sobota, 22 marca 2014

"Kto kupi szereg, kto kupi rząd, kto kupi jedności front?" - czyli bardzo osobista opowieść o STS'ie

Od kilku dni zachodzę w głowę, jak Wam o tej książce opowiedzieć. Bardzo chciałabym zachęcić, ale jednocześnie zdaję sobie sprawę, że wiele z Was powie - nie słyszałam, nie znam tego pana, nic o tym nie wiem, nie interesuje mnie to. Z tego powodu smutno mi niezmiernie, bo to nie tyle świadczy o tym, jak jestem stara, chociaż też, ale głównie o tym, że w pogoni za nowościami, których teraz tak dużo, zapominamy albo nie mamy czasu na to, co było kiedyś, z czego wyrastali późniejsi samodzielni twórcy, tacy jak Osiecka czy Stanisław Tym. 
STS - dla mnie nazwa legenda, słyszałam, ale nie widziałam, z wiadomych względów nie było mi dane, albowiem Studencki Teatr Satyryków zaczął działać w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych. 
Jarosław Abramow Newerly opisuje pierwsze lata działania tej grupy. Syn Igora, autora między innymi Chłopca z Salskich Stepów, Pamiątki z Celulozy, Archipelagu ludzi odzyskanych,  niezwykle popularnego po wojnie w Polsce, młodemu Jarkowi trudno było znaleźć swoje miejsce w życiu w cieniu takiego ojca. Próbował różnych rzeczy, myślał, żeby zostać aktorem, skończyło się na tym, że zaczął studia polonistyczne. W tym czasie z grupą przyjaciół zaczął tworzyć STS właśnie. Filarami tej grupy byli również Andrzej Jarecki, Jerzy Markuszewski, Andrzej Drawicz i kilku innych. Były to niezwykle trudne czasy, mówić Wam tego nie trzeba, pozorne odwilże, potem nagłe 'branie za mordę' ('56), znowu poluzowanie smyczy i tak w kółko. Raz władza chciała pokazać ludzkie oblicze, raz kły. Młodzi w tym wszystkim, jak to młodzi, robili swoje, trochę butnie, trochę bezczelnie, pchali się do przodu. Raz im się udawało, raz nie, ale tej grupie akurat, myślę, że się tego nie spodziewali, udało się stworzyć miejsce legendarne, jedyne w swoim rodzaju, z którym współpracowało wielu potem wybitnych aktorów, muzyków czy pisarzy. Od mnogości nazwisk ludzi znanych potem bardzo, a wtedy dopiero początkujących, może zakręcić się w głowie. Miałam dreszcze, kiedy mowa była o Oldze Lipińskiej, Zbigniewie Cybulskim, Kobieli, Zapasiewiczu, Markuszewskim, Krystynie Sienkiewicz, Zofii Merle i innych. 
To nie jest sucha monografia STS-u, to są zapiski osobiste Jarosława, zresztą ich trzecia część po Lwach z mojego podwórka i Lwach wyzwolonych (o czym dowiedziałam się później). Dzięki temu, że jest to raczej pamiętnik, ta książka oddaje wspaniale atmosferę tamtych lat, podaje na tacy wiele delicji w postaci anegdot, tekstów, nie wszystkim znanych faktów. Nie tylko o grupie satyrycznej tam jest, ale i o filmach kręconych w tamtych czasach, o oficjelach na wysokich stołkach, o reżyserach i aktorach, którzy najpierw byli młodymi szczawiami po szkole lub wręcz kolegami z licealnej ławy. Albo znajomymi ojca przychodzącymi do domu rodzinnego na pogaduchy. 
Cóż za opowieść o czasach, które minęły. Uśmiałam się nie raz, kiedy autor opisywał swoje podboje miłosne, nie zawsze mu wychodziło, za nic nie chciał, żeby dziewczyna 'zrobiła z niego wała' jak sam mówił, ale cóż, zdarzało się. Albo jak pisze o swoich 'pracujących wakacjach' podczas kręcenia Pamiątki z Celulozy, spotkaniu z malarzem o nazwisku Byk, który potem okazał się innego nazwiska, bardzo potem znany, również ze swoich podbojów, ale Wam nie powiem, może Was to zachęci do poczytania. 
Przyznał się do różnych słabostek, pomyłek, jak na przykład do tego, że nie poznał się na talencie Cybulskiego i Kobieli, na ich pomyśle na teatr Bim Bom i jak zaskoczył go ich sukces. W ogóle czasem pisał o kimś trochę z góry, żeby zaraz potem przyznać, że na wyrost, na przykład Jerzy Dobrowolski przez niego wzgardzony, świetnie się odnalazł na estradzie. Hłasko przewija się prawie przez całe zapiski, najpierw jako nikomu nieznany młody chłopak z ciekawą i dziwną przeszłością robociarza, któremu ojciec Jarosława pomaga, do tego stopnia, że pożycza mu, wtedy skarb - maszynę do pisania, której to nie zaoferował piszącemu już wtedy Jarosławowi. Czyli szpila zazdrości. Ale musiał przyznać, że był utalentowany ten skurczybyk o twarzy łobuza. 
Tu jest tyle nitek, tyle fajnych tropów, że aż korci, żeby sięgać dalej, po wspomnienia innych ludzi. Dlatego już wygrzebałam z czeluści regałów Zapiski scenarzysty Stawińskiego i Szpetnych czterdziestoletnich Osieckiej, kupiłam na Allegro Wczasy pod lupą Andrzeja Drawicza, książkę o Hłasce, szukam więcej pozycji i ciągle coś znajduję. 
Nie wiedziałam, że STS obchodzi w tym roku jubileusz, ta lektura to był przypadek, ale dzięki temu audycja Teresy Drozdy w Strefie Kultury o tej grupie własnie, miała dla mnie drugie i trzecie dno, słuchałam o zdarzeniach, tytułach, ludziach, których właśnie 'poznałam' z książki Newerlego. Cóż za przeżycie, normalnie machina czasu. Jeśli jesteście zainteresowani zajrzyjcie pod ten link na stronie RDC PODCAST STREFY KULTURY Ryszard Pracz i Lech Śliwonik o STS

Szukając w sieci informacji związanej z tą książką, natrafiłam na etiudę filmową Agnieszki Osieckiej o STS, kilka minut, a oddaje świetnie atmosferę i ducha. Wzruszyłam się bardzo.
Patrzcie na te dziewczyny w fajnych kieckach, na młodą Czyżewską, na tych chłopaków, z których wielu już nie ma między nami. 
Zachęcam Was do lektury czy odsłuchania audiobooka, świetnie czyta Marek Lelek. Chciałabym go częściej słyszeć w książkach.
A ja po przerwie na Bezcennego, wracam do słuchania poprzednich Lwich części Jarosława Newerlego. Obejrzę pewnie też filmy, o których wspomina, bo mam już na nie zupełnie inne oko. 
Tak się cieszę, że natrafiłam na tę pozycję. 
Czasami myślę, że mimo, że tamte czasy były trudne, chyba chciałabym w nich żyć. 

 
Agnieszka Osiecka i Jarosław Abramow-Newerly 1963 rok (zdjęcie pochodzi ze strony http://www.sukcesmagazyn.pl/artykul/827141.html?print=tak&p=0)



środa, 12 marca 2014

Zamiana - czyli powieść za piątkę na piątkę





Ta mini powieść ma niecałe 100 stron. W rękach nie waży nic, wydaje się, że jakby jej nie było. Ale po przeczytaniu jej waga jest nie do opisania. Po prostu ma się wrażenie, że to książka wielka jak Pałac Kultury. 
Dmitriew i jego żona Lena mieszkają w jednym pokoju z córką Nataszką. Jego matka jest chora, już mocno starsza i prognozy na jej wyzdrowienie są marne. Lena, kiedyś przeciwna wspólnemu zamieszkaniu, teraz nagle nabiera na to ochoty. Nawet nie kryje, że chodzi o to, że jak matka umrze, jej pokój przepadnie i możliwość na dwupokojowe mieszkanie automatycznie też. 
Naciska męża. Robi się gęsto od emocji. Tych jawnych i tych tłumionych. 
Ta sytuacja jest impulsem do powrotu do przeszłości, Dmitriew przemyśliwa początki związku z Leną, o tym jak układały się stosunki z rodziną i z teściami, jak on się w tym wszystkim odnajdował. Wydawałoby się, że to aż nadto na takie gabaryty, ale jest jeszcze szczególik, o którym pisać nie będę. Smaczek. No i oczywiście realia moskiewskie lat 60tych. 
Ta niepozorna książeczka, która dla mnie jest maxi jeśli wziąć pod uwagę treść, przypomniała mi o tym, jak mięsista potrafi być dobra literatura, jak ważne jest każde słowo, że nie trzeba miotać się po kontynentach, przenosić w czasie, żeby było treściwie. Oczywiście można, ale od jakiegoś czasu obserwuję taką właściwość, że jak nie ma rozmachu, rozpiętości wieków, to nie ma się czym chwalić. A to nie tak. Można nie wychodzić poza obszar kilku ulic, poza jeden pokój nawet, a napisać wspaniałą, kompletną powieść, której nic nie brakuje. 
Na FB napisałam, że znajduję ten znakomity styl u wielu dawniejszych pisarzy, u współczesnych trudno. Niestety takie mam wrażenie, że pisze się coraz więcej, niekoniecznie lepiej. Tym bardziej warto sięgać po starsze powieści, można je tanio kupić na Allegro, za Zamianę zapłaciłam złotówkę, z wysyłką 5. 
Książką za piątkę na piątkę. 

wtorek, 4 marca 2014

Azali powiadam wam - warto

Będę szczera jak pole - nigdy w życiu bym po tę powieść nie sięgnęła gdyby nie - że polecę Żuławskim tym od nocnika -
a) fakt, że książka jest zgłoszona do Festiwalu Literatury Kobiecej w Siedlcach, gdzie oceniam książki jako blogerka zagraniczna
b) moje zeszłoroczne spotkanie z autorką i to, że szalenie mi przypadło do gustu jej żywe i bardzo wprost postrzeganie rzeczywistości oraz sposób wyrażania myśli. 
Pomyślałam, że nie ma możliwości, żeby taka babka jak Katarzyna Bulicz-Kasprzak napisała babola literackiego. 
No, ale ta okładka - jak dla mnie odstraszająca, co będę udawać. Wiem, że taka moda itd, niech sobie będzie, ale mnie by było wstyd z tym po ulicy chodzić. Nie, że taka okropna, ale strasznie romansowa, a ja wyglądałabym z taką 'tematyką' jak dzidzia piernik. 


[o cholerka, zapomniałam zdjąć obrus, na którym wyleguje się Franek,kiedy nas nie ma w domu (tam zawsze świeci słońce w dzień)]

Wydawcy książek są czasem sami sobie winni, bo zawężają okładką grono odbiorców, nie sądzicie? Czy nie mogłaby ona być troszkę bardziej uniwersalna? 

Niestety kierowana przekazem z obrazka na obwolucie, sięgnęłam po tę powieść lekko zniechęcona. Wielka ambiwalencja uczuć mi w każdym razie towarzyszyła. Gotowa byłam ją odrzucić jak tylko okaże się coś nie tak, przyznam, że trochę czekałam w blokach na znak sygnał, wystrzał pistoletu startowego. Niech no tylko jakiś fałsz, za słodko, szczebiotliwie i już by była wspomnieniem. Niedokończona.

Od pierwszej strony zaskoczyło. Widziałam w tym tekście autorkę, jakby to ona mówiła, jakbym siedziała obok przy stoliku z kawą i ciastkiem. Kurczę, jakby tu była.
Trochę mi oko zbielało, kiedy pies, a w ślad za nim kot i mysz, zaczęli mówić i bohaterka to rozumiała. Zbielało z rozpaczy, bo myślałam, że nie zdzierżę. Nie chcecie wiedzieć, jakie wokół fotela słowa krążyły. Już myślałam, że trzeba będzie się pożegnać. Odłożyłam. Przeczytałam inną książkę 

Ale poczucie humoru, z jakim jest ta powieść napisana, jednak zwyciężyło. I ciekawość, co dalej, chciałam wiedzieć, czy ta książka ciąży w kierunku 'nic nowego', czy 'nic nowego, ale jak ujęte!'

Bohaterka pracuje w korporacji. Baba żyleta. Bezkompromisowa, dokładnie wie, z czym się je ten korporacyjny chleb, jak rozgrywać, blefować, kiedy iść va banque. I od tego się zaczyna, od biegania, mimo braku treningu i omdlenia, co było do przewidzenia. A potem diagnoza - glejak, rak mózgu, nic nie możemy dla pani zrobić. 
Załamała się? Położyła na miesiąc do łóżka? Zaczęła walczyć i mimo wszystko podjęła leczenie? Z ostatniej strony okładki wiemy, że pojechała do chaty na prowincji. I to jest właśnie nic nowego, ale tak opisane, tak ujęte, że nie mogłam tej powieści, mimo początkowych uprzedzeń, odłożyć. 

Niezwykle konsekwentnie napisane, i jeśli idzie o treść, i język, co miało się prawo rozejść jak oszukany sweter góralski, bo dialogi były ludzkie, psie, kocie, mysie i sąsiedzkie, każdy w innym stylu się wypowiadał. Fantastyczne one jednak były, nie każdy może powiedzieć, że umie tak pisać właśnie dialogi, a do tego przeplatane wewnętrznymi wtrąceniami. Wszystkie elementy tej opowieści, jakkolwiek by one były niedorzeczne czy, wydawałoby się, wtórne, są umiejętnie wykorzystane i nietuzinkowo potraktowane przez autorkę. 
Poczucie humoru Katarzyny Bulicz-Kasprzak jest przednie, uwielbiam takie, oparte na stylu, na wyrażeniach, które gdzie trzeba są dosadne, gdzie nie trzeba, normalne (miałam nawet wyrzuty sumienia, bo mowa była o strasznej chorobie, a ja chwilami rechotałam jak woźnica po setce, tak mnie bawiło autorki spojrzenie na sprawę). Nie ma szczebiotania i słodzenia, czego się obawiałam. Takie obyczajówki to ja mogę czytać. 
Już wiem, co polecać, kiedy ktoś mnie spyta - co przeczytać, żeby się wyciągnąć z doła?
Ale i bez doła można sięgnąć po tę powieść, niech Wam przypadkiem nie przyjdzie do głowy czekać na czarne dni. Oczywiście jeśli lubicie taki typ powieści, bo jak tylko biografie i historyczne, to nic was nie przekona. 

wtorek, 25 lutego 2014

Ostrzegali, ostrzegali, a ja i tak nochala w te rzygi wsadzilam

Będzie na spokojnie, wzięłam Persen forte i jestem w stanie zen, nie mylić ze skrótem od Zenek.
Aż mi żal, ze nie wzięłam tej tabletki wcześniej, podczas lektury 'Obywatela i Małgorzaty'.
Nie wiem, dlaczego sięgnęłam po tę pozycję? Nigdy nie byłam fanką Republiki czy Grzegorza Ciechowskiego solo. Nie jestem też fanką literatury a'la pudelek, kozaczek i inne '-ek'. Małgorzata Potocka, cokolwiek ona o sobie nie opowiada w tej książce, nie kojarzy mi się z jakimś wybitnym twórcą, aktorką totalną, na którą się idzie do kina. Ot fajna babka, nie przeszkadza w filmie czy serialu, ale poza rolami wczesnymi, niezbyt znacząca.
Kilka razy myślałam o kupnie tej książki. Ale ciągle coś było lepszego, a pieniędzy na wszystko brak. Potem Monika z Błękitnej biblioteczki skomentowała mój wpis o wspomnieniach Małgorzaty Tusk, że prawdziwy hardcore to jest książka Potockiej i już nie dało się zatrzymać lawiny ciekawości, tym bardziej, że mi tę książkę od ręki pożyczyła. Gdybym chociaż musiała tygodniami czekać na okazję przeczytania, pewnie by mi przeszło.



O Bogu, co to za książka. To się po prostu w pale nie mieści.
Małgorzata Potocka powinna się była kopnąć w potylicę i zapaść w śpiączkę na miesiąc, a potem nie pamiętać co to ona miała do powiedzenia. Wszyscy by jej żałowali i nie stworzyłaby tego obrazu siebie samej i Obywatela GC, jaki teraz mam w głowie. A tak, mam niesmak, jakbym się jej wymiocinami wysmarowała. Napisała, że ta rozmowa była po to, żeby Grzegorz nie wszystek umarł, żeby ludzie wiedzieli jaki był, żeby o nim pamiętali, że jest mu to winna. Łatwo się mówi, jak facet leży sześć stóp pod ziemią i już jej przywalić z bejsbola nie może za to, co ona o nim napisała.

Ta książka to jest wielki pean na to, jaką wspaniałą osobą i artystką jest Potocka, jak to ona Ciechowskiego stworzyła, jak to ona go wyrwała z okowów nieśmiałości, mieszczaństwa, obudziła w nim jeszcze większego artystę niż był. A tak naprawdę wychodzi na to, że ta książka jest świadectwem, że pani obywatelowa MP jest nikim bez obywatela GC, że jak sobie poszedł, to najpierw trzeba było jęczeć jakie to straszne, że własna służąca odebrała jej męża, taka żmija na łonie wychowana od wczesnych lat nastoletnich, a jak umarł trzeba było po latach przypomnieć się ludziom wspomnieniami o nim czyli o niej.

Kiedy Małgorzata porzucała męża, tak się biedna tłukła z myślami, że o mało ducha nie wyzionęła. Grzegorz też po prostu zatruł swą duszę zamartwianiem się, co też on czyni swojej pierwszej żonie. Tak się zamartwiali do imentu, że musieli się pocieszać, tak się pocieszali, że aż musiało to być w łóżku i domu pierwszej żony, że aż musiała ich nakryć i przeżyć to upokorzenie. Po prostu nie można było w tym wszystkim mieć odrobiny przyzwoitości, bo już w tych zmartwieniach nie było na nią miejsca.
Dziecko przemieszczane po domach i ludziach jak lalka. A oni szał ciał i twórcza erupcja. No i bezustanna erekcja.
Zęby sobie starłam o połowę, tak zgrzytałam. Ale masochizm mnie jakiś napadł, nie mogłam się oderwać, bo wbrew wiedzy, którą miałam, nadzieja jakaś się tliła we mnie, że Potocka napisze coś, co mi tę gorycz czytelniczą zneutralizuje ( i zęby przywróci).

Aż nadeszła część opisująca przejście przez życie pary Gośka i Grzesiek (dalej zwanych GG) - fanfary - jak to Grzesiek nauczył się jeść prawidłowo przy stole u państwa ambasadorostwa w Paryżu, używać widelczyków i takich tam. Jak to pani G ubrała pana G, w najlepsze ciuchy (które po porzuceniu rozdała bezdomnym), jak to nie miała czasu na gotowanie i sprzątanie, ale nie było problemu, bo dali klucze fankom, a one były przeszczęśliwe, że mogły im gotować, układać, prać gacie i wąchać grześkowe koszule. Swoją drogą to baby mają czasami porąbane, żeby usługiwać muzykowi po to tylko, żeby być bliżej. Szał tworzenia, wszyscy do nich lgnęli, na dzieci jakoś mało czasu było, ale to szczegół. Kochali je przecież.

I to się po prostu musiało stać. Zatrudniona do dziecka opiekunka zbliżyła się do jego ojca. Ileż razy to już było? Nie lepiej było zatrudnić grubej baby w różowych galotach z PDT do kolan, bez dwóch zębów z przodu? Za to śpiewającej kołysanki ze wschodnim zaśpiewem, lepiącej najlepsze ruskie i z miękką, obszerną klatką piersiową do przytulania. Fanki do wszystkiego, no to dlaczego nie do łóżka? A jeśli Obywatel GC raz już bezwzględnie porzucił, dlaczego nie miałby tego zrobić po raz drugi?
Potocka mówi, że kiedy ona robiła wszystko dla niego, wisiała na drabinie i trzymała reflektor w trakcie koncertu, Ania w pierwszym rzędzie, w pożyczonej od niej sukience, wgapiała się w niego i to musiało się tak skończyć, bo to uwielbienie go po prostu przyciągało. Pożyczona sukienka - synonim dziewczęcia z Nowolipek, biednego i zahukanego.
A potem Potocka utyskiwała, że gdyby on ją chociaż z kimś ważnym zdradził, z Meryl Streep, ale ze służącą, z takim nikim?
I tu już po prostu pękła mi guma w dresach. Nie wytrzymałam. Kim jest Potocka, żeby mieszać z błotem, akurat w ten sposób, kobietę, która ją zastąpiła, po tym, jak ona sama odebrała go innej? Matką Zenusia w Barwach szczęścia. Ktoś ją kojarzy?
Nie ujmuję się za żadną ze stron. Cóż ja wiem o takich sprawach? Jestem żałosna, bo z tym samym mężem dwudziesty ósmy rok, bez skoków w bok, doprawdy nuda. Nie wiem, jak to jest się zakochać nagle w innym i dać się ponieść wodospadowi namiętności i nieuniknionemu. Nie wiem, jak to jest stracić ukochanego na rzecz innej kobiety, ale to wszystko właśnie chciałam zrozumieć. Oczekiwałam jednak klasy, dystansu po tych wszystkich latach, nie prania brudów i budowania pomników sobie i byłemu, kosztem tej drugiej. Ale jak cwanie, z pierwszą żoną się lubimy i ściskamy, kiedy się spotkamy, a z drugą żoną już nie (Potocka nigdy nie była zamężna z Ciechowskim), bo ta zdzira przecież ogłupiła Ciechosia i sobie poszedł. A tak Małgorzatę kochał do samej śmierci.
Czy naprawdę trzeba było to wszystko czytelnikom wyjawiać? Czy nie wystarczyło opowiedzieć o swoim życiu ze zdolnym muzykiem, o sobie w tym wszystkim, o ludziach, którzy byli dla nich ważni, czy to rodzinnie, czy innych twórcach i muzykach, o koncertach, o wyjazdach, tak jak pięknie zrobiła to Urszula Dudziak?
Gdybym nie czytała tych drugich wspomnień, o Urbaniaku (który ją przecież zostawił dla innej), o Kosińskim, który ją też zostawił popełniając samobójstwo, o dzieciach, o tworzeniu, może nie wiedziałabym, że można to zrobić pięknie i z klasą. A tak, no cóż, idę zeskrobać resztę tych rzygów z moich włosów. To było straszne doświadczenie czytelnicze. Nigdy więcej!

wtorek, 18 lutego 2014

Wspomnienia domorosłej krawcowej, czyli co zrozumiała osoba B z tego, co powiedziała osoba A

Już od dawna mój brat mi powtarza za jakimś myślicielem, którego nazwisko zawsze wypada mi z głowy, kiedy o tym mówię, a wraca, kiedy mi niepotrzebne, że nieważne, co powiedziała osoba A, ważniejsze, co osoba B zrozumiała z tego, co powiedziała osoba A.
Autobiografie, dzienniki mają to do siebie, że trudno je oceniać, bo to tak, jakby człowiek oceniał czyjeś życie, a kimże ja jestem, żeby uznać, czy ktoś przeżył swoje właściwie, czy nie? Mogę ewentualnie pojąć, czy jest mi z kimś po drodze, czy podoba mi się jako człowiek, czy mogłabym się z kimś takim zaprzyjaźnić, gdyby nasze drogi się skrzyżowały. Chociaż to też może być mylne wrażenie, bo nigdy nie wiadomo, jak szczere są te dzienniki czy autobiografia, jak wiele dostajemy w tych zapiskach prawdy o autorze, a jak dużo tam kreacji na potrzeby gawiedzi.

Tak więc, proszę poniższą notką traktować jako moje wrażenia z lektury, to, co ja zrozumiałam z tego, co powiedziała osoba A czyli Małgorzata Tusk, a nie ocenę jej jako osoby, bo jej po prostu nie znam.
Jeśli idzie o sprawy preferencji politycznych tutaj nie mają one żadnego znaczenia, bo z takim samym zainteresowaniem sięgnęłabym po zapiski pani Kaczyńskiej, Komorowskiej, Palikotowej czy żony Olejniczaka czy Millera, a żeby być poprawnym nomen omen politycznie, partnera Biedronia też.

Taki długi wstęp do tego, żeby powiedzieć, że o mało mi gałki oczne z zawiasów nie wypadły na skutek irytacji, kiedy czytałam te wspomnienia.
Motyw przewodni to szycie i robienie na drutach. Połowa książki jest o tym, co pani Tusk uszyła, komu i jak długo to nosiła, a jak nie szyła, to dziergała. W Polsce działy się rzeczy wielkie, Donald knuł przeciwko komunie, a pani Małgorzata ma tyle do powiedzenia o tym okresie, że mu sweter wydziergała.
Powinna jednak wziąć pod uwagę, że jest żoną premiera u progu nowych wyborów i raczej nie psuć jego wizerunku infantylnym gadaniem o tym, jak go nie chciała, a jak już chciała, to czego mu nie powiedziała, żeby go nie zepsuć. I że w sumie, momentami, dupa z niego nie facet. Jak to skomlał, żeby nie odchodziła, kiedy zakochała się w kimś innym, bo on nie miał dla niej czasu.
Too much information pani premierowo, nie wszystko na sprzedaż.
Można to było napisać z perspektywy czasu, jakoś skomentować tamten trudny okres, a nie w szczegółach, których nikt, poza nimi samymi, znać nie musi i nie powinien, bo po co się ma ktoś potem głupio naśmiewać i pastwić?
Poza tym co to za maniera, żeby umniejszać jego rolę w rodzinie. W ogóle co to za gadanie, wciąż i wciąż, o tym, że mężczyźni mają i tak lepiej, więc ich nie można rozpieszczać. Co to pies jest?

Druga część, jak już trochę odpuściła o tym szyciu, cała była o tym, jak to pani premierowa potrzebuje wolności i swojej przestrzeni, jak to dzieci były przepustką do jej odzyskania, bo nie musiała już być tak skoncentrowana na mężu.
I znowu, może ona tego nie miała na myśli, ale ja to tak zrozumiałam - wyglądało mi na to, że pani Małgorzata jest właśnie skoncentrowana bardzo na sobie i rozdzielaniu włosa na czworo, że po prostu międli problemy, a ta miłość 'w bok' przyszła właśnie wtedy, kiedy miała za dużo wolności w sensie za mało uwagi męża kupionej na sobie. Pewnie, że zdarza się w najlepszych związkach, ale tak to właśnie jest na początku małżeństwa, że się ustala status quo na zasadzie prób i błędów i jakoś to zaczyna grać po czasie. Początki są trudne, a ja mam wrażenie, że te zapiski świadczą najbardziej o tym, że pani Małgorzata była bardzo niedojrzała, może oboje nawet, do małżeństwa. Za wcześnie, to i się schrzaniło i w sumie cudem, dzięki kaszubskiemu uporowi Donalda Tuska, nie rozpadło.

Nie lubię u kobiet maniery mówienia o mężu w sposób lekceważący, pomniejszając jego pozycję i zasługi. Nie chodzi mi o to, żeby na kolanach, ale jak kobieta chce być traktowana jak partner, to niech traktuje męża równorzędnie, a nie, jaki to głuptak i 'Melancholia' mu się tak spodobała, że o dziwo na mecz nie przełączył.
Myślę, że on ma tak mało wytchnienia, że niech te mecze ogląda do imentu, a pani Małgorzata niech mu ten obiad poda, bo resztę tygodnia i tak robi co chce, biega po znajomych i właściwie jest wolna jak ptak, czego nie widzi, bo ciągle na ten temat jęczy, nie podoba jej się, że mąż oczekuje jej w domu, kiedy przyjeżdża. Akurat w tym momencie ona musi gdzie latać 'po kominach', wolność ponad wszystko, a jego uwagę traktuje jako zniewolenie. Może tak nie jest, ale tak wyszło z tego, co napisała.

Podpisy pod zdjęciami to oddzielna sztuka - "Dzieci przyszły na obiad rodzinny, ja podaję ziemniaki, Donek bawi się z Mateuszkiem" - co to kurczę jest, opisy dla niewidomych? Przecież widzę, że podaje ziemniaki, a jak nie ziemniaki, to w sumie, co to za różnica?
Oczywiście pierwsza połowa książki jest o tym, co ma na sobie autorka i wszyscy inni i informacja, że uszyła sama.

Opowieść o rodzinie, o zwierzętach, o przyjaciołach, wszystko to takie ludzkie, nawet ciekawe, ale jak się to odpowiednio przedstawi. A tu spis obecności przyjaciół i potraw, kto co szykuje na wspólne imprezy. O starych łachach uszytych na maszynie z pedałem stron pińcet, o ważnych ludziach w życiu sześć.
Sprawa bloga Kasi Tusk. Albo nie poruszać wcale, albo trzeba było bardziej przemyśleć, bo najpierw pisze, jak to myślała nad tym całą noc, jak bali się powiedzieć Donkowi, a potem, jak to nigdy w życiu nie mówiliby dzieciom, co mają robić i jak. I taka radość, że ni stąd ni zowąd taka popularność i jak to Kasia ciężko na to zapracowała, bo wstaje o 4 prasować bluzki i spódnice na sesję zdjęciową. Wstaje, bo sobie nie uprasowała wieczorem, a popularna, bo każdy patrzy, jak jej dokopać, a właściwie jak dokopać ojcu poprzez córkę. Albo w ogóle wszystkim, którym się w życiu udaje, taka sytuacja.

Mnie się akurat Kasia Tusk bardzo podoba jako dziewczyna i jej zdjęcia są nawet fajne, chociaż nie rozumiem, dlaczego na stronie bloga jest milion takich samych prawie, ale nie jestem targetem, to ciężko mi oceniać. Natomiast dlaczego taka popularność w ciągu jednego dnia, to chyba nie muszę nikomu tłumaczyć, chociaż wygląda na to, ze jedyną osobą w Układzie Warszawskim, która tego nie rozumie, jest jej własna matka.

Z tej książki osoba dramatu czyli autorka jawi mi się jako osoba rozchwiana i najpierw niedojrzała, potem neurotyczna, z niepohamowaną sraczką słowną, nie do końca przemyślaną niestety. A jej mąż, o Boże w niebiesiech, nikomu takiego nie życzy. Ale szczęśliwa nawet jest.

Czy tak miało to wypaść, czy tego chciała Małgorzata Tusk? Nie sądzę. Mam nadzieję, że rzeczywistość jest inna, ale wyszło jak wyszło. Nie było dobrego doradcy, może redaktora, może przyjaciela, kogoś, kto by powiedział - Gośka, co ty tu pieprzysz, wyrzuć te kocopły i zacznij od nowa.

Przy tej książce, wcześniejsza pani Wałęsowej to nobel w dziedzinie literatury. I miał rację Lech Wałęsa, chociaż w swoim przypadku przesadza, kiedy powiedział Tuskowi, że jak żona zaczęła pisać, to jesteś chłopie w kłopocie. Czy jakoś tak.

Knykci z irytacji nie obgryzłam tylko dlatego, że prawie zawsze miałam na podorędziu talerz z jabłkami. Ale o tym sza, to tak tylko między nami.



sobota, 8 lutego 2014

Między wariatami - czyli jak zrobić dziecko za pomocą worka z 20 kg truskawek i czy Patentex Oval mógł zmienić bieg historii ?

Z felietonami to jest tak, że czyta się jeden i od razu wiadomo, czy autor(ka) nam pasuje, czy nie. Nie chodzi tu o pióro czyli styl, ale bardziej o to samo, co się czuje, kiedy spotyka się kogoś po raz pierwszy i wiadomo, czy możemy się zaprzyjaźnić, czy nic z tego nie będzie.
Rodzaj chemii jaka ma miejsce między przyjaciółmi na życie.

Inna rzecz, że ja się na felietonach chowałam. Mama miała zbiór Słonimskiego i podczytywałam w ukryciu. Podłoga sypialni zasłana była często płachtami Polityki (kiedyś były wydawane jako wielka gazeta, a nie kolorowy tygodnik), a tam felietony KTT i Passenta, które namiętnie zaliczałam, chociaż teraz nie jestem pewna, co z tego rozumiałam. Zawsze miałam jakiegoś ulubionego felietonistę, a to Pilcha, a to Tyma, żadnego ich tekstu nie ominęłam, nie przegapiłam.
Kiedy przyjechałam na Zieloną Wyspę ulubiłam sobie Roisin Ingle i jej felietony w Magazynie The Irish Times. No i nie bez znaczenia pewnie jest, że sama przez wiele lat pisałam felietony, chociaż nie w tak prestiżowych tytułach, no i nie tak genialne, chociaż gdyby sądzić po ocenie czytelników, również nie bez znaczenia.
Z polskich tygodników czytam najchętniej Newsweeka, a tam od czasu pojawienia się Marcina Mellera, jego felietony. Wcześniej publikował je też gdzie indziej i ja tak za nim podążam, gdziekolwiek nie idzie. Mam nadzieję, że nie przejdzie do Wędkarza polskiego, bo ten chyba nie ma elektronicznej wersji, a papierowej tutaj nie kupię.

Ucieszyłam się, kiedy zobaczyłam, że wydał książkę. Nie stawiałam sobie pytania, czy ją kupić, bo to było jasne, ale problem był w wyborze nośnika - analog czyli papier, ebook czy audiobook? Okazało się, że lektorem wersji audio jest Wojciech Mecwaldowski, a wiadomo wszystkie Wojtki to fajne chłopaki, a Mecwaldowskiego lubię szczególnie, wybór więc padł na uszatą wersję.

Co ja Wam będę mówić, to było jak rozmowa z kumplem, którego dawno nie widziałam. On opowiada, ja piję i rechoczę jak żaba na wiosnę. Aż mi głupio czasem było, bo słuchawka dyskretnie w uchu, gdzieś w autobusie, a ja nagle zanoszę się śmiechem, jakbym rozum postradała. Jazda samochodem, normalnie uwielbiam słuchać książek przy tej okazji, okazała się niebezpieczna w takim towarzystwie. Sprzątanie, no cóż, można sobie narobić jeszcze więcej roboty, zasłuchałam się i wlazłam w wiadro, wylałam i musiałam ratować się przed tego skutkami.

Marcin Meller pisze na różne tematy. Też o trudnych podróżach w rejony ogarnięte wojną albo biedne. O tym wszystkim można pisać na kolanach, można poważnie uczulać czytelników na to, co tam się dzieje, ale można też napisać o tym w sposób lżejszy, jednocześnie nie ujmujący tematowi powagi.
No i bardziej osobisty, co mnie akurat odpowiada szczególnie, bo nie lubię, kiedy w treści nie widzę człowieka.

Poglądy - tak się składa, że mamy z autorem te same, czytam i co chwila mam ochotę 'stuknąć się z nim kielichem' (dziwne, że ja tak ciągle o tym piciu, nie pijąc alkoholu prawie wcale), pewnie nie bez znaczenia jest fakt, że jesteśmy to samo pokolenie, prawie ten sam rok urodzenia nawet, czyli te same filmy, te same książki na różnych etapach nam towarzyszyły. Podoba mi się to, że jest gdzieś ktoś, kto mówi również w moim imieniu.
Też lubię czytać przy jedzeniu, chociaż tego nie robię, bo musiałam nauczyć dzieci dobrego zachowania przy stole :-), ale w toalecie kto mi zabroni? Cieszę się, że nie ja jedna mam tam podręczną biblioteczkę.
Lubię to, że Marcin Meller nikogo i niczego w tych felietonach nie udaje. Szczerze pisze o tym, co go zachwyca czy wkurza. Czasem dosadnie. Też lubię czasem 'kurwą' zarzucić. Walczę z tym u siebie, ale niestety bezskutecznie, bywa, że inaczej się nie da,  dosadnie trzeba coś wyrazić.
Trochę mnie denerwowało, że  te teksty są zebrane tak chaotycznie, bez ładu bez składu czasem, po wariacku, ale tytuł w końcu zobowiązuje.




wtorek, 4 lutego 2014

Przewrotnie dobra

Zacznę od gawędy przy ognisku (u mnie kominek ogniem bucha, bo znowu wichura).
Na Festiwalu Literatury Kobiecej spotkałam wiele pisarek. Przebywanie wśród nich przypominało bycie wśród kilkudziesięciu matek rozkochanych w swoich dzieciach i bardzo z nich dumnych, a rozmowy o literaturze, czyli tych dzieciach właśnie, czasem było jak chodzenie po potłuczonym szkle, spadek koncentracji i już masz kilka dziur w stopach. I tak być powinno, twórca ma być dumny, a czytelnik uważny w ocenie. Ale szczery. Tak to widzę. Inaczej to wszystko, te całe blogi, nie mają sensu.
Najtrudniejsza sytuacja dla blogera książkowego jest wtedy, kiedy otrzymuje powieść od autora. Szczególnie, kiedy dzieje się to osobiście. Moment, kiedy moja ręka dotyka książki, a ręka autorki jeszcze jej nie puściła, przepływ energii, spojrzenie w oczy, a w tym wszystkim wymieszane uczucia obu osób - 'mam nadzieję, że ona ją doceni' - 'mam nadzieję, że książka będzie dobra, bo co napiszę jeśli nie nie?'
Tak właśnie było w przypadku 'Przewrotności dobra'. Jolanta Kwiatkowska wręczyła mi ją ze słowami - chcę żebyś mi szczerze powiedziała, co o niej myślisz.
Gdyby wzięła nóż w rękę i wbiła mi w czoło, byłoby to tożsame.
Co robić? Co robić? Patrzyłam na książkę z lękiem, bo autorkę zdążyłam już polubić i po prostu nie przeżyłabym zawodu i tego, że trzeba by o tym powiedzieć.
Jeśli nie wiesz, co robić, na razie nie rób nic. Tego uczy pobyt w Irlandii i mentalność wyspiarzy (mam jeszcze kilka innych rad w zanadrzu). Położyłam na oczach i postanowiłam poczekać.
Aż przyszedł dzień, że ta książka mnie zawołała. Poważnie. Leżała sobie w środku stosu i magnetycznie zaczęła na mnie oddziaływać, aż nadszedł taki moment, że nie mogłam się jej oprzeć i zaczęłam czytać, natychmiast. Czas niedobry, koncentracja nie ta, wszystko nie sprzyjało czytaniu, nie mogłam się na niczym skupić, a tu książka woła i nie chce przestać.

Wzięłam do ręki pod wieczór i przepadłam. Wciągnęło mnie, takim wirem jak z Gwiezdnych wrót, w świat Doroty Cichockiej. Rozpęd jest krótki, kilka stron zaledwie, jeszcze człowiek nie wie, czego się spodziewać i nagle wpada w obłędne koło zdarzeń, uczuć, myśli, czytelnik wrażliwy traci tożsamość, staje się Dorotą. Niesamowite, dawno mi się to nie przytrafiło.
Nazajutrz myślałam tylko o tym, żeby znowu zacząć czytać. Do pracy mało się nie spóźniłam, po południu, gdyby nie syn, zawaliłabym wizytę u lekarza, bo o niej zapomniałam. Czekałam niecierpliwie na wieczór, żeby tylko móc wrócić do lektury.
Czytam w każdej wolnej chwili, ale nie po nocach. Pewnie to 'starość', ale przychodzi północ i lektura zaczyna mnie usypiać. Na leżąco to już w ogóle. Wiedziałam o tym, więc usadziłam się w fotelu moim czerwoniastym, przykryłam kocem, zaopatrzyłam w talerz jabłek pokrojonych na cieniutkie plasterki, w kubek herbaty wielkości wiadra i mogłam nie wracać do świata realnego przez kilka godzin. Skończyło się na tym, że grubo po drugiej skończyłam, o trzeciej myłam łeb, żeby być gotową na rano do pracy. Nigdy tej nocy nie zapomnę i tej powieści też.

Już dawno nie miałam do czynienia z tak złożoną bohaterką, treścią, która razi jak piorun, a przy tym czyta się tak lekko, po prostu płynie ta opowieść jak Niagara i jak Niagara nie daje się zatrzymać.
Dorota - czy ona jest dobra, czy wręcz przeciwnie? Czy to ofiara czy jednak bardziej kat? Czy to, co ją spotkało, może tłumaczyć to, co spotykało innych od niej? Pytania się mnożą, ale odpowiedzi daremnie szukać, czytelnik musi je znaleźć w sobie, w swoim sumieniu, w swoim poczuciu moralności. O Dorocie rzecz ta jest, a jednak o każdym z nas też. I o dobru i złu braciach rodzonych. A może syjamskich nawet?
Przeszłość determinuje przyszłość, całe życie, można jednak się z tym zmierzyć, próbować przynajmniej. Można też przejąć kontrolę, stać się Królową Manipulacji, a jednocześnie pozostać małym dzieckiem zamkniętym w sobie jak w ciemnej szafie.
Trudno jest napisać o trudnych sprawach tak, żeby czytanie nie było traumą. Tutaj to się udało.
Co ja mówię udało, Jolanta Kwiatkowska to sprawiła i bardzo jej gratuluję tej książki.
Tak się cieszę, że miałam okazję ją przeczytać. I pomyśleć, że mogłam na tę powieść nigdy nie trafić.

'Przewrotność dobra' jest świetnym przykładem na literaturę środka.
Jest cholernie dobra, pozostawia ślad na zawsze, a jeśli nie, to na pewno na długo po zakończeniu lektury. Jestem przekonana, że gdyby Jolanta Kwiatkowska pisała w języku angielskim, gdyby trafiła na dobrego agenta, tą powieścią podbiłaby rynek i teraz tłumaczono by ją na sto języków, a w Polsce zachwycalibyśmy się złożonością postaci i oryginalnością pomysłu.
A tak kogo nie spytam, to jej nie zna.
Nie szkodzi, będę wszystkim o niej mówić, a jak nie przeczytacie, to nie gadam z wami. O!


sobota, 1 lutego 2014

Słabizna aż piszczy

Jestem chyba najdłużej czekającą osobą na świecie na obejrzenie tego filmu. Aktywnie czekającą, czyli za każdym razem, kiedy widziałam okładkę książki 'Syberiada polska', w duchu zawodziłam jak płaczka grecka, że nie miałam jeszcze okazji zobaczyć ekranizacji.
Książka mi się szalenie podobała, historia kilku rodzin wywiezionych na Syberię z Podola, od pierwszych kart tej opowieści, budziła u mnie takie emocje, że mi kilka razy serce siadało. Płakałam okrutnie, martwiłam się, a jak tylko pomyślałam o tym, co ja bym zrobiła, jak ja bym przetrwała, moje dzieci - miałam ochotę rzucić się krzyżem w kościele w podziękowaniu, że to wszystko nie jest naszym udziałem.
Wiedziałam o ekranizacji, widziałam zajawki w TV, trailer na You Tube - tyle miesięcy musiałam obejść się smakiem. Aż dostałam od znajomego dvd do obejrzenia.
Rodzinnie mam trochę zawirowań, ciężki czas, stresujący, ale nie mogłam się oprzeć i jednak włączyłam wczoraj do obejrzenia. Napisy początkowe lecą, a ja myślę - czy ja dam radę, czy to dobry moment, może powinnam dzisiaj odpuścić? Ciekawość zwyciężyła.
Zaczyna się - wywózka, myślę, jak pokażą scenę z gospodarzem, który się powiesił w stadninie ukochanych koni, bo nie mógł zdzierżyć tego, co się dzieje, że go z nimi rozdzielają, że mu się świat wali, zawału dostanę. Naprawdę nastawiłam się na to, że będę musiała wyłączyć, że nie dam rady.
Co dostałam w filmie? Nic. Żadnych emocji. Przyszli, kazali się zbierać, pojechali, w pociągu sobie usiedli i tyle. Ludzie! Opis wywózki w książce, podróż jest szalenie obrazowa i smutna niemożebnie, a tu nic. Dobra, myślę sobie, film ma swoje prawa, nie może być za dużo o tym, bo na nic innego nie zostanie miejsca. Przyszło mi do głowy, że może serial byłby lepszy?
Oglądam dalej, matka choruje. Ojciec gdzieś poszedł, w powieści ta jego droga po leki jest szalenie emocjonująca, dzieciaki same zostały, głodują, wodę z gałęzi malinowych piją, a tutaj gdzieś się tam ojciec błąka, trochę mu zimno, wrócił, wkurwił się, tyle. A dzieci były dokarmiane i było im całkiem ciepło i przyjemnie. No żesz cholera jasna.
Sorry, za przeklinanie, ale mi po prostu guma w dresach strzela, kiedy o tym filmie myślę.
Piękna, złożona postać kobieca, którą gra Sonia Bohosiewicz w filmie się obroniła. Ale jacy oni wszyscy piękni, jak gustownie ubrani, kożuchy, lica rumiane, chyba śnię.
Praca w tajdze - mordercza w książce, zaledwie ciężka w filmie.
Ale za to romansu dużo. Mąż na moje utyskiwanie powiedział - bo to film o miłości jest, a nie o ciężkim losie wywiezionych ludzi.
W książce to wszystko było przeciwstawione - nowe miejsce a dom na Podolu, ciężka praca w trudnych warunkach, a żyzne ziemie podolskie, okropny los i w tym wszystkim miłość.
A tutaj wszystko takie ładne, głód też ładny, a właściwie nieobecny, wszyscy ludzie dobrzy, Rosjanie też, a komendant troszku tylko srogi. Na to wszystko Polacy i Żydzi ręka w rękę ciężki los dzielą. Brakowało tylko Murzyna co podaje rękę białemu i zbliżenie.
Syberiada polska w reż. Janusza Zaorskiego idzie u mnie pod etykietę 'słabe jak herbata babci klozetowej'. Jedyne dobre dwa elementy filmu to Sonia Bohosiewicz w roli Ireny i Paweł Krucz jako Staszek Dolina. Aktorzy grający Rosjan też dobrzy. Reszta mi po prostu przepadła w odmętach bylejakości.
Nie spodziewałam się tego po takim reżyserze i po tym materiale. Nie ma tam nic, co w książce mnie urzekło, nie ma tych wielkich emocji, wszystko po łebkach, jeśli reżyser się zorientował, ze nie zmieści w dwie godziny, trzeba było nie robić w ogóle albo robić serial. Ten film to obciach i tyle.
Jestem pewna, że jeśli ktoś oglądał najpierw film i ma teraz sięgnąć po książkę, najpewniej tego nie zrobi. A szkoda.





poniedziałek, 27 stycznia 2014

Spacerując po Londynie czyli o tym, że podszewka bywa dziurawa

Im człowiek starszy, tym trudniej go zaskoczyć. Oczywiście ma się swoje 'lubienia' i
'nie-da-się-oglądania', ale bez przesady, żeby z gębą otwartą siedzieć cały film, to mi się zdarza niezwykle rzadko.
Ponieważ mam tego palca połamanego u nogi, to mniej mi tyłek nosi, oglądam zatem filmy.
Nawet popełniłam Skyfall czyli Bonda Craigowego. Miałam dobrą wolę, ale mi się nudziło, z tego wszystkiego kanapki sobie robiłam, herbatę, owoce, nic mi z akcji nie umknęło, bo większość to wiadomo - cliché Bonda przez samego Bonda.

W połowie zarzuciłam, bo jak zobaczyłam Bardema z przerostem cech wszelkich na twarzy (natura jest czasem okrutna), przedstawionego jako albinosa, bo wiadomo, najlepiej tak świra pokazać (wkurza mnie to), nie zdzierżyłam i odpłynęłam, kulejąc, w siną dal.

Szklaną pułapkę miałam obejrzeć, bo mi jakiś niewytłumaczalny sentyment został, ale też nie dałam rady. Pierwsza jednak była najlepsza.

Co mi przypomina taką śmieszną sytuację związaną z tytułem. Jak wiadomo, Szklana pułapka do DIE HARD. Nie wiem, dlaczego myślałam, że to coś po niemiecku. Nie pytajcie, wytłumaczenia na to nie mam.

Pytam kiedyś chłopaka mojej Miśki, co oznacza tytuł - uwaga - piszę jak wymawiałam - die hard. On - twarz blacha, z jeszcze teściowymi się bowiem nie zadziera - daj hard. No tak, mówię, ale co to znaczy (myśląc, że anglojęzyczni to oczywiście wszystko zangielszczają, nawet niemieckie tytuły). Daj hard on do mnie. Na to ja, no ale czy słyszałeś, co to może oznaczać? No to on spokojnie, bo to w ogóle niespotykanie spokojny człowiek jest - daj hard czyli DIE HARD, czyli umrzeć w mękach, czy giń w mękach czy jak tam, można na dziesięć różnych sposobów przetłumaczyć, ale idzie o to, ze dopiero załapałam za trzecim razem, że to po angielsku jest nie po niemiecku. Jak im to powiedziałam, to nie mogliśmy przestać się śmiać. Stąd pewnie moje miękkie serce dla tego filmu.

Ale nie o tym miało być.

Dzień czy dwa wcześniej obejrzałam dwa, które mi zapadły w serce, z różnych powodów.

'Niemożliwe' o tsunami i rozdzielonej rodzinie. Ach, pomyślałam, tkliwy będzie, niech jest. Łez wylałam morze oczywizda, ale oprócz tego taki był realistyczny, że cała się zwinęłam w kłębek i wszystko bym dała, zeby nie oglądać, a przestać nie mogłam.

Drugi natomiast to jak dla mnie - majstersztyk. Do tego w ogóle o nim nie słyszałam, a obejrzałam przez przypadek. Ach jak ja lubię takie przypadki.
London Boulevard - opis fatalny, że facet wychodzi z więzienia i dostaje pracę u gwiazdy filmowej, która przechodzi załamanie nerwowe. Colin Farrell gra główną rolę. Nie lubię go, nigdy nie, a do tego wiadomo, nie będzie kolin pluł nam w twarz i córuś porzucał, więc generalnie jest u mnie na czarnej liście. Poza 'In Bruges'.
Keira Knightley - już za samą konieczność sprawdzania, jak się pisze jej nazwisko można ją znielubić :-) A tak na poważnie, denerwuje mnie niestety końska szczęka i chudość z klatą jak zgięty karton. Wiem, że sama piękna nie jestem, ale na ekrany się nie pcham, a ją muszę czasem oglądać i mogłabym się obyć, bo aktorką moim zdaniem jest średnią.
Gdyby nie obecność Davida Thewlisa w tym filmie, pewnie bym nie pozostała przy postanowieniu obejrzenia pierwszych kilkunastu minut.



I się przykleiliśmy do ekranu z mężem jak glonojady, nigdzie nie odeszłam do końca. Pić mi się chciało, siku mi się chciało, telefon ćwierkał i pipał, a ja nic, oglądałam i im dalej w las, tym to wszystko lepsze było.
Nie chcę Wam wiele opowiadać, ale nic tu nie jest powtórką z rozrywki, nic oczywiste, nie tam, że wyszedł i chce uczciwie żyć dlugo i szczęśliwie, że się prześpi z gwiazdą i - I will alwaaaaays looooove you. Oł noł.
Zaskakujący, momentami brutalny, ale dałam radę, więc nie epatuje i nie rozgrywa filmu tą kartą, ironiczny, dający do myślenia, ciekawy po prostu. Ciągle mam przed oczami kadry z tego filmu, słyszę teksty i bardzo mi się to wszystko cuzamen do kupy podobało.
A poza tym całkiem nie wiem, co się stało z tymi tłem pod tekstem i dojść nie mogę.

piątek, 24 stycznia 2014

Powyjazdowo, (nie)zakupowo i troszkę o takiej jednej, a nawet kilku

Wiele się dzieje z początkiem roku. Miałam napisać coś o świętach czyli o książkach pod choinką i pierwszy raz od lat tego nie zrobiłam. Zapalenie błędnika wykluczało długie siedzenie przy komputerze, potem złamałam palec u nogi, więc chętniej leżę pod kocem niż siedzę w sieci, poza tym wyjechałam na kilka dni do Polski i mnie nie było.
Postaram się już tak nie zaniedbywać bloga.

Wizyta w kraju była krótka, oczywiście weszłam do księgarni, ale nie miałam czasu na długie grzebanie po półkach, zresztą mam za dużo książek nieprzeczytanych. Listę miałam krótką acz treściwą, w sensie zawartości wielce pożądanej. 

  • Czarny anioł o Ewie Demarczyk
  • Starszy Pan A o Wasowskim
  • Stanisław Bareja. Król krzywego zwierciadła (na tę pozycję miałam słabe nadzieje, ale może?)
  • Filipinki to my
Udałam się do kasy w Empik. Młodzian niezwykle miły wziął się za wpisywanie kolejnych tytułów do komputera, Czarnego anioła nie ma, a czyje to? Kurczę, jak zwykle pomroczność jasna, te salony tak na mnie działają, nie wiem, czy nie przekręcę - Kuźniak - tej pani, co napisała Papuszę. Widzę na licu młodziana całkowitą niewiedzę co do tego, o jakim tytule mówię. Nie ma, czy mam sprawdzić dostępność w innych salonach. Poproszę. Nie ma nigdzie. Podaję kolejny tytuł. Autora tym razem też. Nie ma. Mam sprawdzić w innych salonach, Tak poproszę. Nie ma nigdzie. Kolejny tytuł. Podaję i zaznaczam, że chodzi o książkę o Barei, a nie o filmy tegoż. Nie mam. Mam sprawdzić...wrrrr
I dalej to samo. Za każdym razem pytał, czy ma sprawdzić. Niby to nieoczywiste, ale dla mnie oczywiste. Może tylko dla mnie? No, ale czepiać się nie będę, dostałam informację, że nigdzie nie ma, a że kolejka się uformowała i inni czekali, to szczegół.
Pan odetchnął, że więcej tytułów nie ma na liście, odwrócił promienne lico od komputera i wypalił - polecam książkę z dzisiejszej oferty salonu, w tym momencie wykonał gest dwoma dłońmi w kierunku książki na ladzie - Anioły i demony Dana Browna!
Zanim pomyślałam, z tej frustracji, ze nic nie znalazłam, rozczarowania wielkiego, wypaliłam - no chyba sobie pan ze mnie kpi. Ja do pana z prośbą o książkę o Demarczyk, o Wasowskim, a pan mi takie stare suchary proponuje i do tego nawet nie w gatunku?
Zaraz mi się zrobił przykro i głupio. Zaczęłam go przepraszać, tłumaczyć, że jestem zawiedziona, że nic dla mnie nie ma, że rozumiem, że on musi proponować, bo mu kazali (do tego szefowa przypłynęła majestatycznie do stanowiska, nie żeby rozładować kolejkę, o nie, ale żeby coś tam znaleźć, no i oczywiście popatrzeć, co się dzieje), mało nie kupiłam tej książki, tylko, żeby mu przyjemność zrobić.
Biedny pan i głupia ja, nie powinnam była tam leźć do tego empiku, ale koleżanka mnie podrzuciła do centrum handlowego, a ja z tym palcem połamanym u nogi nie bardzo mogłam po mieście biegać, więc tam najbliżej i najłatwiej. Ech, nigdy się nie nauczę.
Z tego wszystkiego kupiłam obok w Matrasie, bo jednak pokuśtykałam tam szukać tych tytułów (też nie było) powieść Kiry Gałczyńskiej. Już dawno nie zdarzyło mi się kupić czegoś, o czym nie słyszałam, tylko na podstawie podczytania treści i tego, co na okładce. Autorka do mnie też przemówiła, nie mogłam jej nie wziąć.



A pod choinką znalazłam wspaniałe trzy tytuły. Jeden od Kate B. (Amy Tan), od męża pozostałe dwie i jeszcze jedną, tę na drugim zdjęciu



Niestety czasu mi w pakiecie nie dołożyli.
Muszę się pozbierać jakoś, złamany palec powoduje, że ból staje się ważniejszy od wszystkiego, jak go już opanuję trochę, to usypiam, bo mnie męczy to skulawienie strasznie.
Notatki porobione do opisów na bloga, więc już wkrótce.

wtorek, 31 grudnia 2013

Spięłam klamrą dwie daty w moim życiu, a wszystko dzięki dwóm książkom

Kiedy byłam dzieckiem, święta zawsze były dla nas czasem kupowania sobie książek, wiadomo było, że będzie więcej czasu na ich czytanie, wszak nie było internetu, tylu kanałów telewizyjnych, odtwarzaczy video, dvd, usb i tak dalej. W ten czas zawsze towarzyszyło mi radio, mój fotel i nowa powieść.
Teraz książka musi konkurować z tyloma nośnikami przyjemności, rozpraszaczami, że jak się nad tym bardziej zastanowić, aż dziw, że ludzie czytają.
Dlatego moje postanowienie na 2014 rok jest takie, żeby bardziej świadomie selekcjonować kanały nadające do mnie treści, żeby nie siedzieć w sieci niezliczone godziny bez poczucia upływającego czasu. W zamian nadrobić trochę książkowych i recenzyjnych zaległości.

Skąd te przemyślenia nagle tak? Nie podsumowuję roku, nie liczę, co i ile czytałam, nie lubię tego robić i wybaczcie, nie czytam też takich wpisów u innych. Przemyślenia wynikają z dzisiejszej notki, miało być o jednej książce, ale okazało się, że będzie o dwóch. I o tym, jak jedna opowieść prowadzi do drugiej i spina klamrą czyjeś życie, a rozpiętość tej klamry to 33 lata.

Kiedy wzięłam do ręki powieść Barbary Kosmowskiej 'Niebieski autobus', już po pierwszych stronicach zorientowałam się, że atmosfera tej powieści przypomina mi inną. Pamiętałam dokładnie okładkę, tytuł też, jednego nie wiedziałam - czy mam ją nadal na półce? Po gorączkowych poszukiwaniach okazało się, że tak.
Wróciłam spokojnie do lektury Niebieskiego autobusu, w duchu obiecując sobie, że koniecznie muszę wrócić do tej starszej, czyli do 'Córka tego, co tramwaje jego' Honoraty Chróścielewskiej.
Nie zrobiłam tego jeszcze, ale na pewno nadrobię niedługo.



Niebieski autobus to powrót do czasów PRL-u, dla niektórych bardzo biednych. Miśka dorasta w rodzinie, której daleko od pospolitej - ojciec ma 'swój rozum', a najbardziej dumy jest z głowy do 'interesów' i produkcji bimbru. Wuj, oprócz tego, że łamie serca kobiece, nader często łamie też prawo, co go wciąż wpędza w kłopoty. Matka marzy o nowoczesnej meblościance i pozbyciu się staroświeckiego kredensu, za którego niejeden teraz pewnie by fortunę zapłacił. Babka, niezwykle ceniona w dniu wypłaty emerytury, ma zawsze swoje trzy grosze to wtrącenia, ale słuchają jej tylko wtedy, kiedy jest przy kasie. Sąsiedzi, nauczyciele, przyjaciele rodziców, oni wszyscy wręcz żyją przed oczami w trakcie czytania.
Wspaniała galeria postaci, Barbara Kosmowska ma niezwykłą łatwość i dużą umiejętność przywoływania do życia ciekawych ludzi, takich, których chce się odwiedzać w kolejne wieczory.
Miśka to rezolutne dziewczę, opisuje świat swoimi oczami, a już do nas należy wyciąganie wniosków i zobaczenie tego, czego młody człowiek nie rozumie, ale naiwnie zauważa i opisuje.
I to właśnie łączy obie te powieści, 'Niebieski autobus' i 'Córka tego, co tramwaje jego' oraz pewnie wiele innych podobnych, że widzimy świat dorosłych jakby ostrzej i w krzywym zwierciadle.
Pamiętam, że to mnie właśnie urzekło w tej drugiej książce, dawno, ponad 33 lata temu, kiedy miałam zaledwie 13 lat i byłam niezwykle dumna, że dostałam do czytania 'dorosłą' książkę od mamy.
Inna rzecz, że Miśka, bohaterka Niebieskiego autobusu, to też imię mojej córki, dlatego tak blisko poczułam się związana z tą bohaterką.
Jej pragnienia, marzenia, dążenie do lepszego życia, do osiągnięcia czegoś, czasy PRL-u to też moje doświadczenia (o czerwonych i niebieskich 'okrąglutkich' autobusach nie wspominając), moje życie, tylko rodzina inna, a przez to może tak dla mnie to wszystko ciekawe.
O tej 'staruszce' Honoraty Chróścielewskiej nie napiszę dziś w szczegółach, zresztą nigdy tego nie robię, bo nie lubię streszczać książek, pamiętam z niej tylko to, że dzieje się wśród mieszkańców z łódzkiej czynszówki, a ich życie opisane jest oczami dziecka. Nie mam pamięci fabularnej, ale zbieram w sercu wrażenia i pojedyncze sceny, pamiętam niektóre rzeczy, jak na przykład to, że rozdziały mają fajne tytuły (O naszym dyngusie i pupie pani Olbińskiej np), pamiętam jej niezwykły język (jak na przykład - przez okiennice widać trochę widna). Na pewno do niej wrócę, często o niej myślałam przez te lata, wspominałam i jestem wdzięczna 'Niebieskiemu autobusowi' i autorce Barbarze Kosmowskiej za przypomnienie mi o niej jeszcze raz.

Ale nie myślcie, że jedna drugą naśladuje, jedynie zamysł jest podobny, Niebieski autobus ma swój rytm, urok i jest na pewno jedną z tych pozycji, które zawsze będę u mnie na półce, bo a nuż zechcę za lat kilkadziesiąt do niej wrócić?

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Marzenia się spełniają, ale za tym zawsze stoją ludzie

Od lat miałam marzenie o wygodnym fotelu do czytania. Miałam taki kiedyś, w kratkę, z przeważającym kolorem czerwonym, wysokie oparcie, wygodnie podłokietniki - siedząc w nim słuchałam listy programu trzeciego, czytałam Anię z Zielonego Wzgórza, potem powieści o miłości i czekałam na telefon od chłopaka. Potem karmiłam Michalinę, pierwsze dziecko. Przepadł, jak wiele rzeczy czy mebli z mojej młodości. Żal mi było, tęskniłam za czymś podobnym, przede wszystkim do czytania.
Dlaczego nie kupiłam wcześniej? Jak to w życiu, powodów wiele, a to pieniądze były potrzebne na coś innego albo w ogóle było ich niewiele, a to miejsca nie było, albo nie mogłam znaleźć właściwego mebla. Ostatnio nawet jeśli widziałam gdzieś w katalogu, cena była zaporowa i wiedziałam, że tak czy inaczej nie da się kupić online, bo najpierw musiałabym usiąść, spróbować, zbyt wielkie miałam wymagania co do formy mojego wymarzonego fotela.
Aż pewnego dnia natknęłam się na  NIEGO - usiadłam w show roomie, umościłam się i już wiedziałam, że kiedyś muszę GO mieć. I ten kolor! Prawie taki, jak mój z młodości.
Ale kasy akurat było za mało, żeby wygospodarować na taki wydatek, w końcu egoistyczny, bo tylko dla mnie. Nawet jeśli to była połowa ceny innych foteli, i tak dużo jak dla mnie.

Przed świętami członkinie komitetu rodzicielskiego naszej polskiej szkoły, gdzie prowadzę bibliotekę, wręczyły mi podarunek od wszystkich rodziców. Wprawdzie bibliotekę prowadzę bez wynagrodzenia, ale uwielbiam to robić, przecież książki, rozmowa o nich i 'wciskanie' świetnych powieści innym to moja pasja, niczego w zamian nie oczekuję, ale nie ukrywam, że było mi niezwykle miło, że rodzice pomyśleli o mnie przy święcie i wręczyli mi pieniądze, na cokolwiek tam chcę.

Dwa raz nie musiałam myśleć, od razu wiedziałam, że to ostatnia jedyna szansa na zrealizowanie marzenia bez wyrzutów sumienia, ze 'odbieram rodzinie od ust'.

Jedyny problem polegał na tym, że nie wiedziałam, kiedy będę w stanie sobie GO kupić, bo IKEA jest w Irlandii jedna i do tego 4 godziny jazdy samochodem od nas, po nie najlepszych drogach niestety.
Druga jest w Irlandii Północnej w Belfaście, ale nie wiem, gdzie, a to i tak nie jest wiele bliżej, może z pół godziny jazdy mniej. Jakież więc było moje zdziwienie, kiedy w piątek poświąteczny mąż spytał, czy jestem gotowa na wyjazd do IKEI po fotel. Myślałam, że sobie ze mnie dworuje, więc nie bardzo poważnie do tego podeszłam, ale okazało się, że plan jest jak najbardziej poważny i jedziemy w sobotę, wstajemy o 6tej i o 7mej mamy już być w trasie. Jak powiedział, tak się stało. Dojechaliśmy tam na jedenastą, zjedliśmy na górze w kafejce irlandzkie śniadanie (kolejny treat, bo uwielbiamy, a pozwalamy sobie na nie niezwykle rzadko, jednak to bomba kaloryczna, ale ile energii po nim, resztę dnia nie jedliśmy, aż do powrotu do domu). Okazało się, że wprawdzie strona internetowa wskazywała, że jest tych foteli 4 na stanie, ale jak dotarliśmy do półki, stał tam ostatni karton. Podnóżek, prezent od męża, też w tym kolorze był jeden. Aż mi włosy dęba stanęły, kiedy pomyślałam, że mogło się tak stac, że po tak długiej drodze złapałabym tylko powietrze na półce.

No i teraz stoi u mnie w książkowym kąciku. W zimie mąż mi dołożył skórę pod plecy. Poduszka, poszewka własciwie, nie pasuje za bardzo, ale nie było innych, z czasem zmienię, a szerokość poduszki idealnie konweniuje z fotelem. Musiałam ją dokupić :-)

Po relację z zakupów w Ikei zapraszam na Z babskiej perspektywy. Tutaj już tylko zdjęcie fotela


wtorek, 24 grudnia 2013

What a wonderful świąt Wam życzę

Kochani - wspaniałych książek pod choinką Wam życzę, makowca, który da się jeść podczas czytania i dużo czasu wolnego w pakiecie (na to czytanie oczywiście :-)


niedziela, 22 grudnia 2013

Natalia Rolleczek - powrót do lat nieobecnych

Autorka wspaniałego bloga 'To przeczytałam'  pisze o Natalii Rolleczek w swojej ostatniej notce (tej podlinkowanej u mnie teraz), tak się przejęłam, że od razu postanowiłam napisać kartkę do autorki, ale zanim to zrobię, mam przecież do napisania o książce, której niestety nie miałam szans przeczytać w czasach młodzieńczych, właśnie autorstwa Natalii Rolleczek, dopiero teraz nadrabiam.
Dla młodszych czytelników tłumaczę, że kiedyś nie było tak dobrze, jak teraz i książki nie przewalały się z półek księgarni do bibliotek, a z obu tych przybytków do czytelników, trzeba je było zdobywać i nie zawsze niestety to się udawało. Tak właśnie było z tą serią, za żadne pieniądze nie było szans tego wytrzasnąć, przeczytałam o tej pozycji u Kasi Sawickiej na jej blogu (kolejne fantastyczne miejsce w sieci) i od razu zapałałam chęcią zapoznania się z treścią książki. Późno, ale co tam, powrót mentalny do czasów młodzieńczych zawsze dobrze mi robi.

Trylogia o rodzinie Jelonków zaczyna się tomem Kochana rodzinka i ja, za nim idzie Rodzina Szkaradków i ja, a na końcu, nie znane mi jeszcze, Rodzinne kłopoty i ja.


Główna bohaterka, szesnastoletnia Judyta Jelonek mieszka w niewielkim mieszkaniu z mamą i siostrą, ojciec jest mityczną postacią, wielkim nieobecnym, poległym pod Monte Cassino bohaterem. Judyta ma normalne problemy nastolatki, chociaż dla nas czytanie o życiu w połowie lat pięćdziesiątych w Krakowie, nie jest czytaniem o czymś, co dobrze znamy, ta lektura ma charakter równie poznawczy, co rozrywkowy.
Dla ludzi, którzy skarżą się na niedostatki, ciekawym pewnie będzie poznanie realiów tamtych lat, wyłowienie spomiędzy wierszy informacji, co się jadło, jak trudno było dostać pończochy i jak jedna para była ceniona i jak dbano o to, żeby starczyły na jak najdłużej. Pamiętam jeszcze punkty repasacji, więc dla mnie nie było to szokujące, ale dla niejednego pewnie takie będzie, a już na pewno niezrozumiałe momentami.
Siostra Judyty jest niewiele starsza, zaraz po maturze, ale już pracuje i prowadzi dorosłe życie. Matka elegancka i zadbana, oczywiście też pracuje, bo raz, że nie może być przy mężu, bo jest jedynym żywicielem rodziny, a dwa, że czasy były takie, że kobiety nie chciały już być w domu.
Jest też babcia, nadal czynna zawodowo, do tego bardzo autorytatywna i energiczna, co ma swoje skutki.
Judyta również ma niespożytą energię, do tego pomysły z piekła rodem, wyobraźnię jak każda nastolatka z tą różnicą, ze nie każda wprowadza je w życie, a Judyta tak.
Kto by pomyślał, że powieść dla młodzieży może być dla mnie taką przyjemnością w czytaniu, do tego dużo się dowiedziałam o tamtych czasach i nieźle ubawiłam.

Drugi tom, to Rodzina Szkaradków i ja


Tym razem Judyta jest w domu sama, rodzina wyjechana, ona też jedzie na obóz, ale zanim to nastąpi cieszy się swobodą w Krakowie. Dziwnym zbiegiem okoliczności, otwiera ona drzwi pewnej kobiecie i tak zaczyna się ich wspólna przygoda. Nie chcę wchodzić w szczegóły, może ktoś się skusi na przeczytanie tej serii, popsułoby to zabawę. Znowu się dzieje, równie interesująca i zabawna.
Przede mną słuchanie trzeciej części, już się na nią cieszę.

Myślę, że przeczytam więcej książek tej autorki, pisze ona tak, jak lubię dla młodzieży, niby o dzieciakach, ale tak naprawdę o całej rodzinie, o dorosłych też.

A o co chodzi z tym, że chcę napisać do autorki? Na blogu To przeczytałam przypomina się o akcji sprzed dwóch lat, wysyłce kartek do pani Natalii w lutym, w jej urodziny, żeby sędziwa pisarka wiedziała, jak ją cenimy, jeśli tak jest. Myślę, że to piękna akcja, bo trzeba mówić ludziom, że zrobili coś fajnego dla innych, a przecież tyle pokoleń dziewczyńskich się na niej wychowało, na pewno będzie zadowolona wiedząc, że zrobiła coś mającego znaczenie.

Poniżej wklejam to, co napisała autorka bloga To przeczytałam:



Znalazłam w internecie taki tekst:

"Zwracamy się do Państwa z apelem o udział w akcji "100 kartek dla Natalii".
W dniu 16 lutego popularna pisarka Natalia Rolleczek będzie obchodzić 92. urodziny. Ponieważ teraz przeżywa ciężkie chwile w swoim życiu, możemy Jej pomóc- wystarczy aby każdy z nas wysłał kartkę pocztową z życzeniami dla Niej, to tak niewiele a dla Niej będzie miłą niespodzianką!
Podaję adres:
Natalia Rolleczek
ul. Rzemieślnicza 28 "EDEN"
32-300 Olkusz
Z góry dziękuję Wszystkim, którzy wyślą Pani Natalii urodzinowe życzenia.
Jeżeli możesz przekaż tę informację dalej.


EDEN to prywatny dom opieki, co ustaliłam dzwoniąc do zwykłego DOS w Olkuszu.
Ta informacja jest sprzed dwóch lat. Ale skoro ustaliliśmy Jej adres, można do Niej napisać, nie czekając na kolejne, 95-te urodziny :)

sobota, 14 grudnia 2013

O dwóch takich, co ukradły mój czas

Czego oczekuję od czytanej powieści? Odpowiedź na to pytanie jest ważna ze względu na to, co dalej chcę napisać.
Otóż czytam powieści różne, lżejsze, poważniejsze, ostatnio dorosłam do biografii, dzienników i opowieści non fiction. Reportaży kiedyś czytałam dużo, potem mniej, wracam ostatnimi zakupami, znowu mam na nie ochotę. Muszą mieć jeden mianownik - chciałabym, żeby w  swojej kategorii były dobre, poruszające, napisane językiem nie zgrzytającym w oczach, oczekuję emocji.
Chcę zapłakać, chcę się uśmiać, zadumać (nie wszystko w jednej, ale chociaż albo to, albo to), a po skończeniu powieści przytulić i westchnąć ze smutku, że to już koniec.
Czy oczekuję zbyt wiele? Nie wydaje mi się, jeśli książka jest inna, jeśli nie porusza żadnej ze strun, ani tej wesołej, ani smutnej, ani melancholijnej, ani poznawczej, to po co ją czytać? Na co tracić czas?

Książki, o których tu teraz wspomnę, mogłabym pominąć milczeniem, ale tego nie zrobię, bo mam tu takich czytelników, którzy wiedzą, że je czytałam i czekają na moją ocenę, chociażby dlatego, że mamy podobny gust, a dobrze mieć kogoś, kto ostrzeże przed wtopą, kompletną stratą czasu, szczególnie kiedy na półkach masa nieprzeczytanych książek, a kompulsywne kupowanie nowych nie pomaga tego rozładować w czasie dającym się bliżej określić.

Mowa będzie o dwóch powieściach - 'Studni bez dnia' Katarzyny Enerlich i 'Dworek pod lipami' Anny Szepielak.

Pierwsza opisuje perypetie kobiety, która dopiero co została porzucona przez męża, dzieje się w Toruniu, który to bardziej mnie zaciekawił i do tej powieści przyciągnął niż treść, o której nie wiadomo było za wiele z doniesień czy informacji na okładce.

Druga to opowieść o szczęśliwej (?) mężatce, która postanawia odpocząć od męża z obciążeniami po poprzednim małżeństwie, bo jak łatwo można się domyślić, trudno się temu świeżemu związkowi rozwijać, kiedy demony przeszłości są wciąż obecne. Akcja dzieje się w dwóch nurtach czasowych, część druga w dziewiętnastym wieku, przeplata się ze sobą, wydawało mi się to ciekawe, chociaż jak teraz o tym myślę, nie mam pojęcia dlaczego? Chyba z rozpędu i uwielbienia dla kostiumowych powieści i seriali BBC.

Obie powieści czytałam w związku z Festiwalem Literatury Kobiecej, tak więc wybór nie był całkiem przypadkowy, jedynie kolejność czytania tak, te poszły na pierwszy ogień, bo oczekiwałam od nich wiele.
Naiwności siostro moja rodzona.

Obie napisane sprawnie, czepić się nie mogę, zdania gładko płyną w głowie, nic nie sterczy, nic nie dziabie w oczy, wydawałoby się pełen sukces. Niestety i jedna, i druga, są po prostu nudne i nijakie, nic mnie tam nie zaskoczyło, nie poruszyło, żeby chociaż zirytowało, ale nie, przeszło gładko i poooooszło. Już żadnej nie pamiętam, nie porusza żadnej struny, nie mam nawet dobrych, chociaż niejasnych wspomnień.
Nie czekałam w napięciu co dalej, nie przewracałam z niecierpliwością stronic, nie sekundowałam żadnej z postaci opowieści, było mi doskonale obojętne, co oni tam robią, żadna z tych powieści nie zaangażowała mnie emocjonalnie, nie pozostawiła żadnego wrażenia poza jednym - szkoda czasu i atłasu, ot co.

I tyle, pastwić się nie będę, albo one po prostu nie dla mnie, albo niestety słabe. Nastawienie miałam dobre, chęci wielkie, nie można mi zarzucić, że się nabzdyczyłam zanim jeszcze zaczęłam.
A może ostatecznie wyrosłam z takich powieści?
Ale jak w takim razie wytłumaczyć, że 'Coraz mniej olśnień' czy 'Wytwórnia wód gazowanych' tak mnie zachwyciły? Pamiętam do dziś, a kiedy przechodzę obok nich w polskiej bibliotece, zatrzymuję się na chwilę, żeby pogłaskać po grzbiecie. A przecież to jest ta sama kategoria. Nie będę się tu biczować, moim zdaniem słabe to i już.