoczynał transport do ust, tak sprawny, że siorbanie nie milkło nawet na chwilę. Dwie minuty i już po ogórkowej, którą szykowała przez trzydzieści minut. Pięć minut i już po drugim, czyli schabowym z pieczarkami, ziemniakami, marchewką z groszkiem, któremu poświęciła półtorej godziny. Pożerał nie tylko to cholerne mięso, ale i dziesiątki godzin jej życia, nawet nie zwracając na to uwagi"
Bodąc brzuchem powietrze - jakie to obrazowe, jak oddaje ducha tego, co czuje ta kobieta do jej męża, dalszy opis to tylko potęguje, a przecież nic tam w sumie nie ma, schabowy, pieczarki, strata czasu - ale jaka to strata czasu, jak znienawidzony jest ten schabowy i jego 'pożeracz"! Już te pierwsze słowa wprowadziły mnie w takie drżenie czytelnicze, że do tej pory nie mogę się z tego otrząsnąć. Dozowałam sobie lekturę tej powieści, ostatnio jakoś tak się dzieje, że zwalniam zamiast przyspieszać, że chcę zostać dłużej w świecie powieści, mam więcej szczęścia niż pecha do dobrych książek. Mam więcej szczęścia niż pecha, że się urodziłam w kraju, w języku którego piszą świetni pisarze i ja to mogę czytać.

Nie mam do tej powieści dystansu, do pisarki nie mam dystansu, bo normalnie kocham ją czytelniczą miłością największą jaka w przyrodzie występuje. Toteż nie napiszę wam co autorka miała na myśli, co nam sprawnie przedstawia, jak świetną jest obserwatorką, jak umiejętnie łączy i rozdziela ... Bo  nie jestem krytykiem literackim, bo mi nikt nie zlecił rzetelnej recenzji i nic nie muszę. Mogę sobie piać peany, mogę stawiać pomniki, składać kwiaty w dzień urodzin i nic nikomu do tego.

Pewnie jesteście ciekawi o czym jest ten kryminał? Hanna Cudny zostaje nagle i nieodwołalnie  wdową z dwójką dzieci. Nie ma planu na to, jak przeżyć tę tragedię, stara się jakoś posklejać życie, chociażby ze względu na dzieci. Chwyta się pomysłu wyjazdu, zmiany otoczenia, rozpoczęcia wszystkiego od początku, a na miejsce tej odmiany wybiera małą wieś podlaską, w której kiedyś nie raz spędzała z ojcem wakacje i gdzie czuła się bezpiecznie i dobrze. Już po niedługim czasie orientuje się, że wszystko można powiedzieć o jej nowym życiu, ale nie to, że jest bezpieczne, spokojne i dobre. Nic nie idzie jak należy, a do tego wokół trup ściele się gęsto, a odkrywany jest w spektakularnych okolicznościach, niestety przez jej dzieci. A wieś - daleko jej do sielskiej, anielskiej, wsi wesołej. Natomiast blisko do koszmaru.

Czytając tę powieść czułam się jak dziecko w sklepie ze słodyczami z otwartym kontem na wydatki. Mlaskałam przy każdym smakowitym zdaniu, przy ciekawych porównaniach, przy interesujących woltach stylistycznych. Podobało mi się rozdzielenie narracji na Hannę-matkę i Michalinę-kilkuletnią córkę. Od razu po stylu poznawałam, ktora to która, w wypadku różnych narratorów taka dyscyplina stylistyczna u pisarza jest nieodzowna i Annie Fryczkowskiej to się udało, nie było żadnej skuchy w tym temacie.  Pewnie imię córki, takie jak mojej, spowodowało, że traktowałam jej relację bardzo emocjonalnie, bo to przecież tak, jakby to moje dziecko do mnie mówiło. Chociaż akcja i sposób jej opisywania był taki obrazowy, że gdyby córka miała na imię Beatka tez pewnie bym się przejmowała tak samo.
Kilkakrotnie pisarka zafundowała mi taki zwrot akcji, że sobie mało języka raz nie połknęłam. Ja jestem okropny straszak i mnie nie jest trudno przerazić, ale to raczej na filmach, bo książki mogę czytać najstraszniejsze. Pewnie dlatego, ze film nam podaje na tacy przerażające rzeczy, a wyobraźnia wytwarza je tylko do takiego stopnia, jaki jesteśmy w stanie znieść. Jednakże sposób, w jaki autorka opisuje rzeczy trafiał do mnie jakoś tak cichaczem, zaskakiwały mnie niektóre obrazy i bywało, że się dławiłam własną śliną. Nie wiem, czy kiedykolwiek mi się to wcześniej przytrafiło. W każdym razie ciśnienie miałam wysokie i bez kawy.
Gdyby Anna Fryczkowska żyła w Rosji czy w Ameryce byłaby bogata, czczona i wożona limuzynami z truskawkami i szampanem na pokładzie (w Rosji na pewno). Życzę jej tego z całego serca. A jeśli nie limuzyn, chociaż tego, że się będą o nią wydawnictwa bić, że ją agent będzie musiał bronić przed tłumami fanów i nadmiarem wywiadów, że będzie hołubiona i kochana przez swojego wydawcę i na koniec tego, ze będzie wynagrodzona adekwatnie do tego, jak dobrze pisze.
Ja poproszę, żeby autorka była zaopiekowana, zeby mogła pisać jak najwięcej i żebym ja mogła jeszcze wiele języków połknąć i wiele łez wzruszenia czy rozbawienia wylać. Rolnicy do bron, pisarze do laptopów (może powinnam powiedzieć piór?)

A na koniec chciałam dodać, że wydawnictwo Prószyński pięknie wydało tę powieść (zresztą widzę, że to seria, tym większe brawo), książka jest taka mięsista w dotyku, co potęguje dobre wrażenie i przyjemność czytania. Lubię to!

 Baza recenzji Syndykatu ZwB

niedziela, 7 sierpnia 2011

Lisa Marklund - Rewanż vel Zamachowiec

RECENZJA BIERZE UDZIAŁ W KONKURSIE ZORGANIZOWANYM PRZEZ SERWIS ZBRODNIA W BIBLIOTECE
Nie znam nic Lisy Marklund, tym bardziej się ucieszyłam, kiedy dostałam ją do wysłuchania. Byłam bardzo na tak, tym większe było moje rozczarowanie.
Ale od początku. Bohaterką przewodnią jej powieści jest reporterka tabloidu Annika. W pogodni za dobrym materiałem próbuje być dwa kroki przed policją, wiedzieć więcej niż inni dzienikarze, napisać jak najlepszy, najbardziej sensacyjny materiał. W tym wypadku sprawa dotyczy wybuchu na obiekcie olimpijskim, duże zniszczenia, a olimpiada w Szwecji tuż tuż. Okazuje się, że są ofiary i to w strzępach, a na dodatek ustosunkowane, bo sama przewodnicząca komitetu olimpijskiego. A zaraz po niej kolejna....

Wydawało mi się, że głos Darii Trafankowskiej będzie do tej powieści świetny. Niestety nie bardzo. Pani Daria miała na początku (w połowie jej to przeszło), dziwną i denerwującą manierę kończenia wszystkich zdań znakiem zapytania. Tych oznajmujących też. Jakoś tak 'wywijała' głosem na końcu zdań. Myślałam, że sobie wszystkie włosy z grzywki powyrywam.

Po drugie sposób narracji, nie wiem, czy to tłumaczenie do pupy, czy sama pisarka jeszcze niedoskonała, ale niektóre rzeczy mnie tak raziły, że aż prychałam i wzdychałam pod nosem. Na przykład jeden z mężczyzn, którego w pewnym momencie dużo, wciąż w chwilach stresu chwyta się obiema rękami stołu. Coś mu powiedzą, a on wytrzeszcz i chwyta za stół. To jakaś jednostka chorobowa psychiatryczna, o której nie wiem?
Albo siedzą dwie kobiety w barku redakcyjnym i jedna z nich, główna bohaterka, odpowiada tej drugiej na pytanie 'opychając się kukurydzą'? Dosłownie jest taki tekst - odpowiedziała jej opychając się kukurydzą, czy zapytała opychając się kukurydzą, już nie pamiętam. Czy ktoś widział kiedykolwiek, żeby się ktoś opychał kukurydzą? W kolbach się nie da opychać, można co najwyżej zawzięcie obgryzać, a sypkiej tym bardziej, bo by trzeba było szuflować łyżką od zupy lub obiema rękami.

Książka nie podobała mi się wcale, wprawdzie druga część, czyli mniej więcej od połowy, ratuje honor, ale generalnie mogłabym żyć bez poznania treści tej powieści. W sumie ta historia miała większy potencjał, ale napisana była najzwyczajniej w nudny sposób, ziewałam i gdyby nie to, ze słuchałam jej robiąc co innego, pewnie bym usnęła nie raz. Jeszcze może gdybym w tym samym czasie, to znaczy nie słuchając, ale równolegle na papierze, nie czytała Fryczkowskiej Kobiety bez twarzy i nie miała porównania, to może bym tak nie narzekała. Ale niestety miałam i wiem, kiedy książka jest zajmująca i aż sobie człowiek palce gryzie, kiedy czyta, a kiedy jest po prostu ledwo interesująca. Reasumując - Lisa Marklund podobno wydała kilka książek po polsku i te inne są lepsze, może tę po prostu omińcie? Zresztą zrobicie jak zechcecie, pewnie jest dużo takich, którzy są zachwyceni tą lekturą, ja niestety nie, dlatego dopisuję do kategorii - szkoda czasu i atłasu.
A na koniec tylko powiem, że nie rozumiem, dlaczego ta powieść została wydana pod tytułem Rewanż, ze wstrętną okładką zresztą, a potem pt. Zamachowiec. Tylko wodę ludziom z mózgu robią. 

 Baza recenzji Syndykatu ZwB

piątek, 5 sierpnia 2011

Błogosławieni gadulscy, w tym wypadku ja :-)

Błogosławienie wspaniałymi ludźmi wokół i gadulstwem, który prowadzi do takich oto niespodzianek.
Siedzę sobie w pracy, pogrążona w otchłani rozpaczy, jak Ania Shirley, a tu nagle przychodzi listonosz i przynosi paczkę. Déjà vu, chociaż wcześniej to nie listonosz, a koleżanka kopertę z 'Czekiem bez pokrycia Stulgińskiej', którą dostałam od Kasi. Tym razem koperta zawierała tytuły nie z tej ziemi, a raczej dla mnie trudne do zdobycia. Może gdybym była w Polsce, na miejscu, gdybym mogła na Allegro kupować to tak? W kazdym razie szukałam ich długo, bezowocnie i już straciłam nadzieję. Pani Wanda, ta o której Wam pisałam kiedyś, moja ulubiona kierowniczka księgarni, odezwała się z informacją, ze kupiła 'Męża z ogłoszenia' Stulińskiej (tylko tej mi brakowało do kompletu), podarowuje mi swoją 'Martę, Monikę i Adama' Lewandowskiej i dokupiła jeszcze Gdy miłość dojrzeje Patury, której Trudnej miłości to już w ogóle nie mogę dostać. Ta ostatnia wygląda jak straszny romans, ale to raczej obyczaj normalny, taka polska powieść w stylu filmów o niej i o nim i co dalej?


Tak się ucieszyłam, że aż mnie zatkało. Chodzę i je macam, nie mogę się nacieszyć. I uwierzyć nie mogę, że wciąż spotykam na swojej drodze ludzi, którzy mi takie przyjemności sprawiają. Ja nigdy nie uważam, że mi się to należy, zawsze traktuję to jak wielkie wyróżnienie i zaszczyt, że ktoś o mnie pomyślał w ten sposób, że aż mi książkę sprezentował. Teraz ja muszę pomyśleć, czym panią Wandę zaskoczyć czytelniczo?
A druga radość, to długo oczekiwana darowizna z Rebisu, którą za pośrednictwem Hanny Cygler (mojej ulubionej autorki z Trójmiasta), 'wygadałam' i wyprosiłam dla polskiej biblioteki. Cały karton przyszedł, już bym wcześniej go miała, ale dzięki uprzejmości właścicieli sklepu polskiego szedł dziwnymi szlakami z kraju do nas tutaj i dopiero go niedawno odebrałam, a wysłany był już jakiś czas temu. Rebisowym darczyńcom z całego serca dziękuję :-)


Jednej na zdjęciu brak, bo już wypożyczona. Koleżanka mnie ubłagała, zanim aparat chwyciłam. Czyż nie imponujący prezent dla moich bibliotekowiczów kochanych? Już się nie mogę doczekać prezentacji nowości. Tym bardziej, ze czekają mnie jeszcze zakupy dla biblioteki.


Poza tym czyta się, niech no tylko znajdę czas na opisanie wrażeń, a storczyk coraz piękniejszy

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Siedem wyznań

Książkowiec, Papryczka i Paula mnie nominowały do tej oto nagrody
Dziękuję, bardzo Was cenię dziewczyny i to dla mnie wyróżnienie.
Nie miałam ostatnio czasu, więc zwlekałam z odpowiedzią, tym bardziej, że napisałam ostatnio o sobie 15 rzeczy, ale moje wrodzone gadulstwo zwyciężyło i wynalazłam jeszcze te siedem, a że mój blog Z babskiej perspektywy też dostał kilka nominacji, więc połączę treści z niego i wkleję tu, bo 14-tu to bym już chyba nie wymyśliła :-)
  1. Kiedy byłam nastolatką, byłam okropnie kochliwa, ale tak jednostronnie, to znaczy kochałam się w chłopakach, a oni we mnie różnie, raz tak, raz nie. Ale jak się już zakochałam z wzajemnością, to zaraz wyszłam za mąż i szczęśliwie sobie żyjemy razem od 24 lat
  2. Idealne spotkanie ze znajomymi czy wieczór 'wyjściowy' to taki, gdzie można porozmawiać o ciekawych rzeczach, o książkach, kinie, teatrze, polityce, życiu, psychologii, przy dobrym jedzonku, przy dobrym trunku, ale nie z jazgotliwą głośną muzyką, trzęsieniem tyłkiem, bo to było dla mnie dobre kiedyś, teraz już mnie nie rajcuje. Uwielbiam rozmowę, wymianę myśli, nawet pospierać się, ale merytorycznie, bez zacięcia.
  3. Jeśli tańczyć, że zostanę odrobinę w tym klimacie, to marzy mi się walc płynący, umiejętność odtańczenia ognistego tanga - ale na to nie mam szans, mój mąż nie słyszy muzyki i nie umie tańczyć. Kiedyś na weselu przyjaciół było dane mi przeżyć przetańczenie tańca wiedeńskiego z kuzynem panny modej, który tańczył zawodowo. Ja nauczona walcowania przez moją babcię, dałam radę. I tym wspomnieniem przyjdzie mi żyć, bo nie sądzę, zeby miała jeszcze kiedyś okazję tego doświadczyć.
  4. Muzyka - coraz częściej swing, klasyczna, uwielbiam wielkie orkiestry i chóry z oper. Inne rzeczy też, ale kiedy myślę o idealnym wieczorze, nie będzie to Rhianna czy Byonce (nawet nie wiem, jak to się pisze), ale raczej klasyka, jazz, ewentualnie acid jazz. Pozytywne wibracje mi się podobają na przykład. 
  5. Jestem sroka - lubię naszyjniki, kolczyki, nie noszę pierścionków. Uwielbiam szale, mam ich dużo, noszę prawie do wszystkiego. 
  6. Lubię kwiaty doniczkowe i mam ich dużo. Nie wyobrażam sobie domu bez tego.
  7. Lubię siebie w pełnym makijażu, umiem się umalować, chociaż w lecie czynię to rzadziej, bo mam chyba jakąś alergię w tym czasie i oczy mi łatwiej łzawią. Ograniczam więc w ciepłe miesiące, resztę roku najczęściej robię oko dosyć odważnie. 
Z nominowaniem to już gorzej, bo ja naprawdę nie mam czasu teraz wklejać linków i informować, nie z lenistwa, nie dlatego, ze na mnie książka czeka, ale mam pracę zleconą i kilka godzin przed sobą do późnej nocy przed kompem. Mogę tak grupowo poprosić, kochani, Wy wiecie, ci, których ja odwiedzam i lubię, napiszcie coś o sobie, jeśli macie tylko ochotę, ja Was nominuję!
Z drugiej strony to się boję, bo wielu odmawia, a ja wczoraj spędziłam ponad godzinę na Z babskiej wklejając linki i informując na blogach nominowanych. Niektórzy się bardzo oburzają na takie łańcuszki. mnie one tutaj nie przeszkadzają, w mailach tak, ale nie na blogach. No, ale mnie w ogóle mało rzeczy przeszkadza, jeno głupota i chamstwo

wtorek, 26 lipca 2011

Wiktor Hagen - Długi Weekend. Nemhauser powraca :-)


RECENZJA BIERZE UDZIAŁ W KONKURSIE ZORGANIZOWANYM PRZEZ SERWIS ZBRODNIA W BIBLIOTECE
Gdyby to chodziło o inną książkę, to bym sobie spać już poszła i wcale o niej dzisiejszej nocy nie pisała, ale pomyślałam, że to jednak zbrodnia wielka odłożyć pisanie o niej na kolejny dzień.
Jestem zagoniona jak chart na wyścigach, hmm, nihil novi, ale tym razem jakoś straszno się zrobiło, bo ani nie czytam, ani TV nie oglądam, DVD ani hu hu, magazynów nowych nawet nie dotknęłam, a na nic czasu.
Czytanie 'Długiego weekendu' było jednak taką przyjemnością, że ciemną nocą, kiedy już doczołgiwałam się do łóżka, koniecznie chciałam przeczytać kilka kolejnych rozdziałów, żeby nie wiem co, żeby oczy plastrami przylepiać. Zresztą plastry nie były potrzebne, ciekawa była, męża raczej powinnam jakoś spacyfikować, bo na mnie strasznie krzyczał, że druga w nocy, a ja czytam, a następnego dnia się nie podniosę do pracy.

Czekałam na tę premierę cały długi rok i wcale się nie zawiodłam. Wszystko mi się podobało, Nemhauser jest wdzięcznym bohaterem do lubienia, inteligentny, kochający ojciec, dobry mąż, żadnych wad chyba nie ma. Mario, jego partner policjant, może i przerysowany chwilami, ale czy ja wiem? Jakoś wierzę autorowi, w końcu tacy faceci się zdarzają. Trochę mi mało życia i rozgrywek wewnątrz komendy, ale w końcu to jednotomowe wydawnictwo, więc się czepiać nie będę, bez sensu by było dostać 600 stron do czytania tylko po to, żeby wewnątrz-smaczki były.
Ta powieść przypomina mi trochę skandynawski serial, które leci teraz na Ale Kino! - pt. Komisarz Winter. Tak sobie tam chodzą, pytają ludzi, pogadają tu, pogadają tam, przepytają tego i owego, pogrzebią w papierach, czasem główny bohater w łeb dostanie (Nemhauserowi Hagen tego zaoszczędził, ale mógłby w trzecim tomie wystawić go na jakieś bęcki czy przeczołgać pod kilem, tak dla 'wesołości'), takie normalne śledztwo, bez spektakularnych wyścigów rodem z amerykańskich filmów, a jednak wciąż ciekawe. A przy tym życie prywatne samego Nemhausera, ale i trochę tajemnic Maria i próba uczłowieczenia Potockiego. No właśnie, życie prywatne naszego głównego - bliźniaki, które mnie do rozpaczy doprowadzały. Wiem, że takie dzieci istnieją, mimo spokojnych i próbujących rozsądnie opanować sytuację rodziców, sama byłam świadkiem takich smagań u znajomych, ale wiedzieć, a o tym czytać ze szczegółami to dwie inne rzeczy. Normalnie gdybym była policjantem i miała broń w domu, naboje na wszelki wypadek zostawiałabym w samochodzie zaparkowanym dzielnicę dalej. Do tego stopnia podnosiły mi adrenalinę, że trzeźwiałam mimo zmęczenia. A podczas tytułowego długiego weekendu komisarz zostaje z dziećmi sam, bo jego żona jedzie do Amsterdamu by tam wziąć udział w wyścigu o pracę w Polsce. Naokoło wszyscy dyskutują, gdzie spędzą wolny czas, a Nemhauser zostaje na straży w komendzie i w domu. Jak pech, to pech, zostaje zamordowany ekolog i to dopiero początek. A komisarz jeden, Mario wyjechany, Dunia, zawsze tak pomocna i pod ręką, też już spakowana i jedną nogą poza Warszawą ... tak tu cicho o zmierzchu.
Ach ta Warszawa, u Hagena jak żywa. Mieszkałam tam kilka lat, wiem jak wygląda i jaki ma klimat, kiedy jest wyludniona w długie weekendy lub letnią porą. Zakamarki, uliczki, to wszystko tam jest z dokładnością kartografa, ale nienachalnie nakreślone.
'Rozmowa' o tej książce nie byłaby pełna gdyby nie wspomnieć o Czarnym Tadku i kulinarnych występach Nemhausera tamże. Tym razem nie dość, że musi godzić pracę, opiekę na dziećmi i wieczory w kuchni u Jasia, to jeszcze dostaje cynk, że restaurację odwiedzi znany krytyk kulinarny, który kosi wszystkie miejsca, w których jada, jedno po drugim. Suchej nitki na nich nie zostawia. Nic dalej nie zdradzę.

Trudno mi o tej powieści pisać, bo z każdą kolejną częścią tracę dystans, zaczynam traktować bohatera jak znajomego od którego co jakiś czas dostaję wieści -'jak sprawy, jak zlewy'? - i smutno mi, kiedy musimy znowu, nie wiadomo na jak długo, stracić się z oczu. Normalnie mam nadzieję, że się będę wraz z Nemhauserem starzeć.
Byłam zachwycona pierwszą powieścią Hagena - pt Granatowa Krew (pisałam o niej TU), 'Długi weekend' też pozostawia mnie wielce kontentą. Polecam z całego serca - polskie i dobre. Proszę o więcej :-)

 Baza recenzji Syndykatu ZwB

sobota, 16 lipca 2011

Zostałam uwiedziona przez kobietę

Katarzyna Enerlich mnie uwiodła, swoją kobiecością i ciepłem, jak człowiek człowieka po prostu. I to na odległość, bo ani się nie znamy, ani jej nie widziałam W takiej styuacji wcale się nie przejmowałam, że na Merlinie zjechali jej książkę debiutancką dokumentnie. Jak tylko się dowiedziałam, że koleżanka-posiadaczka audiobooków ma w swoich zbiorach 'Prowincję pełną marzeń', zapodałam ją sobie w słuchawki i tak uzbrojona poszłam do pracy, gdzie wiedziałam, że będę miała ciężki dzień, ale raczej psychicznie, że nie będę obsługiwać klientów, bo to piątek i pod tym względem będzie spokój, ale jeśli się nie odgrodzę od jednej i drugiej mątwy (które ze mną pracują), to się zastrzelę z korkowca. Na ochotnika poszłam na zewnątrz zająć się kwiatami w gazonach i tam zaczęłam słuchać. 
Mogłabym się czepiać, że momentami naiwna. Mogłabym jęczeć, że odkrywa prawdy oczywiste. Mogłabym się zżymać na to, że podaje nazwy sklepów i miejsc (jak ktoś zarzucił, że kryptoreklama). Ale nie będę. Bo to tak trochę jak z koleżanką, która może i ma czasem obciachowe ciuchy, ale kto by się tym przejmował, fajna jest i kocham ją i tak.

Ludmiła, Ludka, jak ją nazywają przyjaciele, jest dziennikarką w małym mazurskim miasteczku, mieszka w starej kamienicy, która szepcze, ma świetne przyjaciółki i kota Mietka. Wszystko fajnie, ale jest sama. Ale nic na siłę, to nie będzie historia babki polującej na faceta. Raczej za nią nagle zaczynają się uganiać mężczyźni, co nie jest jej tak całkiem niemiłe. Jeden pożądany, drugi mniej, z nim chciałaby żeby zostali przyjaciółmi, tyle, że to najgorsze co można powiedzieć zakochanemu facetowi, nieprawdaż? W pracy się zaczyna kiełbasić, całkiem jak w życiu, kiedy w domu idzie tak, w pracy nie tak. Zakochania, odkochania, nieporozumienia, śmieszne momenty, ujutne prowinjonalne obrazki, małe szczególiki, które mnie uwiodły, składają się na tę powieść. Jeśli ktoś lubi takie klimaty, niech sięgnie, nie zawiedzie się, jeśli nie (Monika, możesz sobie darować), niech idzie na dział pozbawiony takich powieści. 

Podobały mi się momenty w redakcji i co tam się działo, bo to jakiś smaczek. Potem trochę mi się zrobiło nudno przy opisach zakochania, bo ja ostatnio jakaś taka mało 'miłosna' jeśli idzie o książki się zrobiłam, romanse interesują mnie najmniej, ale jak się pokiełbasiło i skomplikowało, oooo to już było ciekawsze i się ożywiłam. Lubię u pani Kasi opisy jej kucharzenia, rozprawianie o ziołach i o tym, jak ważne sa rytuały. Lubię to, że nie wypiera się pierogów, chociaż teraz wszyscy sushi (ja też uwielbiam japońszczyznę, ale pierogi to moja druga miłość :-) dlatego taka kuleczka ze mnie), poza tym jej dokładne opisy jedzonych w knajpach potraw mnie akurat nie denerwowały, bo się lubię dowiadywać czegoś nowego z działu kulinaria. Tym bardziej, że teraz jestem na diecie, to się jedynie mentalnie objadam.
Okej, może trochę słodko było. Ale ja jestem teraz w takim dole, że mnie słodkiego trzeba było i te gadki o marzeniach co się spełniają akurat trafiły na podatny grunt. Poza tym przechodzę syndrom odstawienia od cukru, to wiecie, jakiś erzac by się przydał.
Ale to, co na zawsze zatrzyma tę książkę w mojej pamięci, to fakt, że podczas czytania tej powiesci doznałam iluminacji, a dotyczyła ona zmiany w moim życiu. I nie chodzi tu o nowy związek, przeprowadzkę na Mazury czy zmianę stylu, chodzi o to, że mam zamiar wprowadzić sobie terapię zajęciową w postaci przygody z decoupage'm. Już wcześniej o tym słyszałam, ale jakoś nie zwracałam uwagi, a tu w powieści bohaterka zaczyna się tym zajmować, jeden opis mi starczył, żeby załapała bakcyla i zorientowała się po krótce, o co chodzi. Teraz szukam informacji i mam zamiar się tym zająć w ramach odstresowywania duszy. Oszalałam zupełnie. Będę upiększać dom. Ale najpierw muszę się tego nauczyć.
Tak więc Pani Kasi zawdzięczam nie tylko kilka godzin spędzonych na słuchaniu powieści, która podziałała jak balsam na moją duszę, ale jeszcze zapęd do okrywania czegoś, czego bym się nigdy nie spodziewała zacząć, bo ja raczej nie robię niczego rękami (oprócz walenia w klawiaturę). Jeśli ktoś ma dla mnie jakieś rady, jak zacząć tę przygodę, proszę piszcie.
A jak już się wprawię zrobię sobie podobną szafkę

zdjęcie pochodzi z bloga Nenaghgal 
A w międzyczasie muszę jeszcze koniecznie gdzieś wyszarpać drugą część tej powieści. No i całą resztę

poniedziałek, 11 lipca 2011

Niedzielna Tajemnica

Ale miałam weekend, najpierw przyjechała moja córka, a w niedzielę odwiedziła mnie Tajemnica prowadząca blog Między Książkami. Przyjechali wszyscy, ona, mąż i syn (pies został w Polsce, biedulek, a tyle tu plaż do biegania). Siedzę teraz przy piosenkach i Bajmu i wspominam.
Podział był idealny - my z Tajemnicą pogaduchy o książkach, faceci o rybach i czym tam jeszcze nie wiem, nie podsłuchiwałam, synowie, nota bene w tym samym wieku lat 15, na pokojach gdzieś w czeluściach domu, o grach i muzyce. My na zewnątrz, co skrzętnie wykorzystał mój piesiołek Franciszek, który nas 'zmusił' do aktywności w stylu 'rzuć mi piłkę - nie pożałujesz, zobaczysz jak szybko przyniosę.



Zdjęcie specjalnie takie zawoalowane drzewami, bo jestem w stanie odchudzania i nie będę się ujawniać przed uzyskaniem efektu pokazywalności. Tajemnica przeciwnie nie ma co się chować, ale padła ofiarą mojego chowactwa.
Ale faaaaajnie było. Jakie to dziwne, kiedy 'spotykamy' się tu na łamach blogów, a potem można nagle na żywo. Niby się kogoś zna, a nie zna, bo do tego, co napisane, dodaje się głos i całą resztę - gesty, sposób bycia, no sami wiecie, co ja wam tu będę wykłady robić.
To spotkanie w taki mnie dobry nastrój wprowadziło, dało zapomnienie od codziennych zmagań, że nowy tydzień śpiewająco dzisiaj zaczęłam (dosłownie). Od rana mnie prześladuje ta piosenka, zupełnie nie jak polska, a jednak polska. Ależ się ta Natalia Lesz wyrobiła :-) Idealna na lato.


I ta też jest fajna

środa, 6 lipca 2011

Czasoumilacze, chandro-ratowacze całkiem w czas

Czarne chmury u mnie ostatnio, i to niestety nie serial, a w życiu tak mi się nad głową zebrały. W pracy kicha, siadam psychicznie, w domu automatycznie trochę też, bo mąż się wścieka, że ma żonę mało uśmiechniętą i zestresowaną, babcia zmarła i nawet nie miałam kasy, ani płatnego wolnego, żeby na pogrzeb pojechać, samochód się zepsuł, syna mp3 też, a na dodatek Karcher ogrodowy również też. Na konto nie wpłynęła pensja za ostatni tydzień, kiedy poszłam pytać dlaczego, najpierw się upierali, ze wysłali, więc to z moim kontem coś nie tak, na dowód czego wyciągnęli listę płac... na której okazało się, że mnie nie ma. Myślę, że wystarczy tego narzekania, przechodzę do meritum:
didaskalia - kobieta pracuje w kafejce, czego serdecznie nienawidzi, bo nigdy nie chciała tam być, została podstępnie wrobiona w ten etat niby na chwilę, bo trzeba ratować sytuację (długa historia, kto czyta mój codziennik to wie). Jest coraz gorzej, zostawili ją samą, przy stolikach ludzie, kuchnia jeden wielki chaos, wszystkiego brakuje, bo nic nie było myte w trakcie obsługiwania gości, a  ona przyszła dopiero do pracy. Jest godzina pierwsza, a jej już się nie chce żyć, stres się odzywa skróceniem oddechu i żal strasznie ją dusi, dlaczego ci ludzie tutaj, w tej pracy, są tacy okropni? Kiedy wydaje się, że już po prostu nie wytrzyma tego dlużej, ból w piersi (jak bum cyk cyk) - może to zawał i koniec?
Wchodzi koleżanka z siateczką - a tam koperta od czytelniczki bloga Kasi, która wysłała paczuszkę na wskazany adres koleżanki w Polsce, a ta z kolei przywiozła ją do Irlandii - a w tej kopercie książka, której szukałam od wielu, wielu lat - Zofia Stulgińska Czek bez pokrycia. O Boże, jak ja się ucieszyłam, wyjęłam ją ukradkiem z koperty, pogłaskałam, powąchałam, przeczytałam trzy zdanie w środku i schowałam pieczołowicie do torebki, żeby ją to miejsce wstrętne nie skaziło swoją toksycznością.
Kiedy już kończyłam pracę, dostałam sms z biblioteki, że zamówiona przeze mnie książka właśnie do nich dotarła, a biblioteka w tym samym budynku - za chwilę wychodziłam z pracy dzierżąc w dłoniach nie tylko Czek bez pokrycia (sic!), ale również zbiór opowiadań Colma Tóibina The Empty Family. 
Po pracy rzyszłam do domu, mąż wkurzony, bo coś mu za późno wróciłam, obiad gotowy, a mnie nie ma. Co zrobić skoro z pracy wyszłam później, bo się nie wyrobiłam, a potem odebrałam telefon od koleżanki, która też ma problemy i nie mogłam powiedzieć - nie mogę gadać, idę jeść kotlety. Pokłóciłam się ze ślubnym, bo tego już było za wiele. Leżę na łóżku, zmęczona i zmarnowana psychicznie, a tu wchodzi on i mówi - przesyłka do ciebie i podaje kopertę. A w niej najnowsza powieść Anny Fryczkowskiej, którą uwielbiam z jej dwie poprzednie książki (nota bene Trafioną Zatopioną też czytałam w lecie  zeszłego roku), tym razem nie obyczaj, a kryminał Kobieta bez twarzy. Nie uwierzycie jak mi to humor poprawiło, nie mogłam się nie uśmiechnąć, a naukowo dowiedzione jest, że jak się człowiek szeroko uśmiechnie, niemożliwe jest, żeby pozostawał w złym humorze. A na dodatek Paris zostawiła dla mnie Twój Styl nowy do poczytania, a mój storczyk kwitnie jak szalony.

 a te dwie też niedawno przyszły. Jedna kupiona przez koleżankę córki i teraz dostarczona, a druga w prezencie. Długi weekend w czytaniu, świetna.

I tak to moja chandra została spacyfikowana.
Na chwilę, bo dziś kolejny dzień w pracy. Ratunku, jeszcze pięć tygodni kontraktu, muszę wytrzymać.

niedziela, 3 lipca 2011

Noc Kapłanów - Krzysztof Kotowski (Audiobook)

RECENZJA BIERZE UDZIAŁ W KONKURSIE ZORGANIZOWANYM PRZEZ SERWIS ZBRODNIA W BIBLIOTECE
Krzysztof Kotowski pisze tak, że gdyby żył gdzie indziej, wydawałaby książki na całym świecie i spał na pieniądzach. To nie znaczy, że tak genialnie, chociaż sprawnie. Na tyle, że nie ma się czego przyczepić. W książkach sensacyjnych warsztat najlepiej, kiedy jest niewidoczny, kiedy nas pochłania opowiedziana historia, a język jakim się posługuje autor najlepiej jak jest na tyle dobry, żeby nie przeszkadzał, i na tyle 'prosty', nie wiem, jak to wytłumaczyc - taki zwykły po prostu, żeby się to czytało jak masło. Kryminał, sensacja, thriller - to nie miejsce na zbytnie zabawy słowne, kwiecistość i przesadną erudycję, bo odwraca to uwagę od intrygi. Chociaż Kotowski trochę się w Nocy Kapłanów mądrzy, na temat historii religii chociażby, to akurat świetnie wpisuje się to w opowieść i nie przeszkadza.
Nie myślcie sobie, że gustuję w książkach prostych jak budowa cepa, ale z drugiej strony, gdzie wypada się rozwodzić na temat kroju kaptura głównego kapłana, to wypada, a gdzie nie, to nie. Tu jest tego akurat tyle, żeby nie raziło.
Poza tym autor rzuca czytelnika między starożytnością, Wikingami i polskimi królami, w pierwszym momencie wydaje się, ze to jakaś jazda rollecosterem bez sensu i trochę bez uprzedzenia. Ale wszystko się zaraz wyjaśnia. Najpierw myślałam, ze coś mi się pomerdało i sobie książkę historyczną dla dzieci zapodałam, wpadłam w rozpacz, bo nie byłam w domu, słuchanie miałam zaplanowane na kilka godzin wykonywania pracy nie wymagającej koncentracji, fizycznej czyli, a tu taka wtopa. Ale szybko okazało się, że jestem w 'mylnym błędzie' :-) i spędziłam interesująco ten czas na odsłuchaniu thrillera rodem z nurtu powieści Dana Browna.

I tu właśnie dochodzi do głosu moja teoria - Kotowski nie jest wcale gorszy od Dana Browna, tylko urodził się nad Wisłą zamiast w Stanach i to jedna różnica.
Poznajemy Krzysztofa Lorenta, który jest księdzem, ale ma kłopoty psychiczne i zostaje przyjęty do szpitala w celu zdiagnozowania jego problemu. Psychiatrzy napotykają jednak na problemy diagnostyczne, bo w trakcie badań i obserwacji dochodzą do głosu wciąż to nowe jednostki chorobowe, poza tym jest wiele czynników, które budzą wątpliwości, na przykład skąd pacjent zna tak dobrze tyle języków (kilkadziesiąt) i to w ich odmianach starożytnych, już nie uzywanych. Sam ksiądz mówi, że przeżył całą historię swiata, w sekundę potrafi unicestwić wroga i to tak, że ten nawet tego nie zauważy, posiada wiedzę niedostępną innym ludziom. No, wariat po prostu, ale jak go zakwalifikować? Do rozwikłania tej zagwostki przydzielają młodą, ale bardzo cenioną lekarkę. Krzystofem Lorentem zaczynają się interesować dziwni ludzie z zewnątrz, on sam uważa, że powinni go wypuścić, bo inaczej wszystkim grozi niebezpieczeństwo. Aż dochodzi do starcia przybyszy z księdzem, giną ludzie, a sam Krzysztof musi uciekać i to wraz z lekarką, bo to, co widziała, czyni ją kolejną ofiarą napastników. I zaczyna się.... Nic więcej nie powiem, ale teoria początku chrześcijaństwa, powstania kościoła - jest wcale nie mniej interesująca i sensacyjna od tej Dana Browna. Poważnie.
Kiedy opisywałam Marikę tegoż autora (TU) zakończyłam tak - "Suma sumarrum, jak mawiała moja ukochana profesor Początek, może być. Bez fajerwerków, ale też i bez poczucia straconego czasu." Dokładnie to samo czuję i teraz, może tylko jedno się różni, że tym razem głos lektora (Jacek Kis) mi nie pasował.

 Baza recenzji Syndykatu ZwB

piątek, 1 lipca 2011

Recepta na to, jak się pozbyć dobrego imienia (paczuszka przyleciała)

Dostałam przesyłkę z wymianki zorganizowanej przez Sabinkę
Najpierw z koperty wydostałam taką oto paczuszkę. Niecierpliwie ją rozerwałam i moim oczom ukazała się zawartość. Magazyn Książki, którego jestem bardzo ciekawa, herbatki mojej ulubionej firmy Dilmah (do tej pory piłam sypane, ale jestem też ciekawa smakowych), czekoladki, kawa i Powroty nad rozlewiskiem. No cóż, nie będę ukrywać, że czytałam tę powieść i mam na półce, nie ma sensu, bo przecież pokazałam Wam moje regały i łgarstwo wyszłoby na jaw, a ja okazałabym się fałszywą babą. Ale z drugiej strony uważam, że takie jest ryzyko mola, kiedy się bierze udział w wymiance, że dostanie się coś, co się ma. Inna rzecz, że lubię tę serię i uważam, że fajnie ją komuś podarować, więc po prostu ktoś kiedyś dostanie ode mnie tę książkę. Za to zakładka jest niepowtarzalna, bo Aneta zrobiła ją sama. I tutaj niechcący trafiła w dziesiątkę, bo zakładka jest duża, a ja właśnie czegoś potrzebowałam do czytania magazynów. Nie lubię ich zawijać, zeby zostawić na stronie właśnie czytanej, a jak sobie wsadziłam ją w Twój Styl, to kiedy do niego wracam, od razu wiem, gdzie skończyłam czytać.

Poza tym poległam na czytaniu The book of tomorrow Cecylii Ahern, ale nie mówię, że do niej nie wrócę, po prostu mam jakiś kryzys. To samo z Dożywociem Marty Kisiel, ta historia jest tak niedorzeczna, że aż mi jakoś nie idzie, chociaż nie mogę się do niczego przyczepić, uśmiałam się kilka razy, ale trzysta stron  'że ma być na zabawnie w każdym zdaniu', to dla mnie za dużo. Moja własna, kupiona głównie dla córki, dam jej szansę, ale za jakiś czas. Książce nie córce :-)
Na troski i zgryzoty postanowiłam w zeszłą niedzielę urządzić seans polskich komedii, co je nabyłam drogą kupna po cenie specjalnej. Och Karol 2 i Jak się pozbyć cellulitu. Pierwsza mnie pozytywnie zaskoczyła, kilka razy uśmiałam się jak norka (blue też, czyli norki z nas dwie), Adamczyk był nawet ok, chociaż bałam się, że się powtarza trochę. Mina Frycza bezcenna, rady Zborowskiego też, Foremniak nawet mnie nie denerwowała, ale dykcję nadal ma żałosną (zęby zmieniła, czy bodoks nie zadziałał tam gdzie trzeba? co jest?), Mucha jest jak Doda, co by nie robiła, na to samo wychodzi. Aktorka z niej żadna, a tak się dobrze zapowiadała. Film o dziwo cuzamen do kupy całykiem przyzwoity.

Natomiast Jak się pozbyć cellulitu- m-a-s-a-k-r-a. Gdyby nie Dominika Kluźniak to bym wyłączyła. Imponująca była tylko czołówka, która mi się kojarzy z dobrymi filmami. Ależ Amerykanie musieli być zawiedzeni, ciekawe ile kasy umoczyli. W życiu bym się takiego gniota nie spodziewała po tym scenarzyście. Przez litość nie wymienię nazwiska, sami sobie poszukajcie, jest szansa, ze wam się nie będzie chciało i ujdzie mu na sucho. Ten film nie powinien nosić tytułu - jak się pozbyć cellulitu, a jak się pozbyć dobrego imienia. Teraz będzie musiał twórca ciężko pracować, żeby widzowie znowu mu uwierzyli. A tak dobrze żarło i zdechło.

sobota, 25 czerwca 2011

"Cztery miesiące" z Wysockim, Maleńczukiem, Cześkiem i Stanisławem. Rozpusta

U Sabinki odbyła się wakacyjna wymianka, pierwsza, w której wzięłam udział. Najpierw były emocje związane z szykowaniem paczki, teraz kolejne w oczekiwaniu na pakiet z książkami dla mnie. Ale fajnie.
Wybór książek dla kogoś, kogo się prawie nie zna, bo wylosowałam Sil, u której wcześniej nie bywałam, to stres niebywały. Najpierw musiałam nadrobić jej wpisy, co dla mnie było wyczynem nie lada, bo ma 'przezroczysty' szablon, a do tego białe litery (mój astygmatyzm wyciska łzy z oczu, kiedy czytam takie notki), a potem zdecydować, co jej sprawi przyjemnośc. Padło na jeden kryminał, jeden obyczaj. Szukałam, macałam, aż znalazłam to maleństwo i aż mi się gęba uśmiechnęła, bo pamiętam, kiedy ją kupiłam w maleńkiej księgarni, że córka była wtedy maleńka, a ja czytałam ją wieczorem przy jej łóżeczku (lubiła przy mnie zasypiać).  Pomyślałam, że już czas, żeby ją przekazać dalej. Ale zanim powędrowała do koperty, postanowiłam ją przeczytać po raz drugi. I podobała mi się równie bardzo, jak za pierwszym razem.
Ta historia rozgrywa się w tytułowe Cztery miesiące. Sama nie wiem, jak to napisać, żeby nie zepsuć Sil czytania - poznajemy parę, która się właśnie rozwodzi. Nie ma rozdzierania szat, po prostu uznali, ze tak będzie lepiej. Ta mini powieść opisuje czas, który nastąpił po rozwodzie. Skondensowana, spójna historia z wiarygodnym zakończeniem. Na jeden wieczór z lampką wina. Polskie w świetnym wydaniu. Myślałam, że będzie to wyjątkowy prezent, bo książka jest już nie do dostania, ale zapomniałam, bo nie mieszkam w Polsce, że macie Allegro, a tam od czasu do czasu ona jest dostępna.

Z innych przyjemności - Paris pożyczyła mi płyty, która niedawno dotarły do niej z Polski - Wysocki Maleńczuka i Sojka z Czesławem śpiewają Miłosza. Zaczęłam od tej pierwszej, bo Wysockiego kocham od czasu, kiedy słuchał go już mój ojciec, a Maleńczuk to miłość dodana, więc razem cuzamen do kupy wielka niespodzianka. Przyzwyczajam się do Wysockiego poprzez pryzmat Macieja.
Druga płyta jest nie tylko połączeniem dwóch tytanów, rónież moich ulubionych wykonawców, chociaż przynaję, że Sojki wolę słuchać, kiedy śpiewa, a Czesława, kiedy mówi. Nic nie poradzę, że muzyka Czesława, tak wychwalana przez wielu, mnie niepokoi, a to psuje mi percepcję. Natomiast z Sojką bardzo mi pasuje i podoba mi się. Oba materiały, i Maleńczuka, i Stanisława z Czesławem, są niezwykle wymagające, to nie piosneczki do podrygiwania, chociaż ja to robię przy Moskwa-Odessa :-), ale raczej utwory do uważnego wsłuchania się w tekst, do wielokrotnego odkrywania na nowo. Ja dopiero zaczęłam przygodę z tym materiałem.