czwartek, 10 listopada 2011

Ogłoszenia parafialne - wyniki losowania

Bez zbędnych wstępów ogłaszam wyniki. Imiona zebrałam z obu blogów, to znaczy Notatek Coolturalnych na blox i na blogspot, bo na obu serwerach są one aktywne, chociaż to tak naprawdę ten sam blog tylko bloxowe 'kuleżanki' nie bardzo chciały, żebym opuszczała to miejsce zupełnie, to się rozdwoiłam, haha.
Opowieści Wigilijne idą do:




Natomiast Coming Home poszybuje do:




Gratuluję i proszę o kontakt na adres mailowy kasia.eire@gmail.com
Czułam się jak w Las Vegas używając jednorękiego bandyty.  Ale emocje. Pozdrawiam wszystkich i dziękuję jeszcze raz za miłe komentarze i życzenia z okazji dwulecia.

wtorek, 8 listopada 2011

Stasiuk wpadł za szybko - Jadąc do Babadag

Za szybko postanowiłam przeczytać Stasiuka. Za szybko po reportażach Szczygła, o których piszę TU
Siłą rzeczy, sięgając po tę książkę, zaraz po innej, jej podobnej, naraziłam obu panów na porównania. A to niedobrze, bo porównuje się z reguły przychylając szalę na korzyść jednego lub drugiego.
Jadąc do Babadag podobna jest tylko z tego względu, że też dotyczy podróży i wrażenie niezwykle subiektywnych z tego, co się tam widzi lub kogo się spotyka.
Stasiuk zabiera nas w rajd po Europie środkowej. To moje pierwsze spotkanie z jego twórczością, więc moje wrażenia będą dotyczyć tylko tej pozycji, sama nie wiem, co napisać, bo się cały czas zastanawiam - czy ja się mu nie dałam uwieść, czy zwieść?
Andrzej Stasiuk nie pisze tak, żeby coś nam uzmysłowić, coś objaśnić, znaleźć sedno sprawy, jego zbeletryzowane reportaże są jak obrazki z życia, jak fotografie stylistyczne. Trochę się popisuje, bo umie pisać i czasem to, co można by powiedzieć prosto, rozciąga na zdania wielokrotnie złożone, a nam pozostaje podziwiać. Czasem miałam problem z połapaniem się, o czym właściwie on pisze? Wydawało mi sie, że mnie atakuje słowami, niezliczoną ich ilością.

No i to wrażenie - że historię swoich podróży opisuje człowiek trochę zblazowany, zmęczony życiem, w stylu Hłaski - przytłoczony wrażeniami, które mu dostarcza świat, bo wszystko dla niego jest mocnym doznaniem. Dwóch mężczyzn pracujących w lesie też. Tak to wszystko odczuwa, że aż musiał wyrobić w sobie umiejętność ich ignorowania, lekką nonszalancję i dystans. Widziałam go w rozpiętej koszuli z papierosem zwisającym z ust, nawet wtedy, kiedy otwiera puszkę z mielonką. Najdziwniejsze jest to, że ja nigdy Stasiuka nie widziałam i kiedy zobaczyłam jego zdjęcie, aż mnie zatkało.


Jak żywy z mojej głowy.
Czyli zdolny nieprawdopodobnie, słowa są nim, on jest słowami, które przelewa na papier, a kiedy my je czytamy, słowa są lustrem jego. To wielka zaleta.
A dlaczego nie powinnam go porównywać ze Szczygłem? Ano to jest tak, jak z wypadem do ulubionej kawiarni, gdzie wiadomo, że spotkasz kogoś znajomego. Wchodzisz i już od drzwi widzisz, że przy jednym stoliku w miłym ci towarzystwie siedzi Szczygieł, a po drugiej stronie sali w równie miłym towarzystwie zasiadł Stasiuk; wiesz, że nie obskoczysz dwóch, musisz wybrać, z którym spędzisz wieczór. Gdyby był tylko jeden, stanowiłby główną atrakcję, ale jest dwóch - od dylemat. I ja, ze swoją wrażliwością, osobowością, potrzebami jeśli idzie o obcowanie z określonym typem człowieka, poczuciem humoru i stronieniem od rozdzierania włosa na czworo, w podskokach poleciałabym do stolika pana Mariusza. Tam opowieść szłaby w nieskomplikowanym rytmie, gładko, zabawnie i ze swadą. Może bym momentami żałowała, że nie siedzę z panem Andrzejem, ale wiedziałabym, że jego nostalgiczne oczy, jego zawieszenie głosu na chwilę przed wypiciem łyka czegoś mocniejszego, jego chwilowe zapadanie się w złożoność świata i ludzkiej natury, i mnie wprowadziłaby w taki nastrój, a czuję, że niedobrze mi to robi.
Zaznaczam, że obu panów nie znam, z żadnym nie było mi dane rozmawiać, to są tylko odczucia po przeczytaniu ich książek. I tak - Szczygłowi się oświadczyłam, bo mnie uwiódł swoją opowieścią o Czechach, a Stasiuka, w obronie własnej, chętnie bym spotkała raz, a intensywnie, na rok. Trochę tak, jak z przyjacielem mojej mamy, malarzem Słowikiem - artysta złożony, nieprzewidywalny, szalony, dobrze było z nim biesiadować, ale nie za często.
Nie mogę się mądrzyć na temat tej pozycji, ani tego pisarza, bo albo jestem zwyczajnie na niego za głupia, albo dotyka takich miejsc mojej wrażliwości, których w obronie własnej nie mam zamiaru dopuszczać do głosu, bo czasem mam wrażenie, że intensywność wrażeń i emocji może mnie zabić.
Tak więc, nie jest to post o książce, a o tym, jak odebrałam twórcę.
A dodam jeszcze, że Jadąc do Babadag pożyczyła mi pani, która przychodzi do naszej biblioteki. Stasiuk jest jej ulubionym pisarzem i chciała mi go przedstawić. A ja dałam jej w zamian Zrób sobie raj. Przyszła do mnie po jakimś czasie, oddaję jej książkę, ona mnie i mamy tę samą uwagę - not my cup of tea. Ona mówi - Szczygieł ma słowotok, jego książka jest głośna, pełna historii, zawalił mnie opowieściami. Ja wcześniej do niej o Stasiuku - idzie, staje, popatrzy, coś powie, powiedział i wsiada do autobusu, pojechał. Wysiadł, powiedział, za spokojnie, za filozoficznie, ja nie chcę sekcji zwłok świata, którego już nie ma lub świata, który odchodzi w zapomnienie, ja chcę przekrzykiwania się przy stole, niepohamowanego śmiechu i stukania się kuflami po każdej wyjątkowo śmiesznej ripoście.
Wniosek z tego, że każda z tych pozycji trafiła na swojego człowieka, na odpowiednią wrażliwość. Nie lepszą, czy gorszą, ale inną. Ja jestem postawną kobietą, mówiącą głośno, wymachuję rękami, lecą mi łzy, kiesy się śmieję. Ta pani jest drobna, niska i eteryczna, pastelowa, mówi cicho i wyważone zdania, żadnych niepotrzebnych gestów i rozwianego włosa. Buddyjski balans. Harmonia. Stasiukowa fanka.

środa, 2 listopada 2011

2 lata - komu, komu, bo idę do domu?

Niedawno blog skończył dwa lata - 25go października 2009 roku, wtedy jeszcze na blox, dokonał się pierwszy wpis i zaczęła się moja przygoda z blogowaniem.

Chciałabym z tej okazji podziękować Wam za te dwa lata, za Wasze wizyty, za komentarze, komplementy i za dobroć objawiającą się pakiecikami, które fruuuu - przylatywały do mnie ze swoją zawartością, czyli książkami lub filmami (ale też i prasą) bezskutecznie przeze mnie poszukiwanymi, a od was otrzymanymi. W życiu nie spotkałam się z takimi pokładami bezinteresownej dobroci i hojności. Aż mi się łza w oczu kręci.
Poza tym dziękuję Wam za utworzenie kręgu moli książkowych, gdzie człowiek może być sobą, mówić o książkach i nikt go nie wyśmiewa, ani nie wznosi oczu do góry, ani nie wzdycha zniecierpliwiony, ani nie zmienia tematu kiedy biorę oddech. Tutaj zapełniam pustkę w realu. 

Pomijając, że kontakt z pisarzami i innymi blogerami, dary dla biblioteki, również od wydawnictw (i to wcale nie pod warunkiem recenzji), jak i księgarni - dały mi takiego kopa do rozwijania biblioteki, że w dwa lata, poczynając od około 400 egzemplarzy, doszliśmy (bo to też Wasza zasługa) do ponad 1200. Prawdziwe bibliotekarki pewnie pomyślą o tym 'sukcesie', że żałosny, ale biorąc pod uwagę, że czytelnicy sponsorują sami nowe zakupy i tylko za pośrednictwem bloga udało mi się wyżebrać trochę woluminów, dla mnie to SUKCES. 

Dzisiaj ja mam dla Was dwie książki. Jedną w języku angielskim, a jedną po polsku. A ponieważ dotrze ona do Was w okresie przedświątecznym, takiej tematyki będą dotyczyć.
Pierwsza to mini powieść Patricii Scanlann - mojej ulubionej pisarki irlandzkiej w kategorii 'babskiej'. Mini, bo przeważnie ona wydaje grube cegły, a ta jest poniżej 500 stron. Ale też nie cieniuteńka. Na ten czas jak znalazł. Dla tych, którzy w Irlandii byli lub są, dużo tutejszych smaczków.


Druga to zbiór opowieści wigilijnych polskich autorów. Bardzo świąteczna, bardzo prawdziwa, świetna do czytania w tej atmosferze oczekiwania.


Nic nie trzeba robić, ani klikać na Lubię to na FB, ani odpowiadać na pytania, ani umieszczać informacji o wygrywajce na swoim blogu, po prostu podajcie, którą książkę byście chcieli i jakiś namiar na siebie, jeśli nie macie bloga. Losowanie odbędzie się za tydzień w środę, jak znam siebie późno w nocy.

poniedziałek, 31 października 2011

Jak zabic nastolatkę (w sobie) Małgorzata Gutowska-Adamczyk


Nigdzie nie mogłam kupić tej książki. Aż puknęłam się w głowę - kobieto nie-mądra czasami, przecież to nie musi być tekst drukowany, czytasz też uszami. Jak postanowiłam, tak chciałam zrobić, czyli kupić tego audiobooka, ale w międzyczasie się zgadało i dostałam zgrabną paczuszkę od samej autorki z tymże.
O tym, że jestem wielką admiratorką tej pisarki, wielu z was już wie, bo pisałam o tym w komentarzach u Was, a i u siebie pewnie też. W odróżnieniu od większości, swojej przygody z twórczością Pani Małgorzaty nie zaczęłam  od Cukierni pod Amorem, ale duuuuużo wcześniej od Niebieskich nitek i 110 ulic kupionych swojej  córce. A, że uwielbiam dobrą literaturę dla młodzieży, zaraz po zachwytach moje córki i ja rzuciłam się na te powieści i dałam się kupić z butami.
Cieszę się, że autorka ma też coś w dorobku dla dorosłych, przynajmniej nie jesteśmy poszkodowani.
Słyszałam o tym, że książka jest przerobiona na monodram, a może monodram był pierwszy? Sądząc po objętości książki, książeczki właściwie, można sądzić, że autorka pisała z myślą o wystawieniu tego na scenie w takiej formie właśnie. O to nie spytałam. Katarzyna Żak to zagrała i jestem przekonana, po odsłuchaniu aubiobooka, że zrobiła to świetnie, wprawdzie nie widziałam na swoje oczy dwa, ale to, co usłyszałam wystarczy, żeby tak twierdzić.
Pani Kasia zmienia głosy, czyta tak sugestywnie, że widziałam, jak skacze po plaży, jak siedzi na stołówce, jak czeka w recepcji na spotkanie... co ja Wam będę opowiadać, to trzeba odsłuchać. Tak, tak, nie przeczytać - odsłuchać!!! Albo wyczaić, kiedy monodram będzie grany i go zobaczyć.
Jest to opowieść kobiety 40+ z różnymi przyległościami, która wybiera się na wczasy. I cała akcja tam się właśnie dzieje. Jest kaowiec, żywcem jak ten z Rejsu i była dziewczyna męża, makolągwa, która wygląda lepiej, oraz były chłopak samej bohaterki, który dla odmiany wygląda gorzej. Banderas też się tam plącze, dzieci i ich wiaderka, do tego stołówkowe jedzenie, nadmorskie smaczki, a to wszystko okraszone taką dawką humoru, ze jeśli komuś przyjdzie do głowy słuchać podczas prowadzenia samochodu - odradzam, mało w rowie nie wylądowałam jak się kaowiec vel aktorka Żak Katarzyna odezwał. Dawno się tak nie ubawiłam, a Bóg mi świadkiem, że w takim jestem ostatnio stresie, że trudno mnie rozśmieszyć, a potrzebne mi to było bardzo.
Polecam, polecam, polecam. I ja nie raz jeszcze tego posłucham.

poniedziałek, 24 października 2011

Czyż ona nie jest BOSKA!? Dzięki magii telewizji, byłam dzisiaj w teatrze.

stąd zapożyczyłam zdjęcie

Kochani, co ja tu będę pisać, miałam dzisiaj ucztę, aż mnie zatkało. Wiecie, że mnie nie ma w kraju, ale nie wiem, czy wiecie, że jestem wielką miłośniczką teatru. Rok temu mogłam zobaczyć spektakl TR w reż. Grzegorza Jarzyny i to by było na tyle w ciągu ostatnich kilku lat (jeśli idzie o polskie przedstawienia, bo na 'tubylcze' chodzę, kiedy tylko mam okazję).

Wiedziałam o tym, że w poniedziałek będzie "Boska", ale nie spodziewałam się, że na żywo, że z desek Teatru Polonia. Och, jak ja się wzruszyłam. Normalnie miałam omamy zapachowe i czułam zapach desek, kostiumów i szminki - wiecie taki charakterystyczny zapach niegdysiejszych teatrów.
Spektakl fantastyczny, ryczałam ze śmiechu, kilka razy płakałam, mąż myślał, że dostałam pomieszania zmysłów. Krystyna Janda zagrała fenomenalnie i proszę przynajmniej dzisiaj nie czujcie się zobowiązani udowadniać, że jest nie taka, jakbyście chcieli, denerwująca, wyniosła i co tam jeszcze jej zarzucacie. Przynajmniej nie dziś. Bo ja mam święto i chcę by nadal trwało. Czar teatru działa. 
A anioł natchnienia macha skrzydłami :-)


Wiem, że inni aktorzy byli też świetni, ale Janda przyćmiła wszystkich. Taki los.
A poniżej wklejam z YouTube filmik ze zdjęciami prawdziwej Florence Foster Jenkins, na którym również śpiewa. Aż nie do uwierzenia, jak źle. Ale pasja i konsekwencja godna pozazdroszczenia. 


czwartek, 20 października 2011

Psy z Rygi - czyli romans z Kurtem trwa. Henningu Mankellu jesteś cudny

Jak mówiłam, słucham kolejno Mankella i jak na razie muszę przyznać, że jestem oczadziała z radości, że wcale się na nim nie zawiodłam, że jest taki, jak się spodziewałam i niepotrzebnie bałam się zderzyć z legendą. Myślałam, że niemożliwe, żeby ktoś był aż tak dobry, miałam obawy, że czar pryśnie i mi zostanie tylko wielki zawód, a tu całkiem na odwrót.
Zawsze, kiedy włączam kolejny rozdział jego powieści do słuchania, wzdycham, acham i ocham, całkiem jak ta laska w reklamie szamponu pod prysznicem, nie mogę się normalnie opanować.

Tym razem Wallander musi rozwiązać zagadkę śmierci dwóch facetów w garniturach, znalezionych w pontonie, który przydryfował do brzegów Szwecji. Wydwałoby się, że wizyta policjanta z wydziału zabójstw z Łotwy to już wszystkie niespodzianki przygotowane przez Mankella, ale nie, zaraz okazuje się, ze okoliczności zmuszają Wallandera do wyjazdu na Łotwę, a tam się dzieje, oj dzieje.
Ciekawe jest zderzenie rzeczywistości kraju opływającego w dobrobyt z nadbałtyckim, który dopiero wydobywa się spod radzieckiego 'skrzydła'. Jak to u Mankella, nie tylko mowa o zbrodni, ale też wiele obserwacji socjologicznych i mądrości życiowej.Zawsze, kiedy się pisze o kryminalnej intrydze trzeba uważać, żeby za wiele nie powiedzieć, ale zapewniam was, że akcja pędzi jak avalanche express, aż dech zapiera.
Słuchałam jej z wielką ciekawością, jak już dawno nie. Przy okazji przypomniałam sobie jaka jest różnica między świetną powieścią, a taką sobie. I postanowiłam, że postaram się nie tracić czasu na te drugie.
Dla wszystkich, którzy jeszcze nie znają cyklu mam jedną radę - walcie do księgarni, pędźcie do półek księgarni lub swoich własnych, bo z doświadczenia wiem, ze wiele osób ma w domu te powieści czekające w kolejce do czytania, szturmujcie biblioteki publiczne, róbcie co chcecie, ale przeczytajcie. Jak powiedział klasyk - naprawdę warto

A z innej beczki - zapraszam na portal Zbrodnia w Bibliotece do przeczytania mojego felietonu o czytelnictwie kryminałów na Zielonej Wyspie

 Baza recenzji Syndykatu ZwB

wtorek, 18 października 2011

Leaving Ardglass - William King.

Bardzo polecana przez panią w naszej bibliotece. Skusiłam się, bo miałam nadzieję na klimatyczną powieść o irlandzkiej emigracji do Wielkiej Brytanii. Pod tym względem się nie zawiodłam, bo faktycznie smaczków tam dużo, aż za. W takim sensie, że trudno mi było zrozumieć ich rozmowy, bardzo hermetyczne dialogi, Irlandczycy oczywiście załapią w lot, ale inni, szczególnie kiedy czytane w oryginale, a dialogi prowadzone w różnych dialektach, orzą przez ten tekst jak pierwsi osadnicy w kamieniach.
Historia sama w sobie bardzo ciekawa. Młody mężyczna - Tom wyjeżdża ze swojego spokojnego miasteczka do Londynu, gdzie jego brat odniósł sukces jako właściciel przedsiębiorstwa budowlanego. Chce, aby tenże młodzieniec popracował w lecie u niego, a potem poszedł kształcić się na inżyniera i dołączył do imperium budowlanego. Wszystko byłoby jasne i proste gdyby nie to, że  Tom inaczej wyobraża sobie swoją przyszłość, jest bardo inteligentny, bystry i chce zostać księdzem. I tu wydaje się, że powieść o księdzu w latach 60-tych w Irlandii będzie jak takich wiele, wiadomo o czym, o szkołach pełnych przxemocy i złych seksualnych praktyk lub o innych miejscach, gdzie się księża niestety nie wsławili w tamtych czasach. Mają tego tutaj aż nadto. Smaczku całej historii dodaje fakt, że tę powieść napisał ksiądz, który żyje i pracuje w parafii w Drumcondra.

Obawy, że ta książka okaże się kolejną pozycją jakich było już wiele, nie sprawdziły się. William King ma fantastyczny zmysł łączenia obserwacji z portretami psychologicznymi, obserwacjami socjologicznymi i odrobiną humoru, nie ironizując jednocześnie, ani nie nadając historii tonu cierpiętnictwa, chociaż jest o niesłusznie oskarżonych kolegach po fachu (ostatnie wydarzenia, gdzie księża masowo, jeden po drugim są pociągani do odpowiedzialności za molestowanie seksualne dzieci,przeważnie słusznie). King kreuje, a właściwie odtwarza świat, który już nie istnieje, ale nadal jest w pamięci i myślach ludzi tutaj urodzonych. Któż nie miał kiedyś wuja, ojca czy brata w Wielkiej Brytanii pracującego na całą rodzinę. Któż nie słyszał historii od Irlandczykach, którzy wykorzystywali swoich gorzej niż Brytyjczycy? Któż nie znał dobrych księży, którzy pomagali ludziom w potrzebie, ale i tych, od których lepiej było trzymać się z daleka (o ile się dało). King pokazuje dobre i złe strony stanu duchownego, ale też dobre i złe strony 'cywili'. I ta grupa społeczna, i ta, mają wbrew pozorom wiele wspólnych płaszczyzn, przecież ksiądz jest nadal tylko człowiekiem, a każdy człowiek może być również święty.

Dla Irlandczyków to bardzo ważna powieść, dla wszystkich innych ciekawa historia z wątkiem poznawczym. Polecam raczej tym, którzy sprawnie czytają po angielsku, a jeśli kiedykolwiek będzie przetłumaczona, wszystkim innym, bo dobrze czasem wejść w nieznane rejony i historie. Irlandia chociaż bliska wielu, bo albo tu są, albo byli, albo mają tu rodzinę (trochę tak, jak z tymi irlandzkimi emigrantami w UK), nadal jest mało znana. 

wtorek, 11 października 2011

Zdjęcia Polskiej Biblioteki w Irlandii - z cyklu przed i po. Część pierwsza, mam nadzieję, że nie ostatnia - PRZED!

Mamy cały czas nadzieję na przyznanie dotacji na urządzenie biblioteki z prawdziwego zdarzenia. Szkoła, która nas gości być może użyczy nam sali, która będzie tylko na to, więc nie będzie trzeba książek na tydzień zamykać. Prawdziwe regały, komputer i system biblioteczny do niego - marzenie. Postanowiłam zrobić kilka zdjęć aparatem Zorka 5, takie zaklinanie rzeczywistości, że te fotki będą z serii przed, a jak urządzimy pięknie i jak należy, będę kolejne z serii 'po'
Tylko się nie przeraźcie, bo to wygląda nie za bardzo, ale duch w nas wielki i już tego nie widzimy. Czy uwierzycie, że prawie 1000 książek minus to, co u ludzi, jest upychanych do tej szafy na koniec dnia i zamykanych na kłódkę, po to, żeby kolejny dzień zacząć od ich wyjmowania i układania na stołach, bo inaczej nikt by nic nie wypatrzył? A i tak, kiedy ktoś chce pogrzebać, trzeba wyjmować jeszcze więcej. Do tej pory dawaliśmy radę, ale zakupy, które do nas jadą, już się tam nie zmieszczą, bez przesady. Panowie, rodzice dzieci, które chodzą do szkoły, chcą pomóc wyszykować salę na bibliotekę - pomalować, położyć podłogi i co tam będzie trzeba. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. A dzisiaj pokazuję Wam co mamy, dla Was pewnie obraz nędzy i rozpaczy, ale dla nas - sam miód. Przecież jeszcze trzy lata temu nie można było pomarzyć o wypożyczeniu polskiej książki.

Poniżej córka wpisuje książki, które dostaliśmy od Merlina w prezencie. Na razie mamy prosty system katalogowania, ale jak się uda, przejdziemy na profesjonalny.
Ten kran obok niej, to nie dostawa napojów chłodzących, tylko widoczne wyposażenie sali chemicznej, bo nauczyciel tego właśnie przedmiotu gości u siebie polską bibliotekę. Może trochę szumna nazwa, ale w końcu ksiażki są, wypożyczane i polskie więc biblioteka, nie chce byc inaczej :-)


ta szafa poniżej ma zasuwane drzwi i możliwość zamknięcia jej na kłódkę. Wszystkie książki, które leżą wokoło, dla dzieci na jednym stole, dla dorosłych na szafce tej niższej obok, muszą po zakończeniu dnia wejść z powrotem do tej szafy, żebyśmy mogli je zamknąć. Mówcie mi David Coperfield


Takie wielkie pudło książek do nas przyszło z Merlina, a tam i dla dorosłych, i dla młodzieży, i dla dzieci. Dziękujemy


Wyobraźcie sobie ile trzeba cierpliwości, żeby sobie coś wygrzebać, trzymajcie kciuki za nowe regały dla nas.

sobota, 8 października 2011

Camilla nadchodzi już niebawem, a niektóre spodziewajki już tu są

Przepraszam, że tak ostatnio wpadam na chwilkę, ale oczy mi nawalają i staram się nie nadużywać komputera. Zobaczyłam jednak zwiastun na stronie Ale Kino i muszę się z Wami tą wiadomością podzielić. Wprawdzie książka mi się nie podobała, ale film to co innego, trwa tylko dwie godziny i człowiek nie ma poczucia straconego czasu. Mówię tu o ekranizacji trzech powieści Camilli Lackberg 'Kaznodzieja', 'Kamieniarz' i 'Ofiara Losu'.
http://www.alekino.pl/images/program/wydarzenia/2011/20110928-camilla/galeria/02.jpg
Pod linkiem powyżej znajdziecie więcej informacji.
Na Ale Kino są nadawane jeszcze inne szwedzkie seriale kryminalne, dzięki Mary Czytajodlewej odkryłam dzisiaj jeszcze jeden 'Inspektor Irene Huss' na podstawie powieści Helene Tursten. Tyż fajny. 

Od Kaliny przyszła przesyłka podane przez Paris, prezent urodzinowy dla mnie, komplet filmów rosyjskich, padłam trupem i teraz mówią do Was moje resztki. Cóż ja mogę rzec - zima zapowiada się ciekawie. Dziękuję, prezent trafiony w dziesiątkę, co ja mówię - w setkę


Paris przywiozła też pakiet od mojej ulubionej księgarki, pani Wandy, która jest nieocenionym grzebaczem antykwarycznym i udało jej się to, czego ja nie mogłam dokonać od lat, dostała pierwszy tom powieści polskiej Wandy Patury 'Trudna miłość', do kompletu do 'Gdy miłość dojrzeje' , która przyszła od niej tego lata  Tytuły gówniane, ale powieści całkiem, całkiem. Czytałam kiedyś tylko tom drugi tom, pierwszego nigdy nie udało mi się zdobyć.

Dwa kryminały z serii Polityki, za takie pieniądze grzech było nie uprosić okupienie. Cieszę się szczególnie na ten islandzki, bo zupełnie nie wiem, czego się spodziewać?


A poza tym przyjechał długo oczekiwany stosik, kolega w Polsce kupił mi kilka książek, Makatka przywieziona przez koleżankę córki, a na samym dole jest ksiażka z biblioteki, którą teraz na tapecie ma mój book club.


 Jak na osobę, której oczy odmawiają współpracy to trochę niepokojące stosy, bo istnieje obawa, że je jednak będę nadwerężać, tym bardziej, że idzie do mnie trzecia  Cukiernia pod Amorem, która jest absolutnym must read, oczy nie oczy, nogami będę czytać.
Miałam pisać tylko chwilę, wiec  o Stasiuku następnym razem.

sobota, 1 października 2011

Jak ci się wiedzie Szwedzie? Czyli moje początki z pewnym Kurtem

Już nie jeden mądry post tutaj był na temat Kurta Wallandera i książek Mankella. Ja do tej pory tylko oglądałam serial i marzyłam o takiej ilości czasu, zeby te wszystkie części zaliczyć bez oglądania się na inne ksiażki czekające w kolejce. Pewnego dnia pomyślałam sobie - będzie tego! - i zapodałam sobie do słuchania pierwszą część z serii - Mordercę bez twarzy.
O Jezusie, dlaczego ja tak długo czekałam???!!!
Normalnie wynajdywałam sobie różne rzeczy do zrobienia, zeby tylko mieć powód do posłuchania kolejnego fragmentu, bo za sprawą mojej ulubionej audiobookowej dostarczycielki, miałam to właśnie w tej formie.
Zachwyca mnie jego sposób narracji, prowadzenie akcji i rozwój intrygi. Wiem, że ja tu Ameryki nie odkrywam i nic nowego wam nie objawię, ale chcę dołożyć swoją cegiełkę zachwytu do serii Mankella, bo a nuż widelec ktoś jeszcze się waha i nie wie, czy czytać, czy się może ograniczyć do obejrzenia serialu?  Koniecznie przeczytajcie książki.
Już się nie mogę doczekać drugiej części, mam nadzieję, że koleżanka ma.
Dodam tylko, że lektor czytający Mordercę bez twarzy - Marcin Popczyński - jest świetny, mam nadzieję,  ze kolejne też są czytane przez niego.
Nic dodać, nic ująć - świetna, polecam

 Baza recenzji Syndykatu ZwB

czwartek, 29 września 2011

Targowanie się z rzeczywistością

Tak strasznie chciałabym pojechać na targi książki w Krakowie. Kombinuję, liczę, sprawdzam bilety, jeśli to prawda z tymi systemami rezerwacji, że reagują na to, co ludzie wyszukują i sprawdzają, to przeze mnie cena biletów do Krakowa skoczy na wysokość Mount Everestu. Najgorsze jest to, że cena biletów jest trochę wysoka z powodu daty, zaraz po pierwszym listopada, kiedy wszyscy wracają na Wyspy z wizyty na grobach. No kurczę, akurat w trakcie targów? Targi akurat w tym czasie? Dla pocieszenie, albo pognębienia, w zależności od nastroju, przeglądam sobie program targów, kto kiedy będzie i z kim się spotka. A kiedy kolejni bloggerzy czy pisarze ogłaszają, ze tam będą, dotkliwie czuję brak mojej osoby na tej liście.
Z córką spędziłyśmy kilkanaście minut na telefonie kombinując jak bym się mogła tam dostać taniej, różne opcje, bez torby, na skrzydle, uwieszona u koła - i tak wychodzi prawie 200 euro. Szkoda, ze nas woda dzieli, bo jakby nie, to bym sobie jakiegoś osła wypożyczyła i wózeczek, już teraz wyruszyła, na 4 listopada akurat bym dojechała. No, ale woda jest, a osiołek, wózek oraz ja - wszyscy cuzamen do kupy, ani osobno - Mojżeszami nie jesteśmy i po wodzie nie chodzimy.
Przeszłam etap zniechęcenia, potem nadziei, bo dziecko mnie zaczęło namawiać do poszukiwań tanich biletów, koleżanka napisała maila z informacją o jej tam bytności i zaproszeniach i tak się najarałam na ten wyjazd jak budowlaniec Radomskich. Ale przyszło opamiętanie i decyzja - nie będę teraz narażać rodziny, do tego na miesiąc przed świętami, na taki wydatek, natomiast zacznę oszczędzać na majowe targi w Warszawie. Postanowione.
Jakoś mi lżej.
Powiedzmy :-(
A jakby na potwierdzenie tej decyzji, że taka słuszna i wyważona, 'w nagrodę' przyszła paczka z wydawnictwa Elipsa (tego od Bluszcza). Jakiś czas temu wygrałam tam powieść Północ Południe Gaskell. Przemiła Pani Aleksandra dołożyła nam jeszcze kilka innych książek dla biblioteki :-)

środa, 28 września 2011

Gorączka, rozedrganie, stosunek przerywany

Taka jestem ostatnio rozgorączkowana, ze sobie miejsca nie mogę znaleźć, jeśli idzie o mój stosunek do czytelnictwa w tym tygodniu i ostatnim, to można powiedzieć, że jest przerywany - siadam z książką, ale zaraz się zrywam niespokojna czegoś, sprawdzam maile, okazuje się, że trzeba ratować sytację, gasić pożary.... Przynajmniej w moich oczach to tak wygląda.
A wszystko dlatego, ze dostaliśmy niespodziewaną dotację dla biblioteki polskiej w Irlandii i oprócz spodziewanego zamówienia na około 2 tysiące złotych, doszło jeszcze jedno na 3 tysiące. I mnie rozłożyło z emocji, normalnie gorączki dostałam. Te dodatkowe pieniądze przeznaczone są dla dzieci, kiedy zamawiałam dla nich książki (wszystkie grupy wiekowe), najpierw musiałam solidne rozpoznanie zrobić, a potem samo zamówienie mi chyba ze 3 godziny zajęło. Następnie trzeba było rozwiązać problem płatności, potem czegoś tam nie było i zamiankę trzeba było strzelić, ciągle coś. Ale Pani Ewa z Merlina jest taka dla nas cudowna, że nie tylko wszystko rozwiązuje w mig, ale i nam gratisowe książki do tego zamówienia dokłada. Obietnica prezentu od Merlina wyszła jeszcze zanim okazało się, że możemy domówić na tę większą kwotę, więc niech nikomu nie przyjdzie do głowy myśleć, że to w ich interesie, bo takie zamówienie duże. Zresztą w zeszłym roku też dostaliśmy 2 kartony książek za darmo, a kupiliśmy za nieporównywalnie niższą kwotę. Poza tym ceny tam są świetne, w porównaniu z innymi księgarniami, z których mogę korzystać, bo nie wszyscy wysyłają do Irlandii. Nikt mnie nie prosił o reklamę tutaj, po prostu pomyślałam, że skoro ostatnio tak suczyłam na Empik, to czasem trzeba też coś dobrego o innych napisać, jak się należy.
Kolega mi kupił kilka książek w Polsce, w Empiku właśnie, co mnie podkusiło, żeby go prosić, myślałam, ze taniej będzie. Okazało się, że każda z nich kosztowała mnie w przeliczeniu 10 euro, na Merlinie kupiłabym te same tytułu za 6-7 euro. Gdyby nie paragon myślałabym, że coś się koledze pokiełbasiło.


Ale nic to, czasem człowiek traci, nie ma się nad tym co rozwodzić, tym bardziej, że mnie życie i znajomi, blogowi również, rozpieszczają ostatnio. Portal Zbrodnia w Bibliotece, już sama nie wiem, czy dla biblioteki, czy zasłużyłam sobie w konkursie na recenzję blogową kryminału, w każdym razie wysłali kilka pozycji, za co jestem bardzo wdzięczna. W stosiku to są te pod Leaving Ardglass do dołu aż do Hospital Babylon.
Jadąc do Babadag pożyczyła mi sympatyczna pani, która korzysta z naszej biblioteki, książkę Małgorzaty Wardy Środek lata, której nie mogłam nigdzie kupić, bo nie mogę korzystać z Allegro, zamówiła tam dla mnie sama autorka, ja tylko zapłaciłam, fajnie nie? Gwałt Chmielewskiej przyjechał z moją koleżanką z Polski. Empress Orchid to nasze klubowe czytanie na ten miesiąc, nie wiem, czy przeczytam, bo mi się jakoś chińskich klimatów nie chce. Leaving Ardglass poleciła mi Margaret z biblioteki i jak na razie wszystko, co o niej mówiła jest prawdą. Potem te z ZwB, a na koniec prezent urodzinowy od córki Hospital Babylon, kolejna z serii babylonowej, tym razem dzieje się wśród lekarzy, jak nietrudno się domyślić. Może niezbyt ambitna, ale najlepsza na czas pt odpoczynek wojownika.
Te kupione w Polsce jeszcze u mojej córki w Dublinie, a te kupione dla biblioteki będą tu w październiku, a tam kolejny stos takich, których jeszcze nie znam. Czy ja musze mówić, ze mnie to do rozpaczy doprowadza? Najpierw nie miałam czasu, a teraz zero koncentracji do czytania, bo.... patrz pierwszy paragraf. Pozdrawiam

sobota, 24 września 2011

Agencja Złamanych Serc - Irena Matuszkiewicz, czyli nie zawsze dobry gwarantuje dobre

Podobała mi się jej powieść kryminalna 'Nie zabijać pająków', miała klimat, momentami śmieszna, intryga akurat, może wielkich zaskoczeń nie było, ale przyjemność czytania a i owszem.
Pomyślałam więc, że trudny okres zaczynania nowej pracy jest na tyle stresujący, że taka obyczajówka polska będzie akurat do słuchania.
Mogłam sobie darować. Nie mam wiele do napisania o tej powiesci poza tym, że się naziewałam przy niej, kilka razy chciałam zrezygnować z jej słuchania, kilka razy musiałam cofać rozdział, bo się wyłączałam, co mi się prawie nigdy nie zdarza.
Pewnie gdybym przeczytała opis na książce, zrezygnowałabym od razu, ale mówiłam już nie raz, że mam taki układ z koleżanką, że ona kupuje audiobooki, ja papierowe i się wymieniamy, a ja przyjęłam zasadę, że biere co dają i się daję zaskakiwać, w odróżnieniu od papierowych, które staram się wybierać uważniej.
Historia jest o kobietach po przejściach, aczkolwiek młodych - Paulina, Agata, Kasia i Marta, każda jakoś skrzywdzona przez faceta. Postanawiają utworzyć grupę, której celem będzie zemsta. Wzór aż do bólu wyeksploatowany przez film i literaturę, ale jednakowoż wiecznie żywy, bo któż nie był chociaż raz porzucony i nie chciałby przeczytać o tym, jak inne babeczki wykręcają jaja ich prześladowcom?
Powieść wedłu opisu, który potem, za późno, przeczytałam, mówi -"Ddowcipna, żywo napisana powieść, osadzona w naszej rzeczywistości, ukazuje bezwzględny świat wielkich i niezbyt czystych interesów, gdzie liczą się tylko pieniądze i władza - z którym jednak skutecznie konkurują takie wartości, jak przyjaźń, uczciwość i lojalność, a przede wszystkim wielka miłość". I to jest sama prawda, ta powieść jest dokładnie taka sztampowa i słaba jak ten opis - z twarzy zupełnie podobna do nikogo, jak wiele innych przed nią i wiele kolejnych słabych po niej.
Ryzyko słuchacza hazardzisty - jedna powieść jest trafiona, inna udowadnia, że nie wszystkie jednego autora muszą być dobre. Nie, nie znielubiłam Pani Ireny Matuszkiewicz, sięgnę po jej Szepty i Czarna wdowa atakuje, ktore czekają na czytanie. Jednakże ta akurat jej powieść pozostanie dla mnie wspomnieniem straconego czasu.

wtorek, 20 września 2011

Zaległości, oświadczenia, walka z wiatrakami (?)

Oświadczenie pierwsze - do dupy z taką pracą, która zabiera całe życie. To jest wpis łączony - na moim codzienniku napiszę, o innych aspektach, a tutaj o czytelniczo-oglądaczym.
Kiedy mówię, ze zabiera całe życie, mam na myśli dokładnie to, ze nic poza nią się w grafiku nie mieści. Wstajesz rano, maskujesz się makijażem, co by ludzie nie pouciekali na twój widok, wsiadasz w samochód, godzinę jedziesz i to jest jedyny moment przyjemności, bo wtedy można czytać uszami lub słuchać fajnej muzyczki. Potem praca - od ośmiu godzin do 10, a bywają jednostki kalendarzowe, że i dłużej, potem znowu godzina jazdy, ale tu już tylko rosyjskie pieśni przy otwartym oknie (o ile nie pada) ratują, bo człowiek tak zmęczony, że samochód z drogi znosi. Pogoda też do dupy, więc kręcz w szyi gotowy po tygodniu, bo ileż można wystawiać łeb na działanie wiatru podczas jazdy. A w domu, po przyjeździe staram się nadrobić zaległości rodzinne, bo wiadomo, jakiś kontakt wzrokowo słowny musi być, podstawowa komórka społeczna ma swoje wymagania. Ale to i tak niedługo, bo po jakiejś herbacie, czymś drobnym do jedzenia i prysznicu (albo i nie, bo czasami traciłam przytomność przed), padałam na twarz. I tak do siódmej rano, gdzie cały kołowrót zaczynał się od nowa.
Na czytanie pozostaje nic, tyle tylko co w toalecie, kilka stron zaledwie. Przytłacza mnie góra prasy i książek na już, bo je niefrasobliwie w bibliotece zamówiłam, dostałam, kupiłam, sami wiecie.
Oprócz pracy na  NIC innego w moim życiu nie było miejsca. A ponieważ praca też do dupy, więc sobie poszłam i odzyskałam życie, chociaż to, bo pieniędzy i tak z tego nie było, nie takich, jakich się spodziewałam po stanowisku, bo wiadomo, Polak może być słabo płatny, bo weźmie w tym kryzysie wszystko.
Ale wracając do oświadczeń. Przemknęła mi przed oczami dyskusja na temat monopolu Empiku i praktyk tej firmy, a że od razu ciśnienie mi to podnosi i mi z uszu oraz z nosa dymi, postanowiłam też coś na ten temat, czyli wychodzę z nory i będę suczyć.
To, że jako księgarni nie cenię Empiku wcale a wcale, to już wiecie, bo już nie raz narzekałam, że wielkie te salony jak dupa słonia, a jak się chce coś kupić, to nie ma i mogą zamówić. Dla ludzi, którzy są przejazdem w Polsce, takie oświadzenie to oni sobie mogą wsadzić wiecie gdzie, nie chcę nadużywać słowa dupa.
Kiedyś w pięknym obiekcie firmowym w Poznaniu, zaopatrzona w listę rzuciłam się na zakupy i za każdym razem, kiedy o coś spytałam, obsługiwacz (bo sprzedawca to by było za dużo powiedziane) wzywał Jolę, Marka lub Artura przez megafon, na pomoc do baby, która wydziwia i wciąż  czegoś chce, czyli do mnie. Założę się, że kiedy opuściłam sklep, ktoś poleciał dać na mszę, zeby więcej takich 'wymagających' klientów już im los nie nasyłał. Nawet w dziale z prasą trzeba było wywołać jakąś Ankę, żeby zlokalizowała nowy magazyn o książkach, bo Na żywo i Claudię to każdy wiedział gdzie znaleźć, ale już coś ponad 12 stron i bez krzyżówek to nie bardzo. No i szukanie wiecznie czegoś w komputerze, prośba o przeliterowanie nazwiska Proust bo im Prust w system nie wchodził itp. Horror. Albo komedia.
Jeśli idzie o praktyki dotyczące wydawców i poszczególnych tytułów, gdzie one będą stały, jak wyeksponowane, czy się płaci za miejsce na półce, czy się płaci za dostawy, a jak tak to z jakim opóźnieniem (założę się, że półrocznym), pisać nie będę, bo nie mam dostatecznych danych, ale domyślam się, że jest tak jak w sieciowych supermarketach, bo niestety Empik czerpie z 'worka wiedzy' tychże i wygląda na to, że zasady wprowadza takie same jak w tych wszystkich molochach, w których robi się wprawdzie kilometry, ale smakosz tam za wiele nie kupi, bo jak kisiel to jednego producenta tyle, że na stu półkach. Na mlaskanie i próbowanie nie ma miejsca, płać i spieprzaj.
Kiedyś EMPiK kojarzył się z dobrze zaopatrzonymi księgarniami, klubokawiarniami, do których można było pójść i poczytać prasę z całego świata, były kursy językowe i literatura zagraniczna w oryginale. Teraz zostało tylko brzmienie nazwy, a wraz z pisownią odeszła dawna świetność. Jeśli jest tak, jak skarżą się wydawcy i pisarze, ja na ich miejscu po prostu zablokowałabym sprzedawanie swoich książek do tej sieci, natomiast jako czytelnik mogę jedno - unikam tego miejsca. Napisałam unikam, bo czasem proszę znajomych o kupienie czegoś i oni tam najczęściej idą, bo się łudzą, że tam wszystko bez ganiania po mieście kupią. Ostatnio najczęściej się mylą.  Ale sama już tam nie kupuję. To jest mój prywatny protest przeciwko wykorzystywaniu kultury do własnych celów kosztem twórców i wydawców. Zresztą łatwo mi to przychodzi, bo ceny tam wcale nie takie atrakcyjne. Mam nadzieję, że to nie walka z wiatrakami i że znajdą się naśladowcy. Przyznacie przecież, że nie może być tak, że pisarz siedzi nad książką miesiącami, a potem jakieś grosze dostaje, bo wydawcy muszą z ceny hurtowej zejść. Inna rzecz, to już moje prywatne żale, że książki są teraz okropnie drogie - osiągnęły cenę europejską, czyli taką, na którą mnie nawet tutaj nie stać, chyba, że oferty specjalne i wyprzedaże.
Suma summarum jak się nie obrócisz dupa z tyłu. I tym akcentem, oraz przeprosinami za nadużywanie jednego takiego słowa, którego już nie powtórzę, bo limit wyczerpałam - dziękuję za uwagę idę czytać i nadrabiać zaległości

wtorek, 6 września 2011

Zrób sobie raj - Mariusz Szczygieł. Książka, która mnie zawołała z półki.

Kupiłam tę powieść i postawiłam na półce, bo oczywiście co innego było w czytaniu, a na stoliku nocnym może leżeć tylko kilka książek, co bym nie zginęła śmiercią tragiczną przywalona przez rzeczone.
Kiedy skończyłam 'Empty Family' miałam zacząć zupełnie inną książkę, ale w między czasie chwyciłam za magazyn i ruszenie z kopyta z nową pozycją odwlekło się w czasie. Przechodzę sobie obok regału i nagle słyszę - hej, co jest paniusiu, ile tu będę stała. Spojrzałam na tytuł - Zrób sobie raj. Pomyślałam, że w obecnym stanie ducha raju mi potrzeba bardzo, więc uznałam to za znak jakiś i bez namysłu, co dziwne,  bo ja nie lubię zmieniać planów czytelniczych, wzięłam do ręki. Wzięłam i wsiąkłam. Przeczytałam nie wiem kiedy, a trzeba wam wiedzieć, że zupełnie nie mam teraz czasu, więc 'nie wiem kiedy' w tych okolicznościach to jest WIELKI KOMPLEMENT.
Dygresja nr 1- Ja poproszę ustawodawców czy prawodawców, jak oni się tam zwą, żeby zatwierdzili bigamię, w celu, a mianowicie takim, żebym ja się mogła Mariuszowi Szczygłowi oświadczyć. (Nie)stety jestem mężatką, (nie)stety szczęśliwą, gdyby jednak można było mieć więcej niż jednego męża, uderzyłabym w konkury do MS (już widzę jak się rzuca czarną polewkę gotować - panie Mariuszu, spokojnie, mieszkam na drugim końcu Europy). Mózg pana Mariusza jest taki seksowny, że się normalnie nie mogę oprzeć tej deklaracji - ja poproszę pana na męża.
Przeczytałam te zapiski i mnie taka tkliwość dla autora wzięła jak dla najlepszego, najbardziej cenionego przyjaciela. Nie dość, że pięknie mówi o ludziach, umie słuchać, zadawać pytania 'na każdy temat', to jeszcze w taki sposób Czechy czytelnikom przybliża, że go pozostawia na końcu tej książki czechofilem w zalążku, o ile nie dalej. Ja zawsze byłam w zachwycie dla kina czeskiego, dla kazdej powieści, która mi wpadła w ręce, ilekroć pojechałam do ówczesnej Czechosłowacji, tyle razy wracałam cała oczadziała i atmosferą, i kulturą, ale wiadomości zawarte w tej książce uporządkowały moje uczucia do tego kraju i znacznie pogłębiły moją wiedzę, tak więc autor nie musiał mnie namawiać do polubienia tamtych stron, ale uderzył w czułe struny, czasem dawno zapomniane.
Dygresja nr 2 - I ja, jak każdy jego interlokutor w dyskusji o tym kraju, mam przykład na to, jak Czesi w Pradze, w centrum konkretnie, potrafią robić turystę w bambuko. Jako prawie osiemnastoletnia harcerka na obozie w Pradze z przyjaciółką, razem przyboczne sztuk dwa, wyrwałyśmy w holu wielkiego akademika dwóch obrzydliwie przystojnych Jugosłowian (czy ktoś jeszcze pamięta, że było takie państwo?). Zaprosili nas do niezwykle modnej wtedy dyskoteki w centrum miasta. Zeby tam dojechać musieliśmy iść pieszo do metra, potem metrem dosyć długo do centrum, a potem jeszcze piechotą do tej dyskoteki. Tam oddaliśmy kurteczki do szatni, gdzie wręczyli nam numerek, jeden na nas obie. Wcale nas to nie zdziwiło, bo po co niby dwa numerki skoro na jednym haku 'wisimy'? Jedyne, co nas zaskoczyło to fakt, że co chwila DJ ogłaszał przez mikrofon prośbę o poszukanie zgubionego numerka z takim i taki oznaczeniem. Bawiliśmy się świetnie, Jugosłowianie się spisywali na medal (proszę mi tu bez kosmatych myśli, taniec mam na myśli), ale końcówkę mieliśmy jednak 'niesmaczną'. Przy wyjściu okazało się, że skoro nie mamy drugiego numerka, który przecież musieliśmy dostać, bo przecież na nim jest zakodowane ile wypiliśmy drinków, za które płaci się przy wyjściu (skąd miałyśmy wiedzieć, wszystko stawiali Jugosłowianie, którzy byli tak bogaci jak przystojni), a skoro ich nie mamy, musi być kara, bo jest domniemanie, że specjalnie jeden ukryłyśmy, bo na nim jest obciążony rachunek. I nic nie pomogły tłumaczenia, że nie dostałyśmy dwóch, Jugosłowianin wreszcie się zeźlił i zapłacił tę karę, która pamiętam była niebotycznej wysokości. Ciekawe na co liczył? W każdym razie się przeliczył i był stratny. Potem dowiedziałam się, że ten numer był tam uskuteczniany co noc na wielu obcokrajowcach frajerach, a każdy z szatniarzy zarabiał na tym miesięczną pensję w noc.
Ale czy taki incydent może kogoś zrazić do tego kraju czy ludzi? Oczywiście, że nie. A my z przyjaciółką nie tylko z rozrzewnieniem wspominamy całe wakacje w Pradze i okolicach, ale nawet i to zdarzenie oraz Jugosłowian sztuk dwie.
Wracając do książki, zszokowały mnie opowieści o nie-religijności mieszkańców tego kraju. Zawsze wydawało mi się, że jestem umiarkowaną katoliczką, ale na tle tego, co pisze Mariusz Szczygieł o sytuacji tam, to ja jestem jakaś ekstremistka ortodoksyjna :-) chociaż w kościele byłam nie pamiętam jak dawno?

Kiedy poczytałam o Halinie Pawłowskiej, której znałam do tej pory zaledwie felietonów kilka, ale i tak zdołałam zapałać do niej miłoscią czytelniczą (proszę prawodawców o zatwierdzenie związków jednopłciowych), po tym, co Szczygieł o niej napisał, oczywiście rzuciłam się szukać jej książek po polsku.
Zresztą każdy z 'bohaterów' tej opowieści o Czechach powodował u mnie pęd szalony do szukania więcej informacji niż w tej książce i to jest chyba największy dla niej komplement. Nie tylko zaspokaja ciekawość, ale i budzi ciekawość. Jak to się robi panie Mariuszu?
Żali mi tylko, że to wszystko przyszło mi przeczytać jedynie, bo szczerze mówiąc wolałabym, żeby mi to autor przy kuflu w czeskiej piwiarni opowiedział.

A na końcu akcent znajomy - ja zawsze czytam podziękowania. Przeważnie nie znam ludzi, których nazwiska tam widnieją, ale sobie wyobrażam twarze tego i owego, który przyczynił się do powstania książki. Czytam sobie, czytam i oczom nie wierzę, autor dziękuje specjalnie dr. Maciejowi Myszce. Toż to również mój znajomy. Od tej pory więc, mogę mówić, że znam człowieka, który zna Szczygła. Tego Szczygła. Maciek, jeśli tu jakimś cudem trafiłeś - pozdrawiam.