niedziela, 8 kwietnia 2012

30 Dni z Książkami - Dzień 6 - Książka, przy której płaczesz

Nie trudno mnie doprowadzić do płaczu. Chlipię na filmach,  kostiumowych BBC to już na pewno, na reklamach, to i przy czytaniu książek mi się zdarza. Zawsze, kiedy są chore dzieci, zaginione psy, wojna.
Gdybym miała to spamiętać, musiałabym oddzielnego bloga prowadzić. Dwie wryły mi się w pamięć bardzo. Pierwsza, królowa 'płaczko-wywoływaczka', przy której się o mało w wannie nie utopiłam, o ile statki wielkotonażowe toną, to była powieść Iriny Gołowkiny 'Pokonani'.


Widmo utraty dotychczasowego życia, wojenne czy rewolucyjne zawieruchy, były też w 'Bez pożegnania' Barbary Rybałtowskiej. Tak się spłakałam, że popuchnięta chodziłam pół dnia. Mąż myślał, że jakieś nieszczęście w domu.



Czytając Jane Austen 'Rozważną i romantyczną' też łzy lałam, ale tłumaczy mnie młody wiek, kiedy to czytałam. Natomiast hektolitrów słonej wody wytoczonej z systemu podczas oglądania adaptacji jej powieści, nie tłumaczy już nic. Jak mawia małżon - oczy ma na mokrym miejscu.

Pozdrawiam świątecznie.

piątek, 6 kwietnia 2012

30 Dni z Książkami - Dzień 5 - Książka non-fiction, której czytanie sprawiło Ci niekłamaną przyjemność

Mam ich dużo. Podziwiam, że Prowincjonalna Nauczycielka taka zdyscyplinowana i zdecydowana, podaje zawsze jedne tytuł. Ja tak nie umiem. Nie strzelajcie, będzie kilka.
Gruza bardzo dowcipny, Rodowicz trochę megalomańska, ale ciekawe życie miała, to i ciekawie się czyta. Szczygieł wiadomo, pisałam o tej książce nie tak dawno, a Olbrychski - siurpryza. Spodziewałam się nadętych wspomnień, a dostałam naprawdę mądrą, wyważoną i świetnie napisaną książkę w dwóch odsłonach.
Ostatnio dobrze mi się też czytało wspomnienia Danuty Wałęsy.



czwartek, 5 kwietnia 2012

30 Dni z Książkami - Dzień 4 - Książka, która przypomina Ci o domu

Rozmarzyłam się. Jest ich wiele, głównie te, czytane w młodości.
Najbardziej chyba 'Piotrek zgubił dziadka oko' Lucyny Legut. Dodatkowo, jak tylko biorę ją do ręki, czuję zapach orzeszków ziemnych, bo kiedy ją czytałam, dzieckiem będąc, właśnie je jadłam.


Pamiętam, jaki mi mama  czytała Groszka i Natalię Majerówny (zdjęcie z Allegro, nieudane, ale nie mogę mojego egzemplarza znaleźć)


No i oczywiście Ania z Zielonego Wzgórza


I moja najukochańsza, marzyłam o takiej lalce, Przygody Gałgankowej Balbisi


Przepraszam, że tak dużo, ale w końcu, to tylko zabawa

środa, 4 kwietnia 2012

30 Dni z książkami - Dzień 3 - Książka, która Cię kompletnie zaskoczyła

Długo myślałam, bo mnie już trudno zaskoczyć. Doszłam do wniosku, że najbardziej zaskoczyły mnie dwie lektury, którymi mnie straszyły starsze roczniki, wszyscy znajomi włącznie z matką polonistką. Że nudne, że długie, że mi się nie spodobają, że po co to takie starocie.
Kiedy sięgnęłam po Nad Niemnem Orzeszkowej, miałam jak najgorsze przeczucie.
Ale ta historia wzięła mnie od pierwszych stron.
Miałam takie wydanie (zdjęcie marne, nie moje, z tablica.pl)


Czytałam jedną na noc, cały dzień czekałam na moment, żeby sie położyć i poczytać.
Zachwyciła mnie ta książka, klimat, bohaterowie. Do tej pory lubię tę historię.

To samo miałam z Chłopami Reymonta. Łyknęłam w mig. Zachwyciłam się i do tej pory chętnie wracam.

wtorek, 3 kwietnia 2012

30 Dni z Książkami - Dzień drugi - Książka, którą lubisz najmniej

Staram się nie robić błędów i wybierać tylko takie, które gwarantują minimum przyjemności. Ale jednak zdarza się, że po przeczytaniu jestem strasznie zawiedziona, zniesmaczona czy zirytowana jakąś powieścią.
Jeśli chodzi o najgorzej wspominane mam dwie, jedną z teraźniejszości, drugą z przeszłości.

Palmę pierwszeństwa daję


Wtórna, nudna, przewidywalna. Moim zdanie dobra tylko dla początkujących czytelników,  nie znających Opowieści Wigilijnej Dickensa. Ich jeszcze może i poruszy, da do myślenia. Osobie dojrzałej może tylko nerwy popsuć, że czyta coś, co już dawno napisano, a to coś nowego jest po prostu ubrane w płaszczyk w kratkę dla niepoznaki.

A druga książka, która nie była może i zła, ale zostawiła takie mianowicie wrażenie, że kiedy zamknęłam ostatnią stronę, nie wiedziałam, po co ja ją właściwie przeczytałam? Nic nie wniosła, nawet nie miałam tego ulubionego uczucia ciekawości, co dalej?

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

30 Dni z Książkami - Dzień Pierwszy

Monika Prowincjonalna Nauczycielka zainicjowała wyzwanie - serię wpisów o książkach, po jednym na jeden dzień, według poniższej listy. Na Facebook nazywa się to 30 Day Book Challenge (30 dni z książkami)

Dzień 1 - Twoja ulubiona książka
Dzień 2 - Książka, którą lubisz najmniej
Dzień 3 - Książka, która Cię kompletnie zaskoczyła
Dzień 4 - Książka, która przypomina Ci o domu
Dzień 5 - Książka non-fiction, której czytanie sprawiło Ci niekłamaną przyjemność
Dzień 6 - Książka, przy której płaczesz
Dzień 7 - Książka, przez którą trudno przebrnąć
Dzień 8 - Mało znana książka, która nie jest bestsellerem, a powinna nim być
Dzień 9 - Książka wielokrotnie przez Ciebie czytana
Dzień 10 - Pierwsza książka przeczytana przez Ciebie
Dzień 11 - Książka, dzięki której zaraziłeś się czytaniem
Dzień 12 - Książka, która tak wycieńczyła Cię emocjonalnie, że musiałaś przerwać jej czytanie lub odłożyć na jakiś czas.
Dzień 13 - Najukochańsza książka z dzieciństwa
Dzień 14 - Książka, która powinna się znaleźć na obowiązkowej liście lektur w szkole średniej
Dzień 15 - Ulubiona książka traktująca o obcych kulturach
Dzień 16 - Ulubiona książka, którą sfilmowano
Dzień 17 - Książka, którą sfilmowano i zrobiono to źle
Dzień 18 - Twoja ukochana książka, która już nie można kupić
Dzień 19 - Książka, dzięki której zmieniłaś zdanie na jakiś temat
Dzień 20 - Książka, którą byś poleciła osobie o wąskich horyzontach myślowych
Dzień 21 - Książka, która przyniosła ci wielką przyjemność, ale wstydzisz się przyznać, że ją czytałaś
Dzień 22 - Ulubiona seria wydawnicza
Dzień 23 - Ulubiony romans
Dzień 24 - Książka, która okazała się jednym wielkim oszustwem
Dzień 25 - Ulubiona autobiografia/biografia
Dzień 26 - Książka, którą chciałabyś przeczytać, a jeszcze nie jest napisana
Dzień 27 - Książka, którą byś napisała, gdybyś umiała
Dzień 28 - Książka, której przeczytania bardzo żałujesz
Dzień 29 - Autor, którego omijasz
Dzień 30 - Autor, którego wszystkie książki czytasz

Spodobało mi się i też dołączam. 

Dzień Pierwszy - Twoja ulubiona książka. 

Nie zdziwi Was pewnie fakt, że trudno odpowiedzieć na to pytanie. Ono jest bardzo skomplikowane w swojej prostocie i co by sie nie powiedziało, nie będzie to odpowiedź pełna. Każdego roku ma się inną ulubioną, z różnych okresów życiowych wynosi się coraz to inne tytuły, które powodują przyspieszone bicie serca, kiedy się je zobaczy na półce, czy u innych na blogu.

Cały dzień noszę się z tym pytaniem. Nie wiem, czy to wpływ tego, że widziałam dzisiaj film na podstawie dwóch powieści Musierowiczowej (Ida Sierpniowa i Kwiat Kalafiora) - pt. ESD. Może to dlatego, że ostatnio myślałam o koleżance, która mi Poznań Borejków z autografem sprezentowała, ale dzisiaj wymieniłabym 'Noelkę'(jeśli muszę jedną tylko). Albo 'Opium w rosole'. Albo 'Kłamczuchę'. Sami widzicie, że ciężko.

Z dorosłych lektur to chyba 'Sto lat samotności' Marqueza albo 'Medicus' Noaha Gordona.



sobota, 31 marca 2012

Rura mi się zatkała

Dramatycznie to się na mnie odbija, ale nie mogę zupełnie skupić się na czytaniu. Zaczęłam ze sześć książek, żadnej nie mogę czytać, albo mnie nudzi, albo mnie denerwuje, ale wiem, że to nie wina treści, a moja. Nawet gazet nie czytam, kartkuję tylko.
Obrazki cholera oglądam.
I nic.
Wpadam w dół, że nie mogę, ale nie mogę i już.
Ale książki oglądam pasjami, tyle, że w internecie. I oczywiście lista zakupów rośnie, oszalałam, kiedy zobaczyłam Theorina i wspomnienia Dudziak. Mam nadzieję, ze mnie odetka. 
Oglądam filmy za to namiętnie. Cały czwarty sezon Czasu Honoru miałam na twardym dysku nagrywarki i teraz z mężem zaliczamy, właściwie można powiedzieć koniec. Podobał mi się, może dlatego, ze ciągiem oglądany, dużo emocji, ale też chyba ja jakaś nadwrażliwa.
Nie wiem, może mnie stresuje wyjazd do Polski, denerwuję się bardzo i nawet fakt, że na sam koniec pobytu będę na targach w Warszawie, nie zdejmuje ze mnie stresu.
Nawet blogów nie czytam za wiele. Jakiś taki niepokój we mnie. I zmęczenie.

Jakiegoś hydraulika może zawezwać? 
Przejdzie, wiem, ale słuchanie mi idzie lepiej i nic na to nie poradzę.
A nawiasem mówiąc, Gra o Tron Martina będzie wydana na audiobooku, czytana z podziałem na role, jak Narreturm Sapkowskiego, ponad stu aktorów bierze udział w nagraniu, sami najlepsi, Kulesza, Więckiewicz, słuchałam fragmentów, brzmi fantastycznie.  Muszę to mieć.

sobota, 24 marca 2012

Mężczyzna, od którego wszystko się zaczęło. A starocie już niedługo znajdą nowy dom.

I co ja mogę napisać o tej książce? Wszystko już było.
Zacznę od tego, że przynajmniej na rynku anglojęzycznym, od tej trylogii wszystko się zaczęło. Wiem, Mankell był wcześniej wydany, ale to Larsson ruszył ludzi do księgarń w poszukiwaniu kryminałów skandynawskich.
Nie wiem, co on takiego ma, czego nie mają inni? Przecież każdy ma jakiegoś bohatera, jak nie policjanta, to dziennikarkę. Każdy ma wątki miłosne lub seksualne, każdy morderstwo lub inne przestępstwo, więc diabeł musi tkwić w stylu.
Ale i on nie jest jakiś nowatorski, wyjątkowy i odkrywczy.
Więc pomysł?
Po pierwszym tomie myślałam, że duet Sallander - Blomkvist jest tu kluczem, ale teraz widzę, ze to jednak sama Lisbet Sallander trzyma tę trylogię w kupie (chociaż dopiero zaczęłam czytać trzecią, więc może potem będę inaczej śpiewać) i świadczy o jej wyjątkowości. bo o ile inne postaci w skandynawskich kryminałach są ciekawe, nikt nie wymyślił tak wielowarstwowej i przyciągającej uwagę.
Wszystkie znaki wskazują, że ona powinna być tak zwichrowana, ze nie do przyjęcia, a jednak lubimy ją, sekundujemy jej i przyjmujemy z całym dobrodziejstwem inwentarza. Pięknie ją Stieg ulepił.

W drugiej książce cyklu nie brak napięcia, gwałtownych zwrotów, ale i obrazków z życia Lisbet, jakbyśmy się mieli do niej przyzwyczaić na dłużej. Moze Larsson chciał ten cykl rozszerzyć na kilka tomów, nie jedynie trzy? Podobało mi się, że mogliśmy z nią odbyć część jej podróży, pobyć w jej głowie i dowiedzieć się, co tam siedzi. Te rozdziały to była powieść obyczajowa wewnątrz kryminału. Bardzo udane połączenie.

Czytałam uszami. Byłam tak ciekawa treści, ze sobie wynajdywałam rzeczy do wyczyszczenia, umycia, czy co tam zwykle robię, kiedy słucham, tylko żeby dłużej z tą książką obcować, dowiedzieć się, co dalej?
Wiedząc, że mam ją w w odtwarzaczu, aż mi się gęba śmiała na dłuższy spacer ( normalnie nie lubię łażenia dla zdrowotności, mąż się śmieje, że ja bym zasuwała, ale od księgarni to księgarni z kuponami rabatowymi w kieszeni, schudła bym wtedy w mig :-).
Jeśli w ogóle jeszcze ktoś jest, kto tego, nie czytał, polecam.
Ja się tak ociągałam, bo w tym czasie, kiedy kupiłam drugi tom, mama miała udar i moja córka powiedziała, że tam dużo jest o tym prawniku, który też po udarze, to może lepiej nie, bo się będę stresować, czytając o tym. A jak zwlekałam z drugim, to i siłą rzeczy z trzecim. Właśnie go słucham.

*^*^*

Z innej beczki. Będę w kraju, postanowiłam sobie w związku z tym sprawić kilka książek, które bardzo chciałam mieć, kosztują grosze na Allegro, a nie mogłam kupić, bo nie wysyłali zagranicę. I powiem tak, jak się mieszka w Polsce, to Allegro na starocie jest fantastycznym miejscem i już mnie nie dziwi, że Wy mi czasem mówicie - nie wiem, co masz za problem, przecież na Allegro jest.

Ano jest, ale na 20 sprzedawców, jeden wysyła do mnie, a inni mnie 'stawiają do kąta' - nie wysyłam, nie robię wyjątków, przecież zaznaczałem w opisie itd. W ogóle coś dziwnego jest w tym miejscu, że ja, jako kupujący, czuję się dyscyplinowana i stawiana na baczność, wcale nie komfortowo. A jak już kupisz, to natychmiast pędź i zostaw dobry komentarz. 
Nigdy tego nie miałam, ani na ebay, ani innych pomniejszych. O takich jak Amazon czy Play, gdzie też sprzedają z drugiej ręki książki i filmy to już w ogóle nie mówię, tam wszystko jest na zasadzie - kurczę, jak się cieszę, że kupiłaś ode mnie.
Nie mówię broń Boże o tych, od których kupiłam teraz, wcześniej miałam dziwne co najmniej doświadczenia. To chyba wynika z tego, że u nas nadal pokutuje postawa - kupuj i spieprzaj, tak naprawdę to ja ci robię przysługę. Inna rzecz, że tym razem kupowałam
Postanowiłam kupić sobie kilka książek Ludwiki Woźnickiej (o jej siostrze pisałam w którymś ze wcześniejszych wpisów), oprócz tego dwa tytuły Jeremiego Bożkowskiego, bo mam tylko Mszę za mordercę i brakującą mi Rillę ze złotego brzegu w płóciennej oprawie (dzięki Wam i zakupom na Allegro brakuje mi już tylko dwóch). Niestety 'Ostatnie dni Aranjuezu' Pruszkowskiej chyba mi przejdą koło nosa, bo są dwa egzemplarze, jeden za 99 zł, a drugi za ok. 35 zł, mam na nią chęć, ale to jest za dużo dla mnie.
Cieszę się z tamtych za to.
I to by było na tyle, poza tym, że czytanie mi zupełnie nie idzie, zamiast tego oglądam seriale. Czas Honoru z mężem tłuczemy, mało mi serce nie siądzie, bo ja jestem strasznie wrażliwa i jak oni na akcję, to ja umieram. Twórcy tego serialu byliby dumni z takiego widza :-)

Dziewczyna, która igrała z ogniem była szóstą książką przeczytaną w ramach wyzwania Z półki

sobota, 17 marca 2012

Czasami lepiej czekać, niż doczekać, bo zawód może być wielki

Tak czekałam, zazdrościłam, kiedy ktoś mówił, że idzie na to do kina. Już mi nawet nie chodzi o to 3D, ale o wielki ekran, o te sceny batalistyczne, które u Hoffmana zawsze zapierały dech w piersiach. Poza tym ja lubię filmy polskie z historią w tle, a Hoffmana to już w ogóle, Potop czy Ogniem i mieczem oglądam zawsze, kiedy powtarzają (chociaż kręcę nosem, kiedy w programie, ale jak okiem zahaczę, to już przyklejona do ekranu nie odchodzę).



Film Bitwa Warszawska 1920 był dołączony do Vivy i mi go litościwie koleżanka Michaliny przywiozła z kraju. Chciałam bardzo go mieć na DVD, bo taka karta historii sfilmowana, do tego dvd ma język angielski, to sobie pomyślałam, że i jeszcze-nie-zięć zobaczy, może kolegom Wojtek puści. Miałam plany na skalę międzynarodową co do tego filmu, hehe.

Zapodałam wczoraj do odtwarzacza, syna od komputera oderwałam, jabłkami obdzieliłam, koce każdy sobie zorganizował, pies spacyfikowany zabawką - cała logistyka. Małżon mnie rozbawił do łez pytaniem, czy to w 3D i czy okulary dołączyli? Jakbyśmy trój-telewizor mieli.

Włączyłam i się zesrało. Excuse my French.
Z Hoffmana to tylko te konie, ułani, kawalerie i najazdy tychże szerokim obiektywem kręcone. Nic więcej. Ani pięknej historii, jakieś strzępy zaledwie. Szyca równie dobrze mogło by nie być, i tak gdzieś tam w tłumie jeździł albo strzelał. Bończak więcej się nagrał w tym filmie niż on, zresztą facet klasa. Chodzili w scenach mówionych jakby kije połknęli, styl wiejskiego przedstawienia amatorskiego - wchodzisz z lewej, mówisz, żeby cię ostatni rząd słyszał, wychodzisz z prawej - pani świetliczanka reżyseruje. Piłsudski tak ucharakteryzowany, że bardziej Stalina przypominał, gdyby nie mundur, pomyliłabym jak nic, Linda się jakoś obronił, ale i tak myślę, że mógłby sobie darować tę produkcję, na co mu ten obciach. Ferency dobry, ale mocno stereotypami leciał, najfajniej wypadła wdowa po białym oficerze, która była mu nałożnicą. Sceny w obozie bolszewików - nihil novi, to już dużo lepsze były w serialu, który w zeszłym roku leciał. W ogóle ten serial przebił film po wielokroć, a przecież nie miał chyba takiego budżetu?

No i na koniec zostawiam najgorsze - pani Natasza Urbańska była po prostu tak słaba jak herbata babci klozetowej. Używam tego określenia szalenie rzadko, tutaj na blogu chyba ze trzy razy do tej pory. Już gorzej upaść nie można. Niestety, dziewczyna fajna, ale grać to ona wcale, a wcale nie potrafi. I tak sobie myślę, że się Józefowicz nad różnymi ludźmi pastwi, a w domu nie umiał żadnej dobrej rady żonie dać. Ani rozpaczy zagrać nie umiała, ani radości, strachu, a już te sceny na polu bitwy to był ostateczny cios w splot słoneczny. Normalnie mnie bolały oczy to oglądać.
Właściwie wszystko, co musicie wiedzieć, jest w tej zajawce wyżej, resztę można sobie darować. I nawet dosłowność, tak nowoczesna teraz, scen wojennych - flaki na wierzchu, a na drugim końcu bolszewik ściąga buty z nóg, mózg na twarzy żołnierza obok, urwane pół korpusu, nogi ręce, co tam wystaje. Krew tryskająca, członki fruwające - nic nie pomoże, bo film jest po prostu słaby i nieciekawy.

I tak sobie myślę - jeśli trójwymiar ma zredukować treść na rzecz widowiska, to jest to po 3-kroś do D-upy pomysł i mnie w ogóle nie pociąga.

Przy okazji filmu przypomniałam sobie o świetnym aktorze rosyjskim Aleksandrze Domagarowie (oczywiście grał w Bitwie Warszawskiej, a jakże, kozaka i grał świetnie, na szczęście zapomnieli mu przetłumaczyć, że to jest 3D i nie musi się starać), jaki zbieg okoliczności, że na Chanel 1 rosyjskim (dostępny w Polsce na platformach satelitarnych, niekodowany), był akurat o nim film dziś rano. Obejrzałam z wielkim zainteresowaniem, jakiż to wszechstronny i ciekawy artysta.

czwartek, 15 marca 2012

Ćwirlej mi się oddala w zawrotnym tempie

Mroczna seria reklamuje Mocne uderzenie Ćwirleja na FB. Ucieszylam się, że jest czwarta jego książka, bo z opisu wynika, że są one w stylu, jaki lubię (osadzone w latach osiemdziesiątych, w poprzednim ustroju). Rzuciłam się zaraz szukać książek tego autora, bo postanowiłam, że tym razem nie dam się wycyckać. A kiedy dałam? A mianowicie podczas mojego pobytu w Polsce ostatnio, dawno, ale jego trzy już były na rynku, poszłam do Empiku, bo wtedy jeszcze naiwnie wierzyłam, że tam wszystko kupię przy minimum wysiłku z szukaniem, co ważne, bo większość czasu spędzałam z chorą mamą i naprawdę nie miałam czasu biegać po całym mieście, od jednego końca do drugiego. No więc wchodzę z listą, a tam, poza nową Grocholą, nic nie ma z tego spisu. Przeszłam przez męki, jak to w tym przybytku, związane z tym, że połowy tytułów pani mnie obsługująca nie znała, a ta co niby miała znać, miała wolne (oni chyba kłamią, bo to już trzeci raz słyszałam tłumaczenie takie, a to było w Poznaniu,  w Koszalinie, a trzeci w Warszawie - szkolą ich, żeby tak odpowiadali?). Uczynność w Empiku nie zna granic, oczywiście mogą mi zamówić. Ja się zapytowywuję - co tam stoi na półkach w tym wielkim jak dupa słonia salonie, że nic nie ma, kiedy człowiek konkretnie szuka tytułów? No nic, ta opcja odpadła, bo zamówienie mogło być na wtorek, a ja w niedzielę wylatywałam do Irlandii. I w ten sposób zrobiłam się na cacy, bo za późno poszłam, a w małych księgarenkach, czy to na lotnisku, czy obok mamy, nie było jego książek. Kurczę, znacie to? Szukacie czegoś i okazuje się, że trzeba się nachodzić? I to już nie o cenę szło w tamtym momencie, bo brałabym z musu jak leci.
No właśnie cena. Piszę o tym, bo mnie zatkało właśnie przed chwilą.
Zajrzałam z wypiekami na twarzy do kilku księgarni internetowych i zdębiałam radośnie (tak też można, ze zdziwienia i z radości też :-) - jest epub, można kupić i mobi, i pdf, super!!!!!!!!!!!!!!! Tylko hola, hola, książka papierowa jest tańsza niż wersja pliku na czytnik, niewiele, ale chodzi o zasadę. Jak to możliwe, że plik, który dostanę siecią, nikomu nie będę mogła pożyczyć, nie odsprzedam, nawet polskiej bibliotece nie podaruję, gdybym czystki na półce robiła, jest droższy? A do tego kosztuje prawie 40 złotych? Czyli za 4 pliki zapłaciłabym coś około 150 złotych. Ludzie, czy ja czegoś nie wiem? Rozumiem, że pisarz napisał i musi zarobić, wydawnictwo też, ale więcej niż na egzemplarzu na papierze, z okładką, z kosztami druku i wożenia tego do magazynów i do księgarni (czyli kierowcy, paliwo itp)?

I w ten sposób pan Ćwirlej oddalił się w tempie natychmiastowym, choć mam nadzieję tymczasowym, bo muszę sobie normalnie na niego pieniądze zaoszczędzić. I nawet Empiku winić tym razem nie mogę, bo u nich akurat na ebooku można zaoszczędzić, nie krocie, ale jednak.

Idę się nurzać w otchłani rozpaczy. Jestem strasznie niecierpliwa, wszystko bym chciała już, teraz, zaraz. Muszę się tego oduczyć. 

Okładki książek pana Ryszarda są fantastyczne (te wydane przez WAB)


poniedziałek, 12 marca 2012

Erratum. Kino też po to jest. A takie powroty niejednego bolą

Obejrzałam dzisiaj, wreszcie miałam okazję. Tyle się nasłuchałam dobrych opinii, zdążyłam zapomnieć o nich i dobrze, bo film obejrzałam 'na czysto', nie skażona czyimiś ochami i achami, czy odwrotnie, utyskiwaniem na treść czy poziom. Nie żeby w tym przypadku były złe recenzje, po prostu czasem lepiej być z dala od wszystkich głosów mądrych i niemądrych, odebrać film na żwyca i dać się porwać. Albo nie.

Nie jest to kino łatwe, ale cóż, tylko w dawnych czasach miało li tylko bawić. Teraz ma też misję, czasem porusza aż do trzewi, czasem tylko przeponę podczas nagłego śmiechu, w każdym z tych przypadków dobrze, jeśli jest mądre. A to mądry film. O dorastaniu do swojego życia, o otwieraniu oczu, o tym, jak to czasem historie przydarzają się nam, a nie innym i też o tym, że nic nie jest proste, chociaż mogłoby być, gdyby tylko człowiek tak wszystkiego nie komplikował. I o mądrości mówienia prawdy, że wyzwala. O tym, że nie zawsze wszystko dobrze się kończy, ale można wyciągnąć wnioski z potknięć.
Bardzo poruszyła mnie ta historia. Może dlatego, że moje powroty do domu rodzinnego też tak wyglądają. Albo i jeszcze gorzej. Płakać mi się chciało i bolało w okolicach serca, wrażliwa struna mocno została szarpnięta. Film prawdziwy, nie przerysowany, nie ma tam rwania włosów z głowy, przez to chyba jeszcze bardziej trafia prosto do serca. Czasem ma się wrażenie, że to paradokument z naturszczykami w roli głównej. To zaleta. Chociaż trudniej się oszukiwać, że to tylko film, co w moim wypadku akurat bolesne było.
Nie ma żadnego zbędnego dialogu, sceny, postaci. Naprawdę warto obejrzeć. Nie z popcornem i colą, raczej nalejcie sobie lufę.


Tomasz Kot rewelacyjny, aż trudno uwierzyć, że on tutaj i on w To nie tak jak myślisz kotku (który uważam za najgorszy film polskich w każdej kategorii) to ten sam człowiek. No, ale nawet najlepszy tony łajna nie podźwignie.
A swoją drogą, słyszeliście, że producent pozywa Raczka o straty finansowe, gdyż ten zjechał film Kac Wawa? Paranoja. I obciach dla tego człowieka. Tu można o tym poczytać

sobota, 10 marca 2012

Sobremesa mnie kołysze do wtóru wiośnie (zaleca się posłuchać tego, co wkleiłam na dole, podczas czytania)

Ja wiem, że nikomu się nie chce słuchać 'czyjejś' muzyki, w sensie, czyichś fascynacji muzycznych, ale kto wie, może i Wam się spodoba?
Przyleciała do mnie ta płytka jakiś czas temu, ale nie chciałam o niej pisać, dopóki nie wysłucham milion razy i nie przekonam się, czy mogę, po raz nie wiem który, piać zachwyty. Inaczej sobie nie wyobrażałam, nie zdarzyło mi się tak, żebym jakieś płyty Anny Marii Jopek nie polubiła, ale wiadomo - jedne bardziej do serca trafiają, inne mniej.
Nie wiem, czy ja to kiedykolwiek opowiadałam, ale uwielbiam tę artystkę, chociaż nie zawsze tak było. Kiedyś denerwowało mnie, że w wywiadach pieści się z głosem, kiedy coś mówi i wydawała mi się taka trochę dzidzia-piernik. Daaaaawno to było, na samym początku jej kariery. No i Kydryński junior mnie wkurza jakoś, tak za nic, niestety czasem tak bywa. A, że oni kiedyś ciągle razem, więc się udzieliło w jej stronę też. Aż przyszedł taki czas Wielkanocny, kiedy mąż wyjechany był w Irlandii, ja sama w domu z dziećmi, Wojtkowi się buty rozwaliły, lodówka popsuła, pieniądze z banku od męża nie weszły na konto, jedzenie się psuło w tempie natychmiastowym, bo upalne to były święta (tak, tak, osiemnaście stopni na termometrze) - skracając historię - podłamałam się. Mimo braku gotówki postanowiłam dzieciom kupić tzw 'zajączka', czyli drobne prezenty. Nie mogłam liczyć na żaden dla siebie, co mnie dodatkowo jeszcze bardziej rozkleiło. Weszłam do sklepu z zamiarem kupienia książki dla córki, wyszłam z Harrym Potterem pierwszym tomem i pierwszą Grocholą, wtedy jeszcze zupełnie nieznaną dla siebie. Wojtkowi poszłam kupić Fasolki na płycie, a wyszłam z czym innym dla niego i z Nienasyceniem - płytą Anny Marii Jopek dla mnie. Wcześniej miałam już Bosą i zupełnie oszalałam na jej punkcie. I tak zaopatrzona przeszłam przez święta bez sznura przygotowanego w szafie. Po prostu czytałam, dzieci bawiły się na podwórku, a w tle leciała ta płyta. A co się popsuło, wyrzuciłam do kosza bez 'wyrywania włosów z głowy', bo przecież miliony głodują. Znieczuliłam się po prostu tą muzyką. Nabrałam dystansu do problemów.


Ta piosenka szczególnie mi pomogła i zatrzymała złe myśli, wróciłam na właściwe tory myślenia. Wiadomo, że w zaklętym kręgu czarnowidztwa można by bez końca.

Sobremesa jest inna w stylu, ale nie odbiega od 'myśli przewodniej' wokalistki. Są tu piosenki, które dodają energii, które dają wytchnienie albo prowokują marzenia.
Myślę, że Anna Maria Jopek to jest jedyna wokalistka obecnie, która jest gotowa, tak jak stoi, wejść na arenę międzynarodową i nie będzie obciachu. Ani językowej bariery. Po portugalsku śpiewa tak, że mi serce w pięty idzie. Nie wiem, o czym, ale czuję wibracje.


A ta piosenka daje mi rano tyle energii, że chodzę jak ten królik z Duracella


Nie jestem krytykiem muzycznym, nie umiem pisać o dźwiękach, harmoniach itp. Umiem tylko powiedzieć, że kiedy jej słucham, moje emocje sięgają zenitu, czasem skaczę, czasem płaczę, czasem po prostu bujam w takt z zamkniętymi oczami.

Byłam na koncercie przed samym wyjazdem, odbywał się nad Zalewem w Siedlcach, gdzie ówcześnie rezydowałam. Fantastyczny. Wokalistka z klasą, to i koncert taki.
A poza wszystkim uważam ją za jedną z najpiękniejszych kobiet, jakie znam. Taka kompletna. Prawdziwa.  I już nie ma maniery pieszczenia głosem, za to zyskała taka klasę, jaką niewiele wokalistek ma. Tak się cieszę, że jest

poniedziałek, 5 marca 2012

Krawcowa z Madrytu - o wojnie w hiszpańskim wydaniu

Kiedy myślę o II Wojnie Światowej - nigdy nie myślę o roli Hiszpanii w tym czasie. Kiedy myślę o latach międzywojennych, nigdy nie przyjdzie mi do głowy sprawa wojny hiszpańskiej, chociaż w Irlandii częściej, bo wielu Irlandczyków brało w niej udział, przewija się dużo wzmianek o tym w biografiach pisarzy czy dramaturgów, w sztukach teatralnych, na przykład jednej z moich ulubionych 'Dancing at Lughnasa' Briana Friela.
Hiszpania jest dla mnie krajem mało znanym, jej historia, przywódcy, niepokoje wewnętrzne - tyle, co z lekcji historii i literatury, ale bardzo okrojona to wiedza.
Tym bardziej zapałałam rządzą, kiedy tylko zobaczyłam zapowiedź tej książki. Temat wydawał mi się ciekawy, czasy jeszcze bardziej, pomysł, jak i zarys fabuły - po prostu czułam przez skarpety, że to coś dla mnie.
Jakże się NIE zawiodłam!!! Czytanie tej powieści to jeden z najprzyjemniejszych chwil tego ponurego, deszczowego i niezwykle wietrznego okresu zimowego, gdzie daleko nam było do ujutnych obrazków śniegu i skrzącego mrozu, za to mokro, przenikliwie zimno (wiatr powoduje, że temperatura odczuwalna jest dużo niższa od tej na termometrach) i jakoś tak smutno. 


W Krawcowej z Madrytu poznajemy historię Siry, która najpierw opowiada o swoich czasach młodzieńczych, terminowaniu u znanej madryckiej krawcowej, potem o pierwszych miłosnych przygodach, zabiera nas ze sobą w podróż do Maroka, gdzie spędza kilka lat i jest to bardzo burzliwy czas na początku, potem z powrotem do Madrytu, jeszcze Portugalia, a wszystko to raz na spokojnie, raz awanturniczo wręcz, raz szpiegowski wątek, a zaraz potem obyczajowy.
Ta powieść ma wszystko to, co dobre czytadło - w dobrym tego słowa znaczeniu - powinno mieć.
Dodatkowo, co mnie zafascynowało, nazwiska polityków i ludzi, którzy przewijają się w jej pracowni krawieckiej, otoczeniu znajomych czy w mieście, są prawdziwe, można je na Wikipedii znaleźć.


I tak, dużą rolę w powieści gra Juan Luis Beighbeder (za zdjęciu wyżej), który najpierw był najwyższym komisarzem w Maroku, a potem krótko Ministrem Spraw Zagranicznych Hiszpanii. Albo szwagier Franco - Ramon Serrano Suner (ten w mundurze z białymi włosami, które były jego znakiem rozpoznawczym). Nigdy o nich nie słyszałam, ale czytając tę powieść, wygooglowałam i spędziłam jeden z poranków na poznawanie nieznanej mi historii Hiszpanii.

Poza tym Maroko też dla mnie obce, teraz jakże warte poznania i odwiedzenia nawet, chociaż mnie kiedyś nie ciągnęło w tamte strony. Po przeczytaniu powieści zapałałam chęcią odwiedzenia tych miejsc, poczucia klimatu i zapachu tego kraju. Córka była, teraz jej opowieści mają dla mnie inny sens, pełniejszy sens.

Książka ma w sobie tyle smakowitych kąsków, że boję się, że o którymś zapomnę. Sira jest krawcową, więc dużo jest o modzie, materiałach, szyciu, technice łączenia, tamtych trendach. Nie lubię o modzie za dużo, ale tyle, co tu było, akurat. Poza tym tło społeczne, bardzo poznawcze, ale nie nachalne. Kiedy myślimy o tamtych czasach widzimy siebie w samochodzie bez dachu, w pięknych sukniach na balu, w misternie ułożonych włosach, z czerwonymi ustami i takimi paznokciami, z tragarzami i służbą na podorędziu - bo w marzeniach nigdy nie postawilibyśmy się na pozycji posługaczki, szofera czy kobiety jedzącej obierki, mieszkającej w suterenie kamienicy czynszowej. Takich ludzi przecież było więcej. Dlatego pewnie tak lubię seriale brytyjskie takie jak: Upstairs Downstairs czy Downton Abbey, bo one opowiadają i o służbie, i o 'państwu' , którzy są równorzędnymi bohaterami opowieści. Tutaj też widzimy blichtr wyższych sfer, ale i 'zaplecze', a także urzędników, handlowców, policjantów i tak dalej. Jest więcej ciekawych, krwistych postaci, ale nie chcę wszystkich wymieniać, bo odbiorę Wam frajdę czytania.
Warto poświęcić kilka wieczorów na historię krawcowej, a nawet kilku, z Madrytu. Znajdziecie w niej wszystko, co najbardziej pożądane w prawdziwej powieści z krwi i kości - miłość, wielkie salony, małe ciemne mieszkanka, wielką politykę, podróże, konflikty i życie, takie jakie ono było w tamtych czasach.
Powieść ta przypomina mi, co mnie w czytaniu zachwyciło, kiedy byłam dzieckiem. Znacie to uczucie, otwieracie książkę, a ona Was prowadzi w nieznane miejsca i wprowadza do świadomości ludzi, uczucia, zapachy, przedtem Wam całkiem obce. I już nic nie jest takie samo. Magia

O książkę poprosiłam panią Bognę ze Świata Książki i jestem bardzo wdzięczna, że mi ją wysłała, chociaż nie jestem bardzo aktywnym współpracownikiem, bo narowisty ze mnie recenzent. Tak się cieszę, że ją przeczytałam.
Na końcu dodam, że Świat Książki wydaje powieści tak, jak ja lubię - druk przyjaznej wielkości, odstępy wierszy też, książka gruba, ale układa się w rękach i okładka, nie tylko adekwatna do treści, ale obiektywnie ładna i nie obciach ją w ręku w publicznym miejscu trzymać. Podobna w stylu do hiszpańskiej wersji, czyż nie?

Jest to piąta książka przeczytana w ramach wyzwania Z półki

poniedziałek, 27 lutego 2012

Jestem kopnięta

Inaczej się tego nie da nazwać - zdrowo kopnięta nawet. Wczoraj wróciłam z biblioteki, zasiadłam do konferencji z córką, bo mam tłumaczenie techniczne, a tam kilka baboli, przez które nie mogłam przejść, potem od razu zaczęłam wpisywać do tekstu ustalone z nią i jeszcze-nie-zięciem rozwiązania, po czym zorientowałam się, że przecież to noc oskarowa i postanowiłam pracować do pierwszej w nocy, żeby nie usnąć to raz, podgonić robotę to dwa, a na końcu w ramach nagrody - obejrzeć oskarową galę.
Jak postanowiłam, tak zrobiłam. Chociaż mówią, że akurat w zeszłym roku nie było dzieła, któremu można by kibicować z zapartym tchem,  ja i tak lubię te gale, szczególnie, kiedy prowadzi Billy Cristal. Uwielbiam faceta.
Nie powiem, nieprzytomnawa bylam, ale też i nie składająca się scyzoryk. Zawinęłam się w koc, obłożyłam poduszkami, żeby w pionie zostać, bo jakbym w pozycję horyzontalną zapadła, nie byłoby silnych, od razu bym zaczęła chrapać.
Troche mnie wkurzały komentarze w studio Canal+, bo miałam wrażenie, że panowie się licytują, który więcej wie o filmie, a bardziej stonowany i przyjemniejszy do słuchania i w odbiorze Michał Oleszczyk, został zamachany i zagadany przez Kubę Mikurdę. Szkoda. Nie było tak źle, ale wiecie, w nocy to wiele rzeczy irytuje, niepotrzebnie tak tokował i gestykulował ten drugi.
Gala, jak to gala. Obiecałam sobie, że ostatni raz oglądałam na żywo w nocy. Gdyby to było w oryginale, żebym mogła słyszeć, co mówią po angielsku, to jeszcze jest sens, ale z tłumaczeniem symultanicznym, gdzie połowa treści umyka, tłumacz zagłusza, a nie oddaje tego, co mówią (szczególnie mój ukochany Bill), nie ma to najmniejszego sensu.
Werdykt w kategorii filmu nieanglojęzycznego obejrzałam stojąc przed telewizorem, zaciskając kciuki, ubrana w koc jak jakiś Siuks nie przymierzając. Bo mi zimno było, a na stojąco, bo zmierzałam do kuchni po coś do jedzenia i popicia.
Nie dostała Holland, ale przynajmniej przegrała z naprawdę dobrym filmem.
Cieszę się, że dostała Meryl Streep, nie była to jej najlepsza rola, ale ona jest tak dobra, że i tak jej się po tylu latach należy. I tak nie było aż takiego obciachu, jak wtedy, kiedy dostała bardzo średnia Gweneth Pathrow za Zakochanego Szekspira.
Cieszę się, że Artysta wymiatał, bo to oryginalny pomysł i wraca nostalgicznie do korzeni, czasem dobrze sobie przypomnieć, jak to się zaczęło.
Christopher Plummer jest świetny i chociaż nie widziałam Debiutantów, cieszę się, że jemu przypadła statuetka.
Drugoplanowa aktorka ze służących też zasłużyła moim zdaniem, więc nie miałam się na co oburzać. Do tego stopnia się rozluźniłam, że zasnęłam i w środku nie wiem, kto i za co. Dooglądam we wtorek.
Bo dzisiaj teatr, mogłabym na Sky Oskary dzisiaj zobaczyć i bez tłumaczenia, ale teatr ważniejszy, chyba, że się załapię na jedno i drugie. Zobaczymy.
Oglądałam Iron Lady niedawno w kinie i powiem tak - dzieło to nie jest, wiele nie tłumaczy z punktu widzenia historycznego, ale dobrze zobaczyć historię kobiety, która rządziła i była tak mocarna w czasach, kiedy ja się bardziej zastanawiałam, czy Marek z 8b mnie zaprosi do kina. Wojnę o Falklandy pamiętam z doniesień z Dziennika, ale niewiele mnie to wtedy interesowało. Poza tym ten, kto mieszka w UK czy w Irlandii wie, jak trudno, trudniej chyba niż w Europie kontynentalnej, było kobiecie się przebić do świata męskiej polityki. Myślę, że warto.
Idę spać, padam na pysk. 

środa, 22 lutego 2012

O książce uszami słuchanej, przeprosinach, rozpaczy i kompletnym braku czasu

Od czego by tu zacząć.
Może od przeprosin, żeby się nie okazało, że zapomniałam, bo myśli pędzą, muszę się streszczać.
Dla Dabarai i Lirael, za to, że mam ich książki, macam, wącham (są bezpieczne, szanuję bardziej niż własne), ale nie przeczytałam ich jeszcze, bo - i tu o braku czasu będzie - mam pilną robotę do wykonania i siedzę nad nią dzień i pół nocy od dni kilku. Wcześniej urodziny syna (zdjęcia tortu na FB), a pewnie i na blogu codzienny za niedługo, wizyta córki, a nie będę jej widzieć aż do Wielkiej nocy, czyli post nie tylko od używek, ale i od córki obecności. Wszystkie grzechy odkupię, bo na diecie jestem, więc rybka, warzywka, kurczaczek, chudo, często a mało, sami wiecie. Książkę z dietą przedstawię, ale nie dzisiaj. Post jak znalazł na ten czas.
Rozpacz, zanim przedstawię audiobooka, muszę napisać o niej - ukazała się nowa książka Mariusza Szczygła

Wiecie jak to jest, człowiek wie, że może ją kupić za miesiąc, za pół roku, ale serce krwawi, jak się pomyśli o tych, co mogą tak z ulicy wejść i drogą kupna nabyć.

A teraz o audiobooku. Prezenty od PWN w postaci książek o dwudziestoleciu międzywojennym, zwiększyły u mnie zapotrzebowanie na powieść z tego okresu. Na kogo miałoby paść jak nie na Tadeusza Dołęgę-Mostowicza? Tym razem powieść 'Prokurator Alicja Horn'. Na którymś z blogów przeczytałam o tej książce, zapałałam chęcią poznania treści, mam nawet na półce, ale ciągle coś w kolejce do czytania,  wyszukałam więc w Merlinie do słuchania i zdumiałam się, że tylko za 17.5 zł. Kupiłam i nie żałuję. Fajna interpretacja Włodzimierza Pressa bardzo umiliła mi słuchanie tej powieści.

Tadeusz Dołęga Mostowicz urodził się w 1898 roku, jego pierwsza powieść ukazała się w 1930 roku. Napisał ich 16, dostatnio żył z tantiem. Miał bardzo ciekawe życie, walczył w wojnie polsko-bolszewickiej, potem był redaktorem i felietonistą, został nawet raz porwany, bo naraził się bojówkom sanacyjnym. Zginął zabity przez Sowietów we wrześniu 1939 roku w czasie walk na granicy wschodniej.
Dla mnie Dołęga-Mostowicz był tym dla tamtego czasu w literaturze, czym Jane Austen w swoim czasie w Anglii. Pisał o rzeczach niewygodnych, bystry obserwator i do tego wyprzedzający swoją epokę, widzący zjawiska tak, jak nie postrzegali ich inni. Albo nie tak łatwo godzący się z nimi, jak inni. Jego Kariera Nikodema Dyzmy to majstersztyk - bez pardonu zaatakował ówczesne elity polityczne, towarzyskie i nic sobie z  tego nie robił.

W prokurator Alicji Horn głównie idzie o miłość. Jan Winkler przyjeżdża do Warszawy, człowiek z burzliwą przeszłością,  którą powoli poznajemy,  zaczyna brylować wśród elit stolicy. Prokurator Alicja, kobieta w świecie mężczyzn, obserwujemy jej życie prywatne, ale i zawodowe, dzięki temu, że jest nieprzejednana, zyskuje szacunek. Nieprzejednana w pracy, miękka w domu, kobieca, ze wszystkimi tego dodatkami, włącznie z zazdrością, która ją niszczy.  Metody detektywistyczne, jakie tam widzimy - to woła o pomstę do nieba. Warto się temu przyjrzeć.
Mamy też dywagacje o genetyce i teorie związane z 'zapatrzeniem' i wpływem tegoż na urodzone dziecko. Jak to u Dołęgi-Mostowicza świetnie, ale nie nachalnie i dydaktycznie, zarysowane tło społeczne, obserwacje socjologiczne bezcenne, a do tego duży ubaw, jak to przy czytaniu fikcji.



Koniecznie muszę poszukać filmu nakręconego na podstawie tej powieści w 1933 roku z Jadwigą Smosarską w roli Alicji. Czy znacie jakieś wydawnictwo, które produkuje na dvd przedwojenne filmy? A może są one dostępne gdzieś legalnie w sieci?
I to by było na tyle, wracam do roboty.
Blogowanie uzależnia, normalnie mi was brakuje.