czwartek, 21 listopada 2013

Coraz mniej olśnień - na szczęście nie tym razem

Czasami, kiedy nie jestem wystarczająco uważna w wyborze lektur, albo mam narzucone do czytania tytuły, wydaje mi się, że mógłby to być podtytuł mojego bloga. Świetny jest, czyż nie?
Na szczęście to uczucie nie towarzyszy mi zbyt często, jeśli chodzi o książki, więc kraść go nie będę, natomiast opowiem Wam o jednym z największych zdziwień ostatnich miesięcy, jeśli nie ostatniego roku.

Otóż dostałam książkę do biblioteki naszej polskiej, wysłała ją autorka, napisała nawet piękną dedykację. Mam zwyczaj czytać otrzymane tytuły, chyba, że wiem, że całkiem nie są w moim guście. Dodatkowo ta książka była nominowana przez wydawcę do Festiwalu Pióro i Pazur, a byłam jedną z blogerek oceniających książki, więc tym bardziej się za nią zabrałam.
Zobaczyłam okładkę i oczekiwałam czegoś zupełnie nie dla mnie, w stylu młoda, drapieżna, znalazła faceta i zasmakowała w rodzicielstwie; albo szuka, szuka, nieszczęśliwa, gdzie jest to upragnione wspaniałe życie; albo szczęście tak, ale na moich warunkach, praca i rodzina muszą być doskonale zbilansowane; albo dostała dom i jedzie uporządkować swoje życie...
Czyli należało zmówić modlitwę, żeby mnie szlag podczas czytania nie trafił, bo po prostu już nie zdzierżę więcej.
A tu taka niespodziewanka.
Trzy bohaterki, trzy historie, chwilami się przeplatające. To już było, szczególnie w literaturze anglosaskiej jest to niezwykle modna konstrukcja. Na szczęście tutaj nie wydaje się niczym tuzinkowym, wręcz przeciwnie, dzięki twistowi w akcji, zaczyna nas fascynować to połączenie trzech światów i koniecznie chcemy wiedzieć, po co to wszystko, co się stanie, jak w finale się to wszystko spotka i czy w ogóle tak będzie?

Na skrzydełku książki czytam, że są trzy bohaterki - Lena stylistka z magazynu 'stajlowego', Maria dziennikarka i Alina, kucharka w barze mlecznym. Ja dodałabym jeszcze jedną - Ślepellę - niewidomą poetkę po straszliwych przejściach, w których to własnie straciła wzrok.

Zaczyna się od Leny. Od razu zachwyciło mnie to, że język tej powieści nie jest szczebiotliwy, nie jest też 'pochylony z troską na losem kobiety', nie ma udawania. Jeśli słuchamy monologów wewnętrznych, to są one takie, jakby człowiek sam sobie szczerze coś powiedział - o sytuacji, o kimś innym, o tym, co obserwuje. Czasem złośliwe, czasem rażąco niepoprawne obyczajowo, politycznie itp, ale czy tak właśnie nie jest, czy nie myślimy - o Boże, jakie tamta babka ma straszne kudły na głowie, taka teraz moda?
Ałbena Grabowska-Grzyb potrafi poza tym pisać o seksie. Nie jest to łatwe, niejeden się na tym wyłożył. Albo wychodzi sztucznie, albo jak w pornolu klasy D, albo jak w rozprawce na temat życia w rodzinie. Tutaj po prostu jest, jak jest.
A scena gwałtu to po prostu majstersztyk. Czuć upodlenie kobiety, wiadomo, co się działo, aż mi dech zaparło, kiedy czytałam, co było z dziewczyną po, jak ona sobie z tym poradziła, ale nie ma epatowania traumą, nie ma przesady, jest wszystko poza histerią i głupim gadaniem w kółko jakie to straszne. Szacun.

Lena to mężczyzna w spódnicy, tak by można rzec. Ale znaczy to tylko tyle, że łamie stereotyp kobiety i zachowuje się dokładnie tak, jakby miała mózg i wolę faceta, robi co chce, używa swojego ciała do czego chce, nie znaczy to, ze jej z tym dobrze, ale z drugiej strony źle też nie. Nie roztkliwia się, nie rozdziela włosa na czworo, jest zadaniowa i wie do czego dąży. W miłości też, nie miękną jej nogi na widok pierwszych lepszych spodni. Ale serce ma.

Maria to inna para kaloszy. Kiedyś bardzo popularna dziennikarka, jeden błąd (czy to w ogóle był błąd, może głupie zrządzenie losu?) przekreśla jej karierę. Sypie się wszystko, odchodzi mąż, ginie w wypadku jej przyjaciółka. Chociaż Maria uważa, ze to niemożliwe, czepia się tej myśli i stara ustalić fakty. W końcu to umie robić najlepiej. Maria podobała mi się najmniej, ale to nie znaczy, że nie interesowało mnie to, co się z nią dzieje.

Alina - zaniedbana, przygarbiona, mistrzyni pasztetów i pierogów w barze mlecznym. Napisałam i sama się dziwię, jak mleczny to nie pasztety. A wydawało mi się cholerka, że mleczny. Samotna, małomówna, wiadomości o niej trzeba wyrywać z kartek na siłę, wydłubywać ze zdań pincetą, ale warto, bo co szczegół, to zaskoczenie.

Poetka to czwarta kobieta, o której właśnie nic na skrzydełku nie było, bonus czyli. Równie ciekawa, równie ważna w tej opowieści, z tajemnicą, ale nie w kufrze, nie na strychu i nie w zapomnianym kartonie na pawlaczu. Po prostu z tajemnicą i już. Nie chcę za wiele o nich pisać, zeby niczego nie zdradzić.

Podoba mi się, że nic w tej książce nie jest sztampowe, chociaż by się mogło takie wydawać, chociażby zasugerowane przez okładkę, która niestety nie oddaje ducha powieści.
Styl Ałbeny Grabowskiej-Grzyb jest świetny, babski w najlepszym tego słowa znaczeniu, babski babskością najlepszej jakości, gdzie trzeba dosadnie, gdzie trzeba delikatnie, gdzie należy niedopowiedziany, a gdzie się nie da inaczej - po męsku, kawa na ławę.

Czekam z niecierpliwością na kolejną powieść dla dorosłych (jest też seria dla dzieci tej autorki, również bajka terapeutyczna dla dzieci z epilepsją), już wiem, że będę czytać każda kolejną pozycję tej autorki. Takiego głosu w literaturze popularnej mi trzeba było. To jest dowód na to, że tzw. rozrywka w powieści nie musi być ani ckliwa, ani głupia, ani szczebiotliwa i nie trzeba od razu robić słoików i wyjeżdżać na wieś (nie ma nic do takich książek, ale co za dużo, to nie zdrowo), żeby było kobieco w dobrym stylu.
Poproszę o więcej.





sobota, 16 listopada 2013

Było, więc trzeba pamiętać

Lubię słuchać Remigiusza Grzeli w radio. Ciekawie opowiada o ludziach i o książkach. Nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego do tej pory nie przeczytałam żadnej jego książki. Jakoś się nie złożyło - zwykle w takich razach mówimy - ale raczej powinno się mówić - mea culpa - bo jak się coś chce, to się robi, a tu widocznie chęci i impulsu zabrakło. Do nadrobienia na szczęście.

"Było, więc minęło. Joanna Penson - dziewczyna z Ravensbruck, kobieta Solidarności, lekarka Wałęsy" stała się dla mnie książką szczególną. W zapętleniu w codziennych obowiązkach, w gonitwie za tym i owym, łatwo zapomnieć, jakie dobre życie wiedziemy. Oczywiście nie pozbawione trosk, nie zawsze wydaje nam się dobre i szczęśliwe, ale to tylko dlatego, że trudno pamiętać, że we wcale nie tak dawnych czasach, dla innych, bywało ono naprawdę nieznośne. Trudno ubrać w słowa, jak bardzo.

Bałam się trochę tej książki, że o Wałęsie będzie dużo, że w takich czas (film), więc komercyjnie i na kolanach. Mogło tak być, sami przyznacie. Wszak to przyjaciółka samego Pana Prezydenta była ciągnięta za język przez Remigiusza Grzelę.
Tak, dobrze zrozumieliście, ciągnięta za język. Zgodziła się na tę książkę, ale zaraz potem próbowała odwieźć od tego projektu jego pomysłodawcę. Uśmiechałam się szeroko, czytając o tym, jak próbuje przepędzić młodzieńca (bo od niego znacznie starsza), zniechęcić, wprawdzie elegancko i uprzejmie, ale jednak. Dobrze, że jej się nie udało, bo rozmowa okazała się niezwykle ciekawa i poznawcza.

I wcale nie tak o Wałęsie, a już na pewno nie na kolanach. Ale zanim o nim i o czasach Solidarności, całkiem sporo tam o rodzinie pani Penson, mamie, tacie, dziadkach. Zaraz potem wstrząsający zapis obozowego życia w Ravensbruck. Dla mnie tym bardziej emocjonalne przeżycie, że tam byłam, zwiedzałam obóz i słuchałam opowieści o nim. Szłam tym samym brukiem, którym goniono do pracy dziewczyny z obozu, oglądałam zdjęcia i film o tym, jak przeprowadzano tam eksperymenty medyczne na zdrowych kobietach. To wszystko mną wstrząsnęło,  miałam wtedy kilkanaście lat, byłam harcerką na wycieczce w Niemczech. Teraz mam, hm hm, 40+ i nadal pod powiekami te obrazy, w pamięci złą energię tamtego miejsca.
Czytałam i łzy lałam strumieniami, ale nie dlatego, że Pani Penson epatuje tragedią, chyba bardziej dlatego, że w taki normalny sposób o tym opowiada, o życiu tam, o tym, jak przyjaźnie ratowały obozowe  dziewczyny od utraty nadziei, pomieszania zmysłów, ułatwiały przejście na drugi brzeg wreszcie, bo i takie sytuacje były, że przed śmiercią pocieszały się nawzajem.

Potem przychodzi czas wyzwolenia (?), studia medyczne, życie zawodowe, małżeństwo i macierzyństwo. Wydawałoby się, że sielanka, po tak strasznych czasach już nic człowieka nie może gorszego spotkać. Ale wiemy z historii, że czasy powojenne, rozgrywki partyjne, akcje antysemickie, to wszystko potrafiło ludziom dokopać gorzej niż okupant, bo tam przynajmniej wiadomo, kto był wrogiem.
Solidarność. Dowiadujemy się o roli Pani Penson w opozycji, o tym, kim jest dla niej Lech Wałęsa, jak my to widzimy i jak ona rozumie to, kim jest i co dla kraju zrobił. I jakim jest szefem :-)

Książka ciekawa niezwykle, nic dziwnego, bo Joanna Penson to niezwykła postać, nie tylko ze względu na historię swojego życia, ale i sposób jak ona je postrzega, bystrość obserwacji, mądrość tychże, poczucie humoru, ale co najważniejsze - przebijające przez wypowiedzi wielkie poczucie wolności wewnętrznej. Mam wrażenie, że cokolwiek się w życiu nie działo, jakkolwiek nisko nie musiała zginać karku, zawsze była wewnętrznie silna swoją wolnością człowieka mądrego i niezłomnego.
Jeśli ona nawet tego tak nie postrzega, to ja to widzę i czerpię z tej lektury siłę.
Ciężko w obecnych czasach o autorytety, jestem przekonana, że gdybyśmy się znały, gdybym miała szczęście żyć w jej środowisku, byłaby dla mnie autorytetem na pewno. Tak się cieszę, że dzięki Remigiuszowi Grzeli mogłam ją poznać chociaż tak, choć trochę.



poniedziałek, 11 listopada 2013

Zaglądałam, zaglądałam... czyli jak zobaczyłam dno garnca z miodem :-)

A tak naprawdę biję rekord Guinessa na najdłużej pisaną relację na blogach :-)
Obiecuję, jak bum cyk cyk, że to już ostatnia część. Za kilka dni ruszam z kopyta z opisywaniem książek, bo listę mam długą jak rolka papieru toaletowego. Ale jeszcze kilka minut pozostanę w październikowym klimacie.
A dni były piękne tego roku....
Pogoda sprzyjała dobremu nastrojowi, ale jednak mnie trochę stres wziął, kiedy po dyskusjach dopadłam hotelu i zorientowałam się, że czasu niewiele, czeka mnie jeszcze nagranie rozmowy dla radia RDC, gala, ja w proszku, nagrody na górze, głodna, muszę się kawy napić, a winda nie działa. A ja te pęcherze, nowe buty itp, nie wiem czy pamiętacie. Mój pokój na wysokim trzecim piętrze, co oznaczało mniej więcej tyle, że jak już miałam mroczki (i nie mam na myśli braci) przed oczami, oddech skrócony i grzywkę przylepioną do czoła jak Michnikowski, to byłam dopiero na pierwszym piętrze. Na trzecim już miałam takie niedotlenienie, że nie wiedziałam jak rozpoznać numery pokojów. Do tego męczył mnie od kilku dni szczekający kaszel, miałam wrażenie, że koniec końców wyjdę stamtąd nogami do przodu jak nic.
Odrobina przesadyzacji nie zawadzi :-)
Przebrałam się, pozbierałam nagrody, dyplomy, wszystko, co tam będzie mi potrzebne, bo wracać przez mękę nie miałam zamiaru. W planach była przekąska i czarne złoto w filiżance, jednakże adrenalina mi po prostu na to nie pozwoliła. Weszłam do restauracji, zakręciłam się na pięcie i wyszłam. Nie dałam rady ustać na miejscu. Zamiast tego ruszyłam na spacer, żeby te emocje 'wychodzić', nawet mimo pęcherzy.
Na dwie godziny przed galą wręczania nagród miałyśmy z Anią zaplanowaną rozmowę na żywo z Teresą Drozdą w audycji polskiego radia RDC - Strefa Kultury.

Linki do rozmów znajdują się na tej stronie, a nasza rozmowa znajduje się trzecim miejscu od góry.

Bywałam wcześniej gościem w radiu, ale nigdy nie w stanie nieustannego kaszlu, takiego, że aż gały wychodzą na wierzch. Kiedy weszłam do zaimprowizowanego studia, zaczęła się walka z tą przypadłością, jakże mało radiową i audio-przyjazną. Stąd moje wyważone wypowiedzi, które byłyby pełniejsze emocji, ale nie mogły takie być, bo trzymałam gardło na wodzy. Wykaszliwałam się w przerwach na muzykę, wydoiłam cały dzbanek wody, proponując ostatkiem woli ostatnie krople Ani, a o prowadzącą już w ogóle nie dbałam, bo jak profesjonalistka to zawsze da radę, nawet na sucho. A tu panie w gardle gore na zmianę z gilgocze i diabeł piórkiem smyra po migdałach.
Nie dalimy się, zresztą można to ocenić, bo cała rozmowa do odsłuchania. Nie kaszlnęłam ani razu.

Gala to już luzik. Nie wiem, co ja mam, ale im więcej ludzi, tym mniejsze nerwy. Jednego tylko nie wzięłam pod uwagę, bo na scenie nie bywam, że światło będzie walić w oczy i na samej scenie, kiedy już się tam z Anią, w celu wręczenia nagród blogerek zagranicznych znalazłyśmy, nie będę widzieć nic. NIC. Mówiłam do siebie. Mimo tej światłości, mogłabym powiedzieć - ciemność widzę.
Ale ludzie na sali byli, oto dowód


Oczywiście, jak to bywa w takich razach, mimo przygotowywania się do wręczania, segregowania toreb itd, zawsze coś idzie nie tak i pomieszałyśmy co nie co, lekko się miotałyśmy i już nie wiedziałam, gdzie idę, co daję komu, ale w efekcie nie było tragicznie.

Prezentacja naszych nominacji wyglądała tak


Potem były spotkania w foire centrum kultury, oprócz rozmów z pisarkami i uczestnikami, miałam okazję wyściskać znane mi z mojego 'poprzedniego życia' osoby - Krzysztofa sekretarza redakcji Tygodnika Siedleckiego, który zastartował mnie jako felietonistkę, pana Tadeusza, który prowadzi klub teatralny przy uczelni siedleckiej i woził mnie i innych do stolicy na kolejne premiery, nadal zresztą jeżdżą, tylko beze mnie (chlip) i kilka innych osób. Tak się miotałam między ludźmi, tak się zagadałam, że jak dotarłam do restauracji hotelu 'Janusz' na bankiet, prawie nie było już gdzie usiąść. Na szczęście przemili ludzie nas zagarnęli do siebie, siedlczanie wspierający festiwal to byli, i oczywiście po kilku toastach, chluśniem bo uśniem, przepijemy babci domek mały, okazało się, że mamy wspólnych znajomych, że znają nawet mojego męża i w ogóle nasze drogi nie raz się przecięły, jeno zabrakło tego szczegółu, że tak to określę, czół zderzenia. Zaraz się okazało, że jesteśmy jak bracia, jak siostry, ziomale czyli, nawet Ania, Polka z USA, co nigdy na Podlasiu nie była, też ziomal. Kocham to normalnie.
Tylko jeden problem, przyjechałam tam spotkać się z ludźmi piszącymi, a tu - przepijemy domek i fruwa moja marynara, trzeba było jakoś odserfować w innym kierunku. Na horyzoncie widziałam Vincenta Severskiego, 'wstrząśniętego-nie-zmieszanego', wysokiego i niezwykle przystojnego, ale był otoczony takim szczelnym kordonem pań, że zabrakło mi już odwagi, żeby do niego dopaść i w hołdach się zgiąć. Trudno, będzie jeszcze okazja. Za to miałam okazję porozmawiać z innymi, jakaż to wspaniała okazja mieć w zasięgu wzroku i głosu tyle pisarek i pisarzy w jednym miejscu i czasie - podobno ktoś policzył i było ich ponad 30.
Do późnej godziny trwały rozmowy, potem śniadanie i mój wyjazd do przyjaciół na niedzielę.
A na drugi dzień powrót do Warszawy, mimo pewnego oporu Doroty, nie chcem ale muszem, zaciągnęłam ją, ostatnim rzutem na taśmę, do kina na Wałęsę.
Nie wiem, co o tym filmie mówi się w Polsce i prawdę mówiąc nic mnie to nie obchodzi, dla mnie Wałęsa to jest wielka postać i ten film mi się podobał. Więckiewicz w głównej roli jest po prostu świetny, Grochowska ma trochę za dużą klasę, nie do ukrycia pod fartuchem w kropki czy kwiatki, teraz pani Danuta może faktycznie tak wygląda, ale na początku miała jednak sznyt kobiety ze wsi, a Agnieszka Grochowska jakby się nie starała, nie dało się z niej takiej babki zrobić. Oczywiście niemożliwe było w te dwie godziny filmu wszystkiego wsadzić, ale początki Solidarności pokazane były, jak dla mnie świetna muzyka, wplecione zdjęcia archiwalne, nie wiedziałam, kiedy film się skończył. Gdyby nie reisefieber przed wylotem, byłabym w siódmym niebie.
Dotarłyśmy do Doroty, walizka już w korytarzu, kotlety na patelni i nagle... wiadomość o śmierci Joanny Chmielewskiej. Ponad 40 lat razem, ja czytelniczka i ona pisarka, ramię w ramię, a raczej okładką w rękę, a teraz koniec. Gdyby mi nie było głupio, bo u ludzi byłam, to bym się chyba spłakała. Bo już za dużo tego było, dobrego, ale niezwykle emocjonującego, na koniec taka wiadomość. Radość wymieszała się ze smutkiem. Życie.

poniedziałek, 4 listopada 2013

Opowieść rzeka, końca nie widać :-)

Postanowiłam resztę relacji umieścić na obu blogach po kawałku. Fragmenty bardziej osobiste, jak się walałam po pokoju hotelowym w majtkach w poszukiwaniu plastra na pęcherze na piętach, jak również o przepaści przy fotelu dentystycznym, zamieszczam na swoim co-dzienniku, bo jednak na blogu o książkach to przesada :-)
Tutaj chciałabym się skupić na samym festiwalu. O ile w ogóle uda mi się skupić i nie latać po myślach i dygresjach jak Żyd po pustym sklepie. Emocje jeszcze we mnie są, bo nie miałam czasu ich przerobić, zostawił sobie to na później i takie tego efekty :-)

Zastartowaliśmy w piątek późnym południem. Najpierw obiad, pierwsze rozmowy, dla mnie jednak stres, bo wiele z tych osób, które miałam spotkać na festiwalu, znałam już w sieci, ale stara jestem i wiem, nie mam złudzeń czyli, że w sieci to jedno, a w realu inna bajka. Zdarzyło mi się kiedyś, że osoba, która dyskutuje ze mną na fejsie, minęła mnie na korytarzu PKiN podczas targów bez słowa. A moje zdjęcie nie jest podrobione, jaka gruba jestem, taka na zdjęciu pozostaję, więc co jest? Powiedziano mi, że to powszechny problem, że ludzie się nie poznają poza siecią, trochę mnie to uspokoiło, bo już myślałam, że ową osobę czymś uraziłam.
No, więc idę na obiad do restauracji hotelowej i wrzody mi się otwierają oraz kompleksy leją zimnym potem po plecach.
Spotkanie oczywiście zaprzeczyło czarnym wizjom, ale jednak jakiegoś rodzaju macanie zwiadowcze, w przenośni oczywiście, odchodziło. Może to tylko moja wyobraźnia. Jakby nie było, wejść solo do pomieszczenia pełnego znajomych nieznajomych jest trudno.
Zaraz po obiedzie mają miejsce dwa spotkania w bibliotekach, to, na które docieram, przypadkiem okazuje się być na osiedlu, gdzie wiele lat temu do szkoły chodziła moja córka, wracając zahaczam wzrokiem o przedszkole, gdzie prowadzałam syna. Wspomnienia, wspomnienia, bonus nie do kupienia nawet z Mastercard.
Często wyobrażałam sobie, jak wyglądają takie spotkania? Nigdy wcześniej nie byłam. Nie wiem, dlaczego. Czyżby kiedyś ich nie było? Atmosfera polskiej osiedlowej biblioteki, takiej w starym stylu, nie jakieś piętra, stal i komputery, przypomniała mi o mojej pierwszej, siłą rzeczy najukochańszej, na Buczka w Koszalinie. Mieściła się w starym domu jednorodzinnym, miała oszkloną werandę, która służyła za czytelnię. Spędziłam tam wiele godzin. Układ regałów w tej siedleckiej był bardzo podobny, wróciły wspomnienia, przeniosłam się w czasie. To było bardzo komfortowe uczucie, jakbym w puchu siedziała. Na spotkaniu, potem na drugim, a jeszcze później na kolacji wśród prawie wszystkich zaproszonych pisarek, miałam poczucie bycia w raju, bezkarne rozmowy o książkach do upadłego, bez zniecierpliwionych spojrzeń rozmówców, nie zdarza mi się to często.

Sobota zaczęła się dla mnie bardzo wcześnie. Już o ósmej zasiadłam na fotelu dentystycznym. Pewnie dlatego (bo komu by się chciało tak rano?) Mariola Zaczyńska, organizatorka festiwalu, pisarka i świetna dziennikarka siedlecka, postanowiła mnie wysłać na spotkanie z ekipą warszawskiego regionalnego ośrodka telewizyjnego. Miałam się wywnętrzyć podczas prognozy pogody. Mam widocznie słabą wyobraźnię, stąd absolutny brak tremy związanej z jakimikolwiek występami, bo ani nie wyobrażam sobie, jak fatalnie wyglądam gdziekolwiek by to nie było, czy w TV czy na scenie, ani nie mam poczucia, do ilu osób mówię, na przykład w radio. A, że jestem gaduła z bezkresnych i bezludnych plaż, to jak tylko mam okazję, ozorem mielę.
Zaraz z fotela boleściwego, wyskoczyłam na trasę i w kilka minut dotarłam na ławeczkę z Żeromskim zastygłym w brązie, czy czym tam, na głównej ulicy Siedlec. Tam już czekała ekipa, przemili ludzie na czele z chłopakiem prowadzącym tę prognozę pogody. O Bogu, marzenie teściowej mówię Wam. Młody, strzelisty, przystojny jak cholera, a do tego miły, rezolutny, bystry i jakiś taki komfortowy w obyciu. Człowiek go nie zna, a jakby znał wieki. Ekipa też cudna, ale z tymi zwierzami telewizyjnymi to różnie bywa, mógł być na przykład nafonflony.
Druty do mnie przyczepili, ustaliliśmy, o czym będziemy mówić, potem dubel, pan 'marzenie teściowej' bez uprzedzenia zmienił tok rozmowy, ale nie z nami te numery Bruner, proszę bardzo, o tym też mogę pogadać (nie wiedzieli z kim mają do czynienia, trzeba mi przywalić, żebym się zamknęła, nie na odwrót), potem zakończenie tej części wejścia z Siedlec i do domu. Jak to? Dopiero się rozkręciłam :-)
No nic, pognałam do hotelu zjeść śniadanko. Pyyysznościowe. Śniadanie, jako starter w kolejny dzień, jest moim ulubionym posiłkiem. Do tego lubię jeść wolno, więc taki układ, że jest dłuuugi stół i zawsze ktoś dochodzi, kiedy odszedł ktoś, jest dla mnie spełnieniem marzeń. A jeśli tematem głównym są książki, wydawnictwa i wszystko, co wokół tego, to w ogóle jestem w niebie (kolejny raz, aż dziw, że chodziłam po ziemi, a nie pływałam w chmurach stylem motylkowym).

Od jedenastej kołowrót, najpierw bicie rekordu w czytaniu. Ponad 500 osób w jednym miejscu czytało w pięknych okolicznościach przyrody. Rekord pobity!


Poniżej Dorota w oczekiwaniu na sygnał do startu czytania, z Ofiarą Polikseny w jednej ręce i aparatem w akcji w drugiej. Jej zapał do uwiecznienia tych chwil na fotografiach uratował mnie od nieposiadania ani jednego zdjęcia. Z emocji zapominałam wziąć z sobą aparat.


Zaraz potem zaczęły się panele dyskusyjne. Pierwszy o literaturze kobiecej, prowadziła go Anna Dziewit Meller.


I z oddali, żeby Wam pokazać, że sala pękała w szwach, czego wcześniej nie widziałam, bo najpierw siedziałam tyłem, a potem, w drugiej części spotkania, sami rozumiecie - pomroczność jasna :-)



Dyskusja jurorów i pisarzy (ta pierwsza) była niezwykle ciekawa, burzliwa, emocjonująca, co odczuliśmy na sali, i widać było, że przy stole dyskusyjnym też zawrzało. Tym bardziej mnie stres chwycił, kiedy przyszło mi poprowadzić drugą dyskusję, tym razem o blogach. Zaraz po takiej osobowości telewizyjnej, ja?  Czułam się, jakby mnie ktoś trzymał za nogę głową w dół, zwisającą z balkonu. Z drugiej strony pomyślałam, że bez przesady, to tylko spotkanie, a nie operacja na otwartym sercu (zawsze mam rozdwojenie jaźni w takich sytuacjach, panikara contra siła spokoju). Chociaż emocje drugiej dyskusji też wielkie i był moment, że serce mi stanęło z poczucia bezsilności. A wszystko dlatego, że prowadzę bloga nie z chęci zarobku, nie z chęci otrzymywania darmowych egzemplarzy, chociaż to jest miłe (nie dostaję ich zresztą wiele, głownie żebrzę dla polskiej biblioteki, dla rodaków mieszkających w moim regionie, więc nie mam wyrzutów sumienia, bo wszystko tam zanoszę, a nawet i więcej, bo kupione przez siebie również), nie dlatego, że wiem lepiej, a z pasji i żądzy obcowania z ludźmi mi podobnymi, kochającymi książki i uwielbiającymi o nich rozprawiać (bo takich wokół mam za mało). Podczas tej dyskusji zdziwiona dowiedziałam się, że są tacy, którzy w drugim tygodniu prowadzenia bloga już piszą maile z prośbami o książki, że ich notki roją się od błędów stylistycznych, ortograficznych i merytorycznych, które mogą świadczyć o tym, że książki nie czytali. Autorki obecne na sali miały wiele do zarzucenia blogom.
Stąd bezsilność, bo poczułam się ustawiona w jednym szeregu z tymi krytykowanymi i co miałabym zrobić? Udowadniać, że nie jestem wielbłądem? A może jestem? Może piszę równie gówniane wpisy i tylko wydaje mi się, że ta pasja wystarczy, żeby rozprawiać o przeczytanych pozycjach? W dyskusji brały udział inne blogerki - Agnieszka Tatera, Maja Sieńkowska  i Katarzyna Czajka  - dzielnie odpierały zarzuty, ale momentami gorąco było.



Dla dyskusji, jej atrakcyjności, temperatura akurat dobra, ale nic nie poradzę na to, że przeżyłam swoistego rodzaju szok, kiedy dowiedziałam się, że książkowa blogosfera to nie sam mniód (chociaż bywa gorzko, jak się jakieś kłótnie wdadzą, ale cóż to za swary w porównaniu do innych grup blogowych?). A myślałam, że jednak tak, o naiwności siostro moja. Czytam tylko wybrane blogi i może to stąd? Jedno jest pewne, odkąd czytuję tych i owych, wymieniać nie będę, bo jeszcze o kimś zapomnę, mój świat około-książkowy zyskał nową jakość, zawarłam wspaniałe znajomości, mam okazję czytać ciekawe, mądre wpisy o pozycjach, które chcę poznać lub nie znałam i nie wiedziałam, ze są wydane lub o takich, które również podziwiam/nie lubię i można sobie o tym pogadać. Bezcenne.
A pisarki, o czym powiedziałam na spotkaniu, powinny też wziąć pod uwagę, że czytamy ich powieści i o nich piszemy, z miłości do pisarzy właśnie i nie jest to tak, że koniecznie chcemy komuś dokopać. No, ale jak coś jest słabe, to jest słabe i cóż począć? Nic nie mówić? Tylko i wyłącznie chwalić? I tak uważam, że fakt, że coś mi się nie podoba o niczym nie świadczy, tylko o moich preferencjach, bo i tak każdy pisarz ma swój 'elektorat', czytelniczki, które po prostu aż piszczą na widok nowości danego autora.
Jest też inny aspekt, brak nagród i pochwał krytyków zawodowych, często nie ma w ogóle przełożenia na czytelników, niezależnie od tego, co iksiński napisze w Polityce czy gdzie tam, fani walą do księgarń w poszukiwaniu nowego tytułu i już. Nie ma więc sensu wpadać we frustrację, trzeba robić swoje po prostu.
Wiem, każdy chciałby być doceniany, nagradzany, stanąć w szranki i wylądować na pudle (ja też), ale wygrany jest tylko jeden, czasem za wygraną nic więcej nie idzie, jednorazowa nagroda i tyle. Czytelnicy, ich wybory i fascynacje, zawsze będą, również dla mnie, wielka niewiadomą, dlaczego kupują jednych, ignorując innych równie dobrych, jeśli nie lepszych? Uważam, że najgorszy jest taki scenariusz, kiedy setkami, ba, setkami tysięcy sprzedają książki pisarze, którzy obiektywnie rzecz biorąc są po prostu słabi jak herbata babci klozetowej. I co? Rzucić piórem i pójść sprzedawać półtusze wołowe w pasku z firanki na głowie?

Na dzisiaj tyle. Mam wrażenie, że nigdy tej relacji nie skończę. To jeden z tych tekstów pt. "im bardziej tam zaglądał, tym bardziej go tam nie było".



poniedziałek, 21 października 2013

Na Kowno, tfu tfu, na 6. Piętro! Ale wcześniej na Zapiecek

Przeczytałam szybciutko tekst poprzedni, co by się nie powtarzać i wiedzieć, cóżem ja  wymodziła nocą bladą, i tak sobie myślę, że jeszcze kilka słów o Wrzeniu świata będzie, bo jest duże zainteresowanie tym miejscem.
Nie wiem, jak Wy, ale ja nie lubię, kiedy obsługa, gdziekolwiek by to nie było, jest anonimowa i jak w dawnych czasach było z dziećmi - nie ma jej być widać, a słychać tylko wtedy, kiedy pytają. To się jeszcze spotęgowało odkąd mieszkam na mojej prowincji Europy, czyli w Donegalu. Tutaj wszyscy od razu są bliskimi przyjaciółmi z ekspedientką czy kelnerką, a z barmanem to już mus, żeby to był nawet pierwszy i ostatni pobyt w danej jednostce piwo-dajnej.  Kilkanaście lat tu już mieszkam, całkiem naturalne jest dla mnie więc, swobodne rozmawianie z obsługą kawiarni, ale nie tylko, z ludźmi wokół też. Druga natura (nie)stety. Tym razem ofiarą padła Pani za ladą we 'Wrzeniu świata' właśnie, jak również przypadkowy biedak przy stoliku obok (nie Wojciech Tochman, mowa o stoliku po drugiej stronie mojego). Tam wygodnie rozłożył się z gazetą i kawą pewien - zakładam zawsze, że miły - pan.
Pisałam już wcześniej, że byłam w amoku, a wiadomo, że taki stan potęguje wrodzone gadulstwo, u mnie już i tak z cugli spuszczone przez irlandzkie zwyczaje. Kiedy się rozkładałyśmy przy stoliku, a to jednym, a to drugim, bo nie mogłam się zdecydować gdzie nam będzie wygodniej, zakładając, że Ania do nas dojdzie, tokowałam swobodnie do Pani przy ekspresie, do pana przy kawie, do półki z książkami (nie przeszkadzają mi nieożywieni słuchacze), jak również do drugiego pana za ladą. Pani okazała się nie tylko prześliczna, o zniewalającym uśmiechu, ale cierpliwa i jakby to ująć - interaktywna. Odpowiadała czyli na to, co ja tam zagajałam. Pan z kawą za to, nadal zakładam, że miły, był chyba głuchoniemy, bo nie mogłam z niego wymusić żadnej werbalnej interakcji. Nawet był moment, że poczyniłam uwagę, że chyba jednak usadzimy się oddalone nieco od tego pana, bo my będziemy rozmawiać, a on pewnie chce w spokoju gazetę poczytać. To taki można powiedzieć oksymoron życzeniowy, bo przy babie w amoku spokoju już nie ma, to chyba jasne. Już mógł coś powiedzieć wtedy, Irlandczyk dawno odpuścił by sobie tę gazetę, połączył stoliki i gadka byłaby w większym gronie. No, ale w Polsce byłam, nie wymagałam aż takiej odmiany mentalności, ale jakiś uśmiech jednak, mrugnięcie okiem, nóż w plecy, co-kol-wiek, by się przydały. NIC. To mnie trochę wytrąciło z równowagi, ale trzeba być twardym nie miętkim, Pani oraz dziewczyny musiały mi wystarczyć. Drugi Pan za ladą, który przygotowywał wielce intrygujące napoje (niech ktoś się tam uda i mi powie, co to było?), wlewając do szklanki miodu i coś tam jeszcze zielonego pływało, był wzruszająco, po hipstersku nabzdyczony. Taka pani z baru mlecznego z Misia, ale w wydaniu niezwykle przystojnie męskim, do tego świetnie ubranym. Miał mi ściągnąć książkę z wysokiej półki, co się przedtem nawzdychał to jego, niezwykle zajęty był przy tych napojach, poważnie, jak bum cyk cyk, więc mu kością, a raczej upierdliwym gościem w gardle stałam. Potem się z Dorotą bałyśmy tej książki nie kupić, bo wiecie, podał - proszszsz - a jak na darmo ten trud, to opieprz jak nic. Ryzyko było wielkie :-)
Jednak odłożyłam, bo ta 'Czerwona księżniczka' ciężka, a ja jednak tylko podręczny bagaż miałam.
Niech Was ten opis sytuacji nie zmyli (kurczę, słowa są czasem bezsilne, nie chcę, zeby mi ktoś zarzucił, ze krytykuję i odradzam), tam jest świetna atmosfera, a podobno częste wizyty panów właścicieli, to, że się tam kręcą i nadają energii, jest bonusem nie do przecenienia, czego i ja doświadczyłam. Nawet jest takie wrażenie, że jak oni się tam tak swobodnie czują, wchodzą za ladę, do stolika, witają kogoś, żegnają, telefony dzwonią, ktoś w szybę puka, cmok cmok, zajrzyj znowu, to jest wrażenie, jakby się człowiek jakimś cudem, przez przypadek, im do domu zaplątał i na chwilę został. Polecam.




No, ale miało być o dalszych losach Kasi na warszawskich dróżkach, a raczej trotuarach.
Podczas kupowania Gazety Wyborczej z Dużym Formatem, bo to czwartek był i cudem tylko nie zapomniałam o jej kupieniu (kto by myślał o tym, jaki dzień tygodnia, na urlopie), a przypomniało mi się tylko dlatego, że Mariusz Szczygieł wziął od kogoś DF na chwilę i na moich oczach rozłożył do czytania, czyli znowu Wrzenie (dlaczego tam nie można GW ani żadnej innej gazety kupić?), wpadłam na diabelski pomysł, że można by do jakiegoś teatru skoczyć. Diabelski, bo ja niesiona adrenaliną, ale Dorota pewnie była bliska zejścia z powodu moich pomysłów. Rzuciłam torby na jakieś krzesła stojące przed kawiarnią na chodniku i niecierpliwie zaczęłam szukać, co grają na deskach warszawskich. Z GW, a potem okazało się, że z innych też, mogłoby się wydawać, że nic nie grają, że stolica straciła wszystkie teatry, bo nic o nich i spektaklach w gazecie nie było. Pędem z powrotem do Empiku, tam przegląd prasy na stojąco, zmiotłam przy okazji jakieś gumy i inne żujki, nic nie ma, wymiotło, nieczynne? Pytam pani za ladą, ale tam taki mniej więcej poziom interakcji werbalnej jak u tego pana przy stoliku obok wcześniej, czyli zero. Dorota przejęta dzwoni do syna, niech nam w sieci sprawdzi, muzyka w tym Empiku gra, ochroniarz wydziera się do mikrofonu na cyckach, że jakaś czekolada rozdeptana leży na półpiętrze, czy ona kradziona i w części skonsumowana czy kupiona? - a my na środku tego - mnie się wydawało, pandemonium - zapytowywujemy o spektakl. Chciałam do Polonii, ale tam coś grali nie tak, więc jak tylko usłyszałam, że w PKiN grają 'Fredrę dla dorosłych - mężów i żon', zakrzyknęłam, niech się chłop więcej nie męczy (wiadomo, jak matka o coś prosi, to można sobie w łeb strzelić, taki to trud, mam w domu syna, to wiem), BINGO! No, ale my o suchym pysku od kilku godzin jesteśmy, więc kiedy po skomplikowanych obliczeniach, bo mi się pomerdało, czy ja mam czas polski, czy irlandzki i która właściwie jest godzina, wyszło, że możemy tylko gdzieś po drodze zasiąść na jedzenie, na jakieś kluczenie po mieście czasu nie ma. Padło na 'Zapiecek', bo jak zobaczyłam pierogi i barszcz, to się we mnie Polak mały, kto Ty jesteś, obudził.
Tam mi się znowu gaduła włączyła, ale lekko, bo jednak na swoich błędach się uczę. Panie przemiłe, młodziutkie (gdzie się ludzie 40+ w handlu i gastronomii podziali?), jedzenie pyszne (ruskie orkiszowe cudne), książki nam robiły za dekoracje, więc dalej w klimacie, ale miseczka barszczu z czterema uszkami mię trochę zeźliła. Ze 300 ml tam tej czerwonej wody, uszka 4, nie pamiętam ceny, ale bez przesady, za wodę dychę czy nawet więcej to jednak przegięcie. Zapytałam kelnerkę, czy to norma, czy coś uwagę, jakiś przebiegający szczur na przykład, kucharki odwróciło i dała tylko część uszek? Pani powiedziała, ze powinno być 6 i poszła. Oświadczam wcale nie uroczyście, ale stanowczo za to, są mi winni 2 uszka.
Na koniec zgrzyt, bo okazało się, że nie możemy zapłacić oddzielnie. Nie, bo nie. Trzeba by wołać managera, ale jest zbyt wielki ruch i nie. Wydaje mi się, że takie coś w centrum Warszawy, w Alejach Jerozolimskich, gdzie pełno obcokrajowców, nie powinno mieć miejsca. Zagranicą bardzo często chodzi się jadać dużą grupą, a płaci się oddzielnie.
Jak tylko wyszłyśmy, z siatami, z obłędem ponaglenia czasowego w oczach, pognałyśmy w kierunku autobusu w stronę teatru. Trzeba Wam wiedzieć, że moja durnota osiągnęła wyżyny w dzień wyjazdu do Polski, kiedy to z powodu mizerii mojej walizki, postanowiłam jechać w nowych butach i nie brać żadnych innych. Kilkanaście godzin dnia poprzedniego, potem cały kolejny dzień na nogach, zaowocowało pęcherzami, co spowodowało taki oto obrazek, że kiedy rzuciłam hasło - na Kowno! - tułów pognał do przodu, nogi zostały w tyle, bo jednak enough is enough, czyli będzie tego.
Musiałam jakoś dać radę, autobus pomógł, a potem to już zęby zacisnęłam i na to Kowno pognałam. Biletów nie miałyśmy. Wpadam Ci ja krakowianka jedna to kasy i dysząc oraz jęcząc, bo te buty..., proszę o 2 bilety na teraz. Pani w kasie odpowiada - u nas nie ma, ale zapraszamy do teatru. Zdębiałam. Jak to nie ma, o Boże, ja z tak daleka. Pani na to, że nic nie poradzi, nawet nie wie, czy jeszcze czynny, a one tutaj zapraszają do teatru. Po raz drugi zgłupiałam, jak to nie ma, nieczynny, ale zapraszają??? Okazało się, że panie myślały, że proszę o bilety na taras, a nie na teraz. Cud się stał pewnego dnia, dostałyśmy dwa bilety i dotarłyśmy na nasze miejsca na całe 5 minut przed czasem. Po czym czekaliśmy jeszcze na jakąś grupę ludzi, którzy się spóźniali.
Ku mojemu zaskoczeniu sala pełna. Tyle to już grają, czwartek, no no.
Sztuka świetna, zasłużenie tak chwalona i z dobrymi recenzjami. Zaskoczenie, bo tekst fredrowski, ale scenografia, kostiumy, zachowanie na wskroś współczesne. A tekst nadal aktualny, niebywałe.
Fraszyńska, Żebrowski, Darocha i Książkiewicz grali, dobrze, że zamiast tej ostatniej nie było Liszowskiej (grała chyba wcześniej ona), bo bym nie zdzierżyła, a tak nic mi nie przeszkadzało, a pan Darocha, którego w ogóle nie znam, miło zaskoczył.
Sztuka jest o związkach, tutaj oczywiście dużo zamieszania, mąż ma kochankę, żona ma kochanka, kochanek jest też kochankiem kochanki, wyszedł oknem, wrócił drzwiami, jak to w teatrze. Męża żona mierzi i w ogóle nie pociąga, nudzi poza tym, służka to co innego. Żona znajduje sobie inny obiekt westchnień, mąż jej do niczego niepotrzebny. Nic nie jest takie, jakim się zdaje, oczywiście w którymś momencie musi się wydać. Dużo śmiechu, farsa to przecież. I tak się wszyscy zaśmiewaliśmy, aż przychodzi ostatnia scena, mąż z żoną zostają sami, wszelkie gierki i mistyfikacje zakończone, on ogląda telewizję, ona coś tam w sieci szuka, on przełącza kanały, nie to, nie to, wyłącza odbiornik i zapodaje muzykę, a tam jak na złość Celine Dion o miłości śpiewa, jak tylko ona potrafi. Mąż podejmuje decyzję, podchodzi do żony i jakoś tak niezdarnie ją do tańca prosi. Potem jeszcze bardziej niezdarnie próbuje z nią tańczyć, nie potrafią być blisko. Śmieszne te ich próby, ale ja już się nie śmieję, bo widzę, jak im ciężko idzie to zbliżenie, muszą się siebie uczyć, bo człowiek przecież bez miłości żyć nie umie, a mają tylko siebie. Powoli, powoli udaje im się jakoś chwilę objąć, potem mocniej i ... koniec spektaklu. Wszyscy wokół się śmieją, a ja płaczę. Tak się wzruszyłam, bo to takie prawdziwe było. Ileż jest takich małżeństw dookoła. Na szczęście nie moje, pomyślałam w duchu. Zanim światło zapalili musiałam jakoś łzy z powrotem do oczu wcisnąć, bo głupio tak.
Ukłony, kosze kwiatów, okazało się, że to był 300. spektakl. Dodatkowo zapisze się w moje pamięci.
Co za noc, co za wspaniały dzień :-)


O Bogu, jaki długi wpis, ktoś tu dotarł?

piątek, 18 października 2013

Piórem i pazurem go... Ale zanim - świat zawrzał

Od lutego czekałam na tę podróż. Najpierw Mariola Zaczyńska, pisarka i organizatorka Festiwalu Literatury Kobiecej Pióro i Pazur, zgłosiła się do mnie z pomysłem powołania do życia nagrody blogerek polonijnych. Potem ja zgłosiłam się z tym pomysłem do Bookfy, Dabarai, Agnieszki i Ani z prośbą o dołączenie do mnie, zaczytanie się w zgłoszonych tytułach i wybranie pięciu powieści wyróżniających się, a w tej grupie jednej, jedynej, tej najlepszej.
No i zaczęło się, jazda bez trzymanki normalnie, bo tytułów multum, a czasu najpierw myślałyśmy, że wiele, a potem okazało się, że wcale nie. A życie nie zaczeka, obowiązki codzienne wykonywać trzeba, rodzina nie rozgrzeszy, bo książka czeka, z pracy urlopu nie dadzą, oj cinżko było. 
Poza tym przyznam, że płodozmian był konieczny, jednak nie da się tak całkiem na polskie 'jadło' przejść, no, ale dałyśmy radę i udało się wyłonić finałową piątkę oraz laureatkę. 

Wyróżnione zostały:
Małgorzata Gutowska-Adamczyk za 'Podróż do miasta świateł'
Anna Fryczkowska za 'Starsza pani wnika'
Aneta Borowiec za 'Wilczyce'
Marta Guzowska za 'Ofiarę Polikseny'
Naszą zwyciężczynią, ale też i wyróżnioną w trzech innych kategoriach została 'Wytwórnia wód gazowanych' Doroty Combrzyńskiej-Nogali. 

Ale zanim gala, zanim festiwalowe dni, najpierw była Warszawa i od tego zacznę te moje wyjazdowe reminiscencje. 

Leciałam oczywiście jedynymi słusznymi liniami lotniczymi. Jak się nie ma kasy, w innym przypadku to masochizm. O tym, jak się człowiek w tych 'niebieskich samolotach' ma (nie mylić z 'niebiesiech'), pisałam wcześniej TU, powtarzać się więc nie będę, ale na to, że moje szczęście jest takie, że akurat na termin mojego lotu otworzyli Modlin, jeszcze nie było okazji się poskarżyć, co niniejszym czynię. Gdyby nie Dorota, która przyjechała po mnie wraz z mężem, płakałabym ciemną nocą w tym Modlinie, nomen omen modląc się do Boga o litość, czyli wyruszenie w drogę autobusu, który tam miał jeszcze trochę stać, czekając na kolejny lot chyba. 
Wydawałoby się, że osoba zmęczona podróżą, 'kiedy ranne wstają zorze' na nogach, padnie na twarz zaraz po wypiciu herbaty. Nic bardziej mylnego. Tak się z Doroteą zagadałyśmy, oczywiście o książkach, że nas 3.30 zastała. Rano, ale bez przesady, zebrałyśmy swoje zwłoki do kupy i ruszyłyśmy w miasto. Pewnie niejeden rzuciłby się do butów i ciuchów, ale nie z nami te numery - my pognałyśmy do księgarń różnistych. Moim marzeniem, które narzuciłam Dorocie, biedna szła na ustępstwa, bo ją ciągle 'szczułam' tym, że zawsze o czymś tam marzyłam na obczyźnie, była wizyta we kawiarni 'Wrzenie świata'. 
Cóż ja mogę powiedzieć o tym zdarzeniu? Jeśli nie widzieliście kobiety w ledwo skrywanym amoku, to mielibyście okazję, gdybyście tam byli. Po pierwsze, od samego wejścia zobaczyłam półkę książek, które mogłyby być moje w ciemno, kupowałabym jak leci, jeśli jeszcze nie mam. Rzuciłam się do macania i tylko godnościom osobistom hamowałam okrzyki i słowne omdlenia. Dobrze, ze miałam Dorotę u boku, bo miałam do kogo kierować te wylewające się z kołnierza emocje. W przeciwnym wypadku jak nic wyprowadziliby mnie stamtąd w kaftanie z za długimi rękawami. Przeszłyśmy do drugiego pomieszczenia zasiąść przy kawie, z książkami do przejrzenia u boku. 'Wrzenie świata' nie jest duże, kiedy zobaczyłam przy sąsiednim stoliku Tochmana, znaczy to tyle, że był na wyciągnięcie ręki w sensie ścisłym. Dorota siedziała tyłem i nie widziała go, zresztą nie wiem, czy by poznała, bo ostatnio nie czyta reportaży. Pewnie nieźle była zdziwiona widząc mnie wybałuszającą oczy. To jeszcze byłam w stanie znieść w miarę spokojnie. Piszę znieść, bo nie mam charakteru osoby, która się rzuca na szyję ulubionym pisarzom przy okazji spotkania ich w sytuacji prywatnej, więc muszę znosić męki pt. 'chciałabym, ale tego nie zrobię'. No, ale jak zaraz potem wszedł Szczygieł i stanął zaraz za Dorotą, kręcił się wokół, sięgał po książki stojące pięć centymetrów od mojej kawy, poważnie mówię, nie przesadzam, o mało przytomności nie straciłam. Dobrze, że miałam przed sobą pyszną tartę pomarańczową, bo jak papież z Testosteronu zakrzyknęłam - więcej cukru - i pochłonęłam pół za jednym mlaśnięciem paszczowo-szczękowym.
Bardzo starałam się nie mieć cały czas opuszczonej szczęki i cieknącej śliny, ale nie jestem przekonana, czy mi się to udało. Spuszczę na to zasłonę miłosierdzia. 
Jeszcze we Wrzeniu dołączyła do nas Ania, polonijna jurorka z USA, razem ruszyłyśmy w rajd po księgarniach, pogrzebałyśmy w Dedalusie, w Matrasie, zajrzałyśmy do Empiku, gdzie panowie uraczyli nas zwyczajową porcją wkurzających tekstów pt. nie mamy, ale możemy sprowadzić. O ludzie, wiem, że się powtarzam, ale ten salon w Alejach Jerozolimskich ma kilka pięter, czy naprawdę raz chociaż, dla odmiany, nie mogłoby być tak, że przynajmniej jedna książka z listy jest na półce? 
W Matrasie za to ciekawa akcja, książka kupiona z jednej wyznaczonej półki, uprawnia do kupienia drugiej, z półki obok za 1zł. Na obu tytuły warte grzechu i w ten sposób za złotówkę (cena okładkowa 49.90) dostałam tę książkę


O Zapiecku i szóstym piętrze, o festiwalu też, opowiem w kolejnych wpisach. 

wtorek, 1 października 2013

Telefony do przyjaciela, czyli podręczny wehikuł czasu

Lubię czasem przenieść się w czasie do lat młodzieńczych. Prawie fizycznie czuję, że nie jestem wcale tu i teraz, a siedzę w fotelu w czasie, który nazywa się 'kiedyś'. Nie wiem, dlaczego zawsze to jest zimowy czas około-stan-wojenny, albo plaża w Mielnie czy Łebie koniec lat osiemdziesiątych.
A dlaczego tak?
Dzieją się te cuda, kiedy decyduję się na przeczytanie książki młodzieżowej. Teraz rzadziej, ale kiedy córka była młodsza, czytałyśmy te same książki (no prawie, bo wampiry i fantasy o smokach mnie ominęły), siłą rzeczy częściej przenosiłam się w czasie.
Kiedyś czytanie było daleko ważniejszą czynnością dla nas, niż teraz dla młodych, nic dziwnego, bo komputer, internet, sto programów telewizyjnych, u nas dodatkowo wszystko podwojone, bo w dwóch językach oferta, to wszystko rozprasza, a czasu tyle samo.

Dostałam do biblioteki książkę Anny Łaciny 'Telefony do przyjaciela' i nie mogłam się jej oprzeć. Okładka mnie przyciągała, ma w sobie nowoczesność połączoną ze stylem vintage.

Nie wiedziałam, czego się spodziewać, gdyż nie czytałam wcześniej recenzji, ani nawet nie zerknęłam na notkę z tyłu. Dałam się więc zaskoczyć, że to jest historia rodzinna z niepełnosprawnością w tle. A raczej z wieloma rodzajami niepełnosprawności, bo czyż nie jest tak, ze ludzie z pozoru sprawni, nie wpędzają się w różne ograniczenia?
Główne bohaterki to Ania i Marzena. Ania mniej przebojowa, zapalona i dobra szachistka, zna się na komputerach, nie bardzo lubi ruch i duże wydatkowanie energii. Marzena odwrotnie, typ sportowy, uwielbia żeglować, energiczna, śmiała, ale też i starsza, przez to bardziej dojrzała, wie, co ważne.
Obie wpadają w zawirowania uczuciowe, najgorsze, że w tych meandrach miłości / lubienia / czy raczej kto-wie-co-się-z-tego-wykluje, z czasem okazuje się, że uczucie może dotyczyć tego samego chłopaka.
Nie, to nie jest spoiler, dzieje się tam o wiele więcej, nic nie jest takie oczywiste, a dochodzenie metodą prób i błędów do jako takiej pewności właściwie obranej drogi (czy kiedykolwiek można być tego naprawdę pewnym?) przedstawione jest ciekawie i emocjonująco.  Nic więcej nie powiem, tylko tyle, że niecierpliwie przewracałam kartki, w każdej wolnej chwili podczytywałam chociaż stroniczkę, żeby wiedzieć, co dalej? I te zwroty akcji!
No i znajome pierwiastki podkręciły jeszcze moje uwielbienie dla tej powieści, bo znam Smocze Pole, znam hodowlę wspaniałych piesków rasy Pomeranian, a jedna z postaci szczyciła się właśnie jednym z nich. Poza tym podobała mi się rodzina, dziadkowie konkretnie. Atmosfera tego domu, ich charaktery, cóż z tego, że nie zdarza się to zbyt często, w każdym razie nie było  moim udziałem, ale mam nadzieję stworzyć kiedyś taką babciowo-dziadkową przystań dla swoich wnuków. Uczę się z książek :-)
Polecam nie tylko młodzieży. Po prostu nie można się oderwać.

czwartek, 26 września 2013

Niech jaskółki krytykują spółki, ale czasem spróbować warto. Wszystko gra!

Ociągałam się trochę z czytaniem tej powieści, bo nie bardzo wierzę w spółki pisarskie. Każdy twórca to indywidualista, czy ktoś widział jeden obraz malowany przez dwóch malarzy? Albo utwór muzyczny, symfoniczny pisany przez dwóch kompozytorów? A książki jednak takie powstają i czasem są nierówne. Skłamałabym, że gołym okiem widzę wszystkie szwy, ale bywa, że coś zgrzyta i już.
Wolę nie ryzykować.
No, ale dla Manuli Kalickiej, nawet żeby pisała z zastępem harcerskim, wyjątek zrobię zawsze. 
I tak sięgnęłam po Tutto bene 


Zbigniew Zawadzki - co-autor książki - wprowadził zapewne pierwiastek męski do książki, bo też i narracja jest raz w rękach kobiet, raz mężczyzn, co dodaje dynamiki powieści. 
Wszystko zaczyna się, jak to w kryminale, od morderstwa i tajemnic, które w miarę rozgryzania tematu, wychodzą na światło dzienne, ale najpierw mnożą się niemożebnie. I to jest to, czego spodziewać się można po tym gatunku.
Natomiast, co dostaniemy wraz z tym 'ogryzkiem', czyli samym centrum powieści, to już inna sprawa. Jest i obraz miasta, trochę z życia różnych grup społecznych, również przybyszy zza wschodniej granicy, jest też historia powstania pewnej miłości. Smakowite kąski, chociaż ukraiński wątek trochę stereotypowy, ale co ja tam wiem, nie mieszkam w Warszawie i nie spotykam się z opisywanymi zjawiskami.
Akcja zmienia się jak w kalejdoskopie, mam wrażenie, że to raczej scenariusz filmowy, szczególnie od połowy książka jakby zmienia charakter, wprowadzane są kolejne postaci, nie bardzo wiemy, po co oni się tam znaleźli, to się okaże, ale kiedy? Ciągle coś nowego, sceny przybywają jedna po drugiej, dziewczyna jedzie samochodem-klik-ktoś puka do drzwi, otwiera...-klik policjant schyla się pod stół i widzi...- klik - zmyślam te sceny, ale tak to mniej więcej jest, szybko, ciekawie, ale przyznam też, że następuje w pewnej chwili zmęczenie materiału, już wcale człowiek nie ma ochoty tak pędzić.
Tylko, że w takiej historii nieważne, na co mamy ochotę, dzieje się i tyle.
Podobała mi się ta powieść, wręcz entuzjastycznie ją przyjęłam, aż się sama zdziwiłam, bo jednak wiele tam schematycznych bohaterów, jakoś niespecjalnie do zapamiętania nawet, dobry kucharz, zagubiona Zosia, ci Ukraińcy z szerokimi karkami, drugi kucharz pije, manager gogusiowaty, właścicielka się nie interesuje - nihil novi, bądźmy szczerzy. A jednak ręka mi szła do książki i cieszyłam się na każdą chwilę czytania.
Jest to raczej lekki kryminał, nie spodziewajcie się mrocznych podwórek i zapoconych, przepitych policjantów w depresji. Wręcz przeciwnie, komisarz Górzyański ma całkiem normalną rodzinę, jest poukładany, ma świetne dzieciaki, psa lekko zwichrowanego (jak mój Franciszek, więc czuję więź) - tutto bene.
Czyli co, dobra ona, czy niedobra? - pewnie spytacie, bo tu coś modzę, a to, że entuzjazm, ale jednak schemat i tak w koło Macieju.
Trudno mi określić, bo słowo dobra, to nie jest dobre słowo, ona może nie jest jakaś wyjątkowa, ale uwodzi czytelnika, przyciąga, jak się już zacznie, człowiek wręcz się cieszy na myśl, że ona tam gdzieś leży i czeka, żeby kontynuować czytanie. W dobrym stylu napisana, świetne połączenie kryminału z literaturą obyczajową, monstrualnie się nie zdziwicie, ale ubaw po pachy.

Film o powstaniu książki, rozmowa z autorami TU   Z jakiegoś powodu nie mogę go tu wkleić, nie znajduje mi się w wyszukiwarce YT do włączenia na stronę. 


poniedziałek, 16 września 2013

Ale jazda!

O-ja-cie. O-ja-cie, ale mi poooszło po nerach.
Wzięłam sobie do ręki, myślę, taka bajeczka dla dorosłych fajowska, poczytam o rycerzach, księżniczkach może, koniach i krukach, to się będzie działo.
Mam wszystkie cztery tomy, bo córka wielką fanką autora jest, małżon również też.
Pomyślałam, że powieść o facecie nafaszerowanym magią i różnymi gadżetami nie z tej ziemi, albo raczej nie z tego czasu, będzie po prostu fantastyczna (nomen omen) na koniec wakacji.
Vuko Drakkainen brzmi jakoś tak swojsko, chociaż nie po naszemu. Główny bohater wysłany zostaje z misją na planetę Midgaard, gdzie mieszkają istoty podobne ludziom, do tego inne jakieś takie mniej, ale tego jeszcze nie wiedziałam na początku.
Chociaż powinnam się domyślać, że skoro go wysyłają do miejsca, gdzie poprzednie ekspedycje przepadły i trzeba odnaleźć ludzi i sprowadzić ich z powrotem do domu, nie będzie łatwo ani baśniowo.
Gdybym była bardziej zaznajomiona z fantasy, pewnie bym się tak nie rozsiadała z herbatką, rozluźniona, jedną ręką przytrzymywałam kartki, drugą drapałam psa za uchem, a tu nagle jeb w łeb.
Moja wyobraźnia jest czasem dobrodziejstwem, ale w takich wypadkach bywa przekleństwem, gdyż przywodzi obrazy dla mnie, która wszelkie filmy poza romansami i psychologicznymi, ogląda z zamkniętymi oczami (na Gladiatorze facet z fotela obok powiedział, że to nie jest słuchowisko i szkoda było za bilet płacić, skoro nie oglądam), czasem nie do zniesienia. Ludzie zaklęci w drzewa, mordercze bluszcze, niby świat taki sam, ale inny, ciągle trzeba mieć się na baczności. I główny bohater musi, i czytelnik też.
Równoległą opowieścią jest historia syna cesarza Amitrajów. Właściwie trzech synów na początku. Ciekawe, trochę jak mitologia.
Jest też część retrospektywna z młodości Vuko.
Wszystko zgrabnie połączone, chociaż na razie nie wiadomo, co robi syn cesarza w tej historii. Pewnie kolejne tomy przyniosą odpowiedź.
Nie mam wielkiego doświadczenia z tego typu powieściami, tym bardziej na wszystko reaguję, taka nadwrażliwość nowicjusza.
Ciekawa jestem co dalej, chociaż aż się boję zaglądać do drugiego tomu.
Muszę się jakoś przygotować, ale na pewno będę kontynuować, bo mnie Grzędowicz kupił i ciekawość mi już nie pozwoli zarzucić opowieści na samym początku.


Nastałam się w kolejce po autograf dla córki. Pan Jarosław wygląda tak łagodnie, a takie twarde życie zgotował swoim bohaterom.

wtorek, 10 września 2013

Opowieść 'bananowej panienki' - Monika Jaruzelska jak zwykle z klasą

O dzieciach kacyków partyjnych mówiło się kiedyś 'bananowa młodzież'. Im zawsze można było więcej, wybryki uchodziły im na sucho. Zresztą, czy to można tylko przypisać czasom komuny czy dyktatorskim latoroślom? I w nowej, wolnej Polsce słychać było o dzieciach Wałęsy i ich pomroczności jasnej, o harcach Oli Kwaśniewskiej też. Jedynie Buzkowa córka, zresztą moim zdaniem wspaniała młoda aktorka, Agata jakoś nie zapisała się we wspomnieniach jako kłopotliwa pannica.
Różnica między dawnymi czasami a obecnymi jest jedynie taka, że teraz o tym swobodnie prasa pisze, a kiedyś to były historie opowiadane ściszonym głosem w kolejkach po mięso.
Zawsze byłam ciekawa jak wyglądało życie dzieci ludzi u władzy czy w dyplomacji. Nawet nie z chęci szukania sensacji, po prostu taka socjologiczna ciekawość. 
Wyobrażałam sobie, że tym z rodzicami u szczytu wcale nie było łatwo. Pod jednym względem tak, ale pod innym nie, bo niełatwo dzieciakowi czy młodzianowi odnaleźć się wśród rówieśników, jeśli jest w szkole publicznej czy chce pojechać na obóz harcerski, a wszyscy wiedzą, czyj ci on. 
Pewnie, że były też zepsute szczeniaki, które używały życia i nie miały takich refleksji, ale nie wiem, czy to do końca ich wina. Dzieci, przypominam, są wychowywane przez rodziców, a tych się nie wybiera. Łatwo być opozycjonistą i mieć wielkie idee, kiedy się ma rodziców drukujących bibułę i dom jest przesiąknięty atmosferą 'dobrego'. Piszę dobrego w pół-cudzysłowie, bo co dla jednych dobre, przez innych jest pojmowane jako złe, też kwestia spojrzenia i (o)pozycji. 

Monika Jaruzelska zawsze mi imponowała. Miała i ma klasę, jakby się urodziła w arystokratycznej rodzinie, a nie w domu generała Ludowego Wojska Polskiego. Wprawdzie generał nie wypadł sroce spod ogona, ale jednak.
Zawsze miała w sobie coś, co nie pozwalało ludziom 'przeciągać ją pod kilem' za winy ojca, nie była atakowana, przynajmniej ja tego nie pamiętam. Była za to wyraźnie lubiana i podziwiana, za urodę, za postawę, za tę klasę właśnie.

Chciała się odciąć od działalności taty, chociaż nigdy się go nie wstydziła, po prostu chciała iść taką drogą, która utnie wszelkie porównania, dywagacje i ataki. I znalazła się w świecie mody, była arbitrem stylu, kierowała działem mody w Twoim Stylu, wtedy najlepszym miesięczniku dla kobiet (zresztą i teraz wygrywa w rankingach branżowych). Pisze o tym w swoich wspomnieniach, jak również o swoich szkolnych latach, o przyjaciołach, o mężczyznach, ale znowu tutaj widać klasę, bo żadnych sensacji, po prostu wspomina i to śladowo, tylko w kontekście swoich losów. 

Ale najważniejszą nutą książki jest jej relacja z ojcem i relacja z polityką w związku z tym. Czyli jest o niej i o tacie, o mamie, o podróżach, o ludziach, których spotkała, od największych głów państwa do pracowników ochrony. Ze swadą, dużą dozą humoru, czasem ironii, z dystansem i gładko, opisała to po prostu świetnie. Czyta się jakby się słuchało opowieści, leżąc w łódce na środku jeziora. Miło, słonecznie, dużo czasu, fajnie się słucha. Może dlatego, że czytałam w słoneczny dzień lipcowy, tak mi się kojarzy. 

Jeszcze kilka słów o Wydawnictwie Czerwone i Czarne. Uwielbiam ich sposób wydawania książek, to, że wszystkie mają ten sam format, przyjazną czcionkę i są 'miękkie w rękach'. Poza tym mają dobre tytuły, warto się z nimi zapoznać. Mąż właśnie skończył czytać 'Po południu. Upadek elit solidarnościowych po zdobyciu władzy' Roberta Krasowskiego i jest zachwycony. Mam kilka tytułów od nich, kupionych bez świadomości, że to jest Czerwone i Czarne, zorientowałam się dopiero przy ustawianiu na półce. Dziwnym trafem, kiedy jestem w księgarni, ich pozycje przyciągają mój wzrok, a idę z planem kupienia całkiem innej książki. Przeglądam i prawie zawsze kupuję coś od nich, a to Passenta wspomnienia, a to Życie artystek w PRL Kopra, zainteresowała mnie też książka o Muńku Staszczyku, a rozmowy Łapickiego z żoną już niosłam do kasy, ale zabrakło mi pieniędzy, a nie miałam karty, wiec mi tak wisi w głowie. 
I nie jest to tekst sponsorowany, żeby było jasne. Co za czasy, że to trzeba zawsze dodać, żeby być wiarygodnym :-(

wtorek, 3 września 2013

Eli i Charlie na Dzikim Zachodzie czyli bracie gdzie jesteś?

Kiedy byłam mała, mój tata na widok jakiegoś marnego zespołu wokalnego złożonego z pań, które nieudolnie śpiewały po angielsku , ironicznie komentował - Siostry Sisters śpiewają. Zawsze mnie to bawiło.
Zobaczyłam tytuł 'Bracia Sisters' i od razu uśmiechnęłam się do wspomnień. Wróciły do mnie też czasy świąteczne, kiedy zajadając pieczonego indyka na zimno, siedząc na podłodze, oglądałam westerny. Lubiłam ten gatunek, oczywiście zawsze chciałam być Indianką. A jak przybył na białym koniu Winetou to już w ogóle byłam kupiona.

Potem długie lata traktowałam ten gatunek jako wymarły, nadający się do cyklu 'w starym kinie amerykańskim', ale nie kontynuowanym więcej. Jakie było moje zdziwienie, kiedy obejrzałam Księżyc Komanczów i oszalałam na punkcie współcześnie robionych filmów czy miniseriali tego gatunku. Przede mną lektura 'Na południe od Brazos' ale w między czasie w ręce wpadła mi książka Patricka DeWitta.


Opowiada ona historię braci z Oregonu, płatnych morderców na szlaku, którzy podróżują przez kraj w celu wykonania kolejnego zadania. 
Jest koniec XIX w, gorączka złota, wiemy czym to pachnie.
Panowie podróż mają przed sobą długą, raz śpią pod gołym niebem, raz w hotelu, raz wystarczy koc pod głową, raz pod sobą mają jakąś dziwkę. Bardziej Charlie, bo Eli to idealista, wierzy w miłość, tęskni za matką i spokojnym życiem, nawet do konia, lekko niewydarzonego Baryłki, ma specjalne podejście. Co mu nie przeszkadza zabijać, okradać i robić wszelkie straszne rzeczy, które się wtedy wyprawiało. 
Na szlaku spotykają feerię barwnych postaci, człowiek aż czeka na kolejne zdarzenie. 
To jest powieść drogi, jak w takim przypadku, człowiek idzie do celu, ale też i w tym dążeniu odnajduje siebie. 
Nudno nie jest, to pewne. 
Podobał mi się styl powieści, lekko ironiczny, gawędziarski, ale kiedy trzeba dosadny. Jest też trochę wspomnień, rozważań natury osobistej, o związkach międzyludzkich, z kobietami, ale i między braćmi. Eli jest bardziej refleksyjny i niejednoznaczny, taki trochę współczesny. Charlie to 'wzorzec metra z Sevres' jeśli idzie o gatunek, klasyka, głośny, bezmyślny, pije, kobiety traktuje instrumentalnie, morduje bez zastanowienia. Połączenie dwóch charakterów braci stanowi tło psychologiczne, ciekawe. 
Są też momenty magiczne, nierealne, nie bez kozery mówią o tej książce, że widać wpływy Tarantino i Braci Coen, a że akurat lubię ich wszystkich, ta powieść wpasowała mi się w gusta jak robiona na miarę rękawiczka. 
Ma ona jeszcze jedną zaletę, jej treść i klimat to coś świeżego, chociaż wydaje się nihil novi, po prostu najrzadziej, jeśli w ogóle, czytamy o Dzikim Zachodzie. Świetna odmiana, tym bardziej, że książka autentycznie dobra. Polecam

Na koniec podrzucam link do trailera Księżyca Komanczów (nie wiem, czy w Polsce to nie było pod tytułem Czas Komanczów?), to jest prequel 'Na południe od Brazos', miniserial trzy odcinkowy. Świetna obsada i jak nakręcony! Warto zobaczyć












               

wtorek, 27 sierpnia 2013

O kolekcjonerkach śrub lewoskrętnych, o Frycu, co mówi jak Bartoszewski, o sensie ścisłym i narratorze, który duchem się zdaje

Wiele demonów mną targało, ale takich dobrych demonów, zbuntowanych rzecz by można, mną targało. Słuchałam powieści Jerzego Pilcha i było to dla mnie takie przeżycie, że sama nie wiedziałam, co mam ze sobą począć w tych chwilach? Nieczęsto mnie takie uczucie ogarnia. To jest jak nieopisana euforia czytelnicza, która powoduje, że się człowiek na równe nogi zrywa i biega bez ładu i składu, a przynajmniej ma na to ochotę, żeby te emocje, które od środka rozpierają, jakoś zminimalizować, ułożyć w środku potrząsając, jak workiem z orzechami, które się ledwo mieszczą.

Wiem, że w polskim radio czyta tę powieść Maciej Stuhr, ale ja miałam wydanie z Jerzym Radziwiłowiczem i nie żałuję. Jeśli mi kiedyś wpadnie w ręce to drugie nagranie, posłucham jeszcze raz, bo książka jest znakomita.

W tej powieści Pilch wraca na Śląsk Cieszyński do Sigły. Uwielbiam powieści dziejące się w małych miastach. W dużych aglomeracjach powstają książki o tym, jak człowiek jest samotny i zagubiony w tłumie, w małych miastach mamy do czynienia z utworami o tym, jak nic się przed ludźmi ukryć nie udaje. Chociaż to jest złudne, bo już po kilku miesiącach mieszkania w Warszawie zorientowałam się, że jednak to nie jest taki tlum i ciągle spotyka się tych samych ludzi, a i oni wiedzą o nas więcej niż by się zdawało, ze to możliwe. Ciągle ktoś okazywał się znjaomym kogoś, kogo i my znamy i tworzyły się kręgi, a to sąsiedzkie, a to koleżeńskie, ktore się z czasem zacieśniały do obrazu wielu małych miast w dużym mieście.
Znowu w małym mieście potrafi wrzeć od skrywanych tajemnic i tylko mucha na ścianie, latająca z domu do domu, pod warunkiem, że jej nikt nie utłucze, może zebrać te wszystkie tajemnice i wieści do kupy.

W nowej powieści Pilcha mamy do czynienia ze wszechwiedzącym narratorem, który jak duch jakiś, przemieszcza się wśród ludzi, domów, zdarzeń, widzi wszystko, komentuje, ale nie zdradza za wiele przed czasem. To było jak powrót do czasów młodzieńczych, do prozy Marqueza, do włoskich czy francuskich filmów, do realizmu magicznego, a przede wszystkim do poczucia, że w sztuce wszystko jest możliwe, że wszelkie progi logiki, fizyki, 'zdrowego rozsądku', tego, co można, czego nie można, są przekraczalne i dowiadujemy się ciągle czegoś nowego, wciąż doświadczamy naiwnego zaskoczenia, że coś wydawało się inne niż w rzeczywistości.

Nad tym wszystkim unosił się przewspaniały, bogaty językowo, zaskakujący, chociaż przecież niezaskakująco wyczekiwany, styl Pilcha. Za każdym razem, kiedy słyszałam 'w sensie ścisłym' czy powiedzieć... to nic nie powiedzieć, uśmiechałam się szeroko, bo było tak, jakbym spotkała dawno nie widzianego przyjaciela, który ma tylko sobie właściwe kody językowe i za to przecież go kochamy, na to czekamy.

Opowieść ta jest po prostu cudna. Słów brak na to, jak bardzo. Zaczyna się od przyjazdu siostry Mrakówny do Sigły w towarzystwie, o zgrozo!, katolika. Czy ojciec, luterański pastor Mrak powinien, czy może, czy to wypada ją wpuścić? A może przegnać? Ale jak przegnać, skoro to jedyna córka, jaka mu została? Co robić?
No właśnie, jedyna córka, bo druga kilka lat temu zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach.
Wracamy do tamtych zdarzeń, zaraz przed i po zniknięciu. Tajemnicze osoby i wiadomości pojawiają się na scenie, dziwne zachowanie córki, która nie zniknęła. Trumna pana Wzmożka, która nie chce dać się wyprowadzić z domu, wizyta Gońca (przewspaniały opis tejże), tajemniczy mężczyzna w czarnym overolu, pusty dom doktora Nieobadanego, wszędzie nas tam narrator zabiera, zaglądamy do głów bohaterów, jesteśmy w środku wydarzeń, unosimy się nad Sigłą, nie ma dla nas granic poznania.

A do tego Jerzy Radziwiłowicz. Wiem, że wszyscy chwalą Stuhra, ale nie mam porównania i nawet nie chcę porównywać, pan Jerzy jest po prostu fantastyczny. Bardzo rozbawiło mnie to, że Fryc Moitschek jest czytany tak, jakby to mówił Władysław Bartoszewski, ze wszystkimi cechami jego wymowy, włącznie z nadprodukcją śliny. Myślę, że jest to przypadek, ale tak to słyszałam i dodatkowo mnie to w świetny humor wprawiło.

A tak już najsam koniec, pewnie dla wielu to nie ma znaczenia, ale dla mnie było dodatkowo przyjemne - nazwiska pilchowych bohaterów są po prostu nie do podrobienia, w sensie ścisłym.
Powiedzieć, że ta książka mi się podobała, to nic nie powiedzieć.
Kocham Pana panie Pilch (za de-florecistki też)

piątek, 16 sierpnia 2013

Papusza - historia Cyganki w pigułce

Angelika Kuźniak napisała tę książkę, ale większość stron wypełniona jest listami i wypowiedziami spisanymi z nagrań, ma się więc wrażenie, że to sama Pausza czyli Bronisława Wajs, do nas przemawia.

Zachwycająca okładka, od tego zacznę. Nie jakieś tańce i tabory, widowiskowe konie i ogniska, czyli po najmniejszej linii oporu, ale właśnie twarz kobiety ukryta w rękach zwiniętych w pięści. Oddaje ducha opowieści o trudnym żywocie kobiety wrażliwej. Czarnobiała jak film państwa Krauze.

Co wiecie o Cyganach? Pewnie jak i ja, prawnie nic. Bronią dostępu obcych do swojego grona. Moje doświadczenia to koncerty zespołów cygańskich, na które zabierał mnie tata, kolorowe stroje, specyficznie tańczące kobiety, energiczna muzyka, podobało mi się. Te koncerty były bardzo popularne.  W domu ja i koleżanki próbowałyśmy tak jak tamte kobiety tańczyć, wyginając się do tyłu, przyklękając na kolano.
Rodzice nie mówili o Cyganach źle, ojciec często rozmawiał z wróżącymi kobietami w parku, nigdy go nie oszukały, ale też i sam sięgał po pieniądze, żeby coś im dać. Mówił do mnie wtedy - taki mają styl życia, wolni jak ptaki, w ten sposób zarabiają na życie. Czasem Cyganka zajrzała do domu, ale rzadko, bo w mieście, wtedy babcia czy mama coś tam dawały do jedzenia. Patelnie od Cygana były najlepsze, chciałabym mieć taką teraz. Byli częścią naszego życia. Nie pamiętam taborów, ale pewnie dlatego, ze mieszkaliśmy w mieście, a i to był pewnie już schyłek.
Potem nie było już tak wesoło momentami, raz mnie Cyganki w czasach licealnych z pieniędzy obskubały, chciałam zapłacić za wróżbę, bo zakochana byłam, nawet mi na rękę, nomen omen, było, żeby mi powiedziały, co dalej mnie czeka. No, ale wyrwały kasę, co tam miałam i chodu. A ja osłupiała zostałam w tym parku. No, ale czyż taki proceder jest tylko Cyganom właściwy?
W klasie w liceum mieliśmy jednego chłopaka z takiej rodziny, ale majętnej, widać było po nim. Nikomu do łba nie przyszło jakoś go z powodu pochodzenia sekować. Nie byliśmy wyjątkowi, po prostu chyba fakt, że jesteśmy wszyscy na Ziemach Odzyskanych, że nasi rodzice wszyscy skądś tam przyjechali, wyrobiło u nich, a potem automatycznie i u nas, zrozumienie dla inności. Tak sobie to tłumaczę.

Sięgnęłam po tę książkę i oniemiałam, o ile można powiedzieć tak o czytelniku. Zaczyna się od dawnych czasów, przed wojną, dużo o życiu w taborach, o zwyczajach. Potem wojna, wszystkim było okropnie, ale im chyba strasznie okropnie. To wszystko takie ciekawe, takie przejmujące. A w tym Papusza, dziewczyna głodna świata, wiedzy, sama nauczyła się pisać i czytać, do szkoły nie przyjęli, płaciła dzieciakom, żeby ją wprowadzili w świat liter. Niesamowite.
Ciekawe, czy miałaby w sobie taką determinację, gdyby wiedziała, że to ją zgubi, ale i wyniesie na piedestał?
Co mnie zszokowało, to fakt, że Bronisława Wajs nie wiedziała, nie czuła, jak jest wielka. Sławił ją Tuwim, głosił Ficowski, a ona wszystki przepraszała i przepraszała, ciągle to robiła. Za wszystko. A jak już poszła na swój wieczór autorski, dziwiła się, że ktoś jej wiersze czyta, że się im chce tych prostych rymów słuchać.
Wspaniała i jednocześnie tragiczna postać. Uwielbiana przez ludzi, przez swoich wyrzucona poza nawias, nawet znienawidzona. Do tego czasy trudne, przymusowe postoje, osiedlania Cyganów.
Na to wszystko nałożyła się choroba psychiczna poetki, pewnie 'zawleczką' były problemy wśród swoich. Nie rozumieli jej. A ona tak kochała i to życie, i przyrodę, i była dumna z przynależnosci do tego narodu. Dlaczego oni tego nie rozumieli, dlaczego nie widzieli?
Chciałabym zrozumieć, dowiedzieć się więcej. Ta książka jest zaledwie zaczynem, zostawia niedosyt, mam nadzieję, że dzięki filmowi ten temat stanie się popularny i coraz więcej będzie można przeczytać i dowiedzieć się.
Przez cały czas towarzyszył mi wstyd, że tak mało o Cyganach wiem, a przecież współżyli z nami w Polsce, jak my byli Polakami, nie widziałam nawet, że byli wierzący i w szoku byłam, że w książce jest o Bożym Narodzeniu czy Wielkanocy obchodzonej w taborze. Straszna ignorancja.

Na koniec wytłumaczę się z tego, dlaczego używam słowa Cygan, Cyganie. Otóż sama poetka chciała, żeby tak o niej mówić, to raz. Po drugie nie rozumiem tej 'poprawności' i nowomowy. Nie w słowach zawiera się szacunek dla innych, wszystko jedno czy się powie Rom czy Cygan, zależy jak się powie. To jest jakieś nienaturalne. Od zawsze mówiło się Cyganie, nie pamiętam, żeby to było pejoratywne w ustach mojego ojca na przykład, po prostu stwierdzenie faktu. Tak jak nazwanie kogoś Żydem. I tego się będę trzymać.

P.S. Już dawno chciałam napisać, bo ebooka kupiłam w przedpremierowej sprzedaży na Virtualo (nawiasem mówiąc fatalnie przygotowany, czytało się jak pirackie wydanie, powtórzenia, zbitki słowne, a zapłaciłam 19.90. Wprawdzie wymiana mailowa była sprawna, ale nic im się nie udało z tym począć, obciach). Nie mogłam, bo blogger nie działa, jak się okazuje tylko, kiedy używam Mozzilla Firefox. Czy ktoś ma na to lekarstwo?

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

W telewizji o Pilipiuku, niestety nic dobrego

Jakoś się nie mogę pozbierać. Wyjazdy, powroty, stresy, zamieszanie, wszystko to spowodowało, że nie mogę wrócić na blogowy szlak. Zapewniam Was, że nie ma dnia, żebym w duchu nie dyskutowała z Wami o oglądanym filmie, czy nie obiecywała sobie, że zaraz muszę o tej czy innej książce napisać. Listę tytułów, które czekają na opisanie, musiałam zacząć prowadzić, żeby o nich nie zapomnieć.
Znalazłam ją dzisiaj i za głowę się złapałam, ile tego czeka na uwagę.
Podczas mojego pobytu w czerwcu w Polsce wzięłam udział w programie telewizyjnym 'W twardej oprawie', jak nazwa wskazuje o książkach. Nadaje go koszalińska telewizja Max, nie da się go zobaczyć online. Może i dobrze, bo mogę Wam wcisnąć kit, że wypadłam świetnie :-)
Żart.

Rozmawialiśmy o książce Andrzeja Pilipiuka 'Wampir z MO"
Napaliłam się na nią jak szczerbaty na suchary, dostałam do przeczytania zawszasu, na tydzień przed nagraniem programu i jak tylko znalazłam miejsce, żeby kupić pyszną kawę i w kąciku się z nią i książką zedekować, natychmiast rozpoczęłam lekturę.
Pilipiuka znam i lubię, może nie spodziewam się po nim wyżyn intelekturalnych, ale dobrej zabawy na pewno, tym bardziej, że temat taki wspomnieniowy, bo MO wskazuje na PRL. Nie czytałam Wampira z M-3, stoi u córki, od razu tego pożałowałam, ale pomyślałam, że chyba nie będzie jakiejś wielkiej ujmy, gdyby okazało się to kontynuacją.
Ujmy nie było, nic nie było, bo książka jest po prostu do chrzanu. I nie będę owijać w bawełnę, gdyż akurat ten autor takiego babola popełnić nie powinien był.
Od drugiego rozdziału podśpiewywałam pod nosem (trawestując słowa piosenki Republiki) - taaaa pooowieść jest, pisana dla-pie-nię-dzy, tlala-la-lala
Banalna, nudna, pełna dziwacznych porównań, opisów wcale nie śmiesznych (wachlował się uszami, że niby jak Urban) - a mogło być tak pięknie.
W książce Pilipiuk wykorzystuje różne kody współczesnej kultury, jak na przykład film Ring i wychodzącą z ekranu dziewczynkę czy sagę Zmierzch. Wyszło blado, chociaż uważam, że zaczyn był. To jakby zacząć robić obrus na duży stół okrągły, rozpocząć kółeczkiem, szydełkować dalej i dalej, dojść do -nastego rzędu i zrezygnować. Dokończyć na kolanie lub wcale, ale nie rezygnować z położenia go na przyjęcie gości przybywających na przyjęcie z drogimi prezentami (przecież zakup książki nie jest tani). Tak się czułam, jakbym siedziała przy porcelanie ustawionej na niedokończonym obrusie, a w tej porcelanie drugie parzenie kawy fusiastej. Gdybym kupiła tę książkę, szlag by mnie trafił jasny.
Nawet nie będę o niej więcej pisać, bo szkoda mojego czasu na pisanie, a Waszego na czytanie.
Nie polecam. Tylko niewyrobiony czytelnik może się tym zbiorem opowiadań zachwycić.



sobota, 27 lipca 2013

Nie jestem cwaniarą czyli o tym, czego się dowiecie, chociaż nie zawsze byście chcieli

Wiedziałam, że jeśli jej nie przeczytam uszami, to nie przeczytam wcale, gdyż ta powieść reprezentuje sobą wszystko to, czego nie lubię, a raczej nie chcę wiedzieć, że istnieje.
Drugą rzeczą, która mnie od tej książki odstręczała to autorka. Nie znam, nic do niej nie mam, ale się boję tej babki. Zawsze jak występuje w telewizji, czy to w Hali Odlotów, czy innych programach, niepokoi mnie jej spojrzenie, różowa grzywka i jakiś taki diaboliczny wzrok. Poza tym jest napastliwa, jeśli jej się interlokutor niekompatybilny okazuje.
Tak jak bym nie chciała nigdy wejść w dyskusję z panią Chutnik (chociaż jest błyskotliwa i niewątpliwie inteligentna) , tak jej bohaterek nigdy nie chciałabym w tramwaju spotkać. Ani nigdzie. Czytam czyli słucham i nabywam przy okazji przeświadczenia, że ze mnie jest straszna gułowata pierdoła, co ani nożem, ani kopem, ani pieścią, ani w ogóle niczym nikogo nie załatwi (uwielbiam zasadę wielokrotnego zaprzeczenia w języku polskim, czyż to nie dodaje mocy stwierdzeniu?).
Ani palca w oczodół bym nikomu nie włożyła, ani noża pod żebra, ani delikwenta do bagażnika bym nie zapakowała w celu zmiękczenia, ani nie podpaliła hochsztaplera, ani nie zemściła na kolesiu, który za mną gwizdnął na ulicy, taka beznadziejna jestem.
A bohaterki 'Cwaniar' wszystko to potrafią, a nawet więcej.
To wrażenie pierwsze.
Ale jak się tak człowiek zasłucha, to przecież widzi, że pod tym bandyckim płaszczem, jest wrażliwość taka, jak każdej kobiety, która chce być kochana, ceniona, jest czuła, umie być przyjaciółką na śmierć i życie, dobrą córką, matką, rozpacza po śmierci partnera. Tylko chamstwa  zdzierżyć nie może. I niesprawiedliwości, jej serce po stronie uciskanych. A środki do minimalizowania czy karania tychże ma takie jakie ma. Bo sprawiedliwości musi być, bo porządek musi być, a że przy tym logika lekko pokrętna, to już mój problem, nie ich.
Oprócz dziewczyn z miasta, samo miasto jest też bohaterem. I tu widać, że Sylwia Chutnik kocha to miejsce na mapie, ale czasem go nie lubi, bo ono trudne jest, wymagające
Audiobooka czyta Maria Seweryn. Jest rewelacyjna. Nie tylko świetnie radzi sobie z tekstem, ale jest wartością dodaną książki, ona jest Cwaniarą, to wszystko wychodzi u niej z trzewi, z serca, nie ogranicza się do bycia ustami druku jedynie. Myślę, że zasługę, że mimo wszystkich przeciwności pokochałam tę książkę i to bardzo, można przypisać na równi lektorce, co pisarce.
Sylwia Chutnik ma świetne pióro, bardzo czułe na melodię języka, na rytm, ani na chwilę nie gubi stylu cwaniary, a ponadto pięknie wplotła w słowa bicie serca Warszawy. Polecam, chociaż momentami łatwo nie będzie, za to bywa śmiesznie i wzruszajaco. Zakończenie rewelacyjne.
No i czyż okładka nie jest równie udana?