Książkowiec wywołała mnie do tablicy, napisała, że chętnie napiłaby się ze mną (między innymi) kawy i pogadała. Wczoraj nie mogłam, ale dzisiaj, jak tylko z pracy wrociłam i się obrobiłam w domu, zrobiłam kawę w ulubionym kubku i oto jestem. Mam napisać kilka zdań o sobie. Hmmmm. Niech bedzie, no to zaczynam:
1. Kawę lubię, ale gdybym miała wybierać między kawą, a herbatą - zdecydowanie to drugie jest mi bliższe sercu. Mam w domu kilkadziesiąt gatunków herbaty, od czarnej, czerwonej, białej, zielonej, a każda z nich też w odmianie aromatyzowanej, po owocowe, również moje własne mieszanki czarnych, wędzona jedna (muszę ją trzymać w specjalnym słoiku, bo się mąż na zapach (żeby nie powiedzieć smród) skarży, długo by wymieniać. Do tego mam świra na punkcie filiżanek, kupuję pojedyncze, bo nie o komplety tu chodzi, ale o takie pięknoty jedyne w swoim rodzaju. Przy czym filiżanka musi być słusznych rozmiarów, takie maleńkie i filuterne to tylko na wystawie.
2. Mogłabym rozmawiać o książkach 24/7. To już wiecie. Czytam wszędzie, gdzie się da. Książki, ale i magazyny, tygodniki, zawsze mam w torebce coś do czytania, a jak nie to przynajmniej do słuchania (audiobooka). Kiedyś czytałam dużo w wannie, bo tylko tam nie dopadało mnie życie rodzinne, ale odkąd dzieci są już duże, nie muszę się już chować. Gdziekolwiek nie przystanę mój wzrok natychmiast wyłapuje litery i zaczynam czytać. Nawet, a może przede wszystkim, bo się tam nudzę, w toalecie. Mam tam gazetnik i sobie trzymam prasę pod ręką. Kiedy mnie kiedyś zagoniło u koleżanki do przybytku wiadomego, a u niej nic, same perfumy i mydła, to sobie z braku laku przeczytałam całe opakowanie proszku do prania, co tam sobie stał, moja desperacja była wielka, bo napisy były po niemiecku, a ja tego języka ni w ząb. Jednakowoż przeczytałam od góry do dołu, nawet skład.
3. Panicznie boję się i brzydzę, nie wiem, co bardziej - węży, żmij i wszelkich pełzających, ale jak już ma nogi, choćby krótkie, jak jaszczurki tutaj, to już się nie tak bardzo. Ale to nic w porównaniu do fobii związanej z meduzami. Do tego stopnia, że chociaż pływanie w morzu sprawia mi organiczną przyjemność, do ciepłej wody nie wlezę, bo tam już czają się galaretowate potwory. Kiedyś męzowi w Soczi (Morze Czarne), na widok wielkich meduz, weszłam na głowę w histerii. Na szczęscie było to 22 lata i 22 kilogramów temu.
4. Nienawidzę zakupów. Gdyby można było, dałabym komuś robotę i niech kupuje dla mnie. Chyba, że księgarnia, sklep z porcelaną, czyli patrz punkt 1 i 2. Ciuchy - wchodzę, mierzę i kupuję, chodzenie godzinami i oglądanie - ponad moje siły. Najlepiej z wypadów do sklepów z koleżankami wychodzi mi siedzenie w kafejkach i czytanie prasy przy filiżance Latte.
5. Straszna płaczka ze mnie, prababcia zawsze mówiła, ze mam oczy na mokrym miejscu. Na filmach, ze wzruszenia, ze szczęscia, nad zwierzaczkami maltretowanymi, czy choćby tylko głodnymi, kiedy dzieci fajne, albo chore, kiedy muzyka niezwykle piękna (najczęściej klasyczna, bo nad Lady Gaga to nie), kiedy dzieci przyjeżdżają, kiedy wyjeżdżają, ze złości i bezsilności też. Jak piękne niebo gwieździste i mąż obok, a w powietrzu zapach kwiatów - to już obowiązkowo. Nie non stop, ale często. Z tym, że niech Was nie zwiedzie ten obraz płaczki, bo nie jestem eteryczną i słabą kobietką, ani z wyglądu, ani z charakteru. Z drugiej strony, kiedy trzeba, jestem też silna i skupiona na wykonaniu zadania. Wcześniej to może i biadolę, ale jak już trzeba działać, to nie.
6. Nie zajmuję się spirytualizmem, nie czytam o tym przesadnie dużo, prawie wcale, zeby być szczerym i niespecjalnie zgłębiam, ale wierzę w wędrówkę dusz, wierzę w pamięć genów i już. Dlatego wiem, że kiedy słucham walca i mam wrażenie, że sala wiruje mi przed oczami, to nie jest egzaltacja, tylko mojej prababci Michaliny wspomnienia, które odziedziczyłam w genach. Mam powtarzające się sny, które mają konkretne wytłumaczenie w przeszłości rodziny, kilka razy w życiu przeżyłam coś, czego nie potrafię nazwać, ale wiem, że to był znak, że jest wiele rzeczy, których nie potrafimy umysłem, ani okiem i szkiełkiem naukowca pojąć. Jest we mnie na to zgoda i nie robię z tego afery, ani nie uznaję, że mam specjalne zdolności, po prostu tak jest i już. Nie jestem medium ani nic z tych rzeczy, żeby było jasne.
7. Jestem szczęśliwa. Powinnam powiedzieć, że bywam, ale tu mam na myśli 'nad-szczęście', nie nieszczęścia i trudy codzienne, tylko bazę. Zostałam pobłogosławiona wspaniałym mężem i ukochanymi dziećmi, które sobie jak do tej pory świetnie dają radę w życiu i są zdrowe. Jedno, pierwsze, straciłam po ponad 7 miesiącach ciąży. Wierzę, że jeszcze-nie-zięć jest zadośćuczynieniem tamtej straty, moja córka ma świetnego chłopaka, a ja syna, którego straciłam. Do tego, jak wisienka na torcie - pies wariat, nad którym praca wre, z gorszym lub lepszym skutkiem, ale kochamy się nawzajem oraz jego jak wariaty, a to chyba najważniejsze. Czekam na wnuki. Tylko kota mi brak, najlepiej dwóch, ale cóż poradzić, skoro Franek, mój Jack Russell Terrier nie wpuściłby do domu żadnego innego zwierzaka.
8. Nie palę od 14 lat, ale kiedyś paliłam jak smok, paczkę dziennie, najchętniej mentolowe Marlboro, Salemy lub takie długie czarne, jak się one nazywały? Gdyby nie moja silna wola, która w wielu przypadkach okazała się słaba, ale o dziwo w tym akurat nie, paliłabym nadal, bo mi się to podobało jak cholera. Tylko smród nie. Odkąd zdecydowałam, że nie palę, nie wzięłam do ust ani jednego papierosa. Bez żadnych tebletek, plastrów i innych cudów na kiju wyciągających od ludzi pieniądze. Ale wiem, że gdybym zapaliła, prawdopodobnie w tydzień wróciłabym do nałogu.
Nie rzuciłam tego nałogu dla zdrowia, chociaż chciałabym tak powiedzieć, powód był bardziej prozaiczny - nie mieliśmy pieniędzy, właśnie rozkręcaliśmy nowy biznes i urodził się syn (w ciąży i podczas karmienia nie paliłam nigdy), mąż zapytał, czy nie ograniczyłabym wydatków w ten sposób, że przestałabym na jakiś czas kupować moje ulubione magazyny i książki (książek już nie kupowałam wtedy, bo naprawdę nie było za co, ale magazyny???) O nie, po moim trupie, skoro już muszę, pierwej rzucę palenie - oświadczyłam butnie, mając nadzieję, że rozejdzie się po kościach i znowu będzie jak dawniej. W tym momencie mąż spojrzał na mnie z politowaniem i powiedział - chciałbym to zobaczyć. Tak się wściekłam, że on we mnie nie wierzy, że rzuciłam. Tego samego dnia, a w paczce pozostały dwa papierosy już nigdy nie wypalone przeze mnie, mąż natomiast chętnie się poczęstował. Nigdy nie miałam papierosa w ustach, od tamtego czasu.
9. Nie lubię ciepłych krajów, wylegiwania się na plaży, zalegania przy basenie i w ogóle wypoczynku w tym stylu. Najchętniej włóczyłabym się po miastach i miasteczkach, tam przysiadła, tu zagadała, zjadła coś fajnego, poczytała, zwiedziła, obejrzała. Lubię małe wyspy i spotkania z ludźmi, czuję przez rajstopy, że lubiłabym Grecję, na pewno tam kiedyś pojadę. Paryż, Londyn, urokliwe miasteczka w Niemczech, Nowy Jork, Lizbona, to są moje wakacje z marzeń. No i oczywiście Rosja i kraje byłego ZSRR - moja miłość - ludzie, literatura, muzyka, filmy, miejsca - wszystko oprócz polityki.
10. Wiem, że to jest strasznie modne i na czasie, ale nie moge powiedzieć, że nie oglądam TV, bo oglądam. Wybiórczo, nigdy nie siadam z pilotem zeby sobie poprzełaczać programy, zawsze wiem, co chcę oglądać i kiedy. Co ja bym zrobiła bez tego czarodziejskiego pudła, jak bym obejrzała koncert piosenek Ewy Demarczyk? A noworoczny z Wiednia? Lubię niektóre seriale, Dr House'a, Greys Anatomy, ostatnio polski Przepis na życie, mam też rosyjski kanał i oglądam filmy w oryginale. Lubię programy informacyjne, publicystyczne, nie chcę żyć jak pantofelek, nieświadoma tego, co się dzieje na swiecie i u nas w kraju. Nie uważam, że TV to samo zło, natomiast zgadzam się, że należy używać go z umiarem. Jak wszystko zresztą. Czytanie książek też nie może przesłonić uroków fajnej rozmowy z drugim człowiekiem, czasu wspólnie spędzonego z rodziną. Zdrowy balans jest najlepszy.
11. Lubię gotować, piec, przyjmować gości, ale takich, na których mi zależy. Im jestem starsza, tym gorzej znoszę głupotę i byle jakość. Jeśli rozmowa miałaby być miałka, o niczym, rezygnuję ze spotkań. Ale tego musiałam się nauczyć, całkiem niedawno doszłam do wniosku, że 'nie ma mnie tam, gdzie nie ma tego, o co chodzi', że strawestuję Witkacego (albo nawet zacytuję, bo przecież nic nie zmieniłam, tylko przywłaszczyłam quot), wcześniej wciąż byłam głodna ludzi i przedkładałam kontakt z nimi nad inne zajęcia w imie zasady, że wymiana myśli, energii i poglądów jest bardzo ważna, ale coraz częstsze poczucie zawodu i straty czasu zweryfikowało moje stanowisko w tej sprawie. Jeśli byle jaka rozmowa na żywo, to wolę lepszą w sieci, natomiast nigdy nie przedkładam sieci nad inne sprawy. I tu znowu dochodzi do głosu zdrowy rozsądek i równowaga, co nie znaczy, że znajomości w sieci nic dla mnie nie znaczą i porzucam je dla innych z byle powodu. O nie. Poznałam tu tyle świetnych osób, że traktuję to jako część mojego życia i przyjaźni w realu.
12. Przyjaźń jest dla mnie bardzo ważna, mam szczęście spotykać na swojej drodze wspaniałych ludzi i bardzo sobie to cenię. Ci najbliżsi, to wieloletnie znajomości, ale nie zamykam się na nowo poznanych, nie uważam, że przyjaźń może się zawiązać tylko w młodych latach. Zawsze i wszędzie jest na to szansa, trzeba tylko trafić na swego. Lojalność uważam za jedną z najważniejszych cech.
13. Samochodem jeżdżę ostrożnie, ale nie za wolno, tak w sam raz. Raczej trzymam się przepisów i nie czuję potrzeby rozpychania się na drodze. Nie szanuję ludzi, którzy mają się za władców szos i innych traktują jak przeszkadzajki na drodze. Nie imponuje mi szybka i niebezpieczna jazda. Wyznaję zasadę - śpiesz się powoli.
14. Jestem zodiakalną Panną. Typową. Ze wszystkimi plusami i minusami. Lubię rutynę, wszystko poukładane i zaplanowane. Spontaniczność kontrolowana. Niestety jestem też krytyczna, czasem zbyt. Nie umiem pracować w bałaganie i chaosie, doprowadza mnie to do szału i histerii w jednym. Stała w uczuciach, z tym samym mężem od 24 lat, wyszłam za mąż jako dwudziestolatka. Nigdy nie żałowałam. Dużo trzeba, żebym się na kimś zawiodła, przy swoim krytycyzmie, jestem też wyrozumiała (to tylko pozornie masło maślane), ale jak już się zawiodę, to koniec. Mafia nie wybacza.
15. Mawiają, że człowiek ma tylko taki krzyż, jaki jest w stanie unieść. Nie zamieniłabym swojego życia na inne, nawet jeśli inne są lepsze.
Z tego wpisu widać też, że jestem gaduła.
Nie wiem, kto już pisał, kto nie, czytam, ale nie pamiętam. Jeśli jeszcze nie były zaproszone do zabawy te osoby, to może niech - bookfa, papryczka, archer, Piotr (pisany inaczej) i Monika z błękitnej biblioteczki napiszą małe co nie co o sobie.
środa, 15 czerwca 2011
piątek, 10 czerwca 2011
Czarna lista - Aleksandra Marinina, tym razem ze Stasowem w roli głównej
RECENZJA BIERZE UDZIAŁ W KONKURSIE ZORGANIZOWANYM PRZEZ SERWIS ZBRODNIA W BIBLIOTECEMarinina dała wolne major Kamieńskiej, o której były wszystkie jej dotychczasowe powieści (uwielbiam tę postać) i "pojechała" za policjantem Władikiem Stasowem do kurortu czarnomorskiego. Jego była żona przebywała tam na festiwalu filmowym i chciała żeby ich wspólna córka mogła spędzić ten czas w zdrowym klimacie z ojcem, czyli Stasowem właśnie, a ona by dochodziła w miarę wolnego czasu. Na początku wszystko szło według planu, ojciec z dzieckiem codziennie na plaży, matka z owocami przychodziła ich tam odwiedzać, aż do dnia, kiedy zamordowano młodziutką, utalentowaną aktorkę i spokój policjanta szlak trafił. Niby jeszcze starał się ignorować ten incydent, w końcu są miejscowi stróze prawa, ale okazało się, że po przesłuchaniu jego żony przez nich, miał coś ważnego do dodania w sprawie. Niby tylko wpadł na chwilę do komendy i wszystko wydaje się proste, ale nic takie ostatecznie nie jest i do końca nie wiadomo, kto i dlaczego zabija kolejne osoby z festiwalu.
Wątek zabójstw to jedno, ale jest też wątek obyczajowy - relacje ojca z córką, a także romansowy, bo na tych wywczasach Stasow poznaje pisarkę kryminałów i prokurator w jednym - Tatianę.
Podobała mi się ta powieść Marininy, chociaż wielu jęczało, ze bez Kamieńskiej to nie to samo. Pewnie, że nie to samo, ale nie znaczy, że gorzej. Inaczej po prostu.
Historia trzyma klasę, jest fajna atmosfera kurortu, realia wypoczynku obywateli byłego ZSRR ciekawie opisane, do tego cała galeria interesujących postaci, które umilają lub ubarwiają opowieść.
Roch Siemianowski czyta gładko, jego głos świetnie wpasował się w wyobrażenie głosu Stasowa, wszystko cuzamen do kupy świetnie współgra.
Książka akurat na wczasy, szczególnie nad morzem, bo się idealnie wpisze w klimat i atmosferę. Cieszę się, ze częściowo słuchałam jej spacerując z kijkami nad brzegiem oceanu, bo miałam dzięki temu dodatkowe wrażenia dźwiękowe.
Moja ukochana Marinina i tym razem mnie nie zawiodła.
Baza recenzji Syndykatu ZwB
Wątek zabójstw to jedno, ale jest też wątek obyczajowy - relacje ojca z córką, a także romansowy, bo na tych wywczasach Stasow poznaje pisarkę kryminałów i prokurator w jednym - Tatianę.
Podobała mi się ta powieść Marininy, chociaż wielu jęczało, ze bez Kamieńskiej to nie to samo. Pewnie, że nie to samo, ale nie znaczy, że gorzej. Inaczej po prostu.
Historia trzyma klasę, jest fajna atmosfera kurortu, realia wypoczynku obywateli byłego ZSRR ciekawie opisane, do tego cała galeria interesujących postaci, które umilają lub ubarwiają opowieść.
Roch Siemianowski czyta gładko, jego głos świetnie wpasował się w wyobrażenie głosu Stasowa, wszystko cuzamen do kupy świetnie współgra.
Książka akurat na wczasy, szczególnie nad morzem, bo się idealnie wpisze w klimat i atmosferę. Cieszę się, ze częściowo słuchałam jej spacerując z kijkami nad brzegiem oceanu, bo miałam dzięki temu dodatkowe wrażenia dźwiękowe.
Moja ukochana Marinina i tym razem mnie nie zawiodła.
Baza recenzji Syndykatu ZwB
wtorek, 7 czerwca 2011
Tajny dziennik (The Secrect Scripture) - Sebastian Barry
Tak się ucieszyłam z wydania tej powieści w Polsce, że aż się podzieliłam tą radością na profilu Notatek na FB. Pewnie sobie ktoś pomysli, że mi za to płacą, zapewniam, że nie, po prostu strasznie mi zależy, żeby pewne tytuły nie były przegapione. Poza tym blog pełni też rolę informacyjną dla moich przyjaciół w Polsce, którzy często pytali mnie - co nowego, interesującego warto wypożyczyć czy kupić?
Czytałam ją na krótko przed rozpoczęciem prowadzenia tego bloga, jakieś dwa lata temu, była wybrana przez book club. Spojrzałam na okładkę i pomyślałam - znowu tajemnica, znowu wspomnienia starej kobiety, to wszystko już było. Z drugiej strony, jakbym nie jęczała, jakbym się nie skarżyła, lubię te tajemnice, wspomnienia i takie tam, typowa ambiwalentność mola książkowego - czytamy dużo, trudno nas zaskoczyć,czasem następuje zmęczenie materiału.
Ale dobra historia obroni się zawsze, a Tajny dziennik taką właśnie jest.
Pewnie pikanterii czytaniu dodał fakt, że większość akcji dzieje się w Sligo, które znam, bo jest niedaleko mnie i w Roscommon, Opisywane budynki istnieją, a miejscowi ludzie pamiętają zdarzenia tam opisywane. Książka jest fikcją, ale wiadomo, czerpie z życia i te szczególiki są bardzo prawdziwe, tak przynajmniej powiedziały mi kobiety, które są ze mną w klubie dyskusyjnym. Omawianie tej powieści skończyło się bowiem wspomnieniami z ich dzieciństwa (niektóre z nich mają ponad 60 lat), albo znanych z opowieści matki. Jedna z nich wyznała, i to był dla mnie szok, że urodziła panieńskie dziecko i zostało jej ono odebrane. Nie była wprawdzie w 'Pralniach sióstr Magdalenek', ale i tak swoje przeszła. Irlandia jest krajem bardzo katolickim, ale wiadomo jakie okropności robiono w imię wiary i ochrony moralności, nie tylko w tym kraju. To, co działo się wtedy z młodymi dziewczynami nie miało nic wspólnego z miłosierdziem Bożym, raczej z piekłem na ziemi.
Sekretny dziennik (ten tytuł mi się bardziej podoba) zaczyna się w momencie, kiedy ma nastąpić likwidacja szpitala dla umysłowo chorych, lekarz ma za zadanie przeprowadzić ewaluację pacjentów w celu stwierdzenia, który z nich może żyć na wolności, a który musi być przeniesiony do nowo wybudowanego szpitala. Jedna z pacjentek ma 99 lat i pisze sekretny dziennik. Lekarz odbywa szereg rozmów z nią, nawiązuje się między nimi nić porozumienia. Wiele sekretów wychodzi na jaw, jak chociażby ten, że jej ojciec był szpiegiem i został stracony w wyroku wykonanym przez IRA, że była ona mężatką .... Więcej nic nie powiem, bo zepsułabym Wam przyjemność czytania. Książka jest ciekawa i co najważniejsze prawdziwa, opisuje czasy i zwyczaje z wielką pieczołowitością i pięknym językiem (mam nadzieję, że nie straci w tłumaczeniu), nic dziwnego, że została nominowana do The Man Booker Prizes, a Sebastian Barry jawi mi się jako pisarz wyjątkowy, do którego innych powieści na pewno dotrę.
A propos okładki - nijak się ma do treści, ani kiecka z epoki, ani but, dziewczyna zbyt nowoczesna i tylko plaża się wpasowuje w klimat opowieści. Brrrrr. Jedyne, co mi się podoba to kolorystyka, ale to chyba za mało, żeby oddać ducha tego, co w środku, a od tego jest chyba okładka? Sugeruje romantyczną opowieść par excellence, nie dajcie się zwieść.
Czytałam ją na krótko przed rozpoczęciem prowadzenia tego bloga, jakieś dwa lata temu, była wybrana przez book club. Spojrzałam na okładkę i pomyślałam - znowu tajemnica, znowu wspomnienia starej kobiety, to wszystko już było. Z drugiej strony, jakbym nie jęczała, jakbym się nie skarżyła, lubię te tajemnice, wspomnienia i takie tam, typowa ambiwalentność mola książkowego - czytamy dużo, trudno nas zaskoczyć,czasem następuje zmęczenie materiału.
Ale dobra historia obroni się zawsze, a Tajny dziennik taką właśnie jest.
Pewnie pikanterii czytaniu dodał fakt, że większość akcji dzieje się w Sligo, które znam, bo jest niedaleko mnie i w Roscommon, Opisywane budynki istnieją, a miejscowi ludzie pamiętają zdarzenia tam opisywane. Książka jest fikcją, ale wiadomo, czerpie z życia i te szczególiki są bardzo prawdziwe, tak przynajmniej powiedziały mi kobiety, które są ze mną w klubie dyskusyjnym. Omawianie tej powieści skończyło się bowiem wspomnieniami z ich dzieciństwa (niektóre z nich mają ponad 60 lat), albo znanych z opowieści matki. Jedna z nich wyznała, i to był dla mnie szok, że urodziła panieńskie dziecko i zostało jej ono odebrane. Nie była wprawdzie w 'Pralniach sióstr Magdalenek', ale i tak swoje przeszła. Irlandia jest krajem bardzo katolickim, ale wiadomo jakie okropności robiono w imię wiary i ochrony moralności, nie tylko w tym kraju. To, co działo się wtedy z młodymi dziewczynami nie miało nic wspólnego z miłosierdziem Bożym, raczej z piekłem na ziemi.
Sekretny dziennik (ten tytuł mi się bardziej podoba) zaczyna się w momencie, kiedy ma nastąpić likwidacja szpitala dla umysłowo chorych, lekarz ma za zadanie przeprowadzić ewaluację pacjentów w celu stwierdzenia, który z nich może żyć na wolności, a który musi być przeniesiony do nowo wybudowanego szpitala. Jedna z pacjentek ma 99 lat i pisze sekretny dziennik. Lekarz odbywa szereg rozmów z nią, nawiązuje się między nimi nić porozumienia. Wiele sekretów wychodzi na jaw, jak chociażby ten, że jej ojciec był szpiegiem i został stracony w wyroku wykonanym przez IRA, że była ona mężatką .... Więcej nic nie powiem, bo zepsułabym Wam przyjemność czytania. Książka jest ciekawa i co najważniejsze prawdziwa, opisuje czasy i zwyczaje z wielką pieczołowitością i pięknym językiem (mam nadzieję, że nie straci w tłumaczeniu), nic dziwnego, że została nominowana do The Man Booker Prizes, a Sebastian Barry jawi mi się jako pisarz wyjątkowy, do którego innych powieści na pewno dotrę. A propos okładki - nijak się ma do treści, ani kiecka z epoki, ani but, dziewczyna zbyt nowoczesna i tylko plaża się wpasowuje w klimat opowieści. Brrrrr. Jedyne, co mi się podoba to kolorystyka, ale to chyba za mało, żeby oddać ducha tego, co w środku, a od tego jest chyba okładka? Sugeruje romantyczną opowieść par excellence, nie dajcie się zwieść.
piątek, 3 czerwca 2011
Miss Pomiechówka na Kacu bierze w ślepo
Wczoraj weszłam na Notatki Coolturalne, tyle, że wydanie bloxowe (bo mam swoje klony wpisowe również tam), przesuwając stronę w dół, gdyż 'jechałam' odpowiedzieć na komentarz, zahaczyłam wzrokiem o licznik i stanęłam jak wryta, o ile można tak powiedzieć o osobie, która siedzi przed komputerem, a mianowicie na liczniku było ponad tysiąc odwiedzin, a to była dopiero dziesiąta rano. Kurczę, licznik mi się popsuł, powiedziałam na głos ze zdziwienia i zaraz weszłam na stronę statystyczną, żeby to naprawić. Ale nie, wszystko ok. Po kilku minutach dochodzenia do prawdy okazało się, że wywiesili na pierwszej stronie portalu gazeta.pl mój wpis o Lesiu z tytułem - Chmielewska - Lesio mnie nie zachwycił czy Lesio mnie zawiódł, już nie pamiętam. Chwytliwy, czyż nie? Sama bym kliknęła z ciekawości, co też się pani Joannie nagle w Lesiu przestało podobać? Takich ciekawskich było wczoraj prawie 3000 tysiące osób. Pewnie się strasznie zawiedli, kiedy zobaczyli, że to nie ich ulubiona pisarka wypowiada to 'skandaliczne' zdanie, ale jakaś baba, która sobie uzurpuje prawo do wypowiadania się na temat tej kulturowej powieści. Ciekawe ile z tych przypadkowych gości zajrzy tu jeszcze raz? No nic, miałam swoje pięć minut, a że przypadkiem to już inna rzecz, jakby powiedziała Viola Kubasińska (nie oglądałam Brzyduli, ale jej quoty śledziłam w necie, bezcenne) - byłam Miss Pomiechówka (oczywiście pozdrawiamy Pomiechówek).
Poza tym byłam na Kacu 2. Tutaj to jest Kac po prostu, w Polsce Kac Vegas w Bangkoku. Czy ktoś mi może wytłumaczyć tę głupotę tłumaczy tytułów? Czy to sie w ogóle da umysłem pojąć, skąd u nich te pomysły?
Już pomijając kwestię miejsca, że ten Kac już nic z Vegas nie ma wspólnego. Film mi się bardzo podobał. Więcej o tym pisałam w felietonie, który najpierw się musi ukazać drukiem, żeby go potem mogła TU zamieścić, więc się rozpisywać nie będę, ale wyrażę tylko zdziwienie, jak to Miss Pomiechówka, że całkiem nie rozumiem, jak mnie ten film mógł, i to już po raz drugi, tak rozbawić i do siebie przekonać. Ten gatunek jest zupełnie nie w moim stylu. Ot, zagwostka.
A tak w ogóle czyta się i już wkrótce coś o tym. Ciężko mi idzie, bo kręgosłup nie daje mi długo siedzieć w miejscu, ani leżeć, ani nic, kręcę się jak g... w przerębli i miejsca sobie nie mogę znaleźć.
Przy okazji pobytu w mieście na B, zajrzałam do sklepu z second hand books i trochę pogrzebałam. O dziwo nic mnie nie zainteresowało, dużo chick-lit i kryminałów, ale to wszystko, co mnie interesuje to ja mam. A książki za 1 euro, we łbie mi się nie mieściło, ze tak z pustymi rękami wychodzę. Juz byłam przy drzwiach, już żegnałam się z miły panem, który mi wciąż próbował wcisnąć coś o spiritual world, wypatrzyłam jednak jedną, bez okładki papierowej, a na grzbiecie - Painted Birds by Fiona Bullen. Ten od spirytualizmu nic o nie nie wiedział, czyli dobra nasza, nie będzie o tym :-) spojrzałam na pierwszy rozdział - 1934 Singapore, a potem gdzieś w środku 1956 Essex. Hmm, ciekawe, co też tam na tych stronach się zdarzyło w tym okresie między Singapurem a UK, jednej takiej dziewczynie, której imię się powtarza nader często. Postanowiłam sprawdzić, bo to tak jakby mnie ta książka przywołała do siebie. I ta zagadka zawartości. Ciekawe. W sieci też wiele nie znalazłam.
To tyle na dziś. Pozaczynałam kilka książek, bo ta na chandrę, tamta na deszcz, inna natychmiast bo w bibliotece czekają, innej słucham i pewnie wszystkie skończę na raz. Zdam relację, jak tylko się z nimi uporam.
Po edycji: mam jeszcze jedną książkę, którą kupiłam w tym samym miejscu, też za jednego euro i też o niej nic nie wiem. Całkiem zapomniałam, bo ją w dziurę wsadziłam i sobie tam cichutko leży i czeka. Oto ona. Muszę włączyć detektywa zdalnie sterowanego, czyli google.
Poza tym byłam na Kacu 2. Tutaj to jest Kac po prostu, w Polsce Kac Vegas w Bangkoku. Czy ktoś mi może wytłumaczyć tę głupotę tłumaczy tytułów? Czy to sie w ogóle da umysłem pojąć, skąd u nich te pomysły?
Już pomijając kwestię miejsca, że ten Kac już nic z Vegas nie ma wspólnego. Film mi się bardzo podobał. Więcej o tym pisałam w felietonie, który najpierw się musi ukazać drukiem, żeby go potem mogła TU zamieścić, więc się rozpisywać nie będę, ale wyrażę tylko zdziwienie, jak to Miss Pomiechówka, że całkiem nie rozumiem, jak mnie ten film mógł, i to już po raz drugi, tak rozbawić i do siebie przekonać. Ten gatunek jest zupełnie nie w moim stylu. Ot, zagwostka.
A tak w ogóle czyta się i już wkrótce coś o tym. Ciężko mi idzie, bo kręgosłup nie daje mi długo siedzieć w miejscu, ani leżeć, ani nic, kręcę się jak g... w przerębli i miejsca sobie nie mogę znaleźć.
Przy okazji pobytu w mieście na B, zajrzałam do sklepu z second hand books i trochę pogrzebałam. O dziwo nic mnie nie zainteresowało, dużo chick-lit i kryminałów, ale to wszystko, co mnie interesuje to ja mam. A książki za 1 euro, we łbie mi się nie mieściło, ze tak z pustymi rękami wychodzę. Juz byłam przy drzwiach, już żegnałam się z miły panem, który mi wciąż próbował wcisnąć coś o spiritual world, wypatrzyłam jednak jedną, bez okładki papierowej, a na grzbiecie - Painted Birds by Fiona Bullen. Ten od spirytualizmu nic o nie nie wiedział, czyli dobra nasza, nie będzie o tym :-) spojrzałam na pierwszy rozdział - 1934 Singapore, a potem gdzieś w środku 1956 Essex. Hmm, ciekawe, co też tam na tych stronach się zdarzyło w tym okresie między Singapurem a UK, jednej takiej dziewczynie, której imię się powtarza nader często. Postanowiłam sprawdzić, bo to tak jakby mnie ta książka przywołała do siebie. I ta zagadka zawartości. Ciekawe. W sieci też wiele nie znalazłam.
To tyle na dziś. Pozaczynałam kilka książek, bo ta na chandrę, tamta na deszcz, inna natychmiast bo w bibliotece czekają, innej słucham i pewnie wszystkie skończę na raz. Zdam relację, jak tylko się z nimi uporam.
Po edycji: mam jeszcze jedną książkę, którą kupiłam w tym samym miejscu, też za jednego euro i też o niej nic nie wiem. Całkiem zapomniałam, bo ją w dziurę wsadziłam i sobie tam cichutko leży i czeka. Oto ona. Muszę włączyć detektywa zdalnie sterowanego, czyli google.
sobota, 28 maja 2011
Czy lubi pani czaczę? Gaumardżos - Gruzja według Mellerów
Rzadko biorę książki do recenzji. Mam tyle tytułów na półkach, które krzyczą o uwagę, że nie mam takiej potrzeby. Jeśli idzie o inne powody, przemilczę. Są jednak takie książki, o które proszę sama, i tak było w tym przypadku. Uczciwie biję się w piersi - napisałam i wyżebrałam, albowiem są takie teksty, które jeszcze w fazie powstawania budzą moje przyspieszone bicie serca.Kiedyś myślałam, że byłam w Gruzji, ale jak mawiała moja mama - w dupie był, gówno widział. Przestudiowałam dokładnie mapę i naszą, moją i męża marszrutę i to, co wyszło na jaw, nie spodobało mi się wcale, a wcale. A mianowicie, dojechaliśmy zaledwie do granic tego kraju, pozostając jednak w granicach administracyjnych Abchazji. A już myślałam, że będę się mogła przy okazji lektury tej książki pomądrzyć i przedstawić swoje reminiscencje z pobytu. Pewnie i tak bym tam nie zaszalała, bo przebywając w Soczi na urlopie, upieraliśmy się wprawdzie na wycieczki, bo ileż mozna leżeć na ichniej plaży, ileż można łoić ichniego koniaku z musztardówek (w każdym razie podobnie wyglądających kieliszków), ale w 1988 roku była jeszcze komuna i możliwości turystów, ich swoboda, były znacznie ograniczone. Poza tym większość ludzi, którzy dostali się do autokaru, była zainteresowana targowiskami w kolejnych miastach i handlem szeroko pojętym, a my jak te dwa frajery (bo jak mogliśmy w ich oczach wyglądać?), zamiast kraciastych toreb z towarem - z przewodnikami w rękach, pasowaliśmy tam jak kwiat do kożucha. Za każdym razem, kiedy zatrzymywaliśmy się w jakimś mieście, cały autokar ludzi w lewo, a nasza dwójka w prawo, oglądać, rozmawiać, podjadać, smakować - aż szkoda, że nie mieliśmy wtedy takiego aparatu, jakie są teraz w sprzedaży. No nic, ale nie o mnie miało być, a o książce. Chociaż w tych recenzjach w sumie zawsze jest o mnie przez pryzmat przeczytanych książek, do tego już się chyba przyzwyczailiście :-))
Przeleciałam przez ten tekst jak dżygit przez miasto - starą Ładą, bez hamulców, na rauszu, ledwo wyrabiając na zakrętach. Chwilami czułam się, jakbym to ja wypiła te hektolitry czaczy i wina, a nie autorzy wraz z bohaterami opowieści (każdy, kto ma minimalne pojęcie o Kaukazie wie, że niczego by się od Gruzinów nie dowiedzieli o suchym pysku). Mnogość imion, ludzi, miejsc, nazw, zdarzeń - wywołuje zawroty głowy. Sinusoida, gwałtowne przejścia od tematów poważnych - polityki, historii, biedy, wojny, upodlenia, ucisku - do tematów lekkich jak puch na wietrze - goszczenia się, jedzenia, picia (co ja mówię, pije to ksiądz podczas mszy, oni to po prostu łoili), miłości, przyjaźni i pięknych widoków - przyprawiała o chorobę lokomocyjną. W jednej chwili zapominałam oddychać z emocji czytając o Marcinie Mellerze pod ostrzałem snajperów, czy uciekającym w czasie działań wojennych na statku z Abchazji do Soczi (czyżby moimi śladami, haha), zaraz potem dusiłam się ze śmiechu nad opisami z eksploracji kraju - oto przykład (cytat czyli):
Przewodnik, z którym Amirian dogadywał przez telefon kwestię konia, mieszkał dwa domy dalej. Ucieszyłem się, że całkiem nieźle mówi po rosyjsku, ale była to radość przedwczesna, bowiem krępy włościanin wskazał młodego chłopaka i powiedział:Ja przepraszam autora, że się tak nabijam z jego 'wzlotów i upadków', ale taka już natura ludzka, że najbardziej są wszyscy uchachani, jak się ktoś wywali.
- To mój syn Lasza. Z nim pojedziesz.
- A mówi po rosyjsku?
- Ciut, ciut - uśmiechnął się dumnie ojciec i muszę przyznać, że wyjątkowo jak na Gruzję akurat w tej deklaracji nie było najmniejszej przesady. A konkretnie Lasza po rosyjsku potrafił powiedzieć "ciut, ciut' właśnie i 'diesat', czyli dziesięć. Dlaczego akurat tak, a nie pięć, dziewięć czy szesnaście do trzeciej potęgi, tego nie wiem, ale stało się jasne, że nudno nam w czasie wędrówki nie będzie.
Nie miałem czasu na dalsze lingwistyczne refleksje, gdyż przed moją głową zamachały grzywami dwa krępe koniki. Lasza, który jak każdy miejscowy góral, mimo że strzaskany na heban, miał rumiane policzki, szybko przytroczył do nich mój plecak i swój tobołek i gestem przypominającym skok do wody pokazał mi, że mam dosiąść wesołego zwierzaka. Byłem trochę skonfundowany. Myślałem, że zanim ruszymy, objaśnię wszem i wobec, ze to trzecia w moim życiu styczność z koniem. pierwsza miała miejsce w trakcie robienia fotografii na kucyku w Zakopanem, kiedym był przedszkolakiem, a druga, gdy wybraliśmy się z Anią trzy lata wcześniej na lodowiec Uszby w Swanetii. Wtedy prawie natychmiast spadłem, ale na szczęście turlając się, zatrzymałem się na głazie i nawet niczego sobie nie złamałem. Teraz miałem nadzieję na jakieś, jakby to ująć, szkolenie? Próbowałem to na migi pokazać, ale nie wiedzieć czemu, Lasza zupełnie nie zrozumiał, o co chodzi, i uśmiechając się rzekł jeno: "Ciut, ciut"
Nie wiem, jak tę książkę odbiorą ludzie, którzy nie czują ducha tego kraju, którzy nigdy tam nie byli, albo nie są wcale 'rosyjskimi klimatami' (rosyjskimi w sensie krajów byłego związku radzieckiego w całości, nie tylko Rosji) zainteresowani. Ja od pierwszych stron wiedziałam, "z czym to się je". A jak przeczytałam opis lotu samolotem, między tobołami i zwierzętami, gdzie imprezka na całego, ludzie piją, palą i śpiewają - wiedziałam, że jestem w domu. I've been there - jak mawiają anglojęzyczni, kiedy chcą podkreślić, że wiedzą, że dokładnie czują, o czym mowa. No i faktycznie kiedyś leciałam takim wesołym samolotem, więc potwierdzam powagą osobistą, że autor nie ściemnia.
Nad jednym tylko ubolewam, że nigdy nie było mi dane przeżyć supry, czyli uczty. Opisy jedzenia, picia i zwyczajów przy stole zachwyciły mnie i przyprawiły o ślinotok. Szczególnie widok pierożków zwanych chinkali (tu zdjęcie z bloga Katarzyny Pakosińskiej - Tańcząca z Gruzją) mnie uwiodło i śni się po nocach. Ja chcę do Gruzji!
Na koniec nie mogę nie wspomnieć też o Katarzynie Pakosińskiej właśnie, która Gruzję kocha równie ogniście jak małżeństwo Mellerów, o której też w książce i to na romansowo. Aż mi się łza w oku zakręciła, powiem tylko. Oglądałam jej programy w TVP o Gruzji właśnie, a teraz czerpię z jej bloga przepisy i będę próbować wymodzić chinkali, tudzież chaczapuri sama w domu. Wiem, nie będzie tak, jak w słonecznej i gościnnej Gruzji, ale co począć?
Książkę polecam, autorów przytulam do serca, a wieczorem wzniosę za nich winem toast - co najmniej półgodzinny :-)
Gaumardżos!
środa, 25 maja 2011
Podarunki, zakupy bez stosów, pogaduchy o stosach, no i nawałnica - po raz który to i pewnie nie ostatni
Czyta się, ale się jeszcze nie skończyło, bo durnowate stworzenie ze mnie i z tej zachłanności zaczęłam kilka książek, wszystkie mam w połowie :-)
Za to chwalić się będę (taka ze mnie samochwała, na codzienniku też to zrobiłam, tylko w innej kwestii), że znalazłam pięknistego misiusia, co siedzi na książce, która jest pudełeczkiem na różniste rzeczy, łapkę też opiera na książkach i w ogóle jest pięknościowy. W sklepie ze starociami sobie stał i ja go tam znalazłam i do domu poniosłam.
A poza tym wielka radość dla mnie i dla biblioteki polskiej - dostaliśmy książki w podarunku od Świata Książki, przemiła Pani ze mną korespondowała, układałyśmy się, o zakupach mowa była, bo chciałam coś z rabatem, a kończyło się niespodziewanie na wielkiej paczce świetnych książek, które tu Wam prezentuję wyłożone na stół - zdjęcie zrobione na chwilę przed wpisaniem do systemu bibliotecznego, na dzień przed wywiezieniem do biblioteki (kilka zostało dla mnie do przeczytania) i na godzinę przed przyjazdem Moniki z błękitnej biblioteczki. Umówiłyśmy się bowiem na wspólne przy kawie przeglądanie, na macanie bezkarne, bo w końcu kto nam zabroni, hehe.
Możecie sobie wyobrazić, jakie miałyśmy używanie. Świetnie nam się z Moniką o książkach gada.
Patrząc na te stosy-nie-nasze, ale w sumie nasze, bo też przecież z biblioteki możemy korzystać, wzdychałyśmy raz po raz, bo tyle tytułów do czytania i kiedy. No, KIEDY?!?!
W związku z tym chyba, zaraz się okazało, że mój kręgosłup nie wytrzyma ani chwili dłużej i koniecznie musiałam iść na zwolnienie. No, może bez przesady, ale łatwiej mi było podjąć decyzję o odpoczynku zaleconym przez lekarza. Tym bardziej, że bibliotekarka do mnie zadzwoniła, że przyszła zamówiona przeze mnie ostatnia część trylogii Patricii Scanlan, a ja przecież mam trzy inne w czytaniu! Istna nawałnica :-)
Nie tracę więc czasu tylko lecę poczytać. Pozdrawiam
Za to chwalić się będę (taka ze mnie samochwała, na codzienniku też to zrobiłam, tylko w innej kwestii), że znalazłam pięknistego misiusia, co siedzi na książce, która jest pudełeczkiem na różniste rzeczy, łapkę też opiera na książkach i w ogóle jest pięknościowy. W sklepie ze starociami sobie stał i ja go tam znalazłam i do domu poniosłam.
A poza tym wielka radość dla mnie i dla biblioteki polskiej - dostaliśmy książki w podarunku od Świata Książki, przemiła Pani ze mną korespondowała, układałyśmy się, o zakupach mowa była, bo chciałam coś z rabatem, a kończyło się niespodziewanie na wielkiej paczce świetnych książek, które tu Wam prezentuję wyłożone na stół - zdjęcie zrobione na chwilę przed wpisaniem do systemu bibliotecznego, na dzień przed wywiezieniem do biblioteki (kilka zostało dla mnie do przeczytania) i na godzinę przed przyjazdem Moniki z błękitnej biblioteczki. Umówiłyśmy się bowiem na wspólne przy kawie przeglądanie, na macanie bezkarne, bo w końcu kto nam zabroni, hehe.
Możecie sobie wyobrazić, jakie miałyśmy używanie. Świetnie nam się z Moniką o książkach gada.
Patrząc na te stosy-nie-nasze, ale w sumie nasze, bo też przecież z biblioteki możemy korzystać, wzdychałyśmy raz po raz, bo tyle tytułów do czytania i kiedy. No, KIEDY?!?!
W związku z tym chyba, zaraz się okazało, że mój kręgosłup nie wytrzyma ani chwili dłużej i koniecznie musiałam iść na zwolnienie. No, może bez przesady, ale łatwiej mi było podjąć decyzję o odpoczynku zaleconym przez lekarza. Tym bardziej, że bibliotekarka do mnie zadzwoniła, że przyszła zamówiona przeze mnie ostatnia część trylogii Patricii Scanlan, a ja przecież mam trzy inne w czytaniu! Istna nawałnica :-)
Nie tracę więc czasu tylko lecę poczytać. Pozdrawiam
sobota, 21 maja 2011
Czytelniczka znakomita - Alan Bennett
Czytelniczka znakomita to ni mniej ni więcej sama Królowa Angielska, która odkrywa w sobie pasję czytelniczą. A właściwie nie odkrywa, tylko wyrabia w sobie nawyk czytania w późnych latach życia, a odkrywa, że jej to przynosi przyjemność, chociaż wcześniej nie widziała w czytaniu nic interesującego.
Dużo w tej książce o innych książkach, bo Królowa jako nowicjuszka na czytelniczej drodze, wyważa niejako drzwi dla wielu otwarte, czyli czyta Austen, Prousta, Hardy'ego czy Becketta. Jeśli się czegoś nie czytało, wpada człowiek w dół, że jeszcze i to trzeba zaliczyć, a jeśli jakaś pozycja już za nami, przywoływane są wspomnienia z okoliczności jej czytania.
Książę przeczytałam uszami. Wynudziłam się jak na Sumie w niedzielę. Nawet fakt, że to o książkach, nie pomógł. Monarchia brytyjska i jej perypetie nic mnie nie obchodzą. Ani nie pasjonowała mnie historia Diany, ani ślub Williama, a Królowa mnie obchodzi tyle, co babcia klozetowa z Dworca Centralnego. Szczerze mówiąc, nie wiedziałam nic o tej powieści, kiedy postanowiłam jej wysłuchać, poszłam na żywioł. Potem stwierdziłam, że może być całkiem ciekawa, ale opisy Królowej, która chowa książkę pod poduszką w karocy, a ta jest potem zabrana, bo nikomu się nie podoba, że ona czyta, to dla mnie za wiele.. Dwór, czyli doradcy, sekretarz, mąż, wszyscy oni koniecznie chcą, żeby przestała, uznają to za męczące dziwactwo. Opisy tego, jak chcą wykorzenić to z niej, a ona jest w sumie ubezwłasnowolniona i poddaje się woli innych (chociaż nie do końca), nudziły mnie okrutnie. Musiałam cofać kilka razy, bo traciłam koncentrację i nie wiedziałam, czego właśnie wysłuchałam, a co się przy tym naziewałam, to moje. Nie mogę powiedzieć, że to jest książka zła, ale nie trafiła w mój gust i w dla mnie to była jednak strata czasu.
Dużo w tej książce o innych książkach, bo Królowa jako nowicjuszka na czytelniczej drodze, wyważa niejako drzwi dla wielu otwarte, czyli czyta Austen, Prousta, Hardy'ego czy Becketta. Jeśli się czegoś nie czytało, wpada człowiek w dół, że jeszcze i to trzeba zaliczyć, a jeśli jakaś pozycja już za nami, przywoływane są wspomnienia z okoliczności jej czytania.
Książę przeczytałam uszami. Wynudziłam się jak na Sumie w niedzielę. Nawet fakt, że to o książkach, nie pomógł. Monarchia brytyjska i jej perypetie nic mnie nie obchodzą. Ani nie pasjonowała mnie historia Diany, ani ślub Williama, a Królowa mnie obchodzi tyle, co babcia klozetowa z Dworca Centralnego. Szczerze mówiąc, nie wiedziałam nic o tej powieści, kiedy postanowiłam jej wysłuchać, poszłam na żywioł. Potem stwierdziłam, że może być całkiem ciekawa, ale opisy Królowej, która chowa książkę pod poduszką w karocy, a ta jest potem zabrana, bo nikomu się nie podoba, że ona czyta, to dla mnie za wiele.. Dwór, czyli doradcy, sekretarz, mąż, wszyscy oni koniecznie chcą, żeby przestała, uznają to za męczące dziwactwo. Opisy tego, jak chcą wykorzenić to z niej, a ona jest w sumie ubezwłasnowolniona i poddaje się woli innych (chociaż nie do końca), nudziły mnie okrutnie. Musiałam cofać kilka razy, bo traciłam koncentrację i nie wiedziałam, czego właśnie wysłuchałam, a co się przy tym naziewałam, to moje. Nie mogę powiedzieć, że to jest książka zła, ale nie trafiła w mój gust i w dla mnie to była jednak strata czasu.
piątek, 13 maja 2011
Dobre geny - Hanna Cygler
Hannę Cygler 'przedstawiła' mi pewnego lata Blueberry, pożyczając mi ją do czytania. Była to powieść 3xR. Fajne czytadło, szybko łyknęłam i zapałałam chęcią do przeczytania reszty książek tej autorki. I znowu za sprawą tejże Blueberry, udało mi się kupić kilka innych pozycji, a ostatnio dostałam od wydawnictwa Rebis jej najnowszą powieść 'Dobre geny'.
Najpierw treść:
Martę Wentę poznajemy jako ambitną i rzutką wiceprezes agencji rządowej (cokolwiek by to nie było, ta nazwa zawsze brzmi jakoś enigmatycznie, czyż nie?). Skuteczna, wykształcona, kompetentna, co oczywiście pomaga w życiu zawodowym, ale niestety nie impregnuje jej na zawirowania życiowe. A te mają miejsce, i to zarówno w postaci demonów przeszłości, które ją dopadają, jak również diabelskich sztuczek teraźniejszości - mężczyzn, którzy pojawiają się w jej życiu, ale też nawrotu depresji ze stanami lękowymi, matki - zaborczej i nadopiekuńczej oraz niespodziewanej utraty pracy. Nie chcę więcej nic mówić, bo zepsuje wam to przyjemność czytania, jeśli mielibyście ochotę po nią sięgnąć.

Przypomina mi ta powieść książki takich pisarek jak Fleszarowa-Muskat czy Nepomucka i jest to komplement, żeby było jasne. Autorka opowiada historię życiową, taką, która mogłaby się zdarzyć każdemu z nas, sąsiadce czy koleżance z pracy. Ja nawet w pewnym momencie odnalazłam w niej swoją relację z mamą, co mną telepnęło, jak zwykle. Hanna Cygler opowiada pięknie, gładko przechodzi od wątku do wątku, trzyma czytelnika może nie w napięciu, ale w ciekawości, co też dalej się Marcie przydarzy, jak skończy się jej historia?
Miło jest odpocząć przy takiej lekturze. Przypomina mi to też wieczory spędzone w czasach młodości nad powieściami Siesickiej, kiedy zajadając bułkę z szynką (wtedy rarytas) lub pomarańcze kubańskie (strasznie grubą skórę miały), zaczytywałam się w historiach o moich rówieśnicach i ich problemach - moich problemach. Tutaj spotkałam Martę, w moim wieku, której perypetie, jeśli nie przypominały w stu procentach mojej historii, to na pewno moich koleżanek, też rówieśnic. I tu tkwi siła takich powieści, polega na bliskości życia bohaterów z życiem czytelników. Czyż nie lubimy historii bliskich naszej skórze? Polecam.
Najpierw treść:
Martę Wentę poznajemy jako ambitną i rzutką wiceprezes agencji rządowej (cokolwiek by to nie było, ta nazwa zawsze brzmi jakoś enigmatycznie, czyż nie?). Skuteczna, wykształcona, kompetentna, co oczywiście pomaga w życiu zawodowym, ale niestety nie impregnuje jej na zawirowania życiowe. A te mają miejsce, i to zarówno w postaci demonów przeszłości, które ją dopadają, jak również diabelskich sztuczek teraźniejszości - mężczyzn, którzy pojawiają się w jej życiu, ale też nawrotu depresji ze stanami lękowymi, matki - zaborczej i nadopiekuńczej oraz niespodziewanej utraty pracy. Nie chcę więcej nic mówić, bo zepsuje wam to przyjemność czytania, jeśli mielibyście ochotę po nią sięgnąć.

Przypomina mi ta powieść książki takich pisarek jak Fleszarowa-Muskat czy Nepomucka i jest to komplement, żeby było jasne. Autorka opowiada historię życiową, taką, która mogłaby się zdarzyć każdemu z nas, sąsiadce czy koleżance z pracy. Ja nawet w pewnym momencie odnalazłam w niej swoją relację z mamą, co mną telepnęło, jak zwykle. Hanna Cygler opowiada pięknie, gładko przechodzi od wątku do wątku, trzyma czytelnika może nie w napięciu, ale w ciekawości, co też dalej się Marcie przydarzy, jak skończy się jej historia?
Miło jest odpocząć przy takiej lekturze. Przypomina mi to też wieczory spędzone w czasach młodości nad powieściami Siesickiej, kiedy zajadając bułkę z szynką (wtedy rarytas) lub pomarańcze kubańskie (strasznie grubą skórę miały), zaczytywałam się w historiach o moich rówieśnicach i ich problemach - moich problemach. Tutaj spotkałam Martę, w moim wieku, której perypetie, jeśli nie przypominały w stu procentach mojej historii, to na pewno moich koleżanek, też rówieśnic. I tu tkwi siła takich powieści, polega na bliskości życia bohaterów z życiem czytelników. Czyż nie lubimy historii bliskich naszej skórze? Polecam.
piątek, 6 maja 2011
Nic nie poprawia humoru tak, jak nowa książka
Trochę mnie przybiły wydarzenia z ostatniego weekendu, nie szukałam pocieszenia, ale ono mnie samo znalazło. Najpierw przyszły zamówione książki z Merlina. Tym razem głownie wybór córki, kończy trzeci rok studiów, ciężko pracowała przez ostatnie 10 miesięcy i należy jej sie wytchnienie, tak więc, jej zachciewajki były tym razem ważniejsze. Nie myślcie jednak, że ze mnie jakaś cierpiętnica, ja też lubię czytać ten gatunek, który ona uwielbia, więc skorzystam przy okazji.
Od dołu patrząc -
No, ale tych książek to ja się spodziewałam, a najlepsze jest to, czego człowiek nie oczekuje. Po moim wpisie o Jane Austen i poszukiwaniu jej biografii Obstinate Heart, której to nie ma nawet tutaj w bibliotekach, a na Amazon tylko z drugiej ręki, a takich do mnie do Irlandii nie wysyłają, spadł na mnie deszcz dobroci i dostałam aż dwa egzemplarze, jeden od Paris, która zadała sobie trud i poprosiła koleżankę mieszkająca w Londynie, żeby ją w antykwariatach wytropila. Gdzie córka nie może tam posłano koleżankę koleżanki i książka przysłana do Paris, wylądowała u mnie. Zaraz to po pożarze było, od razu moje skołatane nerwy ukoiło. Ale to nie wszystko, bo Paris mi niespodziankę sprawiła, a wcześniej jeszcze chyba większą - odezwała się do mnie Kasia z Indiany, która tę książkę na ebay wytropiła i zaoferowała wysłac do mnie. No czyż życie nie jest piękne? Mało tego, dodała jeszcze jedną o Jane Austen. Zebym wiedziała o tej od Paris, to bym Kasi głowy nie zawracała, ale Paris skubaniutka dotrzymala tajemnicy do ostatniej chwili.
Uzgodniłyśmy więc z Kasią, że odeślę Obstinate Heart jej z powrotem, bo sobie ją z serca wraz z mięsem wyrwała, byłoby niesprawiedliwe, gdybym ja została z dwoma, a ona z żadną. Mam też przygotowane różności dla Kasi, niech i ona ma jakieś pocztowe niespodzianki.
Ta druga też wydaje się ciekawa, już sobie podczytałam kilka stron. Jestem teraz 'za-austinowana' i będę ekspertem w tej dziedzinie, haha. E tam, żartuję, Padma może spać spokojnie.
Wystarczyłoby już tych niespodzianek, ale widocznie opatrzność, los, stwórca, jak zwał tak zwał, zdecydował/a, że zbalansowanie traumy po wielkim pożarze nie będzie takie łatwe i akurat w tym też czasie nadeszła inna przesyłka, tym razem od innej blogowiczki Agaty z Krakowa - a w pakiecie Małgorzata Warda i jej Czarodziejka.
Leżę teraz przywalona tymi książkami, z wielkim uśmiechem na buzi i zupełnie, ale to zupełnie nie potrzebne mi żadne tabletki na lęki, które mi przepisał lekarz. Jak bum cyk cyk, przeszło mi. Książki ci to sprawiły. I dobroć bezinteresowna znajomych, w realu i blogowych, od których przyszły te trzy ostatnie. A że najważniejsza w przyrodzie jest równowaga, i ja chcę teraz sprawić im odrobinę przyjemności i ruszam na łowy, a zaraz potem na pocztę. Ale najpierw muszę obwąchać wszystkie te nowo przybyłe.
Od dołu patrząc -
- Kolejny tom Czarnych kamieni, wszyscy w domu szaleją na punkcie tej serii, nie mogło go zabraknąć.
- Michal Viewegh - Powieść dla mężczyzn - dawno chciałam już poznać tego pisarza, a jakoś się nie składało, skorzystałam z tego, ze była przecena. Strasznie jestem go ciekawa. Bardzo chciałam Wycieczkowiczów, ale akurat tej nie było. Ta i następna jest dla mnie
- Druga tego samego autora Wychowanie dziewcząt w Czechach. Mam nadzieję, że mnie nie zawiedzie.
- M.Kisiel Dożywocie - wszyscy ją chwalą, a jest bardzo w stylu ulubionych mojej córki, więc kupilam
- Nowy Pilipiuk Operacja Dzień Wskrzeszenia - no cóż, jak dobra zabawa, jak rozrywkowo, to tylko on, potrafi rozbawić i zaciekawić nas wszystkich, przechodzi z rąk do rąk
- Wiktoria Tokariewa - Miłość na całe zycie - lepiej niech będzie dobra, bo nie dość, że prawie 20 złotych, to jeszcze tylko 140 stron i to napisanych wołami, litery mają pół metra wysokości. Szlak mnie trafił, bo chciałam kupić jeszcze Stację Tajga Hulovej i mi zabrakło pieniędzy. Ta była tańsza, to sobie pomyślałam - a niech. Jak zobaczyłam, to mi łzy w oczach stanęły, ze taka malutka.
Ta druga też wydaje się ciekawa, już sobie podczytałam kilka stron. Jestem teraz 'za-austinowana' i będę ekspertem w tej dziedzinie, haha. E tam, żartuję, Padma może spać spokojnie.
Wystarczyłoby już tych niespodzianek, ale widocznie opatrzność, los, stwórca, jak zwał tak zwał, zdecydował/a, że zbalansowanie traumy po wielkim pożarze nie będzie takie łatwe i akurat w tym też czasie nadeszła inna przesyłka, tym razem od innej blogowiczki Agaty z Krakowa - a w pakiecie Małgorzata Warda i jej Czarodziejka.
środa, 4 maja 2011
Erynie - Merek Krajewski. Tym razem we Lwowie
Było to moje pierwsze spotkanie z Markiem Krajewskim. Wiem, że napisał on niezwykle popularny cykl o Wrocławiu i Eberhardzie Mocku, ale nie miałam okazji jeszcze tego przeczytac. Nie mam tu bibliotek, poza tą, którą sama prowadzę, jak nie kupię dla siebie, albo do biblioteki, to skąd bym to miała wziąć? A wszystkiego na raz się nie da. Chociaż zawsze miałam go w pamięci, wiedziałam, że przyjdzie czas na Krajewskiego i jego Mocka, czułam przez rajstopy, że będzie mi się podobać, ale cierpliwie czekałam okazji. W tak zwanym międzyczasie wygrałam w jakimś konkursie na FB Erynie do biblioteki. Mąż przeczytał migiem, ale potem ktoś to chwycił do wypozyczenia i jakoś tak się mijałam z tą książką. Aż koleżanka, ta od pozyczania papierowych ode mnie, a dla mnie udostępniania audiobooków, namówiła mnie na odsłuchanie tej powieści. To raczej słuchowisko, bo jest muzyka potęgująca napięcie, świetny ponad miarę Więckiewicz, który mówi różnymi akcentami i zmienia głos, oraz fantastyczne odgłosy dorożki na ulicy itp. A, że ja chowana na słuchowiskach radiowej trójki, mnie w to graj. Oczywiscie spowalnia to słuchanie, ale nie aż tak, żebym się miała wyrzec tych dodatkowych efektów. Bez przesady, gdzie mi się spieszy?
Sama powieść jest zachwycająca. Ze wstydem przyznam, że sama nie wiem, ile w tym zasługi Roberta Więckiewicza, a ile samego autora, ale to wszystko cuzamen do kupy tak zagrało, że aż sobie siadłam z wrażenia w pewnym momencie (bo ja w ruchu byłam, sprzątałam właśnie).
Rzecz się dzieje we Lwowie w roku 1939. Komisarz Popielski jest niezwykle bezwzględny i dobrze, bo ma do czynienia ze zwyrodnialcem, który zamordował dziecko i to w bestialski sposób, wcześniej go torturując. Popielski jest epileptykiem, ostre słońce może u niego wywołać kolejny atak, woli pracować w nocy. Poza tym ma kryzys, chce odejść z policji. Musi tylko rozwikłać tę zagadkę, gdyż uchodzi za niezwykle skutecznego. Za Popielskim udajemy się do szpitala psychiatrycznego, do spelun i knajp lwowskich, prosektorium i mieszkań prywatnych, a atmosfera jest mroczna i jakaś taka duszna. Nie znam innych książek Krajewskiego, więc nie mogę za Robertem Ostaszewskim z Polityki powiedzieć, że wszystko to już było, że jest wtórne i przewidywalne. Nie mogę i nie powiem, bo dla mnie pierwsze i szalenie emocjonalnie tę książkę odebrałam. Zresztą na szczęście nie jestem krytykiem literackim, mogę pisać, co mi się podoba, a mi się podoba powiedzieć, że audiobook Erynie jest świetny. Specjalnie napisałam audiobook, bo w tym wypadku, dla mnie przynajmniej, jest on tak wyjątkowo przygotowany i zrealizowany, że jako książka wcale nie musiał mi aż tak przypaść do gustu. A tak, mam same entuzjastyczne och i achy na ustach.
Koniecznie muszę przeczytać jego poprzednie książki.
Posłuchajcie samego Krajewskiego, co mówi o swoich czytelnikach
Sama powieść jest zachwycająca. Ze wstydem przyznam, że sama nie wiem, ile w tym zasługi Roberta Więckiewicza, a ile samego autora, ale to wszystko cuzamen do kupy tak zagrało, że aż sobie siadłam z wrażenia w pewnym momencie (bo ja w ruchu byłam, sprzątałam właśnie).
Rzecz się dzieje we Lwowie w roku 1939. Komisarz Popielski jest niezwykle bezwzględny i dobrze, bo ma do czynienia ze zwyrodnialcem, który zamordował dziecko i to w bestialski sposób, wcześniej go torturując. Popielski jest epileptykiem, ostre słońce może u niego wywołać kolejny atak, woli pracować w nocy. Poza tym ma kryzys, chce odejść z policji. Musi tylko rozwikłać tę zagadkę, gdyż uchodzi za niezwykle skutecznego. Za Popielskim udajemy się do szpitala psychiatrycznego, do spelun i knajp lwowskich, prosektorium i mieszkań prywatnych, a atmosfera jest mroczna i jakaś taka duszna. Nie znam innych książek Krajewskiego, więc nie mogę za Robertem Ostaszewskim z Polityki powiedzieć, że wszystko to już było, że jest wtórne i przewidywalne. Nie mogę i nie powiem, bo dla mnie pierwsze i szalenie emocjonalnie tę książkę odebrałam. Zresztą na szczęście nie jestem krytykiem literackim, mogę pisać, co mi się podoba, a mi się podoba powiedzieć, że audiobook Erynie jest świetny. Specjalnie napisałam audiobook, bo w tym wypadku, dla mnie przynajmniej, jest on tak wyjątkowo przygotowany i zrealizowany, że jako książka wcale nie musiał mi aż tak przypaść do gustu. A tak, mam same entuzjastyczne och i achy na ustach.
Koniecznie muszę przeczytać jego poprzednie książki.
Posłuchajcie samego Krajewskiego, co mówi o swoich czytelnikach
Baza recenzji Syndykatu ZwB
czwartek, 28 kwietnia 2011
Autorka 'Pokoju' trzyma poziom - Emma Donoghue 'Slammerkin'
Zaraz po przeczytaniu 'Room' w ręce wpadła mi inna książka Emmy Donoghue - Slammerkin (w wolnym tłumaczeniu puszczalska, ale też luźna suknia noszona w tym czasie przez kobiety).
Dosłownie wpadła, bo byłam w bibliotece oddać książki i ktoś ją położył też do oddania, przede mną na ladę. Wiedziałam, że mam egzaminy i kurs, wiedziałam, że nie powinnam, ale nie mogłam się powstrzymać i ją zabrałam do domu. Chciałam koniecznie sprawdzić, czy pisarka jest tak dobra, jak myślę po przeczytaniu tej jednej książki? Jak się spodziewałam, nie miałam czasu na czytanie, zaczęłam ją i odłożyłam na stolik nocny, podczytywałam z bólem serca, bo kradłam czas na naukę, a kiedy już wszystko pozdawałam, tak miałam dość języka angielskiego, ze musiałam sięgnać po coś po polsku i dalej lezała odłożona na później. Straciłam do niej serce, ale coś mnie w tej historii urzekło, coś do niej ciągnęło, postanowiłam dać jej szansę, w końcu to nie wina książki, że padło na niedobry czas. Poza tym strasznie podobała mi się okładka, niby nie nowatorska, ale przyciągała mój wzrok równie mocno jak zaczęta historia i nie dawała spokoju.
Całe szczęście, że jej nie oddałam niedokończonej. Plułabym sobie w brodę.
Emma Donoghue tym razem zabiera nas w XVIII wiek. Opierając się na dokumentach sądowych ze sprawy Mary Saunders, służącej na walijskiej prowincji, która zabiła swoją panią, za co została skazana na powieszenie lub spalenie, a może nawet na obie kary razem. W tamtych czasach była to głośna sprawa. Na informacjach o procesie i szczątkach historii o tej dziewczynie, Emma buduje fascynującą historię dorastania i upadku młodej dziewczyny. W momencie powieszenia miał ona zaledwie 17, a może nawet 16 lat.
Mary dzieciństwo spędziła w Londynie, w biednej rodzinie węglarza - jej ojczyma, bo ojciec nieudacznik wywiózł rodzinę z walijskiego Moumouth (wtedy to była Anglia), do stolicy i zszedł był. Dziewczyna była ambitna, uczyła się u zakonnic, była też wolnomyślicielką i miala niewyparzoną gębę, za co matka ją wiecznie karciła. Matka chciala, zeby miala dobry zawód (szycie), ale córka widziała jak matka uprawiając właśnie ten zawód, nie może sobie na nic pozwolić, ledwo wiąże koniec z końcem, a czasem nie ma czego do garnka włożyć. Nie chciała takiego życia. I była próżna. Jednago dnia zobaczyla piękną kolorową wstążke do włosów i w celu jej zdobycia odbyła inicjacyjny dla niej, stosunek z mężczyzną. Miała 14 lat. To dało jej pewność, że może sama kierować swoim życiem. Matka wyrzuca ją z domu, kiedy okazuje się, że jest w ciąży. Na ulicy zostaje pojamana przez grupę mężczyzn i tak zgwałcona, ze traci dziecko, umarłaby niechybnie gdzieś w krzakach, gdzie ją porzucili, ale zajmuje się nią prostytuka londyńska Dolly, która zabiera ją do siebie, leczy, pomaga i wciąga do zawodu.
Co stało się z dzieckiem, dlaczego Mary wyjeżdża z Londynu i zaciąga się na słuzbę do ludzi, dlaczego ostatecznie zabija swoją chlebodawczynię, tego dowiecie się z książki nie chcę Wam psuć przyjemności. To, że zabiła wiadomo od razu, to nie spoiler z mojej strony, cały bajer w cofnięciu się wstecz w czasie i zrozumieniu pobudek. Lubię taką konstrukcję fabuły.
Przez cały czas czytania tej historii cieszyłam się, że nie urodziłam się w tamtych czasach, kiedy kobiety były traktowane instrumentalnie, jak narzędzia do opieki, gotowania i zaspakajania potrzeb mężczyzn. Ich życie w większosci przypadków było pozbawione blasku, skazane na łaskę swoich ojców, potem mężczyzn, nawet jeśli nie były służącymi, i tak wykonywały taką rolę wobec swojego pana, którym był właśnie mąż, czy ojciec, czy brat, u którego były na dożywociu.
Emma Donoghue nie tylko przejmująco pisze o Mary Saunders, ale też wspaniale ukazuje osiemnastowieczną Anglię, Londyn i prowincję, jak wyglądały wtedy miasta, czym się różniła stolica od reszty kraju. Przy okazji poznajemy strukture społeczeństwa w tamtym okresie, jak się objawiał status kobiety, stąd tak ważne miejsce zajmują stroje i kto, jak jest ubrany.
Obserwujemy Mary i jej życie, najpierw zwykłej ulicznej ladacznicy, potem jej wysiłki, żeby się z tego wyrwać, wspiąć o szczebel wyżej, w tamtych czasach ryzykowną decyzję o przeprowadzce (wędrówki ludów nie były wcale takie pochwalane), chociaż okoliczności pomogły jej podjąć ten krok, i tak wymagało to od niej odwagi. W tym wszystkim jest wielkie pożądanie wolności, i tej społecznej, i tej osobistej, bardzo ważna była dla niej świadomość, że nawet prostytutka może być dumna, jeśli ma płacone za swoje usługi, bo to daje jej wolność. Niespotykana świadomośc u tak młodej dziewczyny.
Ostatecznie to ją właśnie gubi, niecodzienna u kobiety w tamtych czasach cecha - bezczelność dązenia do samostanowienia o sobie, do bycia panią samej siebie. Mary ma poczucie, że w swojej pani znajduje erzac rodziny i matki, która ją wygnała, ale i to nie pomaga, żeby stłumić jej naturę.
Piękna, wspaniała historia młodej dziewczynki, która dla wybryku staje się kobietą i spełnia swoje przeznaczenie w zaledwie kilka krótkich lat. Chociaż jak się to czyta, ma się wrażenie, że kilka życiorysów mogłaby tym obdzielić. Bo prostytutki w tamtych czasach żyły ostro i umierały młodo. A szkoda, bo gdyby Mary dano szansę, byłaby niezwykłą kobietą.
Cieszę się, że Emma Donoghue ocaliła ją od zapomnienia. Jest świetną pisarką i zdecydowanie przeczytam jeszcze jej inne książki.
Dosłownie wpadła, bo byłam w bibliotece oddać książki i ktoś ją położył też do oddania, przede mną na ladę. Wiedziałam, że mam egzaminy i kurs, wiedziałam, że nie powinnam, ale nie mogłam się powstrzymać i ją zabrałam do domu. Chciałam koniecznie sprawdzić, czy pisarka jest tak dobra, jak myślę po przeczytaniu tej jednej książki? Jak się spodziewałam, nie miałam czasu na czytanie, zaczęłam ją i odłożyłam na stolik nocny, podczytywałam z bólem serca, bo kradłam czas na naukę, a kiedy już wszystko pozdawałam, tak miałam dość języka angielskiego, ze musiałam sięgnać po coś po polsku i dalej lezała odłożona na później. Straciłam do niej serce, ale coś mnie w tej historii urzekło, coś do niej ciągnęło, postanowiłam dać jej szansę, w końcu to nie wina książki, że padło na niedobry czas. Poza tym strasznie podobała mi się okładka, niby nie nowatorska, ale przyciągała mój wzrok równie mocno jak zaczęta historia i nie dawała spokoju.
Całe szczęście, że jej nie oddałam niedokończonej. Plułabym sobie w brodę.
Emma Donoghue tym razem zabiera nas w XVIII wiek. Opierając się na dokumentach sądowych ze sprawy Mary Saunders, służącej na walijskiej prowincji, która zabiła swoją panią, za co została skazana na powieszenie lub spalenie, a może nawet na obie kary razem. W tamtych czasach była to głośna sprawa. Na informacjach o procesie i szczątkach historii o tej dziewczynie, Emma buduje fascynującą historię dorastania i upadku młodej dziewczyny. W momencie powieszenia miał ona zaledwie 17, a może nawet 16 lat.
Mary dzieciństwo spędziła w Londynie, w biednej rodzinie węglarza - jej ojczyma, bo ojciec nieudacznik wywiózł rodzinę z walijskiego Moumouth (wtedy to była Anglia), do stolicy i zszedł był. Dziewczyna była ambitna, uczyła się u zakonnic, była też wolnomyślicielką i miala niewyparzoną gębę, za co matka ją wiecznie karciła. Matka chciala, zeby miala dobry zawód (szycie), ale córka widziała jak matka uprawiając właśnie ten zawód, nie może sobie na nic pozwolić, ledwo wiąże koniec z końcem, a czasem nie ma czego do garnka włożyć. Nie chciała takiego życia. I była próżna. Jednago dnia zobaczyla piękną kolorową wstążke do włosów i w celu jej zdobycia odbyła inicjacyjny dla niej, stosunek z mężczyzną. Miała 14 lat. To dało jej pewność, że może sama kierować swoim życiem. Matka wyrzuca ją z domu, kiedy okazuje się, że jest w ciąży. Na ulicy zostaje pojamana przez grupę mężczyzn i tak zgwałcona, ze traci dziecko, umarłaby niechybnie gdzieś w krzakach, gdzie ją porzucili, ale zajmuje się nią prostytuka londyńska Dolly, która zabiera ją do siebie, leczy, pomaga i wciąga do zawodu.
Co stało się z dzieckiem, dlaczego Mary wyjeżdża z Londynu i zaciąga się na słuzbę do ludzi, dlaczego ostatecznie zabija swoją chlebodawczynię, tego dowiecie się z książki nie chcę Wam psuć przyjemności. To, że zabiła wiadomo od razu, to nie spoiler z mojej strony, cały bajer w cofnięciu się wstecz w czasie i zrozumieniu pobudek. Lubię taką konstrukcję fabuły.
Przez cały czas czytania tej historii cieszyłam się, że nie urodziłam się w tamtych czasach, kiedy kobiety były traktowane instrumentalnie, jak narzędzia do opieki, gotowania i zaspakajania potrzeb mężczyzn. Ich życie w większosci przypadków było pozbawione blasku, skazane na łaskę swoich ojców, potem mężczyzn, nawet jeśli nie były służącymi, i tak wykonywały taką rolę wobec swojego pana, którym był właśnie mąż, czy ojciec, czy brat, u którego były na dożywociu.
Emma Donoghue nie tylko przejmująco pisze o Mary Saunders, ale też wspaniale ukazuje osiemnastowieczną Anglię, Londyn i prowincję, jak wyglądały wtedy miasta, czym się różniła stolica od reszty kraju. Przy okazji poznajemy strukture społeczeństwa w tamtym okresie, jak się objawiał status kobiety, stąd tak ważne miejsce zajmują stroje i kto, jak jest ubrany.
Obserwujemy Mary i jej życie, najpierw zwykłej ulicznej ladacznicy, potem jej wysiłki, żeby się z tego wyrwać, wspiąć o szczebel wyżej, w tamtych czasach ryzykowną decyzję o przeprowadzce (wędrówki ludów nie były wcale takie pochwalane), chociaż okoliczności pomogły jej podjąć ten krok, i tak wymagało to od niej odwagi. W tym wszystkim jest wielkie pożądanie wolności, i tej społecznej, i tej osobistej, bardzo ważna była dla niej świadomość, że nawet prostytutka może być dumna, jeśli ma płacone za swoje usługi, bo to daje jej wolność. Niespotykana świadomośc u tak młodej dziewczyny.
Ostatecznie to ją właśnie gubi, niecodzienna u kobiety w tamtych czasach cecha - bezczelność dązenia do samostanowienia o sobie, do bycia panią samej siebie. Mary ma poczucie, że w swojej pani znajduje erzac rodziny i matki, która ją wygnała, ale i to nie pomaga, żeby stłumić jej naturę.
Piękna, wspaniała historia młodej dziewczynki, która dla wybryku staje się kobietą i spełnia swoje przeznaczenie w zaledwie kilka krótkich lat. Chociaż jak się to czyta, ma się wrażenie, że kilka życiorysów mogłaby tym obdzielić. Bo prostytutki w tamtych czasach żyły ostro i umierały młodo. A szkoda, bo gdyby Mary dano szansę, byłaby niezwykłą kobietą.
Cieszę się, że Emma Donoghue ocaliła ją od zapomnienia. Jest świetną pisarką i zdecydowanie przeczytam jeszcze jej inne książki.
sobota, 23 kwietnia 2011
Dlaczego tak późno ją odkryłam, gdzie ja miałam oczy, a co ważniejsze - gdzie była moja molowa intuicja?
Pożyczyłam tę książkę od Moniki z błękitnej biblioteczki. Poleżała trochę, bo wciąż coś mi wypadało pierwsze do czytania, a to z klubu, a to egzaminy jeszcze, sięgnęłam po nią dopiero odstatnio.
Od pierwszej strony zatrybiło. Aż mi się ręce trzęsły, w ogóle nie mogłam tej książki odłożyć, a jeśli już musiałam, z żalem ogromnym. Trzeba wam wiedzieć, że kiedy ją wzięłam do ręki, byłam tak wyprana umysłowo, tak zmęczona, i egzaminami, i przesileniem wiosennym, i osobistymi zawirowaniami, że w ogóle się nie spodziewałam, że będę w stanie skupić uwagę na czymkolwiek, ale Małgorzata Warda, mistrzyni słowa, stylu i suspensu (tak, tak, w tym wypadku suspensu), uwiodła mnie bez reszty, mało tego, moja uwaga została tak skupiona na tej powieści, że z niechęcią kierowałam moje myśli w kierunku innych czynności czy powinności.
Treść powieści stanowi historia trzech kobiet, a właściwie czterech - Agnieszki, Leny, Moniki i Sary.
Agnieszka mieszka we Francji, po latach spędzonych u matki zastępczej opłacanej przez jej mamę, jest przez nią zabrana do Paryża, w nowe środowisko, mało ją w sumie znając. Ich skomplikowane relacje zaciążą na jej życiu. I wspomnienia, nie całkiem układające się w spójną całość. Lena mieszka w Polsce, studiuje, pozuje studentom ASP, stara się jakoś żyć, ale porwanie jej siostry Sary, kiedy ta miała kilka lat, kładzie się cieniem na życiu Leny i jej ojca.
Monikę znajduje na plaży strażnik z wydm w Łebie. Mówi, ze była porwana i przetrzymywana przez kilkanaście lat. Kiedy tylko wychodzi na jaw jej historia, medialny wir rozkręca się niemożebnie, trudno to wszystko utrzymać w ryzach, ale od czego jej adwokat? Tylko czy jego intencje są czyste?
Niedawno przeczytałam Room, wiem, że niedługo ta powieść pod polskim tytułem Pokój, ukaże się na naszym rynku, nie mogłam się oprzeć porównaniom, i tam porwana kobieta z dzieckiem przetrzymywana przez mężczyznę, i tu podobna historia, ale jakże inaczej ujęta.
Akcja trzyma w napięciu. Nie mogłam się doczekać, niecierpliwie przewracając kartki, kiedy dowiem się, co stało się z Sarą, kim naprawdę jest Monika, co z tą Agnieszką, tam jest jakaś tajemnica przecież!
Jest dużo o przeżyciach wewnętrznych bohaterek, ale nie nuży, nie wydaje się trywialne, wręcz przeciwnie - jest przejmujące i prawdziwe. W czasie czytania, ale i poza, kiedy trzeba się na chwilę oderwać, żeby popracować na przykład, żyje się w świecie stworzonym przez autorkę, przebywa się w tych miejscach, śledzi bohaterki jak cień. To się nazywa być muchą na ścianie.
Oszalałam na punkcie Małgorzaty Wardy. Teraz chcę przeczytać wszystko, co do tej pory napisała. Trudne to będzie zadanie, bo niestety przejrzałam dzisiaj, przy okazji zamawiania kilku książek, zasoby Merlina i nic, ani jednej nie mają w ofercie, poza tą, o której tu mowa. Ech, przyjdzie mi polować na nie przez następne lata. Smutek wielki.
Od pierwszej strony zatrybiło. Aż mi się ręce trzęsły, w ogóle nie mogłam tej książki odłożyć, a jeśli już musiałam, z żalem ogromnym. Trzeba wam wiedzieć, że kiedy ją wzięłam do ręki, byłam tak wyprana umysłowo, tak zmęczona, i egzaminami, i przesileniem wiosennym, i osobistymi zawirowaniami, że w ogóle się nie spodziewałam, że będę w stanie skupić uwagę na czymkolwiek, ale Małgorzata Warda, mistrzyni słowa, stylu i suspensu (tak, tak, w tym wypadku suspensu), uwiodła mnie bez reszty, mało tego, moja uwaga została tak skupiona na tej powieści, że z niechęcią kierowałam moje myśli w kierunku innych czynności czy powinności.
Treść powieści stanowi historia trzech kobiet, a właściwie czterech - Agnieszki, Leny, Moniki i Sary.
Agnieszka mieszka we Francji, po latach spędzonych u matki zastępczej opłacanej przez jej mamę, jest przez nią zabrana do Paryża, w nowe środowisko, mało ją w sumie znając. Ich skomplikowane relacje zaciążą na jej życiu. I wspomnienia, nie całkiem układające się w spójną całość. Lena mieszka w Polsce, studiuje, pozuje studentom ASP, stara się jakoś żyć, ale porwanie jej siostry Sary, kiedy ta miała kilka lat, kładzie się cieniem na życiu Leny i jej ojca.
Monikę znajduje na plaży strażnik z wydm w Łebie. Mówi, ze była porwana i przetrzymywana przez kilkanaście lat. Kiedy tylko wychodzi na jaw jej historia, medialny wir rozkręca się niemożebnie, trudno to wszystko utrzymać w ryzach, ale od czego jej adwokat? Tylko czy jego intencje są czyste?
Niedawno przeczytałam Room, wiem, że niedługo ta powieść pod polskim tytułem Pokój, ukaże się na naszym rynku, nie mogłam się oprzeć porównaniom, i tam porwana kobieta z dzieckiem przetrzymywana przez mężczyznę, i tu podobna historia, ale jakże inaczej ujęta.
Akcja trzyma w napięciu. Nie mogłam się doczekać, niecierpliwie przewracając kartki, kiedy dowiem się, co stało się z Sarą, kim naprawdę jest Monika, co z tą Agnieszką, tam jest jakaś tajemnica przecież!
Jest dużo o przeżyciach wewnętrznych bohaterek, ale nie nuży, nie wydaje się trywialne, wręcz przeciwnie - jest przejmujące i prawdziwe. W czasie czytania, ale i poza, kiedy trzeba się na chwilę oderwać, żeby popracować na przykład, żyje się w świecie stworzonym przez autorkę, przebywa się w tych miejscach, śledzi bohaterki jak cień. To się nazywa być muchą na ścianie.
Oszalałam na punkcie Małgorzaty Wardy. Teraz chcę przeczytać wszystko, co do tej pory napisała. Trudne to będzie zadanie, bo niestety przejrzałam dzisiaj, przy okazji zamawiania kilku książek, zasoby Merlina i nic, ani jednej nie mają w ofercie, poza tą, o której tu mowa. Ech, przyjdzie mi polować na nie przez następne lata. Smutek wielki.
czwartek, 21 kwietnia 2011
Chmielewska Chmielewskiej nierówna. Wiem, że ryzykuję zamieszki i linczowanie, ale Lesio mnie nie zachwycił
Chmielewską znam od dziecka, w 1975 roku dostałam od mamy na gwiazdkę Zwyczajne życie i tak się zaczęlo. Wraz z nabożnym podejściem do niej, brakuje mi dystansu, żeby oceniać jej książki, po prostu wszystkie mi się podobają, bo to Chmielewska i już.O 'Lesiu' krążą legendy, Lesio to książka kultowa bez dwóch zdań. Dziwnym trafem nigdy tej powieści nie czytałam. Najpierw była ona nie do kupienia (młodszym czytelniczkom przypominam, że nie zawsze książki zwalały się z półek księgarni i nie zawsze istniało Allegro, podaje, wymianki, włóczykijki itp), nie do dostania w bibliotekach, a kiedy ją już kupiłam, odwaliłam stary numer pod tytułem - odłożę na półkę i będę się do niej modlić, ale broń Boże czytać, bo jak przeczytam, to co mi pozostanie? Wzięłam ją ze sobą na wakacje do Soczi, ale nie szło mi czytanie. Nie mogłam przebrnąć przez Lesia mordującego kadrową.
Niedawno wzięłam głęboki oddech i wrzuciłam tę powieść na odtwarzacz. Już dawno dostałam tego audiobooka od koleżanki, wiedziała, że lubię Chmielewską. Postanowiłam, że muszę mu stawić czoła, bo jak to, fanka pisarki, która nie czytała jej sztandarowej powieści?
Oj, już lepiej było pozostać w błogiej nieświadomości i przeświadczeniu, że coś wyjątkowego mnie omija. Niestety Lesio jest dla mnie za bardzo przerysowany, nie ten humor mnie pociąga. Nie lubię żartów w stylu Benny Hilla, klepania się po główkach i pleckach, chowania pod stołem, kopania w tyłek i tym podobnych.
Książka składa się jakby z trzech części. W pierwszej Lesio, z powodu znienawidzonej książki spóźnień wręczanych przez kadrową, postanawia ją zamordować, nie widzi innego wyjścia. Jego próby i działania wcale mnie nie bawiły, dziwiło mnie natomiast, że ktokolwiek może sią zaśmiewać nad opisami faceta, który się miota po mieszkaniu z topniejącymi lodami. I ta jego miłość do Barbary. Żałosne.
Potem było jeszcze gorzej, bo cała pracownia architektoniczna postanowiła wykraść projekt konkurencyjnej jednostki z pędzącego pociagu, który próbowali zatrzymać przebrani za garbatych. To było tak niedorzeczne, ze aż się uśmiałam przy opisie Lesia pędzącego ze sztucznym garbem po torach przed pociągiem. To był jeden z dwóch przypadków mojego rozbawienia podczas czytania tej powieści. A wszyscy ci, którzy czytali, mówią, że się dusili, krztusili i herbatą oblewali podczas jej lektury. No nic, jeszcze nie wieczór, pomyślałam i przystąpiłam do czytania trzeciej części (umownie trzeciej bo tak naprawdę to tam nie ma części jako takich).
I ta podobała mi się najbardziej, bo też i najbardziej przypominała Chmielewską, którą lubię i cenię. Tym razem przyjeżdża do pracowni Duńczyk i jego zmagania z językiem polskim, mieszanie pojęć i dziwne, jak na polskie warunki zachowania, śmieszyły mnie, ale jeszcze nie do rozpuku, chociaż wystarczająco, żebym była ukontentowana, że oto odnalazłam w tej powieści moją ukochaną panią Joannę.
Dla jednej sceny warto było tę książkę czytać uszami - tej, w której członkowie zespołu pracowni, na wyjeździe w celu inwentaryzacji miasta, zaplątani w produkcję teatralną, dokonując pomiarów, jednocześnie powtarzają role. Aż usiadłam z wrażenia, jak pięknie to autorka napisała. Śmiesznie, inteligentnie i z polotem. O, taki humor to ja lubię - sytuacyjny, wynikający nie z gagów w stylu angielskich komików, ale z tego, ze ktoś wcale nie chciał, a i tak był zabawny. Jak to miało miejsce we 'Wszystko czerwone' czy 'Bocznych drogach' (na przykład kiedy matka próbowała nalać sobie mleka i kucała co chwila przy jakimś samochodzie, co wyglądało komicznie i wprawiło obserwatora w zdziwienie).
Suma sumarrum, jak mawiała profesor Początek, mogłabym żyć bez przeczytania tej książki. Gdyby nie ostatnia część z Duńczykiem, pewnie byłabym nawet zła, że ją czytałam, a tak pozostało dobre wrażenie, ale nie bez świadomości, że jednak na wyrost.
poniedziałek, 18 kwietnia 2011
Poniedziałkowo u Padmy, stosikowo z Londynu, czyli stary numer - jak to matka prosiła córkę o polowanie na Jane Austen
Po pierwsze, donoszę, że w tym tygodniu wpadłam do Padmy na herbatkę i pogaduchy o książkach. To znaczy dostałam propozycję odpowiedzi na pytania, zrobiłam sobie herbatkę i napisałam kilka słów, które teraz można przeczytać na tym najsłynniejszym chyba blogu książkowym. Nie ma dwóch zdań - to zaszczyt.
A poza tym chciałam się Wam pochwalić trzema pozycjami o Jane Austen, które moja córka wytropiła dla mnie w Londynie.
Aż mi głupio do tego się przyznawać, ale zamiast usiąść z nią na spokojnie przed jej wyjazdem i powiedzieć, czego szukam, odwaliłam saty numer i przypomniałam sobie o tym wtedy, kiedy ona już była w Londynie. Rzucilam się do telefonu i oczywiście wysłałąm do niej sto sms-ów z opisem książek, tytułami i ewentualnymi miejscami, gdzie ma ich szukać (i tu przydał się blog Padmy, bo ona tam kiedyś opisywała księgarnie w tej metropolii). Zaczęłam do niej pisać 'wykrzyknikami' - LISTY, KONIECZNIE LISTY, a poza tym biografia. Nastąpiła lekka obsuwa, bo bardzo chciałam pozycję Valerie Grosvenor Myer 'Jane Austen: Obstinate Heart" (w polskim wydaniu tytuł brzmiał Niezłomne serce), ale nie pamiętałam autorki i skończyło się na tym, że Michalina kupiła mi inną biograficzną, do której jeszcze nie mam stosunku - Andrew Normana 'Jane Austen. An Unrequited love"
Poczytamy, zobaczymy. Z listami to była strasznie śmieszna historia, bo nigdzie nie mogli ich dostać. Chciałam wybór, bo wiedziałam, że nie za bardzo mam pieniądze na sześć tomów. Michalina weszła do jednego z antykwariatów, spytała o nie, a panu zaświeciły się oczy, ostentacyjnie włożył na ręce białe rękawiczki, zniknął na chwilę i wrócił do nich dzierżąc w dłoniach odzianych w biel ... pierwsze wydanie listów Jane Austen tom pierwszy, za całe 300 funtów. Nie dał im dotknąć książki, obracał kartki i prezentował do oceny wzrokowej. Córka powiedziała,że był taki dumy z tego egzemplarza, że nie miała sumienia mu powiedzieć, że szuka taniej książki do poczytania, a nie do trzymania w gablocie z kontrolą temperatury i wilgotoności. Zanim wyszli poświęcili kilkanaście minut na zachwyty i zapewnili, ze się zastanowią i wrócą. Zadzwoniła do mnie potem i mówi - mamuś, przepraszam, ze mnie jeszcze nie było stać, zeby ci ją kupić. Kochane dziecko.
Listy kupiła, ale wybór (Oksfordzkie wydanie). Poza tym znalazła inną pozycję, o której nigdy nie słyszałam i postanowiła też mi kupić - 'Jane's Fame' Claire Harman.
Wiem, że dla znawców tematu, takich jak Padma, to są pewnie raczej lajtowe pozycje, dla laików. Ale ja nie czytałam wiele na ten temat, oprócz samych powieści Jane Austen, to się cieszę jak szczerbaty na siekane suchary.
A polowanie na Niezłomne serce trwa. Coś nie mam szczęścia do tej książki.
A poza tym chciałam się Wam pochwalić trzema pozycjami o Jane Austen, które moja córka wytropiła dla mnie w Londynie.
Listy kupiła, ale wybór (Oksfordzkie wydanie). Poza tym znalazła inną pozycję, o której nigdy nie słyszałam i postanowiła też mi kupić - 'Jane's Fame' Claire Harman.
Wiem, że dla znawców tematu, takich jak Padma, to są pewnie raczej lajtowe pozycje, dla laików. Ale ja nie czytałam wiele na ten temat, oprócz samych powieści Jane Austen, to się cieszę jak szczerbaty na siekane suchary.
A polowanie na Niezłomne serce trwa. Coś nie mam szczęścia do tej książki.
piątek, 15 kwietnia 2011
The Bookshop - Penelope Fitzgerald
Ta niepozorna książczyna nieźle mnie zaskoczyła. Wzmiankę o niej znalazłam u Lirael.
Od razu wiedziałam, że to coś dla mnie. Ale nie spodziewałam się, że to niewiele ponad sto stron. W sumie nie lubię takich cieniutkich księżeczek, ale walczę z takim myśleniem, bo niby co, że niewiele stron, to od razu do niczego? Wiadomo, ze bzdura.
Historia opisuje zmagania 40-letniej wdowy, która postanawia otworzyć w małym angielskim miasteczku księgarnię. Nie byle gdzie, bo w starym domu, a do tego w takim, w którym straszy.
Zaraz po otwarciu ma jeszcze kilka pomysłów na rozwinięcie biznesu, zaczyna prowadzic też bibliotekę, ale dość szybko orientuje się, że nie da rady sama. Szuka kogoś do pomocy i trafia jej się rezolutna dziesięciolatka. I to mnie zmyliło. Myślałam, że będzie to kolejna ujutna historyjka o fajnych prowincjonalnych mieścinach, w stylu Czekolady. Wprawdzie atmosfera wydawała mi się trochę mroczna, ale myślałam, że to ja raczej jestem mroczna w środku i to rzuca cień na percepcję. Jednak nie, u Fitzerald nie ma niczego, co by nam osłodziło to, co staje się potem.
Bo w tej powieści nic nie idzie jak po maśle, dosyć szybko zaczyna się kiełbasić, a całość daje nam przesłanie raczej takie - nie ma sprawiedliwości na tej ziemi, czasem ci, co mieszają, ci którzy źle nam życzą, wygrywają i nie ma na to rady.
Już od początku powieści czułam jakieś dziwne napięcie, to miasteczko niby takie ciche, niby czas idzie powoli, a jednak pod pokrywką wrze. Potem, wraz z wprowadzeniem do sprzedaży 'Lolity' Nabokowa, która na swój sposób też jest bohaterem tej powieści, zaczyna się dziać pod tą pokrywką i już nie daje się tego powstrzymać.
Trudno się pisze o treści tak, żeby za wiele nie zdradzic, żeby nie popsuć Wam przyjemności czytania. Wiele z was czyta w języku angielskim. Ta książka kosztuje grosze w księgarniach internetowych (info dla tych, któzy nie mają dostępu do bibliotek z anglojęzycznymi książkami), jest też na czytniku Googlowym. Warto ją przeczytać, warto na chwilę 'zamieszakać' w Hardborough i dowiedzieć się, co się stało z księgarnią, która była tam kiedyś otwarta.
Najbardziej mnie urzekło w tej powieści, że ona nie jest sentymentalna, nie jest też napisana, jak przez bezdusznego kronikarza, Fitzgerald jest oszczędna w słowach, a jednak pisze tak, że bez najmniejszego wysiłku kreuje obraz i społeczności, i samej głównej bogaterki.
Tylko 100 coś stron, a tyle emocji, tyle treści i pozostaje wielka złość na to, że życie nie jest takie proste, że nawet w książkach nie znajdujemy pocieszenia. A jednocześnie świadomość, ze dzięki temu te książki tak bliskie życia, są nam też bliższe. Na pewno przeczytam też inne jej powieści.
Od razu wiedziałam, że to coś dla mnie. Ale nie spodziewałam się, że to niewiele ponad sto stron. W sumie nie lubię takich cieniutkich księżeczek, ale walczę z takim myśleniem, bo niby co, że niewiele stron, to od razu do niczego? Wiadomo, ze bzdura.
Historia opisuje zmagania 40-letniej wdowy, która postanawia otworzyć w małym angielskim miasteczku księgarnię. Nie byle gdzie, bo w starym domu, a do tego w takim, w którym straszy.
Zaraz po otwarciu ma jeszcze kilka pomysłów na rozwinięcie biznesu, zaczyna prowadzic też bibliotekę, ale dość szybko orientuje się, że nie da rady sama. Szuka kogoś do pomocy i trafia jej się rezolutna dziesięciolatka. I to mnie zmyliło. Myślałam, że będzie to kolejna ujutna historyjka o fajnych prowincjonalnych mieścinach, w stylu Czekolady. Wprawdzie atmosfera wydawała mi się trochę mroczna, ale myślałam, że to ja raczej jestem mroczna w środku i to rzuca cień na percepcję. Jednak nie, u Fitzerald nie ma niczego, co by nam osłodziło to, co staje się potem.
Bo w tej powieści nic nie idzie jak po maśle, dosyć szybko zaczyna się kiełbasić, a całość daje nam przesłanie raczej takie - nie ma sprawiedliwości na tej ziemi, czasem ci, co mieszają, ci którzy źle nam życzą, wygrywają i nie ma na to rady.
Już od początku powieści czułam jakieś dziwne napięcie, to miasteczko niby takie ciche, niby czas idzie powoli, a jednak pod pokrywką wrze. Potem, wraz z wprowadzeniem do sprzedaży 'Lolity' Nabokowa, która na swój sposób też jest bohaterem tej powieści, zaczyna się dziać pod tą pokrywką i już nie daje się tego powstrzymać.
Trudno się pisze o treści tak, żeby za wiele nie zdradzic, żeby nie popsuć Wam przyjemności czytania. Wiele z was czyta w języku angielskim. Ta książka kosztuje grosze w księgarniach internetowych (info dla tych, któzy nie mają dostępu do bibliotek z anglojęzycznymi książkami), jest też na czytniku Googlowym. Warto ją przeczytać, warto na chwilę 'zamieszakać' w Hardborough i dowiedzieć się, co się stało z księgarnią, która była tam kiedyś otwarta.
Najbardziej mnie urzekło w tej powieści, że ona nie jest sentymentalna, nie jest też napisana, jak przez bezdusznego kronikarza, Fitzgerald jest oszczędna w słowach, a jednak pisze tak, że bez najmniejszego wysiłku kreuje obraz i społeczności, i samej głównej bogaterki.
Tylko 100 coś stron, a tyle emocji, tyle treści i pozostaje wielka złość na to, że życie nie jest takie proste, że nawet w książkach nie znajdujemy pocieszenia. A jednocześnie świadomość, ze dzięki temu te książki tak bliskie życia, są nam też bliższe. Na pewno przeczytam też inne jej powieści.
Subskrybuj:
Posty (Atom)









