Mam słabość do Hanny Cygler. Jej styl przypomina mi ten z lat siedemdziesiątych, powieści Muszyńskiej-Hoffmanowej czy Fleszarowej-Muskat. Takie dobre obyczaje. Nikt wtedy nie znał pojęcia 'literatura kobieca', nikt nie nazywał tego też 'romansami', po prostu wiadomo było, bez nadawania łatek i wkładania do szuflad, że powieść obyczajowa, czy to współczesna, czy odwołująca się do dawnych czasów, jest dobra jak kawa pita w niedzielny poranek. Rewolucji nie uświadczysz, ale ile przyjemności.
W ogóle kiedyś wszystko było prostsze, książka się podobała albo nie, co najwyżej zarzucano komuś, że się sprzedał, bo myśli socjalistyczne za bardzo chwali. A teraz kłócą się czytelnicy, środowiska literackie, wydawcy, blogerzy, dziennikarze; jest wszechobecny imperatyw klasyfikowania. Nie wiem, czy to świadczy o większej świadomości, czy zacietrzewieniu? Oczywiście są książki, które powinny prowokować dyskurs społeczny, ale są też takie, które prowokują dobre samopoczucie.
I tu wracam do autorki i jej powieści - W cudzym domu.
Mój ulubiony wiek XIX. U nas akurat zimno, wieje, leje, a ja w kocu w kratę, z psem w nogach, który co jakiś czas wydaje zadowolone pomruki i mi w łydkę łapy wpija, kiedy się przeciąga (to już mniej przyjemne), do tego gorąca kawa lub - to już rozpusta - marcepanowo czekoladowy budyń do picia. Radio Złote przeboje lub Chilli Zet i powieść o dziewczynie, która z Francji przyjeżdża do Polski i dzielnie próbuje sobie jakoś poradzić w niełatwym dla kobiet świecie.
U Hanny Cygler uwielbiam to, że jej postaci są wyraziste, ale jednocześnie niejednoznaczne, co daje czytelnikowi komfort polubienia jednego czy innego bohatera, sekundowania im, ale jednocześnie oni zaskakują na tyle, że nie jest nudno. Od razu pamięta się imiona, wytwarza w głowie obraz tych ludzi, miejsc. Człowiek się zaprzyjaźnia z jednym, kręci nosem na innego, a to go jakaś kobieta denerwuje, a to inny facet zawiódł. Przeżycia, przeżycia.
Mnie się najbardziej podobała część syberyjska, ale to żadna niespodzianka. Gdyby autorka napisała tylko o tym, wcale bym się nie pogniewała. Och jaka pełnokrwista była Wiera, a współ-zesłańcy Joachima, chociaż mało obecni na kartach, nawet do nich można się było 'przyzwyczaić'.
Jedyna wada, to mało zadowalający obraz Szuszkina. Niby w jakiś tam sposób kluczowa postać, sprawca wielu sytuacji, zwrotów akcji, a w sumie nie wiadomo, czy on lubił Polskę, czy nie, bo niby nie, ale jednak tak. Sugestia jest taka, że nie tylko kobieta go do nas przekonała, ale z drugiej strony enigmatyczny to człowiek, a ja bym marzyła o więcej.
Dużo fajnych smaczków z epoki, z obyczajowości, obrazki z mrocznych klatek schodowych, dworków, salonów, garsonier - dla każdego coś ciekawego. A do tego suspens kilka razy.
'W cudzym domu' to powieść udana, zadowoli czytelniczki młodsze i takie jak ja, czyli 'równie młode'.
Cieszę się, że miałam okazję ją przeczytać tak szybko, a to też dlatego, że autorka poprosiła wydawnictwo o wysłanie jej do naszej biblioteki w Donegalu. A tu od razu poszła w tryby czytelniczek, praktycznie każda powieść tej autorki jest zaraz pochłaniana przez wszystkie zapisane panie. W przeciwnym razie czekałabym dopiero do zakupów czyli do lata. Tym większe dzięki.
poniedziałek, 6 maja 2013
czwartek, 2 maja 2013
Wilczyce jadą do...
Kochani, konkurs zakończony. Poczytałam o Waszych babciach i dziadkach. Cóż ja sobie sama narobiłam? Dałam takie zadanie, a potem czytając nasączałam łzami kolejne chusteczki higieniczne, dobrze, że mam pudełeczko na biurku. Jakże mnie wzruszyły Wasze opowieści.
Zorientowałam się, że moja prababcia Michalina umarła, kiedy byłam dzieckiem, a babcia nie za bardzo się mną zajmowała. Dziadków nie miałam wcale. I sobie pochlipałam też nad tym sieroctwem dziadkowo-babciowym.
Zorientowałam się też, że trudno wybrać jedną wypowiedź, bo one wszystkie wspaniałe, wszystkie pełne emocji, ale trzeba, bo te losowania podobno jakoś tam niedozwolone, to nie chcem, ale muszem.
Tym razem książka pojedzie do blogerki - Magdalenardo. Proszę o adres na maila.
A wszystkim gratuluję wspomnień, jesteście szczęściarzami, że je macie.
Zorientowałam się, że moja prababcia Michalina umarła, kiedy byłam dzieckiem, a babcia nie za bardzo się mną zajmowała. Dziadków nie miałam wcale. I sobie pochlipałam też nad tym sieroctwem dziadkowo-babciowym.
Zorientowałam się też, że trudno wybrać jedną wypowiedź, bo one wszystkie wspaniałe, wszystkie pełne emocji, ale trzeba, bo te losowania podobno jakoś tam niedozwolone, to nie chcem, ale muszem.
Tym razem książka pojedzie do blogerki - Magdalenardo. Proszę o adres na maila.
A wszystkim gratuluję wspomnień, jesteście szczęściarzami, że je macie.
poniedziałek, 22 kwietnia 2013
O kant tyłka potłuc akcje, kiedy znikąd pomocy
Czytanie pod chmurką, pięć minut dla książki, cała Polska czyta dzieciom - to nic nie da.
Taka prawda. Dziwimy się, że czytelnictwo spada, że więcej niż połowa Polaków nie miała w ręku książki w zeszłym roku, a z pozostałej połowy może mieli jedną - 50 twarzy Greya jak znam życie. I w tym roku będą mieli dwie, czyli dwieście procent normy - kolejne dwa tomy o twarzowym kochasiu trzeba przecież doczytać.Szukamy winnych, że dom, że szkoła, że lektury do niczego, że za drogie książki. Sraty-taty. Książki są w bibliotekach, jak ktoś jest molem książkowym, to sobie butów odmówi, a książkę kupi. W końcu nie ma takiej biedy, jak to bywało kiedyś, a wtedy czytało się więcej.
Jest telewizja, jest internet - powiecie, młodzież woli kulturę obrazkowa, nie ma cierpliwości skupić się na dłuższym tekście... No to cała Polska czyta dzieciom, to ma coś zmienić.
Pewnie, te wszystkie 'ruchy w rajstopach' pozwalają jakoś książce utrzymywać nos ponad powierzchnią wody, ale i tak czarno to widzą eksperci od tego sektora.
Od jakiegoś czasu, mając na uwadze te wszystkie argumenty prowadzę 'badania w terenie', czyli tropię ślady książki w mediach i albo Siuks ze mnie marny, albo marnie z tymi śladami.
Od razu pomijam programy typu Xięgarnia, Hala Odlotów, Sztuka czytania, Hurtownia książek - one są dla niszowej grupy robione, albo nocą puszczane, ale kiedy nikogo nie ma w domu, albo mówią tam takim językiem, że może ze 2 procent ludzi to rozumie. Taka prawda. Robi się tam z książki i czytelnictwa zajęcie dla wybranych, nielicznych, inteligencji, ale też takiej z podziemia. Marynarki tweedowe, swetry na drutach półsłupami, albo pulowerki w serki i spróbujmy użyć jak najwięcej wyrazów ze słownika Kopalińskiego w jednym zdaniu. I wszyscy w okularach, oczy 'zjedli' czytając.
Żeby było jasne - nie krytykuję, próbuję na to spojrzeć oczami statystycznego Kowalskiego czy Kwiatkowskiej. Uwielbiam Halę Odlotów, oglądam z nabożeństwem każdy odcinek (nie tylko o książkach tam mówią), zresztą każdy program o literaturze śledzę. Po ciekawym odcinku staram się zachęcać do obejrzenia powtórki, mozolnie lajkuję, udostępniam i rozpowiadam, ale wiem, że to i tak interesuje nielicznych.
Telewizja ma moc. Może wypromować piosenkarza bez poczucia rytmu, to książki by nie dała rady? A lokowanie produktu, wiem płacą za reklamę, ale skoro tak się wszyscy martwią poziomem czytelnictwa, nie można by za darmo, pro publico bono, lokować książki w programach telewizyjnych i serialach?
Wspomniane 'badania w terenie' obejmowały uważne śledzenie różnych produkcji i wyławianie obecności książki, jako czegoś zwykłego, używanego codziennie do czytania (podkreślam, bo można by jako podpórki lub podkładki pod garnek). Nie ma. Gdyby to łowienie dotyczyło ryb na obiad, z głodu bym zdechła w imię kultury.
Ani 'Klan', ani 'Barwy szczęścia', 'M jak Miłość', 'Na Wspólnej' (kilka gdzieś tam w tle między wazonikami) 'Przyjaciółki', 'Ojciec Mateusz' (poza brewiarzem), 'Komisarz Alex', Agata co ma prawo, Lekarze, Na dobre i na złe, wszystko co tam w programie teraz jest - z lupą oglądałam i nigdzie żadnej biblioteczki, bohatera odpoczywającego przy książce, czytającego w kawiarni w oczekiwaniu na koleżankę czy chłopaka, ludzi w autobusie z książką, na ławce z książką, u żadnej dziewczyny w torebce książki - nie ma. Książka została wyrugowana z codzienności telewizyjnej. W serialu Przepis na życie było, o 'W poszukiwaniu straconego czasu' i 'Ulissesie', ale potem się okazało, że to taki kawał, facet sobie z jednej babki jaja robił, a ona durna czytała to wszystko, żeby mu zaimponować. No pewnie, co za pomysł przeczytać książkę! Do garów! Ewentualnie podziwiać faceta.
A jak Magda Gessler wylądowała kiedyś w restauracji, gdzie książki stanowiły tło dla serwowanych dań, nie mogła opanować wyrazu niesmaku na taki wystrój, natychmiast skrytykowała.
Raz przeczytałam w prasie, że będzie serial o młodych ludziach, którzy otworzyli razem księgarnię. Napaliłam się jak budowlaniec Radomskich, a jak przyszło co do czego, to o książkach i księgarni tam najmniej było, głównie ekspres do kawy pokazywali, poza tym oczywiście 'o życiu, a rano zrobimy jajecznicę' - szybko zdjęli z anteny. Dobrze im tak, ludzi tak w konia robić.
Programy poranne - czasem, przy okazji promocji książki, można zobaczyć pisarza. Raz w tygodniu Anna Dziewit Meller opowiada o nowościach w Dzień Dobry TVN, ale na kanapę nie zaproszą pisarza. Modelki, piosenkarzy, aktorów zapraszają. Sportowcy proszę bardzo, z fanfarami. Panie robiące na drutach i szyjące poduszki, fryzjerzy, kreatorzy mody oczywiście. Prezenterów radiowych ewentualnie też. Byli i obecni mężowie, porzucone żony, niekochane córki - wszyscy mają zawody dalekie od pisania. Czasami dziennikarka jest. A dlaczego pisarka czy pisarz nie mogliby przyjść i pogadać o swoim dzieciństwie, o wyborze samochodu, o chodzeniu na obcasach, nawet dwa razy w tygodniu. I nie w koło Macieju Grochola i Kalicińska, skądinąd świetne babki, ale przecież nie jedyne pisarki, ale więcej i z różnej półki. Dla jednych prof. Mikołejko i Pilch, dla innych Zaczyńska, Ulatowska czy wspomniana Grochola. A może Miłoszewski i Wroński. A jak o Paryżu w lecie to może Gutowską-Adamczyk z Martą Orzeszyną zaprosić, a nie tancerza, co tam właśnie brylował. Mamy wielu pisarzy w Polsce, w innych krajach się ich hołubi, zaprasza, wypytuje, w radio chociażby telefonicznie, a u nas rajdowiec, hodowca koni, skrzywdzony prezenter, porzucona żona Ibisza są gwiazdami. Wiecznie ci sami do tego.
Czasem zapraszana gwiazda przyznaje, że napisała książkę i wtedy jest to tak dziwne, jakby puściła bąka w towarzystwie. Do tego się kryguje, że może nie jakiś cud miód, ale za to szczerze. Jakby to wstydliwa przypadłość była.
Prasa o książkach trudna do kupienia, sama tego doświadczam, kiedy spędzam tydzień w Polsce i chcę wszystko na raz skompletować. Albo proszę kogoś o zakup w kraju i dostaję doniesienia z placu boju - byłam w empiku, Matrasie i nie ma, ale jeszcze lecę na dworzec, bo tam podobno dobry kiosk i pan Kazimierz ma wszystko. Nawet raz dzwoniłam do Agory, żeby mi Pani z działu dystrybucji powiedziała, gdzie kupić w takiej jednej małej miejscowości, bo koleżanki matka z balkonikiem po mieście posuwa i nigdzie nie ma, a wrócić do domu z pustymi rękami nie chce, bo się podjęła zakupu. Mission impossible cholera.
Kochani, chodzi mi o to, żeby książka nie była dla wybranych, tylko dla mądrych, tylko dla uczonych, żeby zauważyć, że są też panie kucharki, które zaczytują się w Sadze Ludzi Lodu, stolarze, którzy lubią Cobena, kierowcy zachwyceni nowym Krajewskim, zwykłe kobiety, które czytają powieści obyczajowe i żeby nie wpędzać tych ludzi w poczucie winy i że są czytelniczymi diskopolowcami. Żeby pisarze byli obecni w naszym życiu, książki równie często pokazywane jak kolejne modele komórek. Niech serialowe domy zostaną wyposażone w biblioteczki, Mostowiakowa poleca sklepowej nową powieść Michalak, niech facet wspomni, że nowy Pilch wymiata, niech ktoś się zachwyci biografią Kaliny Jędrusik, a dziecko idzie z ojcem za rękę i ma pod pachą bajki pana Perraulta. Przywróćcie książkę polskiej codzienności, wy - twórcy seriali, filmów, programów i reklam. Czytanie jak na razie zeszło do podziemia i to tak głęboko, że tylko blogerzy się podniecają kolejnymi wydawnictwami. Blogerzy - wyśmiewani przez prawdziwych krytyków, ale to oni właśnie dostają gorączki na wieść o Kronosie Gombrowicza, skrzykują się na targi, spotykają się przy wymiankach, zawzięcie dyskutują mailowo.
Ludziom czasem trzeba wskazać, jak żyć. Jeśli telewizja wywaliła ze swojej świadomości czytanie i książki, to jak można się spodziewać, że kolejne pokolenia będą po nie sięgać?
O i tak sobie pomstuję z okazji Międzynarodowego Dnia Książki.
poniedziałek, 15 kwietnia 2013
Pasja do książek może zabić, ale skoro żyję, na tę cześć - konkurs :-)
Od dawna już wiem, ale odsuwałam od siebie tę wiedzę, że nie mam już miejsca na książki. Może i moje regały wydają się jak z gumy, ale są z drewna niestety. W sobotnie przedpołudnie postanowiłam przemeblować nieco na półkach, tak, żeby jak najwięcej książek się zmieściło, ergo, żeby uzyskać chociaż trochę miejsca na to, co leży w sypialni (żeby nie powiedzieć wala się wszędzie).
Zabrałam się ochoczo za przesuwanie, ustawianie, odkurzanie przy okazji. Oczywiście nakaszlałam się i nakichałam okropnie. Mało łba mi nie urwało. Zmiana konfiguracji na regałach też mało nie pozbawiła mnie życia, zdrowia to już na pewno. Spadająca książka prawie wybiła mi oko, a jak się przed tym broniłam, potknęłam się o odkurzacz i gdyby nie kanapa, pewnikiem skręciłabym kark. Dopychanie książek, zmiana zdania i ich wyjmowanie z powrotem, mało brakowało zakończyłoby się wyrwaniem sobie paznokcia, poprzestałam jednak na jego złamaniu 'za daleko' - kobiety wiedzą, o czym mówię, aż mi ciarki do tej pory po plecach chodzą.
Jak widzicie igrałam ze śmiercią (odrobina przesadyzacji nie zaszkodzi) :-)
Gdyby były zawody w układaniu puzzli złożonych z tysięcy elementów, nie według obrazka, a według zasady - zmieść jak najwięcej elementów na metrze kwadratowym - wygrałabym puchar świata, Europy to juz na pewno i pokazywaliby mnie u Wojewódzkiego zamiast Żyły.
Mąż siedział na sąsiedniej kanapie, zajadał lunch, kawka, relaksik, a ja z rozwianym włosem, obłędem w oczach, uwijałam się między stosami książek, z odkurzaczem w ręku. Potem układałam to według nowego klucza - czyli chrzanić wydawnictwa, autorów i kolory okładek, liczy się wysokość, dopasowanie ich wzdłuż i w poprzek do przestrzeni danej mi w tej chwili, żeby w dziury coś wlazło, a czy to jest ta sama seria, czy inna kategoria to już naprawdę szczegół. Ja i tak zawsze wiem, gdzie co jest, z zamkniętymi oczami, po zapytaniu o tytuł, mogę wskazać półkę i miejsce na niej. Nawet zaraz po tych zmianach.
Mąż się śmiał, a ja byłam bliska płaczu, widziałam, że to żałosne, ale nic na to nie potrafię poradzić, że pozbyłam się iluś tam książek przy wielu przeprowadzkach, ale tych, co mam teraz, nie potrafię. Jeszcze kilka oddałam do biblioteki polskiej, co ją prowadzę i mam niby 'we władaniu' więc nie czuję takiej utraty, ale reszta zostaje i basta. Wprawdzie obiecuje mi on dorobienie regałów, ale to wyższa szkoła jazdy, bo wiąże się też z przemeblowaniem i uzyskaniem miejsca na nie, więc na razie przeprowadzam czynności doraźnie rozwiązujące problem.
Tak się namachałam, natrudziłam, ale zlikwidowałam stosiki, rządki, pojedyncze sztuki, co udawały, że sobie tak leżą przypadkiem i nie wyglądają, kartoniki podsunięte pod łóżko, coś tam poszło do córki, coś wyszło, efekt zadowalający na ten moment i możliwości.
Tak się cieszę, że jestem w całym kawałku i mam nadal oko, że postanowiłam dzisiaj, przy wiośnie i ptakach śpiewających jak oszalałe, zaproponować Wam wygranie książki. Pani z Agory ufundowała dla Was tę nagrodę, wysłała do mnie, a ja będę rozsyłać dalej.
Nie trzeba spełniać żadnego kryterium - nie mam banerów do umieszczania u siebie, nie mam wymogów prowadzenia bloga, trzeba tylko u mnie bywać, czytać i napisać kilka zdań - a mianowicie o tym, jakie jest Wasze najmilsze wspomnienie związane z dziadkiem, babcią, razem lub osobno, a jak ktoś nie ma, albo nie pamięta, to może ciocia babcia, przyszywany wujek, piastunka? Ktoś w każdym razie starszy i nie rodzic. Zresztą nie musi być miłe wspomnienie, może być też traumatyczne czy bardzo poruszające w innym wymiarze, jeśli oczywiście chcecie się takim podzielić. Nie zapomnijcie dodać do siebie adresu mailowego, jakiegoś namiaru, żebym mogła dać znać w przypadku wygranej.
Na komentarze czekam do końca miesiąca, czyli do 30 kwietnia. Wysyłam wszędzie na świecie, więc odpowiadać mogą też czytelniczki / czytelnicy spoza Polski, Europy nawet.
O książce pisałam wcześniej u siebie, bardzo mi się podoba i cieszę się, że mogę ją wysłać do jednej z Was.
Zabrałam się ochoczo za przesuwanie, ustawianie, odkurzanie przy okazji. Oczywiście nakaszlałam się i nakichałam okropnie. Mało łba mi nie urwało. Zmiana konfiguracji na regałach też mało nie pozbawiła mnie życia, zdrowia to już na pewno. Spadająca książka prawie wybiła mi oko, a jak się przed tym broniłam, potknęłam się o odkurzacz i gdyby nie kanapa, pewnikiem skręciłabym kark. Dopychanie książek, zmiana zdania i ich wyjmowanie z powrotem, mało brakowało zakończyłoby się wyrwaniem sobie paznokcia, poprzestałam jednak na jego złamaniu 'za daleko' - kobiety wiedzą, o czym mówię, aż mi ciarki do tej pory po plecach chodzą.
Jak widzicie igrałam ze śmiercią (odrobina przesadyzacji nie zaszkodzi) :-)
Gdyby były zawody w układaniu puzzli złożonych z tysięcy elementów, nie według obrazka, a według zasady - zmieść jak najwięcej elementów na metrze kwadratowym - wygrałabym puchar świata, Europy to juz na pewno i pokazywaliby mnie u Wojewódzkiego zamiast Żyły.
Mąż siedział na sąsiedniej kanapie, zajadał lunch, kawka, relaksik, a ja z rozwianym włosem, obłędem w oczach, uwijałam się między stosami książek, z odkurzaczem w ręku. Potem układałam to według nowego klucza - czyli chrzanić wydawnictwa, autorów i kolory okładek, liczy się wysokość, dopasowanie ich wzdłuż i w poprzek do przestrzeni danej mi w tej chwili, żeby w dziury coś wlazło, a czy to jest ta sama seria, czy inna kategoria to już naprawdę szczegół. Ja i tak zawsze wiem, gdzie co jest, z zamkniętymi oczami, po zapytaniu o tytuł, mogę wskazać półkę i miejsce na niej. Nawet zaraz po tych zmianach.
Mąż się śmiał, a ja byłam bliska płaczu, widziałam, że to żałosne, ale nic na to nie potrafię poradzić, że pozbyłam się iluś tam książek przy wielu przeprowadzkach, ale tych, co mam teraz, nie potrafię. Jeszcze kilka oddałam do biblioteki polskiej, co ją prowadzę i mam niby 'we władaniu' więc nie czuję takiej utraty, ale reszta zostaje i basta. Wprawdzie obiecuje mi on dorobienie regałów, ale to wyższa szkoła jazdy, bo wiąże się też z przemeblowaniem i uzyskaniem miejsca na nie, więc na razie przeprowadzam czynności doraźnie rozwiązujące problem.
Tak się namachałam, natrudziłam, ale zlikwidowałam stosiki, rządki, pojedyncze sztuki, co udawały, że sobie tak leżą przypadkiem i nie wyglądają, kartoniki podsunięte pod łóżko, coś tam poszło do córki, coś wyszło, efekt zadowalający na ten moment i możliwości.
Tak się cieszę, że jestem w całym kawałku i mam nadal oko, że postanowiłam dzisiaj, przy wiośnie i ptakach śpiewających jak oszalałe, zaproponować Wam wygranie książki. Pani z Agory ufundowała dla Was tę nagrodę, wysłała do mnie, a ja będę rozsyłać dalej.
Na komentarze czekam do końca miesiąca, czyli do 30 kwietnia. Wysyłam wszędzie na świecie, więc odpowiadać mogą też czytelniczki / czytelnicy spoza Polski, Europy nawet.
O książce pisałam wcześniej u siebie, bardzo mi się podoba i cieszę się, że mogę ją wysłać do jednej z Was.
niedziela, 7 kwietnia 2013
O jednym takim królu, który mi się przejadł, ale na szczęście o Tomaszu więcej
Gdyby nie to, że ta powieść była tak polecana przez niektórych
blogerów, to bym jej w życiu do ręki (a raczej do ucha) nie wzięła.
Umówmy się - ile można o tym Henryku VIII? Do tego doskonale wiem, że on
nie był taki przystojny jak w serialu Dynastia Tudorów,bo gdyby tak było, to on by nie kilka tych żon usunął ze sceny życia, a kilkanaście lekko licząc, bo szły by za nim jak Kubuś Puchatek za miodem.
A gdyby wyglądał jak ten w Kochanicy Króla, to ja bym chyba sama się teleportowała w tamte czasy i łeb na pień położyła, byle by wcześniej jedną noc (na rozmowach o książkach, a jakże) z nim spędzić.
Ale nie. Facet wyglądał tak
Rozumiem, że władza odejmuje kilogramów i dodaje urody :-)
No, ale nie o pięćdziesięciu twarzach króla Greya tu mowa, a o najbardziej chyba eksploatowanym królu w literaturze i filmie, co mnie po prostu już od tego tematu odstręcza.
Łatwo więc sobie wyobrazić, że jak załadowałam tego audiobooka do empetrójki, nie miałam w oczach szału oczekiwania.
Także w takich okolicznościach przyrody uznaję za niezwykłe to, że książka mnie uwiodła od pierwszych zdań. Na szczęście król jest gdzieś w tle, a na pierwszy plan wysuwa się Tomasz Cromwell, którego poznajemy w latach młodzieńczych i towarzyszymy mu, kiedy pnie się po szczeblach kariery na dworze. Nieprawdopodobne wręcz, że z tak marnego domu wywodzący się mężczyzna, daje radę w otoczeniu króla, mało tego, udaje mu się nie popaść w tarapaty. Naokoło tortury, knowania, egzekucje, stosy i więzienne lochy pełne jego znajomych, a on suchą stopą wychodzi z największych zawirowań.
Wiele się na to składa czynników, trochę szczęścia, dużo sprytu, mądrość życiowa (inteligencja społeczna teraz by powiedzieli), niezwykle bystry umysł i pewnie niezwykła umiejętność dyplomacji.
Tak czy tak ciekawa to postać i ciekawa powieść. Jeno długa okropniście i był moment, że myślałam, że przed śmiercią (a mam zamiar umrzeć po dziewięćdziesiątce) nie skończę.
wtorek, 2 kwietnia 2013
O szkodliwości niektórych cnót - Mariola Zaczyńska
To, że podobają nam się rzeczy, które już znamy, to udowodniono dawno temu. Pewnie dlatego powieści dziejące się w Warszawie lub Krakowie mają takie wzięcie, bo ludzie znajdują tam siebie, swoje ścieżki, ulubione czy wręcz odwrotnie, miejsca, czują się 'jak na swoim'. Podoba się.
W stolicy mieszkałam tylko kilka lat, większość życia na prowincji, książki dziejącej się w moim mieście rodzinnym, jeszcze nikt nie napisał, ale za to w mieście, które mnie adoptowało na kilka lat, gdzie dobrze mi było bardzo, mieszka pewna niezwykła osoba - atomowa Mariola Zaczyńska. I tam właśnie dzieje się akcja jej nowej powieści.
Dlaczego Mariola jest atomowa? - bo ma napęd atomowy, kiedy się śpieszy przekracza prędkość światła, i w szybkości myślenia, mówienia, i chodzenia. Najbardziej waleczna, kiedy słabszym dzieje się źle, w szczególności zwierzętom. Ma w sobie wielkie pokłady optymizmu, starała się napisać coś poważnego i mrocznego, sama to przyznała, ale te klimaty nie leżą w jej naturze i wyszło jak zwykle - powieść pełna ciepła, humoru, z bohaterkami, jak ona - walecznymi, niepokornymi, walącymi prosto z mostu, lojalnymi w przyjaźni, a jednocześnie wrażliwymi i miękkimi gdzieś 'w ogryzku', czyli samym środku, o którym nikt nie myśli, kiedy widzi piękny owoc.
Wszystko dzieje się w ciągu tygodnia mody w Siedlcach. Kalina, dziennikarka z Warszawy, jedzie tam wysłana przez redakcję. Wcale jej się nie chce, ale zaraz po przyjeździe zaczyna się dziać - mnożą się nowe zdarzenia, przybywa postaci dramatu, czasem jest groźnie, czasem śmiesznie, niby można się domyślić, co oznaczają kolejne znaleziska, ale i tak są momenty zaskakujące. Nie o kryminał jednak chodzi w tej powieści, chociaż ma takie zapędy, jednakże gdyby wielbicielka Lackberg czy Holt wzięła do ręki tę pozycję i spodziewała się zakopanych zwłok i w związku z tym krwawego dramatu, srodze się zawiedzie.
Dlatego ważne jest wiedzieć, z czym (kim) ma się do czynienia.
Po prostu są takie osoby, które tak szeroko uśmiechają się do życia, że jakby się nie starały, wszystkie straszne rzeczy i tak mają dobre zakończenie. I taka jest właśnie autorka, nie da się, po prostu się NIE DA, żeby było non stop strasznie :-)
Zaczyńska pisze o miejscach, które zna, powołuje bohaterów, którzy mają swoje żyjące prototypy, ale też takich, którzy żyją naprawdę. Także można trafić do kliniki weterynaryjnej, o której pisze autorka, można zjeść pyszny posiłek w restauracji, w której Kalinie 'stoi w gardle' posiłek zjadany w towarzystwie prokuratora, a w niektórych postaciach, odnajdują się znajomi lub ludzie 'z terenu'. Taki 'zabieg chmielewski'. Uwielbiam to.
Tak się składa, że ostatnie święta wielkanocne, przed wyjazdem z kraju na emigrację, spędziłam w Siedlcach. W tym roku, też w ten czas, czytałam książkę tam się dziejącą. Nie mogłam się nie uśmiechnąć do tamtych czasów, do tego miasta, do tej książki.
Powieści Zaczyńskiej nadają się idealnie na wakacje, na czytanie na kocu na plaży, na leżaku w Chorwacji, w pociągu w drodze do babci na wieś. To już niedługo. Nie zapomnijcie, kiedy będziecie szukać czegoś, co Was uśmiechnie i zrelaksuje.
W stolicy mieszkałam tylko kilka lat, większość życia na prowincji, książki dziejącej się w moim mieście rodzinnym, jeszcze nikt nie napisał, ale za to w mieście, które mnie adoptowało na kilka lat, gdzie dobrze mi było bardzo, mieszka pewna niezwykła osoba - atomowa Mariola Zaczyńska. I tam właśnie dzieje się akcja jej nowej powieści.
Dlaczego Mariola jest atomowa? - bo ma napęd atomowy, kiedy się śpieszy przekracza prędkość światła, i w szybkości myślenia, mówienia, i chodzenia. Najbardziej waleczna, kiedy słabszym dzieje się źle, w szczególności zwierzętom. Ma w sobie wielkie pokłady optymizmu, starała się napisać coś poważnego i mrocznego, sama to przyznała, ale te klimaty nie leżą w jej naturze i wyszło jak zwykle - powieść pełna ciepła, humoru, z bohaterkami, jak ona - walecznymi, niepokornymi, walącymi prosto z mostu, lojalnymi w przyjaźni, a jednocześnie wrażliwymi i miękkimi gdzieś 'w ogryzku', czyli samym środku, o którym nikt nie myśli, kiedy widzi piękny owoc.
Wszystko dzieje się w ciągu tygodnia mody w Siedlcach. Kalina, dziennikarka z Warszawy, jedzie tam wysłana przez redakcję. Wcale jej się nie chce, ale zaraz po przyjeździe zaczyna się dziać - mnożą się nowe zdarzenia, przybywa postaci dramatu, czasem jest groźnie, czasem śmiesznie, niby można się domyślić, co oznaczają kolejne znaleziska, ale i tak są momenty zaskakujące. Nie o kryminał jednak chodzi w tej powieści, chociaż ma takie zapędy, jednakże gdyby wielbicielka Lackberg czy Holt wzięła do ręki tę pozycję i spodziewała się zakopanych zwłok i w związku z tym krwawego dramatu, srodze się zawiedzie.
Dlatego ważne jest wiedzieć, z czym (kim) ma się do czynienia.
Po prostu są takie osoby, które tak szeroko uśmiechają się do życia, że jakby się nie starały, wszystkie straszne rzeczy i tak mają dobre zakończenie. I taka jest właśnie autorka, nie da się, po prostu się NIE DA, żeby było non stop strasznie :-)
Zaczyńska pisze o miejscach, które zna, powołuje bohaterów, którzy mają swoje żyjące prototypy, ale też takich, którzy żyją naprawdę. Także można trafić do kliniki weterynaryjnej, o której pisze autorka, można zjeść pyszny posiłek w restauracji, w której Kalinie 'stoi w gardle' posiłek zjadany w towarzystwie prokuratora, a w niektórych postaciach, odnajdują się znajomi lub ludzie 'z terenu'. Taki 'zabieg chmielewski'. Uwielbiam to.
Tak się składa, że ostatnie święta wielkanocne, przed wyjazdem z kraju na emigrację, spędziłam w Siedlcach. W tym roku, też w ten czas, czytałam książkę tam się dziejącą. Nie mogłam się nie uśmiechnąć do tamtych czasów, do tego miasta, do tej książki.
Powieści Zaczyńskiej nadają się idealnie na wakacje, na czytanie na kocu na plaży, na leżaku w Chorwacji, w pociągu w drodze do babci na wieś. To już niedługo. Nie zapomnijcie, kiedy będziecie szukać czegoś, co Was uśmiechnie i zrelaksuje.
wtorek, 26 marca 2013
Zaopiekuj się mną - wspomnienia o Ameryce widzianej z fotela
Ciekawa byłam tej książki z wielu względów.
Po pierwsze dlatego, że przebywałam w USA przez 6 miesięcy w 1990 roku. Poznałam wtedy wiele osób wykonujących prace takie same lub podobne jak wspomniane w książce. Spotkałam też wielu Polaków, którzy odbiegali znacznie od tych, których znałam wcześniej, zmieniała ich ta Ameryka i nic dziwnego, po odmianę przecież pojechali.
Tylko, że nam (byłam tam z mężem), wyrwanym z komuny, bo ona wtedy dopiero skonała, a w naszej głowie jeszcze żywa była, wydawali się Ci ludzie dziwni. Z jednych względów słusznie, z innych nie, po prostu ich nie rozumieliśmy.
Bardzo prawdziwa ta książka. Realiów samego kraju mało, bo też i tytułowa opiekunka mało bywała poza domami swoich podopiecznych. Ale trochę o rodakach było, a najwięcej o starszych ludziach, z którymi te kilka miesięcy spędziła. Starość jest wszędzie taka sama, trochę bogatsza tam, biedniejsza gdzie indziej, ale koniec końców - bezradna, samotna i do niczego.
Dziewczyna z Polski tamtych lat, w trudnej sytuacji finansowej i osobistej, była równie bezradna, samotna i rozedrgana, ale powoli widzimy, jak się zbiera w sobie, jak 'mężnieje' z czasem i wraz z większymi umiejętnościami językowymi, staje się świetnym partnerem dla swoich pracodawców, wręcz darem bożym. Imponowała mi ta Lucyna, że nie została, jak wielu Polaków, na etapie ani be, ani me, że jeździła samochodem, chociaż się bała, że jak mogła dostosowała się do życia w Chicago. A Ameryka potrafi człowieka pożreć żywcem, oj potrafi.
Jedni wracają z tarczą, ale wielu na tarczy. Cieszę się, że Lucy zwyciężyła pod każdym względem.
Żal mi, że ta książka taka krótka, chciałabym wiedzieć, co było dalej, po powrocie do Polski. Jak się miały sprawy w kraju, w czasie, kiedy ona była w Stanach. Rozumiem, że taka jest ta relacja, prawdziwe to zdarzenia, autorka wybiera to, co chce powiedzieć, ale za mało mi było, bo niezwykle dobrze mi się to czytało.
Ta książka jest inna od tych na wpół zmyślonych, na wpół nie, od niemieckich łóżek i londyńskich zmywaków. Dzieje się dawniej, czyli załapuje się w barwy niegdysiejszej emigracji, bez skype'a, internetu w ogóle, bez komórek, smsów, szerokiego zasięgu wymiany informacji, tym większa jest samotność tam, obawa o poczucie porzucenia u bliskich w kraju. List szedł wieki, wiadomości dochodziły z opóźnieniem, czasem mleko już się wylało, kiedy odbiorca dopiero otrzymywał list z wołaniem o radę. Pamiętam siebie, jak pisałam kilometrowe listy, czułam się jakbym na inną planetę wyjechała, a że byłam w tym czasie w ciąży, układ nerwowy miałam na wierzchu, wszystko przeżywałam sto razy bardziej. Także rozumiem Lucy i bardzo ją podziwiam.
Ale uwaga - nie spodziewajcie się tu kompleksowego obrazu Polonii Amerykańskiej typu 'Szczuropolacy' Redlińskiego, to jest bardzo prywatny przekaz osoby, która spędziła tam trochę czasu i wszystko opisuje z punktu widzenia osoby 'uwięzionej' ze starszymi podopiecznymi w ich domu. Nie jest to literatura drogi, rozliczenie emigracji lat osiemdziesiątych, analiza tamtych lat, to po prostu wyjątek z życia zwyczajnej kobiety, która podzieliła się z nami opowieścią o tym.
Lucyna Olejniczak gościła w Dzień Dobry TVN, video do obejrzenia TU
Po pierwsze dlatego, że przebywałam w USA przez 6 miesięcy w 1990 roku. Poznałam wtedy wiele osób wykonujących prace takie same lub podobne jak wspomniane w książce. Spotkałam też wielu Polaków, którzy odbiegali znacznie od tych, których znałam wcześniej, zmieniała ich ta Ameryka i nic dziwnego, po odmianę przecież pojechali.
Tylko, że nam (byłam tam z mężem), wyrwanym z komuny, bo ona wtedy dopiero skonała, a w naszej głowie jeszcze żywa była, wydawali się Ci ludzie dziwni. Z jednych względów słusznie, z innych nie, po prostu ich nie rozumieliśmy.
Bardzo prawdziwa ta książka. Realiów samego kraju mało, bo też i tytułowa opiekunka mało bywała poza domami swoich podopiecznych. Ale trochę o rodakach było, a najwięcej o starszych ludziach, z którymi te kilka miesięcy spędziła. Starość jest wszędzie taka sama, trochę bogatsza tam, biedniejsza gdzie indziej, ale koniec końców - bezradna, samotna i do niczego.
Dziewczyna z Polski tamtych lat, w trudnej sytuacji finansowej i osobistej, była równie bezradna, samotna i rozedrgana, ale powoli widzimy, jak się zbiera w sobie, jak 'mężnieje' z czasem i wraz z większymi umiejętnościami językowymi, staje się świetnym partnerem dla swoich pracodawców, wręcz darem bożym. Imponowała mi ta Lucyna, że nie została, jak wielu Polaków, na etapie ani be, ani me, że jeździła samochodem, chociaż się bała, że jak mogła dostosowała się do życia w Chicago. A Ameryka potrafi człowieka pożreć żywcem, oj potrafi.
Jedni wracają z tarczą, ale wielu na tarczy. Cieszę się, że Lucy zwyciężyła pod każdym względem.
Żal mi, że ta książka taka krótka, chciałabym wiedzieć, co było dalej, po powrocie do Polski. Jak się miały sprawy w kraju, w czasie, kiedy ona była w Stanach. Rozumiem, że taka jest ta relacja, prawdziwe to zdarzenia, autorka wybiera to, co chce powiedzieć, ale za mało mi było, bo niezwykle dobrze mi się to czytało.
Ta książka jest inna od tych na wpół zmyślonych, na wpół nie, od niemieckich łóżek i londyńskich zmywaków. Dzieje się dawniej, czyli załapuje się w barwy niegdysiejszej emigracji, bez skype'a, internetu w ogóle, bez komórek, smsów, szerokiego zasięgu wymiany informacji, tym większa jest samotność tam, obawa o poczucie porzucenia u bliskich w kraju. List szedł wieki, wiadomości dochodziły z opóźnieniem, czasem mleko już się wylało, kiedy odbiorca dopiero otrzymywał list z wołaniem o radę. Pamiętam siebie, jak pisałam kilometrowe listy, czułam się jakbym na inną planetę wyjechała, a że byłam w tym czasie w ciąży, układ nerwowy miałam na wierzchu, wszystko przeżywałam sto razy bardziej. Także rozumiem Lucy i bardzo ją podziwiam.
Ale uwaga - nie spodziewajcie się tu kompleksowego obrazu Polonii Amerykańskiej typu 'Szczuropolacy' Redlińskiego, to jest bardzo prywatny przekaz osoby, która spędziła tam trochę czasu i wszystko opisuje z punktu widzenia osoby 'uwięzionej' ze starszymi podopiecznymi w ich domu. Nie jest to literatura drogi, rozliczenie emigracji lat osiemdziesiątych, analiza tamtych lat, to po prostu wyjątek z życia zwyczajnej kobiety, która podzieliła się z nami opowieścią o tym.
Lucyna Olejniczak gościła w Dzień Dobry TVN, video do obejrzenia TU
czwartek, 21 marca 2013
Cudownie niejednoznaczny tytuł - "Wilczyce" Anety Borowiec
Natalia ma kilka przyjaciółek, ma też chłopaka, który okazuje się skurczybykiem - cliché - pomyślałam w pierwszej chwili. Ale co z tego, skoro książkę od pierwszego zdania czytało się świetnie, pomyślałam, że nawet ograny temat w takiej oprawie stylistycznej gładko przełknę tym razem. A tu zaskoczka - tylko początek wydaje się taki, potem dzieje się już całkiem inaczej, ale zmyłka. Natalia ucieka, jak wiele przed nią i pewnie wiele po niej, ale ta jej ucieczka jest inna, nie przegadana, nie ma rozdrapywania ran, nie ma facetów przychodzących otrzeć łzy, nie ma też nurzania się w rozpaczy - no to po co uciekała? - spytacie. Nikt, kto decyduje się to zrobić, nie ma na to odpowiedzi. To impuls. Wszystko wychodzi w praniu, a jak tak, wszystko może się zdarzyć i historia może skręcić w nieoczekiwanym kierunku. I tak się tu dzieje.
Bardzo dobra powieść, wciąga, angażuje czytelnika, jednych nie lubimy, innych nie rozumiemy, jeszcze inni budzą od razu naszą sympatię, ale to wszystko pierwsze wrażenie i wiadomo, jak w życiu, kiedy tylko zmienia się optyka, im większa wiedza, tym większe zrozumienie, pogodzenie lub zmiana w człowieku totalna. No i prawda stara jak świat, ale jakże aktualna - od trudnych tematów nie uciekniemy, do poprawy droga długa i czasem bardzo bolesna (a człowiek ma tendencje do uciekania przed bólem), czasem konieczne jest oczyszczenie przez ogień.
Mówią, że co nas nie zabije, to nas wzmocni, ale ja ostatnio w jednym z wykładów Jacka Walkiewicza (TEDx) usłyszałam, że to kompletna bzdura, że co nas nie zabije, to nas nie zabije, niekoniecznie musi wzmocnić. Wprost i wreszcie bez psychologicznego ściemniania. I taka jest ta książka, nie trzyma się bzdur, nie wciska kitów, natomiast opisuje skrawek życia pewnej dziewczyny i po przeczytaniu pozostawia miły smak niestraconego czasu. A przecież o to czytelnikowi chodzi.
Nawiasem mówiąc - pięknie wydana i podoba mi się okładka. Książka przyjazna dla ręki, pięknie nosi się w torebce (sztywnawa, nie zagina się, nie międoli), czcionka miła nawet dla zmęczonego oka, a jednocześnie nie jakieś gigantyczne kulfony na pół strony - brawo!
A dlaczego tytuł jest niejednoznaczny? Odpowiedź znajdziecie w książce. Polecam.
Również ostatni numer Wysokich Obcasów Extra, który jak zwykle jest bardzo ciekawy.
wtorek, 12 marca 2013
Niezbędnik obserwatora nieba, a w tle śpiew ptaka
Tak się złożyło, że ostatnimi czasy przechodziłam intensywne szkolenie na oddziale psychiatrycznym. Zawsze się bałam ludzi z zaburzeniami tego typu, spinałam się w ich towarzystwie i wydawało mi się, że nigdy nie pokonam tej niby fobii. Jak widać homeopatyczna metoda leczenia podobnym sprawdza się dobrze i w wypadku takich właśnie lęków, bo jak tylko zaczęłam przebywać na oddziale zamkniętym, miałam okazję obserwować metody pracy z ludźmi podupadającymi na zdrowiu psychicznym, zrozumiałam, że to choroba jak każda inna, a czasem nie tyle choroba, co osłabiona kondycja struktury psychicznej, a takie oddziały są pełne normalnych ludzi, których spotykamy na co dzień na ulicy i nawet nam do głowy nie przyjdzie, że oni czasem potrzebują pomocy tego typu. Ba, różnica między wieloma z nich a nami jest taka, że oni po pomoc się zgłosili, a inni nie widzą takiej potrzeby, chociaż jest wielu, którym by się to przydało. Nie wiedzieć kiedy, strach przez tematem został zastąpiony fascynacją.
Tym bardziej byłam zainteresowana propozycją przeczytania 'Poradnika pozytywnego myślenia', chociaż w pierwszym odruchu strasznie się na to skrzywiłam. Obejrzałam jednak trailer i stwierdziłam, że warto spróbować, bo to jest chyba to, co mnie akurat teraz bardzo zainteresuje.
Filmu nie widziałam i dobrze, w ogóle niewiele o tej historii słyszałam poza tym, że film był nominowany do Oskara w kilku kategoriach. Będę więc wypowiadać się tylko i wyłącznie o powieści.
TO NIE JEST KOLEJNA KOMEDIA ROMANTYCZNA
Oczywiście jest chłopak, jest dziewczyna, tragiczna historia i żmudne wychodzenie na powierzchnię, ale nie ma to wszystko żadnych znamion 'żyli długo i szczęśliwie', chociaż niesie w sobie wiele optymizmu i nadziei na dobre zakończenie. Po drodze jest trochę tak, jakby człowiek skoczył na głęboką wodę z za dużej wysokości, skutkiem czego wpadł za głęboko i wynurzanie się jest żmudne, trudne, wykańczające fizycznie, aż do wymiotów i krwi z nosa, kiedy wreszcie człowiek znajdzie się na powierzchni. Taką drogę musiał przejść główny bohater.
Dzieje się czasem w życiu tak, że konstrukcja psychiczna chociaż w sumie mocna, jednak nie wytrzymuje i misternie budowane rusztowanie się zawala. Wiadomo, że rozpad idzie migiem, budowanie od nowa trwa długo. Jesteśmy świadkami takiego stawiania rusztowania na nowo, główny bohater zostaje przywieziony do domu przez matkę i zaczyna terapię na wolności (wcześniej przebywał w zamkniętym ośrodku dla psychicznie chorych). Matka ma wiele miłości, zrozumienia i jest zdeterminowana na sukces, ojciec wręcz odwrotnie. To jest właśnie najlepszy przykład zaburzenia u człowieka, który nie widzi, ze potrzebuje pomocy, skutek jest taki, ze wszyscy, którzy z nim żyją, mają przechlapane. Oczywiście to nie pomaga w poprawieniu kondycji syna. Na szczęście jest rodzina i przyjaciele, a na horyzoncie pojawia się jeszcze ktoś - siostra żony przyjaciela - Tiffany. Kolokwialnie mówiąc, równie rąbnięta jak główny bohater, ale dzięki temu rozumie go lepiej i wie, jak do niego dotrzeć.
Powieść jest napisana jak dziennik głównego bohatera, którego prowadzenie czasem pomaga w terapii. Opisuje wszystko tak, jak to widzi on, poprzez pryzmat swojej choroby i tego, co pamięta, a co nie. Rozbawiła mnie jego fobia na Kenny'ego G i utwór Songbird, gdyż akurat byłam w USA, kiedy ten saksofonista sopranowy był niezwykle popularny i album z tym właśnie utworem był na topie. Setki tysięcy ludzi rozpływało się na dźwięk tej melodii, uznana była za niezwykle romantyczną; no, ale jest wyjaśnione w powieści, dlaczego to właśnie te dźwięki budzą agresję u Pata.
Nie potrafię powiedzieć, co dokładnie mnie w tej powieści urzekło, bo nie ma tam dramatycznych zwrotów akcji, fajerwerków i świata złożonego ze stu charakterów. Jest natomiast rodzina i przyjaciele i człowiek, któremu kibicujemy, chociaż gdyby przyszło nam się z nim przyjaźnić, byłaby to niezwykle wymagająca znajomość. Jest radość z pojedynczych dobrych chwil i siła do tego, żeby stawiać czoła momentom złym i z tego chyba czytelnik czerpie siłę i obiecany w tytule optymizm.
Życie generalnie jest niezwykle trudne i wszystkim może się zdarzyć taka obsuwa jak u głównego bohatera. Wszystkim bez wyjątku. Sztuka w tym, żeby mieć siłę wypłynąć na powierzchnię, mimo za głębokiej wody, i żeby mieć wokół ludzi, którzy swoje osobiste lęki przed nieobliczalnością osoby zaburzonej psychicznie, postawili niżej od przyjaźni czy miłości.
Czyta się tak, że wprost trudno ją odłożyć, polecam!
Tym bardziej byłam zainteresowana propozycją przeczytania 'Poradnika pozytywnego myślenia', chociaż w pierwszym odruchu strasznie się na to skrzywiłam. Obejrzałam jednak trailer i stwierdziłam, że warto spróbować, bo to jest chyba to, co mnie akurat teraz bardzo zainteresuje.
Filmu nie widziałam i dobrze, w ogóle niewiele o tej historii słyszałam poza tym, że film był nominowany do Oskara w kilku kategoriach. Będę więc wypowiadać się tylko i wyłącznie o powieści.
TO NIE JEST KOLEJNA KOMEDIA ROMANTYCZNA
Oczywiście jest chłopak, jest dziewczyna, tragiczna historia i żmudne wychodzenie na powierzchnię, ale nie ma to wszystko żadnych znamion 'żyli długo i szczęśliwie', chociaż niesie w sobie wiele optymizmu i nadziei na dobre zakończenie. Po drodze jest trochę tak, jakby człowiek skoczył na głęboką wodę z za dużej wysokości, skutkiem czego wpadł za głęboko i wynurzanie się jest żmudne, trudne, wykańczające fizycznie, aż do wymiotów i krwi z nosa, kiedy wreszcie człowiek znajdzie się na powierzchni. Taką drogę musiał przejść główny bohater.
Dzieje się czasem w życiu tak, że konstrukcja psychiczna chociaż w sumie mocna, jednak nie wytrzymuje i misternie budowane rusztowanie się zawala. Wiadomo, że rozpad idzie migiem, budowanie od nowa trwa długo. Jesteśmy świadkami takiego stawiania rusztowania na nowo, główny bohater zostaje przywieziony do domu przez matkę i zaczyna terapię na wolności (wcześniej przebywał w zamkniętym ośrodku dla psychicznie chorych). Matka ma wiele miłości, zrozumienia i jest zdeterminowana na sukces, ojciec wręcz odwrotnie. To jest właśnie najlepszy przykład zaburzenia u człowieka, który nie widzi, ze potrzebuje pomocy, skutek jest taki, ze wszyscy, którzy z nim żyją, mają przechlapane. Oczywiście to nie pomaga w poprawieniu kondycji syna. Na szczęście jest rodzina i przyjaciele, a na horyzoncie pojawia się jeszcze ktoś - siostra żony przyjaciela - Tiffany. Kolokwialnie mówiąc, równie rąbnięta jak główny bohater, ale dzięki temu rozumie go lepiej i wie, jak do niego dotrzeć.
Powieść jest napisana jak dziennik głównego bohatera, którego prowadzenie czasem pomaga w terapii. Opisuje wszystko tak, jak to widzi on, poprzez pryzmat swojej choroby i tego, co pamięta, a co nie. Rozbawiła mnie jego fobia na Kenny'ego G i utwór Songbird, gdyż akurat byłam w USA, kiedy ten saksofonista sopranowy był niezwykle popularny i album z tym właśnie utworem był na topie. Setki tysięcy ludzi rozpływało się na dźwięk tej melodii, uznana była za niezwykle romantyczną; no, ale jest wyjaśnione w powieści, dlaczego to właśnie te dźwięki budzą agresję u Pata.
Nie potrafię powiedzieć, co dokładnie mnie w tej powieści urzekło, bo nie ma tam dramatycznych zwrotów akcji, fajerwerków i świata złożonego ze stu charakterów. Jest natomiast rodzina i przyjaciele i człowiek, któremu kibicujemy, chociaż gdyby przyszło nam się z nim przyjaźnić, byłaby to niezwykle wymagająca znajomość. Jest radość z pojedynczych dobrych chwil i siła do tego, żeby stawiać czoła momentom złym i z tego chyba czytelnik czerpie siłę i obiecany w tytule optymizm.
Życie generalnie jest niezwykle trudne i wszystkim może się zdarzyć taka obsuwa jak u głównego bohatera. Wszystkim bez wyjątku. Sztuka w tym, żeby mieć siłę wypłynąć na powierzchnię, mimo za głębokiej wody, i żeby mieć wokół ludzi, którzy swoje osobiste lęki przed nieobliczalnością osoby zaburzonej psychicznie, postawili niżej od przyjaźni czy miłości.
Czyta się tak, że wprost trudno ją odłożyć, polecam!
sobota, 9 marca 2013
Zbiorowo o zakupach i prezentach czyli jak mawia mąż 'okładki, okładki'
Nie prezentuję tutaj zakupów zbyt często, bo ich nie robię. A jak tak, to korzystam z jakiś kosmicznych promocji, książki są słane do znajomych, albo znajomych znajomych i docierają do mnie z dużym opóźnieniem. Co ja będę wklejać zdjęcia jednej książki, nikomu nie zaimponuję, bo na blogach stosy całe. No, ale po kilku miesiącach coś się jednak nazbierało, a do tego, wraz z koleżankami wizytującymi mnie dopiero co, przybyło kilka prezentów. Pomyślałam, że może jednak zamieszczę, bo lubię oglądać Wasze zakupy, czasem wynajduję w nich coś dla siebie. Zresztą i poniższe książki, na pewno kilka z nich, były podsunięte do przegródki w mózgu pt. 'żyć bez tego nie mogę'. No to zaczynam.
Jeszcze na początku roku przyszła do mnie przesyłka od Kasi Sawickiej z bloga Moja Pasieka, pisała o tej książce, ja się oczywiście zapaliłam, ale nie chcieli do mnie słać, a Kasia kupiła i mi ją wysłała w podarku. Marii Zientarowej nie trzeba chyba nikomu przedstawiać (Wojna domowa, Drobne Ustroje). Bardzo cenne są dla mnie takie książki, tym bardziej gesty. Jak to Kasia powiedziała, ona posłała dla mnie, ja poślę komuś innemu, co będę miała, a będzie w sferze marzeń i rzecz się wyrównuje.
Mam nadzieję, że i ja będę mogła sprawić komuś radość taką, jak Kasia mnie.
Od Marty prawie w tym samym czasie, czyli choinkowym jeszcze, przyszła Katarzyna Wielka, Dobra krew (nie ma na zdjęciu, bo mąż mi gdzieś wywlókł), a na zdjęciu poniżej jest jeszcze książka o Paryżu, którą Marta właśnie napisała z Małgorzatą Gutowską -Adamczyk.
Miłość z kamienia została kilka dni temu przesłana przez koleżankę Ulę. Ale niespodzianka, bardzo chciałam to przeczytać.
Mad Women kupiona przeze mnie na fali miłości do Mad Men i tematu reklamy w latach sześćdziesiątych, dla mnie i dla córki gratka, zresztą dla męża też.
Dzienniki Anny Iwaszkiewiczowej, jak również trzeci tom Dzienników Iwaszkiewicza kupione jakiś czas temu, inaczej być nie mogło. Skorzystałam z wyprzedaży noworocznej.
Natanna z bloga Moje zaczytanie nagrodziła mnie podarkiem miesiąca, czy jakoś tak, dostałam od niej zakładkę z koralików, kamień na szyję (ale to zabrzmiało) i książkę Pawłowskiej, świetną, bardzo polecam tę autorkę.
Poniżej wielka radość podarunkowa, Ninga i Dorota mnie odwiedziły i to zwiozły na wyspę:
'Rozdzielone' o losie dzieci rozdzielonych z rodzicami za czasów komuny w NRD, wypatrzone na blogu Młodej pisarki
'Przepowiednia Romanowów' zapodane w zapowiedziach przez Martę (tę od Paryża)
'Dzień zwycięstwa' Hagena, inaczej być nie mogło, wreszcie mam
Najnowsza książka z reportażami Małgorzaty Szejnert 'My właściciele Teksasu'
Na samym dole, jak zwykle pięknie wydana przez Wydawnictwo Literackie, książka Tuszyńskiej o Irenie Krzywickiej.
Że ja nie zemdlałam to cud.
tym bardziej, że dostałam też gazetki, a Dorota zrobiła mi na szydełku do tego jeszcze jajka wielkanocne do powieszenia na bazie.
Na dole moje zakupy, poza Paryżem, o którym wspominałam wyżej, 'Tyrmand zły' Urbanka, biografia Antczaka, dwie pozycje Zofii Kucówny (ależ one smakowite, ileż tam anegdot z teatru, ale i o życiu, o uczeniu sztuki aktora), pierwszą książkę mam kupioną dawno, dawno, teraz dokupiłam dwie pozostałe, dalej biografia Bodo, 'Ta piękna mitomanka. O Izabeli Czajce-Stachowicz', 'Mikołajska. Teatr i PRL', ponoć świetna biografia aktorki i działaczki, dla miłośnika teatru pozycja nie do pominięcia, a na samym dole 'Kalina Jędrusik' Dariusza Michalskiego.
Jak pisałam, nie jest to zakup jednorazowy, tylko mozolnie wyszarpywane rzeczywistości finansowej książki. Albo podarunki, które mnie niezmiennie bardzo wzruszają i dają poczucie przynależności do wielkiej rodziny moli książkowych.
Jeszcze na początku roku przyszła do mnie przesyłka od Kasi Sawickiej z bloga Moja Pasieka, pisała o tej książce, ja się oczywiście zapaliłam, ale nie chcieli do mnie słać, a Kasia kupiła i mi ją wysłała w podarku. Marii Zientarowej nie trzeba chyba nikomu przedstawiać (Wojna domowa, Drobne Ustroje). Bardzo cenne są dla mnie takie książki, tym bardziej gesty. Jak to Kasia powiedziała, ona posłała dla mnie, ja poślę komuś innemu, co będę miała, a będzie w sferze marzeń i rzecz się wyrównuje.
Mam nadzieję, że i ja będę mogła sprawić komuś radość taką, jak Kasia mnie.
Od Marty prawie w tym samym czasie, czyli choinkowym jeszcze, przyszła Katarzyna Wielka, Dobra krew (nie ma na zdjęciu, bo mąż mi gdzieś wywlókł), a na zdjęciu poniżej jest jeszcze książka o Paryżu, którą Marta właśnie napisała z Małgorzatą Gutowską -Adamczyk.
Miłość z kamienia została kilka dni temu przesłana przez koleżankę Ulę. Ale niespodzianka, bardzo chciałam to przeczytać.
Mad Women kupiona przeze mnie na fali miłości do Mad Men i tematu reklamy w latach sześćdziesiątych, dla mnie i dla córki gratka, zresztą dla męża też.
Dzienniki Anny Iwaszkiewiczowej, jak również trzeci tom Dzienników Iwaszkiewicza kupione jakiś czas temu, inaczej być nie mogło. Skorzystałam z wyprzedaży noworocznej.
Natanna z bloga Moje zaczytanie nagrodziła mnie podarkiem miesiąca, czy jakoś tak, dostałam od niej zakładkę z koralików, kamień na szyję (ale to zabrzmiało) i książkę Pawłowskiej, świetną, bardzo polecam tę autorkę.
Poniżej wielka radość podarunkowa, Ninga i Dorota mnie odwiedziły i to zwiozły na wyspę:
'Rozdzielone' o losie dzieci rozdzielonych z rodzicami za czasów komuny w NRD, wypatrzone na blogu Młodej pisarki
'Przepowiednia Romanowów' zapodane w zapowiedziach przez Martę (tę od Paryża)
'Dzień zwycięstwa' Hagena, inaczej być nie mogło, wreszcie mam
Najnowsza książka z reportażami Małgorzaty Szejnert 'My właściciele Teksasu'
Na samym dole, jak zwykle pięknie wydana przez Wydawnictwo Literackie, książka Tuszyńskiej o Irenie Krzywickiej.
Że ja nie zemdlałam to cud.
tym bardziej, że dostałam też gazetki, a Dorota zrobiła mi na szydełku do tego jeszcze jajka wielkanocne do powieszenia na bazie.
Na dole moje zakupy, poza Paryżem, o którym wspominałam wyżej, 'Tyrmand zły' Urbanka, biografia Antczaka, dwie pozycje Zofii Kucówny (ależ one smakowite, ileż tam anegdot z teatru, ale i o życiu, o uczeniu sztuki aktora), pierwszą książkę mam kupioną dawno, dawno, teraz dokupiłam dwie pozostałe, dalej biografia Bodo, 'Ta piękna mitomanka. O Izabeli Czajce-Stachowicz', 'Mikołajska. Teatr i PRL', ponoć świetna biografia aktorki i działaczki, dla miłośnika teatru pozycja nie do pominięcia, a na samym dole 'Kalina Jędrusik' Dariusza Michalskiego.
Jak pisałam, nie jest to zakup jednorazowy, tylko mozolnie wyszarpywane rzeczywistości finansowej książki. Albo podarunki, które mnie niezmiennie bardzo wzruszają i dają poczucie przynależności do wielkiej rodziny moli książkowych.
środa, 27 lutego 2013
Poranek Pani Fisiowej
Obudziłam się rano, nie ma już słońca jak przez ostatni tydzień, ale ptaki dalej śpiewają jak szalone, nie wiem jak u Was, ale myśmy mieli prawdziwą wiosnę przez dziesięć dni. Przeciągam się zadowolona, że nigdzie się nie muszę dzisiaj spieszyć. Wprawdzie mam kilka rzeczy do zrobienia, ale nie na czas, to najważniejsze. Podczas tego przeciągania ręka natrafiła na książkę, nic w tym dziwnego, toż łatwiej u mnie natrafić niż nie natrafić. Wzięłam, przeczytałam rozdział, odłożyłam, bo natura mnie zawezwała do przybytku oczywistego w tych sprawach. Tam machnęłam sobie jeden artykuł z Książek (poprzedniego numeru, dopiero teraz mam okazję), po czym sięgnęłam po książkę, zawsze mam tam jedną na podorędziu i zaliczyłam ze dwa rozdziały (krótkie, ale i tak kółka odciśniętego na tyłku nie pozbędę się przez godzinę). Odłożyłam. Pościeliłam łóżko, otworzyłam szeroko okno, sięgnęłam na półkę po Dzienniki Pilcha i jak mam w zwyczaju od pewnego czasu, przeczytałam jeden wpis z tegoż. Jeden, bo ma mi starczyć ta książka na długo, w końcu ileż Dzienników może Pilch napisać? Nie minęła godzina, a ja miałam już przeczytane po kawałku trzy książki i artykuł w gazecie.
A i jeszcze zdążyłam sprawdzić pocztę, poczytać prasę w sieci, sprawdzić ile na Allegro kosztuje jedna taka książka, dowiedzieć się, że jej wysyłka (sama wysyłka, nie wraz z książką) została wyceniona przez sprzedawcę na 33 zł (65 dkg), zapłakać nad ciężkim losem czytelnika poza granicami kraju, utulić mojego kindla, bo taki pomocny w tej kwestii, a jak już mi się od tego tulania włączył (taką mam okładkę, że jak ruszę to się uruchamia), to sobie jeszcze jeden rozdział z rozmowy Szczuki z Marią Janion przeczytałam.
Fisia mam jak nic. Mój nick powinien brzmieć Pani Fisiowa. Kto wie, może jeszcze zmienię. Tylko proszę mi go nie kraść, wszelkie prawa niniejszym zastrzegam :-)
A i jeszcze zdążyłam sprawdzić pocztę, poczytać prasę w sieci, sprawdzić ile na Allegro kosztuje jedna taka książka, dowiedzieć się, że jej wysyłka (sama wysyłka, nie wraz z książką) została wyceniona przez sprzedawcę na 33 zł (65 dkg), zapłakać nad ciężkim losem czytelnika poza granicami kraju, utulić mojego kindla, bo taki pomocny w tej kwestii, a jak już mi się od tego tulania włączył (taką mam okładkę, że jak ruszę to się uruchamia), to sobie jeszcze jeden rozdział z rozmowy Szczuki z Marią Janion przeczytałam.
Fisia mam jak nic. Mój nick powinien brzmieć Pani Fisiowa. Kto wie, może jeszcze zmienię. Tylko proszę mi go nie kraść, wszelkie prawa niniejszym zastrzegam :-)
wtorek, 19 lutego 2013
Czas kukułczych gniazd - czyli gdybyście chcieli, zaraz po obejrzeniu 'Syberiady polskiej' w kinie, wiedzieć co się stało z Dolinami i resztą
'Czas kukułczych' gniazd jest drugim tomem sagi syberyjskiej Zbigniewa Domino. W 'Syberiadzie polskiej' opisuje on losy rodziny Dolinów i innych rodzin z Podola wywiezionych precz, w te trudne do życia tereny. Książka wysłuchana, mogłam ją nosić w torebce i w każdej wolnej chwili, czy to w samochodzie, czy w ogrodzie, włączyć do dalszego czytania uszami. Powieść dla mnie pełna emocji, wyłączyć we wzruszającym momencie niepodobna, a że oczy mam na mokrym miejscu, to i nie raz obciachu się najadłam lejąc łzy jak grochy gdzieś w sklepie czy w poczekalni u dentysty.
Strasznie się zżyłam z rodzinami poznanymi w 'Syberiadzie polskiej'. Za każdym razem, kiedy kogoś ubywało, bo zmarł czy przeniesiony, bardzo mnie to obchodziło. A w tym tomie pełno jest pożegnań i powitań, bo wojna się kończy, ludzie zostają zwolnieni z łagrów i wracają do siebie. A droga ta jest długa, czasem bardzo okrężna, z przystankami i pomieszkiwaniem miesiącami w różnych miejscach. A to się ludzie gubili, a to znajdowali, a ja oczywiście za każdym razem
przeżywałam te zawirowania i przetasowania. O refleksjach po przeczytaniu pierwszego tomu TUTAJ
Zawsze się wydaje, że wojna to jest to najstraszniejsze, co mogło się nam przytrafić. Zaraz po okazało się, że straszne dopiero nadeszło. Powrót do Polski, która jeszcze nie była domem dla wywiezionych, przecież granice były już inne, a ich domy okazały się zostać poza nimi, okazał się trudny - wymarzony, wyczekany, ale zastana rzeczywistość równie wroga i trudna do oswojenia. Poza tym wraz z nastaniem wolności, nie dostaje się immunitetu na utratę bliskich, kolejne niepowodzenia, w zamian za to dostaje się w przydziale trud powojennych lat i smutek, jaki temu towarzyszył - każdemu według zasług, czyli mam wrażenie, że im ktoś był porządniejszy, tym więcej na niego spadało plag, nie mówiąc o gniewie nowej władzy.
Co ja Wam będę tłumaczyć oczywiste, każdy wie, jak to było po wojnie. To, co się wtedy działo, nie mało nic wspólnego z wolnością, sprawiedliwością i swobodą.
Na ekrany wchodzi teraz film na podstawie pierwszej części. Już są pierwsze pochlebne recenzje. Myślę, że warto zobaczyć, bo już po trailerze widać, że to jest duża produkcja, część zdjęć kręcili na Syberii, więc tym bardziej jestem ciekawa, jak to wypadło.
Obsada też imponująca.
Sama siebie przekonywać nie muszę, tak się przejęłam losami Dolinów i ich sąsiadów, jakbym o swojej rodzinie oglądała. Muszę wygrzebać pokłady cierpliwości, żeby doczekać DVD, bo nie wiem, kiedy będę w Polsce i czy będą to jeszcze grali. Pewnie nie.
Czekałam na taki film, który by o tym rzetelnie opowiedział. Teraz jeszcze mam jedno marzenie, żeby przeczytać dobrą powieść, może niejedną, o marcu '68 w Polsce, emigracji polskim Żydów w tamtym okresie, jak oni to wiedzieli, jak Polacy, co się wtedy działo? Przecież ja tego nie mogę pamiętać, gdyż miałam zaledwie kilka miesięcy.
Strasznie się zżyłam z rodzinami poznanymi w 'Syberiadzie polskiej'. Za każdym razem, kiedy kogoś ubywało, bo zmarł czy przeniesiony, bardzo mnie to obchodziło. A w tym tomie pełno jest pożegnań i powitań, bo wojna się kończy, ludzie zostają zwolnieni z łagrów i wracają do siebie. A droga ta jest długa, czasem bardzo okrężna, z przystankami i pomieszkiwaniem miesiącami w różnych miejscach. A to się ludzie gubili, a to znajdowali, a ja oczywiście za każdym razem
przeżywałam te zawirowania i przetasowania. O refleksjach po przeczytaniu pierwszego tomu TUTAJ
Zawsze się wydaje, że wojna to jest to najstraszniejsze, co mogło się nam przytrafić. Zaraz po okazało się, że straszne dopiero nadeszło. Powrót do Polski, która jeszcze nie była domem dla wywiezionych, przecież granice były już inne, a ich domy okazały się zostać poza nimi, okazał się trudny - wymarzony, wyczekany, ale zastana rzeczywistość równie wroga i trudna do oswojenia. Poza tym wraz z nastaniem wolności, nie dostaje się immunitetu na utratę bliskich, kolejne niepowodzenia, w zamian za to dostaje się w przydziale trud powojennych lat i smutek, jaki temu towarzyszył - każdemu według zasług, czyli mam wrażenie, że im ktoś był porządniejszy, tym więcej na niego spadało plag, nie mówiąc o gniewie nowej władzy.
Co ja Wam będę tłumaczyć oczywiste, każdy wie, jak to było po wojnie. To, co się wtedy działo, nie mało nic wspólnego z wolnością, sprawiedliwością i swobodą.
Na ekrany wchodzi teraz film na podstawie pierwszej części. Już są pierwsze pochlebne recenzje. Myślę, że warto zobaczyć, bo już po trailerze widać, że to jest duża produkcja, część zdjęć kręcili na Syberii, więc tym bardziej jestem ciekawa, jak to wypadło.
Obsada też imponująca.
Sama siebie przekonywać nie muszę, tak się przejęłam losami Dolinów i ich sąsiadów, jakbym o swojej rodzinie oglądała. Muszę wygrzebać pokłady cierpliwości, żeby doczekać DVD, bo nie wiem, kiedy będę w Polsce i czy będą to jeszcze grali. Pewnie nie.
Czekałam na taki film, który by o tym rzetelnie opowiedział. Teraz jeszcze mam jedno marzenie, żeby przeczytać dobrą powieść, może niejedną, o marcu '68 w Polsce, emigracji polskim Żydów w tamtym okresie, jak oni to wiedzieli, jak Polacy, co się wtedy działo? Przecież ja tego nie mogę pamiętać, gdyż miałam zaledwie kilka miesięcy.
poniedziałek, 11 lutego 2013
Tyrmand bloguje
Zastanawiałam się, jak Wam o tej pozycji napisać, czy nadąć się polonistycznie, wyciągać, analizować, porównywać, cytować i próbować coś mądrego i szalenie poważnego napisać, czy zostać przy stylu tego bloga i po prostu napisać, co mi się w tych zapiskach podobało.
"Dziennik 1954" Tyrmanda to pozycja nie byle jaka, aż miałam momenty, czy by jej na kolanach nie słuchać.
Oczywiście to żart, ale faktycznie niektóre fragmenty zwalały mnie z nóg, głównie tym, że z Tyrmanda obserwator nie tylko uważny, inteligentny i dowcipny, ale i w ocenach nieprzejednany i szczery jak pole.
Fragmenty o Herbercie, Kisielewskim czy Kałużyńskim cytowane są do upadłego, więc próbkę jego stylu chciałabym pokazać na przykładzie tego, co napisał o Paukszcie
Jak widzicie nie obcyndalał się.
Pisał też o sobie i o kobietach, a szczególnie o Bognie, dziewczynie, którą przygotowywał do matury i miał z nią romans. Oczywiście wszyscy się zastanawiają, kim była Bogna? Mnie bardzie interesowało podczas słuchania tych dzienników, dlaczego Tyrmand w ogóle się z nią zadawał? Dawał korepetycje ok, ale od razu musiał z nią sypiać, ba, pokazywać się publicznie i znosić obciach, jaki mu robiła wśród jego znajomych. No, ale mężczyzn kobieta nigdy nie zrozumie, przynajmniej w niektórych sprawach.
Z tych zapisków widać nie tylko, co myślał Tyrmand o innych, co się działo w jego życiu, dużo też tam o poglądach, ale przy okazji dowiadujemy się wiele o realiach lat pięćdziesiątych. Pisarze, intelektualiści, żyli w biedzie, czasami skrajnej. Do tego praca, żeby dosłownie nie umrzeć z głodu, była raczej upadlająca dla ludzi po studiach i to czasem niejednych [vide Herbert pracujący jako chronometrażysta-kalkulator (co to jest na boga?) w spółdzielni produkującej torby czy coś w tym stylu]. Sam Tyrmand też nie miał lekko, cieszył się z przynależności do związku pisarzy, bo to dawało mu prawo do tańszych obiadów, co czasem załatwiało sprawę całodziennego posiłku. Są też opisy przerabiania starych koszul i marynarek. Pewnie było o tyle łatwiej, ze wszyscy przez to przechodzili (może oprócz Iwaszkiewicza), mniejszy wstyd.
Te Dzienniki były dla mnie świętem czytelniczym, każda minuta to była wielka radość. Muszę sobie je kupić w papierowej wersji, kiedyś przeczytam jeszcze raz i porobię sobie notatki na marginesach, a jak będę czytać zapiski innych pisarzy, odnajdę to, co Tyrmand pisał o nich i porównam z tym, co oni o nim.
I koniecznie Kisiela Dzienniki muszę kupić, bo wiele o nim u Tyrmanda, który go miał za prawdziwego przyjaciela, do tego bardzo wymagającego, więc nie tylko przyjemność, ale i wysiłek intelektualny, co Tyrmandowi bardzo imponowało i niezwykle sobie tę nieustanną stymulację szarych komórek cenił (chociaż bywało, że i na to utyskiwał).
Tyrmanda można lubić jako pisarza lub nie, niezależnie od tego, jego Dzienniki są bardzo ciekawym świadectwem tamtych czasów i obrazem interesującego człowieka. Cieszę się, że dorosłam do tego typu literatury, kiedyś interesowały mnie tylko powieści, teraz ręce mi się trzęsą na widok biografii, dzienników i pamiętników, jak również literatury faktu. Starzeję się, ale dobrze mi z tym.
A na koniec taka myśl - czy gdyby Tyrmand pisał w dobie internetu, nadal byłyby to zapiski na papierze, czy blog w sieci?
"Dziennik 1954" Tyrmanda to pozycja nie byle jaka, aż miałam momenty, czy by jej na kolanach nie słuchać.
Oczywiście to żart, ale faktycznie niektóre fragmenty zwalały mnie z nóg, głównie tym, że z Tyrmanda obserwator nie tylko uważny, inteligentny i dowcipny, ale i w ocenach nieprzejednany i szczery jak pole.
Fragmenty o Herbercie, Kisielewskim czy Kałużyńskim cytowane są do upadłego, więc próbkę jego stylu chciałabym pokazać na przykładzie tego, co napisał o Paukszcie
"Czekałam u literatów na Kisiela i przysiadł się Paukszta, romanso-katolicki pisarz z Poznania. Znamy się od dawna, jeszcze z Wilna; wiem, że facet coś tam mówił o mnie nieładnego do ludzi z PAX-u, z którymi jestem blisko, ale w PAX-ie są tacy, co mnie lubią, przekazali mi te ploty, typowe wschodnio-polskie brudności z czarnego podniebienia jak mawiali w Wilnie. Dziś zawracał mi czaszkę, że go ząb boli, że to z przeziębienia, że podróże męczą, że coś drukuje w odcinkach, że PIW wydaje mu coś o Mazurach. Mówił takim tonem jakby się z czegoś usprawiedliwiał, z czego? A co to mnie obchodzi, nie będę czytał książek Paukszty, nie wyrwę mu zęba, nie mam o nim niczego do powiedzenia. Potem Kisiel i przegadaliśmy ze trzy godziny o wszystkim i o niczym, mnie głowa rozbolała od tej mnogości sformułowań ważnych do zapamiętania. Kisiel wyglądał jak lis przebrany za człowieka. Pożegnaliśmy się z czymś w rodzaju ulgi, nasz styk produkuje niestrawne bogactwo treści."
Jak widzicie nie obcyndalał się.
Pisał też o sobie i o kobietach, a szczególnie o Bognie, dziewczynie, którą przygotowywał do matury i miał z nią romans. Oczywiście wszyscy się zastanawiają, kim była Bogna? Mnie bardzie interesowało podczas słuchania tych dzienników, dlaczego Tyrmand w ogóle się z nią zadawał? Dawał korepetycje ok, ale od razu musiał z nią sypiać, ba, pokazywać się publicznie i znosić obciach, jaki mu robiła wśród jego znajomych. No, ale mężczyzn kobieta nigdy nie zrozumie, przynajmniej w niektórych sprawach.
Z tych zapisków widać nie tylko, co myślał Tyrmand o innych, co się działo w jego życiu, dużo też tam o poglądach, ale przy okazji dowiadujemy się wiele o realiach lat pięćdziesiątych. Pisarze, intelektualiści, żyli w biedzie, czasami skrajnej. Do tego praca, żeby dosłownie nie umrzeć z głodu, była raczej upadlająca dla ludzi po studiach i to czasem niejednych [vide Herbert pracujący jako chronometrażysta-kalkulator (co to jest na boga?) w spółdzielni produkującej torby czy coś w tym stylu]. Sam Tyrmand też nie miał lekko, cieszył się z przynależności do związku pisarzy, bo to dawało mu prawo do tańszych obiadów, co czasem załatwiało sprawę całodziennego posiłku. Są też opisy przerabiania starych koszul i marynarek. Pewnie było o tyle łatwiej, ze wszyscy przez to przechodzili (może oprócz Iwaszkiewicza), mniejszy wstyd.
Te Dzienniki były dla mnie świętem czytelniczym, każda minuta to była wielka radość. Muszę sobie je kupić w papierowej wersji, kiedyś przeczytam jeszcze raz i porobię sobie notatki na marginesach, a jak będę czytać zapiski innych pisarzy, odnajdę to, co Tyrmand pisał o nich i porównam z tym, co oni o nim.
I koniecznie Kisiela Dzienniki muszę kupić, bo wiele o nim u Tyrmanda, który go miał za prawdziwego przyjaciela, do tego bardzo wymagającego, więc nie tylko przyjemność, ale i wysiłek intelektualny, co Tyrmandowi bardzo imponowało i niezwykle sobie tę nieustanną stymulację szarych komórek cenił (chociaż bywało, że i na to utyskiwał).
Tyrmanda można lubić jako pisarza lub nie, niezależnie od tego, jego Dzienniki są bardzo ciekawym świadectwem tamtych czasów i obrazem interesującego człowieka. Cieszę się, że dorosłam do tego typu literatury, kiedyś interesowały mnie tylko powieści, teraz ręce mi się trzęsą na widok biografii, dzienników i pamiętników, jak również literatury faktu. Starzeję się, ale dobrze mi z tym.
A na koniec taka myśl - czy gdyby Tyrmand pisał w dobie internetu, nadal byłyby to zapiski na papierze, czy blog w sieci?
czwartek, 7 lutego 2013
Freedom of the City - Brian Friel znowu mnie uwiódł
Nie wiem, czy wspominałam, ale od jakiegoś czasu organizujemy sobie w kilka dziewczyn wyjścia do teatru. Obowiązki obowiązkami, dzieci i mężowie, praca i prasowanie, wszystko bardzo ważne, ale przyjemności też, a takie wyjścia w gronie kobiet szczególnie odprężają.
Tym razem padło na sztukę Briana Friela 'Freedom of the City' opartą na wydarzeniach sprzed ponad 40 lat, o których pamięć tu wciąż żywa, a to za sprawą nowego raportu prostującego historię, mowa o Krwawej Niedzieli w 1972 roku.
Prawdziwa historia jest taka, że 31 stycznia miał miejsce marsz przeciwko ograniczaniom praw w Irlandii Północnej, a najbardziej przeciwko temu, że każdy Irlandczyk podejrzany o terroryzm będzie mógł być internowany (wiadomo jak to z tymi podejrzeniami), a prawo do zgromadzeń nie istnieje.
Protestowało coś ponad 8 tysiącu ludzi. Wojsko najpierw lało wodą i gazem próbowali ich rozpędzić, co rozsierdziło tłum, wezwali posiłki, otoczyli ich i oddawali salwy ostrzegawcze, panika powstała, w wyniku czego zostało kilkanaście osób zabitych, w tym sześciu nie miało jeszcze 18 lat.
Po tych wydarzeniach został pospiesznie wydany raport w którym oświadczono, że do żołnierzy strzelano w z broni palnej i oni się tylko bronili, ale badania jasno wskazywały na to, że rany nie wyglądały na odniesione w walce, tylko podczas ucieczki (wiele w plecy). Dopiero niedawno premier Wielkiej Brytanii przeprosił i przyznał kraj do winy. Rodziny musiały czekać 40 lat na ten gest.
Brian Friel jest dramaturgiem irlandzkim, moim zdaniem zdecydowanie jednym z największych żyjących na świecie. Mam to szczęście, że pomieszkuje czasem w Donegalu i zdarzyło mi się widzieć go kilka razy. Jedna z jego sztuk - 'Dancing at Lughnasa' (tytuł polski "Tańce w Ballybeg:) została sfilmowana, a główną rolę zagrała Meryl Streep.
Mam ją na DVD i widziałam kilka razy, chodzę też na wszystkie inscenizacje w moim zasięgu, zawsze odnajduję coś nowego, czego wcześniej nie zauważyłam. Obok 'Trzech sióstr' i 'Wiśniowego sadu', jest to moja najukochańsza sztuka.
Tej o Bloody Sunday nigdy wcześniej nie widziałam, ale miałam pewność, że jak to jest jego, to na pewno dobre. I się nie pomyliłam.
Friel na wydarzeniach historycznych zbudował fikcyjne wydarzenie, przedestylował całą energię tego wydarzenia, dołączył jego poplątanie i niejasność (a pamiętajmy, że była ona pisana w tym samy roku, co samo wydarzenie, kiedy istniał tylko kłamliwy raport o uzbrojonych po zęby protestujących agresorach) i wyszła wzruszająca, niezwykle poruszająca i pozostawiająca niezatarte wrażenie, historia trójki ludzi chwyconych w szpony sytuacji, nad którą nie mają żadnej kontroli, mało tego nie mają nawet wyobrażenia, w co się może ona obrócić.
Od razu wiemy, na samym początku, że oni zginęli. Potem kolejne sceny wiodą nas w tył, retrospektywnie ukazując całą opowieść, włącznie z Widgery raport.
Jeśli wziąć pod uwagę, że Bloody Sunday zapoczątkowała całą serię, trwającą wiele lat, akcji odwetowych IRA, że jeszcze w 2000 roku regularnie sprawdzano pojazdy i autobusy jadące z Donegalu do Derry, każdego mogli wywlec z samochodu i przeszukać, wszystko to jest bardzo świeże tutaj, rany nadal żywe.
Bardzo mnie ta sztuka poruszyła. Brian Friel połączył politykę ze zwykłym człowiekiem, wielkie hasła z prostym żywotem zwykłych ludzi, którzy kochali się, śmiali, mieli dzieci, pracowali albo bumelowali, niby normalne zycie, ale nienormalne, bo czasy były dalekie od tego. Skąd my to znamy?
Dlatego pewnie tak rozumiemy Irlandczyków i łatwo nam nawiązać kontakt. Oni mieli swoje ograniczenia, my mieliśmy komunę i stan wojenny, podobne sprawy i zawirowania, a w tym wszystkim ludzie. Nie politycy, nie mundurowi, a farmerzy, matki, ślusarze i nauczyciele. I o nich jest ta sztuka. O nich z polityką w tle. I o kłamstwie wmawianym opinii publicznej na zawołanie, według potrzeb rządzących. Skąd my to znamy?
Tym razem padło na sztukę Briana Friela 'Freedom of the City' opartą na wydarzeniach sprzed ponad 40 lat, o których pamięć tu wciąż żywa, a to za sprawą nowego raportu prostującego historię, mowa o Krwawej Niedzieli w 1972 roku.
Prawdziwa historia jest taka, że 31 stycznia miał miejsce marsz przeciwko ograniczaniom praw w Irlandii Północnej, a najbardziej przeciwko temu, że każdy Irlandczyk podejrzany o terroryzm będzie mógł być internowany (wiadomo jak to z tymi podejrzeniami), a prawo do zgromadzeń nie istnieje.
Protestowało coś ponad 8 tysiącu ludzi. Wojsko najpierw lało wodą i gazem próbowali ich rozpędzić, co rozsierdziło tłum, wezwali posiłki, otoczyli ich i oddawali salwy ostrzegawcze, panika powstała, w wyniku czego zostało kilkanaście osób zabitych, w tym sześciu nie miało jeszcze 18 lat.
Po tych wydarzeniach został pospiesznie wydany raport w którym oświadczono, że do żołnierzy strzelano w z broni palnej i oni się tylko bronili, ale badania jasno wskazywały na to, że rany nie wyglądały na odniesione w walce, tylko podczas ucieczki (wiele w plecy). Dopiero niedawno premier Wielkiej Brytanii przeprosił i przyznał kraj do winy. Rodziny musiały czekać 40 lat na ten gest.
Brian Friel jest dramaturgiem irlandzkim, moim zdaniem zdecydowanie jednym z największych żyjących na świecie. Mam to szczęście, że pomieszkuje czasem w Donegalu i zdarzyło mi się widzieć go kilka razy. Jedna z jego sztuk - 'Dancing at Lughnasa' (tytuł polski "Tańce w Ballybeg:) została sfilmowana, a główną rolę zagrała Meryl Streep.
Mam ją na DVD i widziałam kilka razy, chodzę też na wszystkie inscenizacje w moim zasięgu, zawsze odnajduję coś nowego, czego wcześniej nie zauważyłam. Obok 'Trzech sióstr' i 'Wiśniowego sadu', jest to moja najukochańsza sztuka.
Tej o Bloody Sunday nigdy wcześniej nie widziałam, ale miałam pewność, że jak to jest jego, to na pewno dobre. I się nie pomyliłam.
Friel na wydarzeniach historycznych zbudował fikcyjne wydarzenie, przedestylował całą energię tego wydarzenia, dołączył jego poplątanie i niejasność (a pamiętajmy, że była ona pisana w tym samy roku, co samo wydarzenie, kiedy istniał tylko kłamliwy raport o uzbrojonych po zęby protestujących agresorach) i wyszła wzruszająca, niezwykle poruszająca i pozostawiająca niezatarte wrażenie, historia trójki ludzi chwyconych w szpony sytuacji, nad którą nie mają żadnej kontroli, mało tego nie mają nawet wyobrażenia, w co się może ona obrócić.
Od razu wiemy, na samym początku, że oni zginęli. Potem kolejne sceny wiodą nas w tył, retrospektywnie ukazując całą opowieść, włącznie z Widgery raport.
Jeśli wziąć pod uwagę, że Bloody Sunday zapoczątkowała całą serię, trwającą wiele lat, akcji odwetowych IRA, że jeszcze w 2000 roku regularnie sprawdzano pojazdy i autobusy jadące z Donegalu do Derry, każdego mogli wywlec z samochodu i przeszukać, wszystko to jest bardzo świeże tutaj, rany nadal żywe.
Bardzo mnie ta sztuka poruszyła. Brian Friel połączył politykę ze zwykłym człowiekiem, wielkie hasła z prostym żywotem zwykłych ludzi, którzy kochali się, śmiali, mieli dzieci, pracowali albo bumelowali, niby normalne zycie, ale nienormalne, bo czasy były dalekie od tego. Skąd my to znamy?
Dlatego pewnie tak rozumiemy Irlandczyków i łatwo nam nawiązać kontakt. Oni mieli swoje ograniczenia, my mieliśmy komunę i stan wojenny, podobne sprawy i zawirowania, a w tym wszystkim ludzie. Nie politycy, nie mundurowi, a farmerzy, matki, ślusarze i nauczyciele. I o nich jest ta sztuka. O nich z polityką w tle. I o kłamstwie wmawianym opinii publicznej na zawołanie, według potrzeb rządzących. Skąd my to znamy?
środa, 30 stycznia 2013
Rzeczpospolita babska
O trzech kobietach książka ta była. Jedna starsza, właśnie straciła męża, druga młodsza, ale w tym układzie średnia, trzecia najmłodsza, córka drugiej, cioteczna wnuczka pierwszej. Rodzina jakich wiele, historie jakie mogą się zdarzyć każdemu.
Znamy z tego Małgorzatę Kalicińską, ale jej córka wraz z nią w tej powieści debiutuje. Ciężko mi ocenić, czy dobrze, czy źle, bo wciąż zapominałam, że to tandem.
Książki słuchałam, nie wiem, czy to był dobry pomysł. Niestety w przypadku tej powieści obie lektorki mnie drażniły, a młodsza to już wybitnie. Irytujący sposób czytania, nadinterpretacja tekstu, cwaniactwo w głosie córki, czyżby nie było nikogo, jakiegoś kierownika nagrania, żeby to zauważyć? A może jednak tak, bo od połowy jest jakby lepiej, ale i tak złe wrażenie pozostało, więc trudno mi było się skupić na treści.
I teraz nie wiem, czy to z powodu tego nieudanego, moim zdaniem, lektorowania, czy z winy samej powieści, pierwsza 1/3 książki szła mi topornie, aż mi głupio było, bo się strasznie na nią napaliłam. Już wydawało mi się, że się tekst nie podźwignie (w moich oczach, a raczej uszach, oczywiście), kiedy zatrybiło i od pewnego momentu słuchało mi się już bardzo dobrze.
Najbardziej podobało mi się w tej powieści to, że była wiarygodna. Nie mam takich problemów komunikacyjnych z córką (jeszcze, mam nadzieję, że nigdy), ale znam takie sytuacje i nic tam nie jest przesadzone. Nawet rola Ireny, która może się wydawać wyidealizowana i przesadnie słodka, że tak niby wszystko rozumie i potrafi pomóc jednym słowem, jednym zdaniem, też jest wiarygodna, bo ja taką kobietę znałam, szkoda, ze nie moja ciotką była.
Ta powieść jest bardzo życiowa, może dzięki temu, że pisana na cztery ręce, role córki i matki zdecydowanie zarysowane, widać różnicę w narracji, chociaż jak mówię, nie pamiętałam, że to dwie autorki, a nie jedna, gdyż Małgorzata Kalicińska moim zdaniem umiałaby pociągnąć obie postaci, a właściwie obie-trzy.
Polecam szczególnie matkom córek i córkom matek, fajnie jest wiedzieć, co każda ze stron myśli o tej samej sytuacji, jakie są dwie strony medalu.
Podobał mi się też wątek małżeństwa i bardzo identyfikowałam się z tym o utracie dziecka. Uwierzyłam autorce, bo podobne doświadczenia były tez moim udziałem. Może nie tak dramatyczne, bo nie śmierć łóżeczkowa, ale taka czy inna, co to za różnica - było dziecko, nie ma, wyć się chce tak samo.
I nic tu nie zdradzam, nie bójcie się, bo nie o samą stratę tu idzie, ale o to, jak sobie Dorota z nią radziła życie całe, a o tym dowiecie się dopiero z książki.
Ta powieść już zawsze będzie mi się kojarzyć z gołąbkami, zresztą przygotowywanymi dla córki, która wkrótce miała wrócić po świętach do siebie. Po pierwsze dlatego, że autorka wspomina o nich w książce, a po drugie - kiedy zwijałam i układałam moje gołąbki w garnku, słuchałam tej powieści.
Podobno dzieci, które mają problem z uczeniem się, otrzymują pomoc w postaci słuchania treści podczas malowania i innych prac ręcznych. Kiedy mają problem z przypomnieniem sobie tego, co wysłuchały, wystarczy przywołać czynność i wraca wiadomość, która była przekazana w czasie jej wykonywania. Za każdym razem, kiedy pomyślę o czymś z kapusty, o gołąbkach albo sosie pomidorowym - od razu przychodzi mi do głowy 'Irena' - powieść Małgorzaty Kalicińskiej i Basi Grabowskiej.
Znamy z tego Małgorzatę Kalicińską, ale jej córka wraz z nią w tej powieści debiutuje. Ciężko mi ocenić, czy dobrze, czy źle, bo wciąż zapominałam, że to tandem.
Książki słuchałam, nie wiem, czy to był dobry pomysł. Niestety w przypadku tej powieści obie lektorki mnie drażniły, a młodsza to już wybitnie. Irytujący sposób czytania, nadinterpretacja tekstu, cwaniactwo w głosie córki, czyżby nie było nikogo, jakiegoś kierownika nagrania, żeby to zauważyć? A może jednak tak, bo od połowy jest jakby lepiej, ale i tak złe wrażenie pozostało, więc trudno mi było się skupić na treści.
I teraz nie wiem, czy to z powodu tego nieudanego, moim zdaniem, lektorowania, czy z winy samej powieści, pierwsza 1/3 książki szła mi topornie, aż mi głupio było, bo się strasznie na nią napaliłam. Już wydawało mi się, że się tekst nie podźwignie (w moich oczach, a raczej uszach, oczywiście), kiedy zatrybiło i od pewnego momentu słuchało mi się już bardzo dobrze.
Najbardziej podobało mi się w tej powieści to, że była wiarygodna. Nie mam takich problemów komunikacyjnych z córką (jeszcze, mam nadzieję, że nigdy), ale znam takie sytuacje i nic tam nie jest przesadzone. Nawet rola Ireny, która może się wydawać wyidealizowana i przesadnie słodka, że tak niby wszystko rozumie i potrafi pomóc jednym słowem, jednym zdaniem, też jest wiarygodna, bo ja taką kobietę znałam, szkoda, ze nie moja ciotką była.
Ta powieść jest bardzo życiowa, może dzięki temu, że pisana na cztery ręce, role córki i matki zdecydowanie zarysowane, widać różnicę w narracji, chociaż jak mówię, nie pamiętałam, że to dwie autorki, a nie jedna, gdyż Małgorzata Kalicińska moim zdaniem umiałaby pociągnąć obie postaci, a właściwie obie-trzy.
Polecam szczególnie matkom córek i córkom matek, fajnie jest wiedzieć, co każda ze stron myśli o tej samej sytuacji, jakie są dwie strony medalu.
Podobał mi się też wątek małżeństwa i bardzo identyfikowałam się z tym o utracie dziecka. Uwierzyłam autorce, bo podobne doświadczenia były tez moim udziałem. Może nie tak dramatyczne, bo nie śmierć łóżeczkowa, ale taka czy inna, co to za różnica - było dziecko, nie ma, wyć się chce tak samo.
I nic tu nie zdradzam, nie bójcie się, bo nie o samą stratę tu idzie, ale o to, jak sobie Dorota z nią radziła życie całe, a o tym dowiecie się dopiero z książki.
Ta powieść już zawsze będzie mi się kojarzyć z gołąbkami, zresztą przygotowywanymi dla córki, która wkrótce miała wrócić po świętach do siebie. Po pierwsze dlatego, że autorka wspomina o nich w książce, a po drugie - kiedy zwijałam i układałam moje gołąbki w garnku, słuchałam tej powieści.
Podobno dzieci, które mają problem z uczeniem się, otrzymują pomoc w postaci słuchania treści podczas malowania i innych prac ręcznych. Kiedy mają problem z przypomnieniem sobie tego, co wysłuchały, wystarczy przywołać czynność i wraca wiadomość, która była przekazana w czasie jej wykonywania. Za każdym razem, kiedy pomyślę o czymś z kapusty, o gołąbkach albo sosie pomidorowym - od razu przychodzi mi do głowy 'Irena' - powieść Małgorzaty Kalicińskiej i Basi Grabowskiej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)













