sobota, 17 marca 2012

Czasami lepiej czekać, niż doczekać, bo zawód może być wielki

Tak czekałam, zazdrościłam, kiedy ktoś mówił, że idzie na to do kina. Już mi nawet nie chodzi o to 3D, ale o wielki ekran, o te sceny batalistyczne, które u Hoffmana zawsze zapierały dech w piersiach. Poza tym ja lubię filmy polskie z historią w tle, a Hoffmana to już w ogóle, Potop czy Ogniem i mieczem oglądam zawsze, kiedy powtarzają (chociaż kręcę nosem, kiedy w programie, ale jak okiem zahaczę, to już przyklejona do ekranu nie odchodzę).



Film Bitwa Warszawska 1920 był dołączony do Vivy i mi go litościwie koleżanka Michaliny przywiozła z kraju. Chciałam bardzo go mieć na DVD, bo taka karta historii sfilmowana, do tego dvd ma język angielski, to sobie pomyślałam, że i jeszcze-nie-zięć zobaczy, może kolegom Wojtek puści. Miałam plany na skalę międzynarodową co do tego filmu, hehe.

Zapodałam wczoraj do odtwarzacza, syna od komputera oderwałam, jabłkami obdzieliłam, koce każdy sobie zorganizował, pies spacyfikowany zabawką - cała logistyka. Małżon mnie rozbawił do łez pytaniem, czy to w 3D i czy okulary dołączyli? Jakbyśmy trój-telewizor mieli.

Włączyłam i się zesrało. Excuse my French.
Z Hoffmana to tylko te konie, ułani, kawalerie i najazdy tychże szerokim obiektywem kręcone. Nic więcej. Ani pięknej historii, jakieś strzępy zaledwie. Szyca równie dobrze mogło by nie być, i tak gdzieś tam w tłumie jeździł albo strzelał. Bończak więcej się nagrał w tym filmie niż on, zresztą facet klasa. Chodzili w scenach mówionych jakby kije połknęli, styl wiejskiego przedstawienia amatorskiego - wchodzisz z lewej, mówisz, żeby cię ostatni rząd słyszał, wychodzisz z prawej - pani świetliczanka reżyseruje. Piłsudski tak ucharakteryzowany, że bardziej Stalina przypominał, gdyby nie mundur, pomyliłabym jak nic, Linda się jakoś obronił, ale i tak myślę, że mógłby sobie darować tę produkcję, na co mu ten obciach. Ferency dobry, ale mocno stereotypami leciał, najfajniej wypadła wdowa po białym oficerze, która była mu nałożnicą. Sceny w obozie bolszewików - nihil novi, to już dużo lepsze były w serialu, który w zeszłym roku leciał. W ogóle ten serial przebił film po wielokroć, a przecież nie miał chyba takiego budżetu?

No i na koniec zostawiam najgorsze - pani Natasza Urbańska była po prostu tak słaba jak herbata babci klozetowej. Używam tego określenia szalenie rzadko, tutaj na blogu chyba ze trzy razy do tej pory. Już gorzej upaść nie można. Niestety, dziewczyna fajna, ale grać to ona wcale, a wcale nie potrafi. I tak sobie myślę, że się Józefowicz nad różnymi ludźmi pastwi, a w domu nie umiał żadnej dobrej rady żonie dać. Ani rozpaczy zagrać nie umiała, ani radości, strachu, a już te sceny na polu bitwy to był ostateczny cios w splot słoneczny. Normalnie mnie bolały oczy to oglądać.
Właściwie wszystko, co musicie wiedzieć, jest w tej zajawce wyżej, resztę można sobie darować. I nawet dosłowność, tak nowoczesna teraz, scen wojennych - flaki na wierzchu, a na drugim końcu bolszewik ściąga buty z nóg, mózg na twarzy żołnierza obok, urwane pół korpusu, nogi ręce, co tam wystaje. Krew tryskająca, członki fruwające - nic nie pomoże, bo film jest po prostu słaby i nieciekawy.

I tak sobie myślę - jeśli trójwymiar ma zredukować treść na rzecz widowiska, to jest to po 3-kroś do D-upy pomysł i mnie w ogóle nie pociąga.

Przy okazji filmu przypomniałam sobie o świetnym aktorze rosyjskim Aleksandrze Domagarowie (oczywiście grał w Bitwie Warszawskiej, a jakże, kozaka i grał świetnie, na szczęście zapomnieli mu przetłumaczyć, że to jest 3D i nie musi się starać), jaki zbieg okoliczności, że na Chanel 1 rosyjskim (dostępny w Polsce na platformach satelitarnych, niekodowany), był akurat o nim film dziś rano. Obejrzałam z wielkim zainteresowaniem, jakiż to wszechstronny i ciekawy artysta.

czwartek, 15 marca 2012

Ćwirlej mi się oddala w zawrotnym tempie

Mroczna seria reklamuje Mocne uderzenie Ćwirleja na FB. Ucieszylam się, że jest czwarta jego książka, bo z opisu wynika, że są one w stylu, jaki lubię (osadzone w latach osiemdziesiątych, w poprzednim ustroju). Rzuciłam się zaraz szukać książek tego autora, bo postanowiłam, że tym razem nie dam się wycyckać. A kiedy dałam? A mianowicie podczas mojego pobytu w Polsce ostatnio, dawno, ale jego trzy już były na rynku, poszłam do Empiku, bo wtedy jeszcze naiwnie wierzyłam, że tam wszystko kupię przy minimum wysiłku z szukaniem, co ważne, bo większość czasu spędzałam z chorą mamą i naprawdę nie miałam czasu biegać po całym mieście, od jednego końca do drugiego. No więc wchodzę z listą, a tam, poza nową Grocholą, nic nie ma z tego spisu. Przeszłam przez męki, jak to w tym przybytku, związane z tym, że połowy tytułów pani mnie obsługująca nie znała, a ta co niby miała znać, miała wolne (oni chyba kłamią, bo to już trzeci raz słyszałam tłumaczenie takie, a to było w Poznaniu,  w Koszalinie, a trzeci w Warszawie - szkolą ich, żeby tak odpowiadali?). Uczynność w Empiku nie zna granic, oczywiście mogą mi zamówić. Ja się zapytowywuję - co tam stoi na półkach w tym wielkim jak dupa słonia salonie, że nic nie ma, kiedy człowiek konkretnie szuka tytułów? No nic, ta opcja odpadła, bo zamówienie mogło być na wtorek, a ja w niedzielę wylatywałam do Irlandii. I w ten sposób zrobiłam się na cacy, bo za późno poszłam, a w małych księgarenkach, czy to na lotnisku, czy obok mamy, nie było jego książek. Kurczę, znacie to? Szukacie czegoś i okazuje się, że trzeba się nachodzić? I to już nie o cenę szło w tamtym momencie, bo brałabym z musu jak leci.
No właśnie cena. Piszę o tym, bo mnie zatkało właśnie przed chwilą.
Zajrzałam z wypiekami na twarzy do kilku księgarni internetowych i zdębiałam radośnie (tak też można, ze zdziwienia i z radości też :-) - jest epub, można kupić i mobi, i pdf, super!!!!!!!!!!!!!!! Tylko hola, hola, książka papierowa jest tańsza niż wersja pliku na czytnik, niewiele, ale chodzi o zasadę. Jak to możliwe, że plik, który dostanę siecią, nikomu nie będę mogła pożyczyć, nie odsprzedam, nawet polskiej bibliotece nie podaruję, gdybym czystki na półce robiła, jest droższy? A do tego kosztuje prawie 40 złotych? Czyli za 4 pliki zapłaciłabym coś około 150 złotych. Ludzie, czy ja czegoś nie wiem? Rozumiem, że pisarz napisał i musi zarobić, wydawnictwo też, ale więcej niż na egzemplarzu na papierze, z okładką, z kosztami druku i wożenia tego do magazynów i do księgarni (czyli kierowcy, paliwo itp)?

I w ten sposób pan Ćwirlej oddalił się w tempie natychmiastowym, choć mam nadzieję tymczasowym, bo muszę sobie normalnie na niego pieniądze zaoszczędzić. I nawet Empiku winić tym razem nie mogę, bo u nich akurat na ebooku można zaoszczędzić, nie krocie, ale jednak.

Idę się nurzać w otchłani rozpaczy. Jestem strasznie niecierpliwa, wszystko bym chciała już, teraz, zaraz. Muszę się tego oduczyć. 

Okładki książek pana Ryszarda są fantastyczne (te wydane przez WAB)


poniedziałek, 12 marca 2012

Erratum. Kino też po to jest. A takie powroty niejednego bolą

Obejrzałam dzisiaj, wreszcie miałam okazję. Tyle się nasłuchałam dobrych opinii, zdążyłam zapomnieć o nich i dobrze, bo film obejrzałam 'na czysto', nie skażona czyimiś ochami i achami, czy odwrotnie, utyskiwaniem na treść czy poziom. Nie żeby w tym przypadku były złe recenzje, po prostu czasem lepiej być z dala od wszystkich głosów mądrych i niemądrych, odebrać film na żwyca i dać się porwać. Albo nie.

Nie jest to kino łatwe, ale cóż, tylko w dawnych czasach miało li tylko bawić. Teraz ma też misję, czasem porusza aż do trzewi, czasem tylko przeponę podczas nagłego śmiechu, w każdym z tych przypadków dobrze, jeśli jest mądre. A to mądry film. O dorastaniu do swojego życia, o otwieraniu oczu, o tym, jak to czasem historie przydarzają się nam, a nie innym i też o tym, że nic nie jest proste, chociaż mogłoby być, gdyby tylko człowiek tak wszystkiego nie komplikował. I o mądrości mówienia prawdy, że wyzwala. O tym, że nie zawsze wszystko dobrze się kończy, ale można wyciągnąć wnioski z potknięć.
Bardzo poruszyła mnie ta historia. Może dlatego, że moje powroty do domu rodzinnego też tak wyglądają. Albo i jeszcze gorzej. Płakać mi się chciało i bolało w okolicach serca, wrażliwa struna mocno została szarpnięta. Film prawdziwy, nie przerysowany, nie ma tam rwania włosów z głowy, przez to chyba jeszcze bardziej trafia prosto do serca. Czasem ma się wrażenie, że to paradokument z naturszczykami w roli głównej. To zaleta. Chociaż trudniej się oszukiwać, że to tylko film, co w moim wypadku akurat bolesne było.
Nie ma żadnego zbędnego dialogu, sceny, postaci. Naprawdę warto obejrzeć. Nie z popcornem i colą, raczej nalejcie sobie lufę.


Tomasz Kot rewelacyjny, aż trudno uwierzyć, że on tutaj i on w To nie tak jak myślisz kotku (który uważam za najgorszy film polskich w każdej kategorii) to ten sam człowiek. No, ale nawet najlepszy tony łajna nie podźwignie.
A swoją drogą, słyszeliście, że producent pozywa Raczka o straty finansowe, gdyż ten zjechał film Kac Wawa? Paranoja. I obciach dla tego człowieka. Tu można o tym poczytać

sobota, 10 marca 2012

Sobremesa mnie kołysze do wtóru wiośnie (zaleca się posłuchać tego, co wkleiłam na dole, podczas czytania)

Ja wiem, że nikomu się nie chce słuchać 'czyjejś' muzyki, w sensie, czyichś fascynacji muzycznych, ale kto wie, może i Wam się spodoba?
Przyleciała do mnie ta płytka jakiś czas temu, ale nie chciałam o niej pisać, dopóki nie wysłucham milion razy i nie przekonam się, czy mogę, po raz nie wiem który, piać zachwyty. Inaczej sobie nie wyobrażałam, nie zdarzyło mi się tak, żebym jakieś płyty Anny Marii Jopek nie polubiła, ale wiadomo - jedne bardziej do serca trafiają, inne mniej.
Nie wiem, czy ja to kiedykolwiek opowiadałam, ale uwielbiam tę artystkę, chociaż nie zawsze tak było. Kiedyś denerwowało mnie, że w wywiadach pieści się z głosem, kiedy coś mówi i wydawała mi się taka trochę dzidzia-piernik. Daaaaawno to było, na samym początku jej kariery. No i Kydryński junior mnie wkurza jakoś, tak za nic, niestety czasem tak bywa. A, że oni kiedyś ciągle razem, więc się udzieliło w jej stronę też. Aż przyszedł taki czas Wielkanocny, kiedy mąż wyjechany był w Irlandii, ja sama w domu z dziećmi, Wojtkowi się buty rozwaliły, lodówka popsuła, pieniądze z banku od męża nie weszły na konto, jedzenie się psuło w tempie natychmiastowym, bo upalne to były święta (tak, tak, osiemnaście stopni na termometrze) - skracając historię - podłamałam się. Mimo braku gotówki postanowiłam dzieciom kupić tzw 'zajączka', czyli drobne prezenty. Nie mogłam liczyć na żaden dla siebie, co mnie dodatkowo jeszcze bardziej rozkleiło. Weszłam do sklepu z zamiarem kupienia książki dla córki, wyszłam z Harrym Potterem pierwszym tomem i pierwszą Grocholą, wtedy jeszcze zupełnie nieznaną dla siebie. Wojtkowi poszłam kupić Fasolki na płycie, a wyszłam z czym innym dla niego i z Nienasyceniem - płytą Anny Marii Jopek dla mnie. Wcześniej miałam już Bosą i zupełnie oszalałam na jej punkcie. I tak zaopatrzona przeszłam przez święta bez sznura przygotowanego w szafie. Po prostu czytałam, dzieci bawiły się na podwórku, a w tle leciała ta płyta. A co się popsuło, wyrzuciłam do kosza bez 'wyrywania włosów z głowy', bo przecież miliony głodują. Znieczuliłam się po prostu tą muzyką. Nabrałam dystansu do problemów.


Ta piosenka szczególnie mi pomogła i zatrzymała złe myśli, wróciłam na właściwe tory myślenia. Wiadomo, że w zaklętym kręgu czarnowidztwa można by bez końca.

Sobremesa jest inna w stylu, ale nie odbiega od 'myśli przewodniej' wokalistki. Są tu piosenki, które dodają energii, które dają wytchnienie albo prowokują marzenia.
Myślę, że Anna Maria Jopek to jest jedyna wokalistka obecnie, która jest gotowa, tak jak stoi, wejść na arenę międzynarodową i nie będzie obciachu. Ani językowej bariery. Po portugalsku śpiewa tak, że mi serce w pięty idzie. Nie wiem, o czym, ale czuję wibracje.


A ta piosenka daje mi rano tyle energii, że chodzę jak ten królik z Duracella


Nie jestem krytykiem muzycznym, nie umiem pisać o dźwiękach, harmoniach itp. Umiem tylko powiedzieć, że kiedy jej słucham, moje emocje sięgają zenitu, czasem skaczę, czasem płaczę, czasem po prostu bujam w takt z zamkniętymi oczami.

Byłam na koncercie przed samym wyjazdem, odbywał się nad Zalewem w Siedlcach, gdzie ówcześnie rezydowałam. Fantastyczny. Wokalistka z klasą, to i koncert taki.
A poza wszystkim uważam ją za jedną z najpiękniejszych kobiet, jakie znam. Taka kompletna. Prawdziwa.  I już nie ma maniery pieszczenia głosem, za to zyskała taka klasę, jaką niewiele wokalistek ma. Tak się cieszę, że jest

poniedziałek, 5 marca 2012

Krawcowa z Madrytu - o wojnie w hiszpańskim wydaniu

Kiedy myślę o II Wojnie Światowej - nigdy nie myślę o roli Hiszpanii w tym czasie. Kiedy myślę o latach międzywojennych, nigdy nie przyjdzie mi do głowy sprawa wojny hiszpańskiej, chociaż w Irlandii częściej, bo wielu Irlandczyków brało w niej udział, przewija się dużo wzmianek o tym w biografiach pisarzy czy dramaturgów, w sztukach teatralnych, na przykład jednej z moich ulubionych 'Dancing at Lughnasa' Briana Friela.
Hiszpania jest dla mnie krajem mało znanym, jej historia, przywódcy, niepokoje wewnętrzne - tyle, co z lekcji historii i literatury, ale bardzo okrojona to wiedza.
Tym bardziej zapałałam rządzą, kiedy tylko zobaczyłam zapowiedź tej książki. Temat wydawał mi się ciekawy, czasy jeszcze bardziej, pomysł, jak i zarys fabuły - po prostu czułam przez skarpety, że to coś dla mnie.
Jakże się NIE zawiodłam!!! Czytanie tej powieści to jeden z najprzyjemniejszych chwil tego ponurego, deszczowego i niezwykle wietrznego okresu zimowego, gdzie daleko nam było do ujutnych obrazków śniegu i skrzącego mrozu, za to mokro, przenikliwie zimno (wiatr powoduje, że temperatura odczuwalna jest dużo niższa od tej na termometrach) i jakoś tak smutno. 


W Krawcowej z Madrytu poznajemy historię Siry, która najpierw opowiada o swoich czasach młodzieńczych, terminowaniu u znanej madryckiej krawcowej, potem o pierwszych miłosnych przygodach, zabiera nas ze sobą w podróż do Maroka, gdzie spędza kilka lat i jest to bardzo burzliwy czas na początku, potem z powrotem do Madrytu, jeszcze Portugalia, a wszystko to raz na spokojnie, raz awanturniczo wręcz, raz szpiegowski wątek, a zaraz potem obyczajowy.
Ta powieść ma wszystko to, co dobre czytadło - w dobrym tego słowa znaczeniu - powinno mieć.
Dodatkowo, co mnie zafascynowało, nazwiska polityków i ludzi, którzy przewijają się w jej pracowni krawieckiej, otoczeniu znajomych czy w mieście, są prawdziwe, można je na Wikipedii znaleźć.


I tak, dużą rolę w powieści gra Juan Luis Beighbeder (za zdjęciu wyżej), który najpierw był najwyższym komisarzem w Maroku, a potem krótko Ministrem Spraw Zagranicznych Hiszpanii. Albo szwagier Franco - Ramon Serrano Suner (ten w mundurze z białymi włosami, które były jego znakiem rozpoznawczym). Nigdy o nich nie słyszałam, ale czytając tę powieść, wygooglowałam i spędziłam jeden z poranków na poznawanie nieznanej mi historii Hiszpanii.

Poza tym Maroko też dla mnie obce, teraz jakże warte poznania i odwiedzenia nawet, chociaż mnie kiedyś nie ciągnęło w tamte strony. Po przeczytaniu powieści zapałałam chęcią odwiedzenia tych miejsc, poczucia klimatu i zapachu tego kraju. Córka była, teraz jej opowieści mają dla mnie inny sens, pełniejszy sens.

Książka ma w sobie tyle smakowitych kąsków, że boję się, że o którymś zapomnę. Sira jest krawcową, więc dużo jest o modzie, materiałach, szyciu, technice łączenia, tamtych trendach. Nie lubię o modzie za dużo, ale tyle, co tu było, akurat. Poza tym tło społeczne, bardzo poznawcze, ale nie nachalne. Kiedy myślimy o tamtych czasach widzimy siebie w samochodzie bez dachu, w pięknych sukniach na balu, w misternie ułożonych włosach, z czerwonymi ustami i takimi paznokciami, z tragarzami i służbą na podorędziu - bo w marzeniach nigdy nie postawilibyśmy się na pozycji posługaczki, szofera czy kobiety jedzącej obierki, mieszkającej w suterenie kamienicy czynszowej. Takich ludzi przecież było więcej. Dlatego pewnie tak lubię seriale brytyjskie takie jak: Upstairs Downstairs czy Downton Abbey, bo one opowiadają i o służbie, i o 'państwu' , którzy są równorzędnymi bohaterami opowieści. Tutaj też widzimy blichtr wyższych sfer, ale i 'zaplecze', a także urzędników, handlowców, policjantów i tak dalej. Jest więcej ciekawych, krwistych postaci, ale nie chcę wszystkich wymieniać, bo odbiorę Wam frajdę czytania.
Warto poświęcić kilka wieczorów na historię krawcowej, a nawet kilku, z Madrytu. Znajdziecie w niej wszystko, co najbardziej pożądane w prawdziwej powieści z krwi i kości - miłość, wielkie salony, małe ciemne mieszkanka, wielką politykę, podróże, konflikty i życie, takie jakie ono było w tamtych czasach.
Powieść ta przypomina mi, co mnie w czytaniu zachwyciło, kiedy byłam dzieckiem. Znacie to uczucie, otwieracie książkę, a ona Was prowadzi w nieznane miejsca i wprowadza do świadomości ludzi, uczucia, zapachy, przedtem Wam całkiem obce. I już nic nie jest takie samo. Magia

O książkę poprosiłam panią Bognę ze Świata Książki i jestem bardzo wdzięczna, że mi ją wysłała, chociaż nie jestem bardzo aktywnym współpracownikiem, bo narowisty ze mnie recenzent. Tak się cieszę, że ją przeczytałam.
Na końcu dodam, że Świat Książki wydaje powieści tak, jak ja lubię - druk przyjaznej wielkości, odstępy wierszy też, książka gruba, ale układa się w rękach i okładka, nie tylko adekwatna do treści, ale obiektywnie ładna i nie obciach ją w ręku w publicznym miejscu trzymać. Podobna w stylu do hiszpańskiej wersji, czyż nie?

Jest to piąta książka przeczytana w ramach wyzwania Z półki

poniedziałek, 27 lutego 2012

Jestem kopnięta

Inaczej się tego nie da nazwać - zdrowo kopnięta nawet. Wczoraj wróciłam z biblioteki, zasiadłam do konferencji z córką, bo mam tłumaczenie techniczne, a tam kilka baboli, przez które nie mogłam przejść, potem od razu zaczęłam wpisywać do tekstu ustalone z nią i jeszcze-nie-zięciem rozwiązania, po czym zorientowałam się, że przecież to noc oskarowa i postanowiłam pracować do pierwszej w nocy, żeby nie usnąć to raz, podgonić robotę to dwa, a na końcu w ramach nagrody - obejrzeć oskarową galę.
Jak postanowiłam, tak zrobiłam. Chociaż mówią, że akurat w zeszłym roku nie było dzieła, któremu można by kibicować z zapartym tchem,  ja i tak lubię te gale, szczególnie, kiedy prowadzi Billy Cristal. Uwielbiam faceta.
Nie powiem, nieprzytomnawa bylam, ale też i nie składająca się scyzoryk. Zawinęłam się w koc, obłożyłam poduszkami, żeby w pionie zostać, bo jakbym w pozycję horyzontalną zapadła, nie byłoby silnych, od razu bym zaczęła chrapać.
Troche mnie wkurzały komentarze w studio Canal+, bo miałam wrażenie, że panowie się licytują, który więcej wie o filmie, a bardziej stonowany i przyjemniejszy do słuchania i w odbiorze Michał Oleszczyk, został zamachany i zagadany przez Kubę Mikurdę. Szkoda. Nie było tak źle, ale wiecie, w nocy to wiele rzeczy irytuje, niepotrzebnie tak tokował i gestykulował ten drugi.
Gala, jak to gala. Obiecałam sobie, że ostatni raz oglądałam na żywo w nocy. Gdyby to było w oryginale, żebym mogła słyszeć, co mówią po angielsku, to jeszcze jest sens, ale z tłumaczeniem symultanicznym, gdzie połowa treści umyka, tłumacz zagłusza, a nie oddaje tego, co mówią (szczególnie mój ukochany Bill), nie ma to najmniejszego sensu.
Werdykt w kategorii filmu nieanglojęzycznego obejrzałam stojąc przed telewizorem, zaciskając kciuki, ubrana w koc jak jakiś Siuks nie przymierzając. Bo mi zimno było, a na stojąco, bo zmierzałam do kuchni po coś do jedzenia i popicia.
Nie dostała Holland, ale przynajmniej przegrała z naprawdę dobrym filmem.
Cieszę się, że dostała Meryl Streep, nie była to jej najlepsza rola, ale ona jest tak dobra, że i tak jej się po tylu latach należy. I tak nie było aż takiego obciachu, jak wtedy, kiedy dostała bardzo średnia Gweneth Pathrow za Zakochanego Szekspira.
Cieszę się, że Artysta wymiatał, bo to oryginalny pomysł i wraca nostalgicznie do korzeni, czasem dobrze sobie przypomnieć, jak to się zaczęło.
Christopher Plummer jest świetny i chociaż nie widziałam Debiutantów, cieszę się, że jemu przypadła statuetka.
Drugoplanowa aktorka ze służących też zasłużyła moim zdaniem, więc nie miałam się na co oburzać. Do tego stopnia się rozluźniłam, że zasnęłam i w środku nie wiem, kto i za co. Dooglądam we wtorek.
Bo dzisiaj teatr, mogłabym na Sky Oskary dzisiaj zobaczyć i bez tłumaczenia, ale teatr ważniejszy, chyba, że się załapię na jedno i drugie. Zobaczymy.
Oglądałam Iron Lady niedawno w kinie i powiem tak - dzieło to nie jest, wiele nie tłumaczy z punktu widzenia historycznego, ale dobrze zobaczyć historię kobiety, która rządziła i była tak mocarna w czasach, kiedy ja się bardziej zastanawiałam, czy Marek z 8b mnie zaprosi do kina. Wojnę o Falklandy pamiętam z doniesień z Dziennika, ale niewiele mnie to wtedy interesowało. Poza tym ten, kto mieszka w UK czy w Irlandii wie, jak trudno, trudniej chyba niż w Europie kontynentalnej, było kobiecie się przebić do świata męskiej polityki. Myślę, że warto.
Idę spać, padam na pysk. 

środa, 22 lutego 2012

O książce uszami słuchanej, przeprosinach, rozpaczy i kompletnym braku czasu

Od czego by tu zacząć.
Może od przeprosin, żeby się nie okazało, że zapomniałam, bo myśli pędzą, muszę się streszczać.
Dla Dabarai i Lirael, za to, że mam ich książki, macam, wącham (są bezpieczne, szanuję bardziej niż własne), ale nie przeczytałam ich jeszcze, bo - i tu o braku czasu będzie - mam pilną robotę do wykonania i siedzę nad nią dzień i pół nocy od dni kilku. Wcześniej urodziny syna (zdjęcia tortu na FB), a pewnie i na blogu codzienny za niedługo, wizyta córki, a nie będę jej widzieć aż do Wielkiej nocy, czyli post nie tylko od używek, ale i od córki obecności. Wszystkie grzechy odkupię, bo na diecie jestem, więc rybka, warzywka, kurczaczek, chudo, często a mało, sami wiecie. Książkę z dietą przedstawię, ale nie dzisiaj. Post jak znalazł na ten czas.
Rozpacz, zanim przedstawię audiobooka, muszę napisać o niej - ukazała się nowa książka Mariusza Szczygła

Wiecie jak to jest, człowiek wie, że może ją kupić za miesiąc, za pół roku, ale serce krwawi, jak się pomyśli o tych, co mogą tak z ulicy wejść i drogą kupna nabyć.

A teraz o audiobooku. Prezenty od PWN w postaci książek o dwudziestoleciu międzywojennym, zwiększyły u mnie zapotrzebowanie na powieść z tego okresu. Na kogo miałoby paść jak nie na Tadeusza Dołęgę-Mostowicza? Tym razem powieść 'Prokurator Alicja Horn'. Na którymś z blogów przeczytałam o tej książce, zapałałam chęcią poznania treści, mam nawet na półce, ale ciągle coś w kolejce do czytania,  wyszukałam więc w Merlinie do słuchania i zdumiałam się, że tylko za 17.5 zł. Kupiłam i nie żałuję. Fajna interpretacja Włodzimierza Pressa bardzo umiliła mi słuchanie tej powieści.

Tadeusz Dołęga Mostowicz urodził się w 1898 roku, jego pierwsza powieść ukazała się w 1930 roku. Napisał ich 16, dostatnio żył z tantiem. Miał bardzo ciekawe życie, walczył w wojnie polsko-bolszewickiej, potem był redaktorem i felietonistą, został nawet raz porwany, bo naraził się bojówkom sanacyjnym. Zginął zabity przez Sowietów we wrześniu 1939 roku w czasie walk na granicy wschodniej.
Dla mnie Dołęga-Mostowicz był tym dla tamtego czasu w literaturze, czym Jane Austen w swoim czasie w Anglii. Pisał o rzeczach niewygodnych, bystry obserwator i do tego wyprzedzający swoją epokę, widzący zjawiska tak, jak nie postrzegali ich inni. Albo nie tak łatwo godzący się z nimi, jak inni. Jego Kariera Nikodema Dyzmy to majstersztyk - bez pardonu zaatakował ówczesne elity polityczne, towarzyskie i nic sobie z  tego nie robił.

W prokurator Alicji Horn głównie idzie o miłość. Jan Winkler przyjeżdża do Warszawy, człowiek z burzliwą przeszłością,  którą powoli poznajemy,  zaczyna brylować wśród elit stolicy. Prokurator Alicja, kobieta w świecie mężczyzn, obserwujemy jej życie prywatne, ale i zawodowe, dzięki temu, że jest nieprzejednana, zyskuje szacunek. Nieprzejednana w pracy, miękka w domu, kobieca, ze wszystkimi tego dodatkami, włącznie z zazdrością, która ją niszczy.  Metody detektywistyczne, jakie tam widzimy - to woła o pomstę do nieba. Warto się temu przyjrzeć.
Mamy też dywagacje o genetyce i teorie związane z 'zapatrzeniem' i wpływem tegoż na urodzone dziecko. Jak to u Dołęgi-Mostowicza świetnie, ale nie nachalnie i dydaktycznie, zarysowane tło społeczne, obserwacje socjologiczne bezcenne, a do tego duży ubaw, jak to przy czytaniu fikcji.



Koniecznie muszę poszukać filmu nakręconego na podstawie tej powieści w 1933 roku z Jadwigą Smosarską w roli Alicji. Czy znacie jakieś wydawnictwo, które produkuje na dvd przedwojenne filmy? A może są one dostępne gdzieś legalnie w sieci?
I to by było na tyle, wracam do roboty.
Blogowanie uzależnia, normalnie mi was brakuje.

piątek, 17 lutego 2012

O czterdziestokilkulatce, która wysoczyla oknem (ze szczęścia)

Trochę też ze zmartwienia, ale o tym nie będę pisać, bo to jest blog o książkach i innych takich.
Pominę więc milczeniem, co mi zaprząta myśli, co nie pozwala skupić się na książce, co siedzi kołtunem w głowie i nie daje żyć.

Zawsze w takich razach, jakaś równowaga musi być, chociaż można to nazwać też ratunkiem, dzieje się coś, co trzyma mnie przy życiu. Tym razem są to trzy przesyłki i jeden zakup.

Pierwsza to była książka pożyczona od dabarai - Miss Pettigrew Lives For a Day. Już mam ją w zakładce i zaczęłam czytać. Jest to pięknie wydana książka z wydawnictwa Perspephone Books w Londynie.


Zdjęcia nie oddają, jakie one starannie zaprojektowane. Na domiar złego robiłam je wieczorem w kuchni, przy sztucznym oświetleniu chyba nie wypadają tak, jakby to było w dzień.
Ach te rysuneczki, zakładka jest taka jak wnętrze książki o jednej stronie, a po drugiej też z rysuneczkiem z książki. Takie cudo aż przyjemnie czytać.  Dziękuję Kasiu za wysłanie jej do mnie.


Druga to też pożyczanka od Lirael tym razem, pisała o tej książce, nigdzie jej nie mogłam dostać, a kupić mnie nie było stać, bo tutaj 'persefonki' kosztują krocie, wszędzie zresztą. Przysłała, do tego list pisany ręcznie na kolorowej, gustownej papeterii. Maleńka książeczka, ale przyjemnostka wielka. Powstaje film na jej podstawie, widziałam trailera, bardzo klimatyczny.


I na końcu, nie mniej ważna przesyłka, wygrana książka od przynadziei z Notatnika Kulturalnego 


Książka była nagrodą, a PaperMint, piękna pocztówka i jeszcze dwie książeczki o Małopolsce dla zwiedzających, zapakowane już dla córki, więc nie ma na zdjęciu, były bonusem. Skąd Robert wiedziałeś, że akurat tego numeru PaperMint było mi przykro nie mieć? Chciałam poczytać wywiad z 'Marcinami',ale nie miałam jak kupić, a tu taka niespodziewajka.

To już by wystarczyło, żeby oknem z parteru skoczyć, ale na dodatek powiem Wam pierwszym, że kupiłam bilety do Polski, lecę odwiedzić mamę. Tak się złożyło, że wylot będę miała z Warszawy i będę mogła zahaczyć o Targi Książki w maju. Osiem lat temu ostatnio byłam na jakichkolwiek, mam nadzieję zobaczyć pisarzy, pomacać i może uda mi się też spotkać któregoś z Was?
Ot takie to szczęścia w nieszczęściu.

czwartek, 9 lutego 2012

Zofia Woźnicka - niezapomniana czarodziejka moich młodych lat

Wprawdzie wzmiankowałam już raz o jej powieściach TU, przy okazji innego wpisu, ale po dzisiejszej rozmowie facebookowej z Martą postanowiłam przybliżyć jeszcze raz postać Zofii Woźnickiej, bo uważam, że ciekawie pisała dla młodzieży. Pewnie nie jednemu ją tylko przypomnę, a innym przedstawię. Jeszcze się wahałam, czy w ogóle warto pisać taką notkę, ale po przeczytaniu nowego wpisu u przewodnikapokrakowie (przypadkiem tez o powieści tej autorki), pomyślałam - a niech tam.
Poza tym nie gniewajcie się, ale trochę mam dość ostatnio jednolitych wpisów na blogach (piszę ogólnie, bo oczywiście zdarzają się rodzynki) - stosików i opisywania kilku książek na krzyż. Ja bym chciała poznać Wasze myśli okołoksiążkowe, fascynacje sprzed lat, nie tylko te nowe, najmilsze wspomnienia z  różnych lektur i czasem mnie już mdli od 'dziewczynek z delfinami' (w sensie zjawiska powtarzalności, nie tytułu) w prawie każdym wpisie. I nie zrozumcie mnie źle, to nie jest krytyka, raczej zauważenie nieuchronnego zjawiska, bo przecież blogi to odzwierciedlenie rzeczywistości, a często jest tak, że wszyscy czytają to samo, bo jest o jakiejś książce głośno.  Pewnie, czasem sama się wpisuję w ten nurt masowego czytania jednej i tej samej książki, stąd taka 'ucieczka z peletonu', stąd chęć wypadnięcia z trasy'.

Siostry Woźnickie (właściwe Wicher), Zofia i Ludwika, były bliźniaczkami. Z powodu pochodzenia żydowskiego (mama była Żydówką), w czasie wojny uwięzione były w Gettcie Warszawskim, a potem w wieku 16 lat zabrała je do siebie i ukryła dr Felicja Felhorska. Zostały wywiezione do Niemiec, skąd Zofia wróciła rok po zakończeniu wojny. Była tłumaczką z języka francuskiego, krytykiem literackim i pisarką dla dzieci i młodzieży. Jej siostra też pisała dla dzieci, tłumaczyła z angielskiego. Obie przyjaźniły się z matką braci Kaczyńskich i były matkami chrzestnymi chłopców. Obie popełniły samobójstwo, Zofia w 1983 roku, a siostra trzy lata później.




Cecha wspólna  powieści Zofii Woźnickiej (tych, które znam) to miejsce akcji, bohaterki zawsze wyjeżdżają do Francji. Ania ze Skalistej Krainy Katalonii jedzie tam po nieudanych egzaminach na medycynę. Wanda z Zaproszenia odwiedzić rodzinę, a bohaterka Paryskiego Stypendium Joanna, na naukę do Akademii Sztuk pięknych. Dużo się dzieje, sam wyjazd to, szczególnie w tamtych czasach, duże wyzwanie, a do tego poznawanie nowych realiów, uczenie się życia, dojrzewanie, galeria ciekawych postaci. Nie mam pamięci fabularnej, nie jestem pewna teraz treści, tak żeby dokładnie zreferować, która o czym i ich ze sobą nie pomylić, ale każda z nich wywarła na mnie wyjątkowe wrażenie i do tej pory czuję niezwykłe ciepło, kiedy je biorę do ręki. Postanowiłam, ze sobie je powtórzę i wtedy może opiszę dokładniej.
Edytuję, bo wczoraj w nocy pisałam i zapomniałam o tym, że te powieści, dla dziecka chowanego w komunie, były oknem na świat. Obce języki wplatane w dialogi, opisy Paryża i innych krajów, podróże zagraniczne, inne życie, wolność - dla mnie wtedy to była bajka, która się ziściła, ale wtedy o tym nie wiedziałam. Nie żałowałam swojego życia, ale jak każdy młody człowiek chciałam też wiedzieć i widzieć też coś innego, poza moim własnym podwórkiem. 
W każdym razie, kiedy będziecie w bibliotece, a macie już dosyć gorących nowości, może sięgniecie po którąś z powieści Woźnickiej? Są młodzieżowe, ale takie dla starszej, licealnej młodzieży, więc i na progu dorosłości można sobie zapodać. A na starość, hihi, przypomnieć.

poniedziałek, 6 lutego 2012

Niby nie moje, a i tak nie moglam kartonu spokojnie otworzyć

Tak to jest z tymi przesyłkami z Polski, nieważne, czy to dla mnie, czy dla biblioteki, kiedy widzę karton z Merlina, ręce mi latają, nożyczek wbić nie mogę, szarpię się z taśmą klejącą, oszaleć można. Jak narkoman na głodzie.


Kiedy wszystko wyjęłam, aż mi się słabo zrobiło. Wszystkie pozycje na swój sposób dobre, każda do hit, dla każdego coś dobrego, a i dla mnie czytania dużo, bo oprócz Wałęsowej, nic jeszcze nie znam. Teraz wpisuję tytuły do bazy danych, a w niedzielę pojadą do biblioteki, do ludzi. Coś sobie chyba zostawię do czytania, chociaż stos obok łóżka rośnie i wygląda groźnie. Mr. Pebble i Gruda mnie kusi. Wszystko mnie kusi. Trzymajcie mnie!!!



czwartek, 2 lutego 2012

W łóżku z Witkowskim

Kilka wieczorów i nocy tarzałam się w łóżku z Witkowskim. Tarzałam z rozkoszy. Czytelniczej, a o jakiej myśleliście? Zresztą, biorąc pod uwagę jego preferencje, na nic innego nie mogłam liczyć. Mógł mi najwyżej krew w żyłach zmrozić, ale nie uczynił tego. Za to rozbawił  wyśmienicie, dawno się tak nie uśmiałam, aż mnie o mało ślubny osobisty dwa razy  z łóżka nie wyrzucił. To by dopiero był tytuł w prasie - Witkowski przyczyną odsunięcia od łoża :-)

Trochę bałam się brać za 'Drwala' zaraz po Miłoszewskim i jego Ziarnie prawdy. Zawsze mam obawy, jaką książkę wybrać po takiej, która mi się wyjątkowo podoba. W tym wypadku, już od pierwszych stron, wpadłam w akcję jak śliwka w kompot i, jak to bywa z czytelniczymi sercami, odbyła się szybka podmiana idola - umarł król, nich żyje król. C'est la vie.

Nie czytałam nic wcześniej tego autora. Bałam się, że zmanierowany, że epatuje gejostwem i nie dam rady. Nie dlatego, że mam coś przeciwko gejom, ale nawet hetero literatura epatująca seksem i jego opisami, mnie odstręcza. Nie mam potrzeby nurzania się w oparach feromonów.
Nie wiem, jakie były poprzednie, ale w Drwalu Witkowski tak pisze o sobie, bo to on jest bohaterem powieści, a raczej co-bohaterem i narratorem w jednym, że w ogóle mi nie przeszkadzały teksty odnoszące się do jego sex-statusu, ani odnoszące się do jego fascynacji lujem, w ogóle nic mi nie przeszkadzało i już.

A co mnie urzekło? Język. Autor wyjątkowo sprawnie się nim posługuje, bawi słowami i stylem. Zakochałam się od pierwszego przeczytania i z maślanymi oczami fanki absolutnej dotarłam do końca.
Tym bardziej, że akcja dzieje się w Międzyzdrojach, nad polskim morzem, nad którym i ja się urodziłam, tylko trochę bardziej w kierunku centrum, na wysokości Mielna i Darłówka. Znam doskonale klimaty miejscowości letniej rozrywki po sezonie, te smętnie wiszące plastikowe gofry, wypłowiałe plakaty informujące o wieczorkach zapoznawczych w ośrodku wypoczynkowym Anna, zabite dechami kina z resztkami fotosów gablotach i inne klimaty. Nagle miejscowość się wyludnia i od razu widać element zalegający pod jedynym w miasteczku sklepem sprzedającym alkohol do późna. I smętne pracownice 'frytkarni', nie do poznania bez 'firanek' na głowie i białych fartuchów bistorowych, czekające na wezwanie do apelu na początku kolejnego sezonu.
Witkowski w wywiadzie powiedział, że chciałby umieć pisać takie kryminały jak Miłoszewski, a skoro nie umie, to napisał taki pseudo kryminał. W ogóle mam wrażenie, że najlepiej wychodzi mu pisanie o tym, co zna z autopsji, albo co pozna na użytek napisanie kolejnej książki. Jest z tych, co doświadczają, żeby opisać, nie wyduma, nie wymyśli wszystkiego ''na sucho'' w zaciszu domowym, w fotelu bordowym, przy biurku mahoniowym. Ale może się mylę, może mnie Michaśka podebrała i się teraz śmieje z mojej naiwności. 

Nie będę opisywać treści, bo niektórzy tego nie lubią, poza tym ja nigdy nie jestem na czasie, nie dostaję gorących egzemplarzy prosto spod prasy, więc się pewnie już oczytaliście o czym i kto komu, a komu kto. Powiem tylko, że autor-narrator jedzie w listopadzie do domku w okolicy Międzyzdrojów, zaproszony przez kolesia, którego podejrzewa o to, że jest nieźle rąbnięty, skoro sprasza ledwo poznanego faceta do siebie, niewiele o nim wiedząc, a sam autor o sobie nie myśli wcale lepiej, bo przecież trzeba być rąbniętym, żeby pojechać do kogoś do domku 'in the middle of nowhere', niewiele wiedząc o właścicielu rzeczonego.
Kiedy czytałam tę książkę, byłam gotowa całować kartki co chwila w ekscytacji, że takiego lotnego w słowach kolesia odkryłam (rychło w czas, haha), i tylko fakt, że pożyczyłam ją od Moniki z Błękitnej Biblioteczki, powstrzymał mnie od tego czynu prawie-lubieżnego. Biorąc pod uwagę, że Witkowski ukochał sobie Lubiewo, można powiedzieć, że to też pisarz 'lubieżny', więc pasujemy do siebie jak ulał.
Polecam Wam wszystkim, którzy jeszcze nie czytaliście.

Na tej stronie można obejrzeć program Lubię to!, w którym gościem był Michał Witkowski. Świetny program i świetny wywiad z autorem. 

piątek, 27 stycznia 2012

Biała Lwica Henning Mankell - Wallander odsłona trzecia.

Konsekwentnie czytam kolejno opowieści kryminale Mankella i za każdym razem jestem zachwycona.
Trzecia część, w sensie chronologicznym, to 'Biała lwica'. Akcja dzieje się w RPA i w Szwecji, dotyczy planowanego zamachu i spisku z tym związanego, a szkolenie przyszłego zamachowca ma się odbyć na terenie Szwecji przez byłego rosyjskiego KGB-owca.
Trudno pisać o takich powieściach, żeby niczego nie zdradzić, a zachęcić.
Ta akurat powieść jest grubaśna, objętościowo większa niż dwie poprzednie, ale czyta się migiem. Jedyny problem, jaki miałam, ale to już ze mną jest coś nie tak, to fakt, że ja nie bardzo gustuję w opowieściach z Afryki i problemach społecznych tamże. Co mam wiedzieć, żeby nie uchodzić za ignoranta, to wiem, ale nie lubię o tym czytać i roztrząsać tematu. Tutaj umęczyłam się tylko umiarkowanie, czyli dla kogoś nielubiącego takich klimatów, Mankell dokonał rzeczy prawie niemożliwej, czyli przekonał mnie do książki, mimo tematu skazanego na klęskę.
Nie jestem taka niereformowalna, jak myślałam.
W 'Białej lwicy' Wallander się normalnie rozszalał. Czego on tam nie wyprawiał, mamy też kolejna odsłonę historii z ojcem, no i o córce dowiadujemy się troszkę więcej.
Pan Mankell mnie nie zawiódł, sięgnę wkrótce po kolejną część, już się na to cieszę, ale jednocześnie smucę, bo to już czwarta, do końca niby daleko, ale już go widać, a ja tak bym nie chciała tracić tego bohatera na zawsze. No cóż, cieszę się tym, co mam jeszcze przed sobą, ciekawa jestem natomiast, co nowego Mankell wymyśli, może nowego policjanta? Czy ktoś coś wie na ten temat?

Jest to czwarta książka przeczytana w ramach wyzwania Z półki (baner w zakładce z lewej)

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Miłoszewski na bis - Ziarno prawdy

Mam nauczkę, powinnam się już znać siebie na tyle, żeby wiedzieć, że o książce muszę pisać zaraz po jej przeczytaniu, bo zdecydowanie wolę, kiedy emocje biorą górę. Teraz, po prawie dwóch tygodniach, kiedy myślę o tym, co napisać, zaczynam kombinować, ą, ę, że styl taki, że tło społeczne, że bohater ...
Ale nie, nie będę się na nic silić, powiem tylko, że druga część jest świetna.
Sandomierz nie powinien się w ogóle boczyć na autora, bo dopiero teraz wydaje mi się wyjątkowo ciekawy do odwiedzenia, wcześniej tylko był dla mnie piękny, taki pocztówkowy.
Po drugie polubiłam bohaterów dodanych do Szackiego. Jak zwykle niejednoznaczni, trudno być ich fanem, ale jak się człowiek przyzwyczai, to jest ok, a nawet tęsknię.
Ale najbardziej podoba mi się sam Miłoszewski, a właściwie to, co znajduję z autora w jego tekście. Powtórzę się, ale ciekawy z niego facet, a ja nade wszystko lubię rzeczy napisane przez ciekawych ludzi.
Monologi wewnętrzne podane tak, jakby tylko facet sam w myśli coś do siebie powiedział, to mnie zafascynowało, bo przecież nie mam zbyt wielu okazji, a raczej powinnam powiedzieć, że nie mam okazji wcale, w męską duszę zajrzeć.
Nic mi nie przeszkadzało, ani jego obcesowość, ani brutalność, ani świntuszenie. Wszystkiego było dla mnie w sam raz, nie przekroczył granicy dobrego smaku, a nadał powieści cech prawdziwych, bez jakichś wydumanych dialogów i walki wewnętrznej bohatera, która to walka nikogo nie obchodzi, bo jest po prostu z czapy wytrzaśnięta.
Ta książka jest jak rzepa - trzyma się kupy i mocno zasadza się w świadomości czytelnika.
Nie wiem, jak Wy, ale ja czekam na kolejną powieść, i kolejną, i kolejną, bo jest to przyjaźń na lata.

Jest to trzecia książka przeczytana w ramach wyzwania Z półki 

sobota, 14 stycznia 2012

Jedno życie, a tyle treści

O książce Danuty Wałęsowej napisano już wiele, każdy ma swoje zdanie, mam i ja.
Książkę udało mi się kupić za pośrednictwem mamy żony kierownika naszej szkoły, nóżką dygnęłam, ładnie poprosiłam (oczy spaniela pomagają) i przywiozła.

Wybrałam zakładkę, nie wiem, czy też tak macie, ale dla mnie to ważne. Tym razem padło na moją ukochaną, od czasu, kiedy ją dostałam od córki (z Chin przywiozła), nie dość, ze z kotem, to jeszcze herbatkowa.

A, że zaczęłam czytać w okresie wielkiej zajętości, czyli zaraz przed świętami, to musiałam ją położyć na stole o tak, jak na zdjęciu wyżej, i jak tylko nadarzyła się okazja, przysiadałam i podczytywałam po kawałku.
Po raz pierwszy mam zagwostkę, jak napisać o książce?
Nie, nie będę krytykować treści, każdy ma prawo do swojego życia i do mówienia o nim, tak jak chce. My możemy czytać lub nie, to jest nasze prawo.  Ani mi przez myśl przeszło tę książkę odkładać, bo mnie pochłonęła bez reszty.
Pani Danuta tę książkę podyktowała dziennikarzowi, a ten, świadomie czy nie, przelał treść na papier niczego nie upiększając, nie dodając jej literackości, dodatkowego sznytu. Oparł się pokusie wygładzania jej po swojemu, przez to jest wrażenie, że to nie tekst do czytania, a rozmowa z sąsiadką, która podejmuje cię na kawie, ale coś tam musi jeszcze dosmażyć, coś zamieszać w garnku, i tak sobie siedzicie w kuchni, a ona opowiada. A sąsiadka to nie byle jaka, więc treść zajmująca.
Ważne momenty z historii naszego kraju widziane oczami kobiety. Tym razem nie wojującej feministki, nie doktora filozofii, nie kobiety biznesu, a matki, żony, pani domu, kobiety, która jak potrafiła, towarzyszyła zaangażowanemu w wielką politykę mężczyźnie i próbowała znaleźć w tym wszystkim siebie.
Na początku denerwowało mnie trochę, że pani Danuta niczego nie pamięta, ciągle to powtarza. Ale potem pogodziłam się z formułą tej książki, z tym 'potokiem myśli' przegadanym na żywo i już tak nie pomstowałam. Bo i po co?  To jest czyjaś historia, jak babo (czyli ja) potrafisz lepiej, to pisz swoją, czyż nie?
Zaimponowała mi Danuta Wałęsowa, tym, że ma takie poczucie godności, w momentach, kiedy łatwo je stracić. Tym, że samoocena rośnie u niej wtedy, kiedy innym mogłaby spadać na łeb na szyję, że w kontaktach z ludźmi bardzo wykształconymi, myślicielami, wielkimi osobowościami, zawsze pozostała sobą, bo ona wiedziała na czym stoi i gdzie stoi. Ona po prostu miała wysoką świadomość swojego miejsca i nigdy nie żałowała, że się tak a nie inaczej jej życie ułożyło. To jest bardzo wielka zaleta.
Nie jest kobietą wykształconą, ale to życie było jej uniwersytetem i doprawdy z tego mogłaby dostać doktorat.
Pewnie, łatwo krytykować, ale jak to mówią tutaj, trzeba by przejść sto mil w czyichś butach, zeby kogoś oceniać, zrozumieć i poznać. Jedno mi tylko nie daje spokoju, pani Danuta pisze o dzieciach, że może mogły dostać więcej uwagi, więcej mogła im tłumaczyć, zamiast tego, zajmowała się  nimi, ale nie rozmawiała o tym, co się dzieje, a wiemy, że działo się dużo. I tak sobie wtedy pomyślałam - czy nie lepiej było w takich okolicznościach, kiedy męża nie było w domu i wcale się nie zanosiło, ze kiedyś 'osiądzie na mieliźnie' - mieć ich mniej, żeby się tak nie zaharowywać, nie eksploatować. Przecież piątka czy czwórka to też rodzina wielodzietna, też zaspokaja potrzebę takiego modelu. No, ale nie moje wybory, nie moja to była codzienna ciężka praca, to i nie krytykuję, tylko tak po babsku się zadumałam.
No i samotność - sub-bohater tej książki. Zaznałam podobnej, tylko na mniejszą skalę, kiedy mąż wyjechał do Irlandii, a ja osiem miesięcy byłam z dziećmi sama. Tylko dwójka i tylko tak krótko, ale w kość dostałam, bo i ludzie potrafili dopiec (mąż zagranicą budził wtedy zazdrość i zawiść), i samotność doskwierała i oczywiście wszystko się wtedy lawinowo psuło w domu i w zagrodzie, do tego dzieci przeżywały nieobecność ojca. Kiedy o tym czytałam w książce, rozumiałam aż nadto, o czym pani Wałęsowa mówi i jak to się odbija na kobiecie.

Treść uzupełniają zdjęcia, fajnie, że było ich tak wiele.
Podobają mi się te wspomnienia, szczere, czasem pewnie aż za (chyba mogła sobie już darować ocenę współpracowników męża, co nie wyszło w treści, powinno zostać przemilczane), ale nie  'zalatywały tabloidem' i to mnie najbardziej do nich przekonuje.

Polecam

JEST TO DRUGA KSIĄŻKA PRZECZYTANA W RAMACH WYZWANIA 'Z PÓŁKI' (MOJA CZYLI)

czwartek, 12 stycznia 2012

Kto za?

Kochani, jeśli się Wam blog podoba, zagłosujcie. Podobno dochód idzie na zbożny cel. Wolałabym, żeby to było kliknięcie na znaczek na stronie konkursu, ale zasady nie ja ustalałam i jest głosowanie smsowe.

Zeby to zrobić, wyślijcie sms o treści E00049 na numer 7122, bez spacji, gdzie 000 to trzy cyfry zero. Koszt 1,23 zł brutto.
Dzięki